Diabeł I

Odetchnęłam głębiej kilka razy. Czekałam na wejście do samolotu i powoli docierało do mnie co zrobiłam.

Wszystko zaczęło się od tego idiotycznego dnia w marcu, kilkanaście dni wcześniej. Byłam zdołowana zarówno monotonią życia jak i brakiem sensownego faceta przy boku. 39 latka, poznanianka, pracująca w korporacji i żyjąca z dnia na dzień. We wtorek rano, przed wyjściem do pracy spędziłam kilka minut przed lustrem w garderobie – uważnie lustrując swoją twarz i sylwetkę.

Długie włosy wcześniej blond, a teraz w odcieniu kasztanowym. Błękitno szare oczy. Sylwetkę łagodnie określałam jako puszystą, ale mając 161 cm, duży biust i 68 kilogramów wagi nie dało się tego ująć inaczej. Charakterek stanowiący połączenie wiedźmy, jędzy i wściekłej harpii. No tak. Nic dziwnego, że nie znalazł się amator chętny na taki okaz. Potem już było tylko lepiej – nie mogłam odpalić samochodu, spóźniłam się do pracy, miałam starcie ze współpracownikami. W drodze do domu miałam ochotę już tylko wyć.

Kiedy wieczorem zaczął padać śnieg wiedziałam jedno – jeśli nie wyjadę gdzieś i nie odpocznę to zwariuję i zabiję wszystkich albo siebie. Z drugiej strony dawno nie miałam urlopu, więc jakikolwiek wyjazd na kilka dni był jak najbardziej usprawiedliwiony i uzasadniony.

Kiedy tylko zaświtał mi w głowie pomysł o wolnym, natychmiast usiadłam przy komputerze. Brałam pod uwagę (ze względu na finanse) tylko Polskę, ale przez przypadek zerknęłam na portal z informacjami o promocjach i okazjach cenowych zarówno biletów lotniczych jak i hoteli. Sprawdziłam trzy razy, bo w takie zbiegi okoliczności nie wierzę. Okazało się, że jednak jest coś i to musi być błąd na stronie Air France. Logując się przez portal w Stanach można kupić za śmieszne pieniądze przelot właśnie tymi liniami na trasie Stany – jakiekolwiek miasto europejskie, byleby przez Paryż. W dwie strony, za bezcen. Była 23:00. Szansa, że taka opcja będzie dostępna jutro była zerowa. Chwilowo w nosie miałam hotel, bo szansa kupienia biletu w klasie pierwszej za połowę ceny klasy ekonomicznej zablokowała mnie na amen. Ręce mi się trzęsły, kiedy akceptowałam po kolej wszystkie kroki w zamówieniu.

Orientowałam się w cenach hoteli i wiedziałam, że z moimi oszczędnościami nawet bez promocji dam radę przeżyć tydzień. O chlebie o wodzie, ale zwiedzając na maksa. I dobrze – może przy okazji bym schudła? Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.

Kolejne dni minęły ekspresowo. Miałam wrażenie, że jestem obserwatorem jakiegoś filmu, a nie swojego życia. Załatwienie urlopu było formalnością, potem znalezienie i rezerwacja hotelu (Soho – kolejny cud), pakowanie się, wizyty u fryzjera i kosmetyczki, zakupy dodatkowej bielizn, kosmetyków, ubrań i butów. Zaszalałam.

Na sam lot uszykowałam się jak na galę – śmiechu warte, ale wykazałam się kretyńskim wręcz zaćmieniem umysłu. Elegancki kostium, wymuskana fryzura, super buciki na niebotycznym obcasie. Jeszcze w czasie przelotu z Warszawy do Paryża byłam oszołomiona i niejako szłam siłą rozpędu.

Jednak na lotnisku CDG trochę oprzytomniałam. Zaczęły mnie boleć stopy i trochę mnie ścisnęło, kiedy pomyślałam o ponad 8-godzinnym locie w tych niewątpliwie eleganckich, ale koszmarnie sztywnych rzeczach. Jak idiotka nadałam bagaż bezpośrednio. Miałam kilka godzin przerwy – co mi szkodziło kupić jakieś luźniejsze ubrania? No właśnie, nic.
Wbrew pozorom takie zakupy na lotnisku za rozsądną cenę nie są łatwe. Dlatego dopiero po kilku godzinach wyszłam z zadowoloną miną ze kolejnego sklepu, machając wypakowaną torbą.  W środku była cudowna mięciutka koszulka, niesamowite jeansy, biała bluza koszulowa i sweter. Kiedy zerknęłam na zegarek, przestałam tak uroczo machać torbą, tylko zaczęłam biec. Jak zwykle, mając olbrzymi zapas czasu kompletnie straciłam wyczucie i przeleciał mi on między palcami. Nie zważając już na to gdzie powinnam się udać z biletem pierwszej klasy, podeszłam do normalnej odprawy z posiadaczami zwykłych biletów. Kiedy czekałam w kolejce z innymi pasażerami, zaczęło do mnie docierać całe szaleństwo tej ekspedycji. Westchnęłam, ale i tak już było za późno. I tak cudem udało się to tak załatwić. Nie myślałam o tym, że zawsze w moich poczynaniach była równowaga sił w przyrodzie, więc ta kumulacja cudów powinna mnie przynajmniej trochę zaniepokoić.

Kiedy nadeszła moja kolej na odprawę, stewardessa obrzuciła mnie zdziwionym spojrzeniem. Nie dziwię się, zwykle pasażerowie biletów wartych ponad 25 tysięcy złotych nie wsiadają tak jak ja. A na karcie pokładowej ceny, jaką ja zapłaciłam za bilet nie było widać. Biedna kobieta lekko przybladła, zaprowadziła mnie do przedniej części samolotu, gdzie znajdowała się część ( o ile tak to mogę określić) dla bogatych snobów. Trochę mnie zablokowało bo jedynym snobem, który tu wszedł (oprócz stewardessy) byłam ja.  Perspektywa samotnego lotu nie była bynajmniej przykra. Usiadłam na jednym miejsc pod oknem- zakładając, że chyba wszystko jedno gdzie złożę swoje cztery litery. Adrenalina zdążyła ze mnie zejść, więc jedyną rzeczą o jakiej marzyłam to chwila snu. Zamknęłam oczy. Mimo, że jeszcze nie wystartowaliśmy to byłam pewna, że zostanę tu sama.
Ale tuż przed zamknięciem drzwi zrobiło się małe zamieszanie. Myślami i duszą byłam już w Nowym Jorku i nie za bardzo zwracałam uwagę na to co się dzieje. Po chwili harmider przycichł – więc i ja nie widziałam powodu, dla którego mam się zacząć rozglądać. Tym bardziej nie wiem dlaczego nagle szybko odwróciłam głowę – to co zobaczyłam sprawiło, że Nowy Jork, zmęczenie i w sumie wszystko poszło w diabły.

Po drugiej stronie kabiny usiadło dwóch pasażerów. Ale o matko, jakich!! Jeden z nich – blondyn, nawet przystojny. Ciacho. Ale kompletnie przestał się liczyć przy swoim towarzyszu. Ten drugi był mężczyzną z moich snów. Latynoska uroda, starszy – na oko mógł mieć jakieś 45-46 lat. Jeśli diabeł chciałby przybrać postać mężczyzny, żeby móc uwodzić kobiety to wyglądałby tak jak on. Diabeł to było jego drugie imię – wysłannik piekieł jak nic.

Cały był jakiś mroczny – ciemne włosy i karnacja, ubrany na czarno. Jedynie w rozpięciu koszuli błyskał na zielono niesamowity amulet z kamieni. Ale też wywoływał niepokój. Oczywiście jak to ja, kiedy już zwróciłam uwagę na naszyjnik chciałam mu się bliżej przyjrzeć, więc zagapiłam się na niego jak sroka w gnat. Po chwili usłyszałam parskniecie. Podniosłam wzrok i zobaczyłam wpatrzone w siebie oczy Diabła z tak mrocznym i paraliżującym przekazem,  z jakim się jeszcze nie spotkałam.

Powinnam poczuć się nikim, zerem, zniknąć. I naprawdę nie wiem jak to się stało, mogę jedynie złożyć to na karb stresu i zmęczenia. Najzwyczajniej w świecie zrobiłam zeza, wystawiłam język i odwróciłam głowę w drugą stronę. Potem zamarłam, bo jedyne czego mogłam się spodziewać to wypowiedziane sykiem żądanie usunięcia mnie z tej części samolotu. O moim zakręceniu może świadczyć jedynie to, że zastanawiałam się tylko jaki on będzie miał głos. Tymczasem nie stało się nic, nul, cisza. Pewnie faceta zatkało. Z drugiej strony nie dziwiłam mu się – elegancka kobieta w szykownym kostiumie, siedząc na miejscu które kosztowało tysiące okazuje swoją dezaprobatę jak rozpuszczony bachor. Pewnie wolał nie tykać wariatki.

Musiałam się pogodzić z faktem, że przed chwilą pogrzebałam jakiekolwiek szanse u tego człowieka. I tak nie spodziewałam się zbyt dużo. Poza tym co mi z tego skoro i tak facet równie szybko zniknie  z mojego życia jak się w nim pojawił. Jeszcze chwilę poużalałam się nad sobą i swoim beznadziejnym losem, ale zwyciężyło życie. A dokładniej kostium. Każdym centymetrem ciała zaczęłam czuć wszystkie szwy, plisy i cholerny materiał. To, że w nim ładnie wyglądałam to jedno, ale musiałam jeszcze w nim siedzieć i to przez kilka kolejnych godzin lotu. Minutę później wszystko zaczęło mnie uwierać, drażnić i dusić. W myślach złożyłam sobie gratulacje za zakupy na paryskim lotnisku. Zanim wstałam, dyskretnie rozejrzałam się, czy nikt na mnie nie patrzy. Co za bzdury, jakie nikt – miałam nadzieję, że ten męski ideał siedzący obok mi się przygląda. Nadzieja zdechła śmiercią naturalną, bo obiekt moich westchnień miał zamknięte oczy, miarowo oddychał i najprawdopodobniej miał mnie gdzieś.

Szybko złapałam torbę i wskoczyłam do WC. Miejsca za cholerę nie było – nie wiem jak ludzie mogą się tu kochać. Chyba raczej chodzi tylko o zaliczenie numerka w przestworzach, bo na wygody to nie ma tu co liczyć. No trudno, muszę się tu jakoś przebrać – innego miejsca nie było. Zamknęłam drzwi (ależ oczywiście, że zablokowanie było poza moimi możliwościami) i zaczęłam walczyć z ciuchami. Jedną z rzeczy, której nie mogłam sobie odmówić to bielizna. Francuski Elixir – piękny staniczek i figi do kompletu w kolorze szampana, koronka – aż sama się nakręcałam patrząc na swoje ciało w tym komplecie. Jakoś niknęły wtedy te wszystkie fałdki, brzuszek, pełne uda, za duży biust. Po ściągnięciu butów, spódnicy i żakietu zaplątałam się w bluzkę. Jak jakaś ostatnia kretynka założyłam przepiękną bluzkę, którą swobodnie można ściągnąć, ale przy pomocy drugiej osoby. Samodzielne ściąganie skutkowało albo jej rozerwaniem (tak, już to kiedyś zrobiłam), albo wygibasami epileptyka. Drugiej osoby nie było, więc zaklinowałam się w bluzce z rękami w górze. Kiedy walczyłam z tym cholernym kawałkiem materiału, usiłując się niego wyślizgać, poczułam coś czego teoretycznie nie powinnam poczuć w tej klitce – podmuch zimnego powietrza. Zamulenie jednak trwało, bo nie zareagowałam tylko kontynuowałam walkę z tą szmatą klnąc na czym świat stoi. W końcu udało mi się ściągnąć to cholerstwo, sapnęłam, podniosłam wzrok i w lustrze oprócz siebie – zgrzanej, potarganej i stojącej tylko w bieliźnie, zobaczyłam w otwartych drzwiach Diabła.

Chyba powinnam jakoś zareagować, ale nie zdążyłam.
Zanim się odezwałam czy drgnęłam, on się cofnął i delikatnie zamknął drzwi. Odwróciłam się powoli o 180o  i tym razem zablokowałam zamek. Na litość boską – jak ja mam się teraz zachować i co zrobić?!
Przecież nie zrobiłam tego specjalnie. On może myśleć, że tak. Ale spójrzmy realnie – jak taka baba jak ja może myśleć, że uwiedzie takiego faceta jak on. Bo jak niby mam mu wytłumaczyć, że to przypadek, a nie celowe działanie i próba … kurcze, sama już nie wiem czego. Odetchnęłam, dokończyłam się ubierać, zmyłam ten cholerny makijaż i nałożyłam tylko trochę maskary. Rozczesałam włosy i związałam w koński ogon. Spojrzałam w lustro. Nieźle, po przebraniu się wyglądałam zdecydowanie młodziej.

I wszystko wyszłoby prawie idealnie gdyby nie jeden drobiazg – nie miałam właściwych butów. Nie, to nie tak – ja nie miałam żadnych butów poza tymi narzędziami tortur na obcasach, których się niedawno pozbyłam ze stóp. Rozwiązaniem było by wskoczenie znowu w szpilki, ale patrząc na zmaltretowane nogi stwierdziłam, że już nic nie zaszkodzi mojej reputacji. Sama ją zrujnowałam z niesamowitym talentem, więc jedna ekstrawagancja więcej krzywdy mi nie zrobi. Zapakowałam rzeczy do torby i na bosaka wróciłam na swoje miejsce. Dziękowałam tylko za pedicure i pomalowane na przepiękny czerwony kolor paznokcie.
Kiedy usiadłam, nogi tak jakoś same z siebie mi się wyprostowały i zaczęłam przebierać w powietrzu palcami u stóp. Nagle usłyszałam ciche parsknięcie, ale kiedy rozejrzałam się szybko nie zauważyłam nikogo z obsługi. Obaj panowie po drugiej stronie kabiny mieli przymknięte oczy, ale na ustach Diabła błąkał się cień uśmiechu.

Odwróciłam się do niego plecami i przykryłam pledem. Nie robiłam sobie już żadnych złudzeń. Przy takich facetach kręcą się modelki, a ja… ani nie ten wygląd, nie ten wiek, o zasobności portfela nie wspomnę. Dokładając moje popisy z ostatnich chwil, będę miała szczęście jeśli nie zostanę głównym tematem anegdot.

Cisza, szum silników i zmęczenie, które w końcu mnie dopadło zrobiły swoje. Zasnęłam.

 

** ** ** ** ** ** ** **

Diabeł – część II

 

 

Polubienia 11
Wyświetlenia 5049

Podobne wpisy: