Diabeł V

Obudził mnie aromat świeżo zaparzonej kawy. Otworzyłam oczy i westchnęłam widząc nad sobą baldachim. Niestety to nie był sen. Poderwałam się na nogi i na stoliczku pod oknem zobaczyłam tacę z filiżanką i kawiarką, z której wydobywał się ten upojny zapach. Kilka łyków napoju bogów i byłam w stanie zacząć myśleć. Dzisiaj już nic nie da się zrzucić na szok, otumanienie lekami i przekonanie, że to musi mi się śnić.
Z ulgą zauważyłam, że moje ubranie łącznie z bielizną leży uprane i uprasowane na szezlongu. Chwyciłam wszystko i szybkim prysznicu byłam gotowa stawić czoła rzeczywistości. Nie wygłupiałam się w szukanie butów, tylko na bosaka wyszłam z pokoju.
Kolejną rzeczą, którą zrobiłam było zamknięcie buzi.

Byłam na piętrze, a przed sobą miałam ogromną przestrzeń, która chyba pełniła rolę salonu.
Chyba – ponieważ nigdy, przenigdy czegoś takiego nie widziałam. Chociaż po pokoju mogłam się spodziewać, że reszta budynku nie będzie tuzinkowa i tak byłam zaskoczona. Olbrzymia przestrzeń stanowiąca centralny punkt rezydencji, zaczynająca się na parterze i ograniczona dopiero dachem, miała kilka stref wydzielonych meblami, roślinami i czymś co teoretycznie wyglądało jak strumień, ale z tej odległości nie byłam pewna. Stałam na czymś w rodzaju galerii biegnącej na wysokości pierwszego piętra z której prowadziły wejścia do innych pomieszczeń w tym mojego pokoju. Wychyliłam się lekko i spojrzałam w prawo, a szczęka ponownie poszła w dół. Wcześniej zastanawiałam się jakim cudem tak olbrzymie pomieszczenie jest tak wspaniale doświetlone. Już wiedziałam. Jedna ze ścian była całkowicie przeszklona, zapewniając jednocześnie niesamowity widok na ogród, plażę i wodę. Na odcinku tego przeszklenia, solidna galeryjka zmieniała się w subtelną konstrukcję pozwalającą na przedostanie się z jednej strony domu na drugi, bez konieczności obejścia całego piętra. No tak – skrót z sypialni Pana do sypialni Pani.
Od razu pomyślałam o Diable. Gdzie jest? I jak niby mam się teraz zachować? A w ogóle kto i jak wstawił mi tą kawę do pokoju? Przecież nie paradował z tacą przez te reprezentacyjne schody. Rozejrzałam się uważniej i pomiędzy drzwiami do mojego pokoju, a przejściem do sypialni pana domu znalazłam niepozorne drzwi. Podeszłam do nich powoli, uchyliłam i moim oczom ukazała się wewnętrzna klatka schodowa, prowadząca spiralnie w dół.

Rozejrzałam się jeszcze raz dookoła, ale nie zauważyłam nikogo. Ruszyłam więc na dół. Po chwili znalazłam się poziom niżej, a zza jednych z drzwi rozlegał się charakterystyczny stukot garnków i naczyń. Lekko je uchyliłam i zobaczyłam Tarę walczącą z jakąś potrawą. W kuchni będącej spełnieniem marzeń każdej kury domowej. Czułam, że gdybym została tu dłużej byłoby to jedno z moich ulubionych pomieszczeń.
- Dzień dobry – starałam się jej nie przestraszyć, a musiałam jakoś zasygnalizować moją obecność. Do licha, nie wiem co by ją mogło przestraszyć. Odwróciła się do mnie uśmiechając szeroko, oczywiście nie przestając siekać potężnym nożem ziół.
- Witaj słoneczko, usiądź. Zaraz coś zrobię Tobie jakąś przekąskę. Obiad mamy za dwie godziny, nie możesz się przejeść. – Po chwili postawiła przede mną przekąskę. Kilka croissantów, w kilku miseczkach najróżniejsze dżemy, do tego olbrzymia porcja sałatki z grapefruitów, pomarańczy, winogron i ananasów. Świeżo zaparzona kawa z dzbanuszkiem mleka. Ręce mi opadły na tą subtelną ilość pożywienia. Nie miałam siły się z nią kłócić, więc skubnęłam po trochu z każdej z rzeczy. Tara podśpiewując pod nosem, nadal walczyła nożem ze składnikami, ale jednocześnie co chwilę na mnie zerkała.
- I jak kochana? Wyspałaś się? Missa wyjeżdżał tak wcześnie, że nie chciał Ciebie budzić. – Spojrzałam na nią zdziwiona. Już się domyśliłam, że jej Missa to mój Diabeł. Co do jasnej choinki? Ten dupek wyjechał?! I mnie tu zostawił?! Moje zdziwienie musiało być bardziej niż widoczne, bo Tara kontynuowała:
- Missa miał przyjechać w przyszłym tygodniu. Ale zjawił się tylko dlatego, żeby Ciebie przywieźć. Wróci za pięć dni. Przez ten czas dojdziesz do siebie, odpoczniesz, zrelaksujesz.

Spojrzałam na nią z rezygnacją. Mogłam zacząć się rzucać i tylko stracić, albo grać rolę gościa i czekać co z tego wyniknie. Westchnęłam tylko:
- Szkoda, myślałam, że uda mi się zamienić z nim chociaż słowo – i zapatrzyłam się w pusty już kubek po kawie trzymany w dłoniach. Usłyszałam stukot odkładanego noża i po chwili pouczyłam jak ręka Tary gładzi mnie po plecach:
- Nie martw się słoneczko. Gdyby się o Ciebie nie troszczył to nie przywiózłby Ciebie tutaj. A teraz nie myśl za dużo, tylko korzystaj z dnia. – Posłuchałam jej i skorzystałam. Zajęło mi to co prawda cały dzień, ale wiedza która pozyskałam była imponująca. Począwszy od tego gdzie jestem. Wiadomość, że na wyspie Grand Cayman (Wielki Kajman) na Karaibach nie różniła się niczym od tego, gdyby okazało się, że jestem na stacji badawczej na Marsie. Zero szans na ucieczkę. Jakichkolwiek. Wbrew pozorom ustawiło mnie to trochę do pionu. Skoro ucieczka nie miała jakiegokolwiek sensu i przede wszystkim szans powodzenia, nie marnowałam sił i energii na snucie idiotycznych planów. Postanowiłam skupić się na samym miejscu i połączyć pożyteczne z przyjemnym. Nic nie stało na przeszkodzie, żebym uzyskała jak najwięcej informacji przy okazji rzeczywiście czerpiąc to co najlepsze z tego miejsca i warunków. Jak mnie ma zatłuc, to przynajmniej te 5 dni będą stanowiły najlepsze wakacje mojego życia.

Nie miałam złudzeń, że Raoul jest przestępcą. Nikt inny nie porywa samolotu, pomijając już mnie. A cały czas żyłam w przeświadczeniu, że innych pasażerów wysadził tak jak obiecywał. Musiał nie być pospolitym bandytą, skoro nie obawiał się ujawnienia swojej twarzy. Po pierwszym dniu wiedziałam również, że jest obrzydliwie bogaty. Raczej nie była to jego jedyna siedziba – pewnie jedna z wielu. Ale pieniądze i to niewyobrażalne krzyczały z każdego miejsca na które spojrzałam. Rezydencja była potężna, ale posiadłość przechodziła wszelkie wyobrażenia. Ogromny teren, stajnie, lądowisko dla helikopterów, prywatna plaża i przystań. Na jachtach się nie znam, ale przy koniach pociekła mi ślinka. Na marginesie zadziwiająca była swoboda z jaką poruszałam się po całym terenie. Nikt mnie nie zatrzymywał i też nikt na stałe się do mnie nie przyczepił. Owszem – widziałam zarówno pracowników zajmujących się ogrodem, będących przy koniach jak i ochroniarzy (faceci z bronią raczej ogrodnikami nie byli), ale nikt specjalnie mi się nie przyglądał, ani nie siedział mi na karku. W garażu stał drobiazg – Aston Martin. Padłam przy nim na kolana. Z nosem oddalonym 10 cm od tego cudeńka obejrzałam wszystko od rury wydechowej zaczynając na felgach kończąc. Na takim szwendaniu się i odkrywaniu kolejnych skarbów upłynął mi cały dzień. Uciekł mi obiad, ale miałam to gdzieś.

Kiedy się ściemniło wylądowałam na chwilę na plaży podziwiając niesamowicie oświetloną bryłę budynku. Nawet jakby mnie teraz ktoś zabił, nie żałowałabym ani sekundy ze spędzonego tu czasu. Tara ściągnęła mnie na chwilę na kolację, ale potem pochodziłam jeszcze trochę po samej rezydencji. Odkryłam skarby w postaci dwupoziomowej biblioteki połączonej z gabinetem, niesamowitej piwniczki z winami – oba te miejsca uszczupliłam trochę o  kilka książek i butelkę wina. Nie skorzystałam z tych skarbów, bo wieczorem zasnęłam szybciej niż kiedykolwiek.

Kolejny dzień rozpoczęłam silnym postanowieniem wprowadzenia stałego harmonogramu. Śniadanie, basen spacery, obiad, sjesta, jazda konna, kolacja i spanko. To wszystko przeplatane rozmowami z Tarą – głównie o gotowaniu, bo na temat Diabła nic wyciągnąć nie mogłam. Szalenie pasjonujące. Trzymałam się tego aż całe dwa dni.
Pracownicy się do mnie przyzwyczaili. Zresztą to byli szalenie mili ludzie, pomijając drobiazg, że któregoś pięknego dnia mogli mnie utłuc.

Trzeciego dnia szlag to trafił – nie mnie, ale mój harmonogram.
Przywieziono najnowszy nabytek Raoula – pięknego, karego, czystej krwi araba. Cudo, będące chlubą swojej rasy było najbardziej cudownym stworzeniem jakie kiedykolwiek widziałam. Przywieziono go rano i praktycznie od tego momentu przeprowadziłam się do stajni. Musiałam trochę opanować nagły atak śmiechu, kiedy usłyszałam jak koń ma na imię – Diablo.
No tak.
Po chwili przeszła mi ta wesołość – to co ten potwór wyczyniał w pełni uzasadniało taki a nie inny wybór. Ledwo dali radę wprowadzić go do boksu. Uniki, które przy tej okazji  wszyscy robili może i byłyby śmieszne, ale koń walił kopytami na serio. Nie gryzł chyba tylko dlatego, że usiłował się pozbyć wędzidła. Byłam nim zafascynowana.
Dotychczas jeździłam na spokojnej białej klaczy, ale ten wcielony diabeł zawładnął moją duszą.
Po kilku godzinach układ sił się nie zmienił – koń rządził. W końcu ludzie się poddali i wypuścili furiata na coś w rodzaju wybiegu. Wcześniej tego nie zauważyłam, ale niektóre z boksów miały wyjścia z dwóch stron. Jedno prowadzące do środka budynku, a drugie na wybieg na zewnątrz.
Dopiero po chwili zwróciłam uwagę na fakt, że na polu bitwy zostałam praktycznie ja, no i ta uparta jak osioł kobyła (pardon – szlachetnej krwi ogier).
Zafiksowałam się na amen. Przemieściłam się na drugą stronę stajni i stanęłam przy wybiegu Diablo. Oczywiście z nim po drugiej stronie płotu. Zauważył mnie od razu i błyskawicznie starał się mnie przestraszyć. Podbiegał do ogrodzenia na wprost mnie i gwałtownie hamował, wbijając tuz przy żerdzi swoje kopyta. Stałam obserwując to cudo, kompletnie nieświadoma, że te patyczki to dla takiego konia żadna przeszkoda. Po kilku takich akcjach odpuścił i zaczął mnie ignorować. Trwało to z dobrą godzinę. Nie spieszyło mi się nigdzie, więc ze spokojem czekałam jak się rozwinie akcja. Pod koniec dnia podchodził do mnie bez podejmowania prób rozszarpania mnie na kawałki. Kolejny dzień przyniósł powtórkę z rozrywki – od rana do wieczora tkwiłam przy wybiegu obserwując to cudo. Następny poranek przywitał mnie mega migreną. Trochę plątałam się przy boksie Diablo, ale w południe wzięłam potężną porcję prochów i oznajmiłam Tarze, że muszę się położyć.
Proszki zdziałały cuda, ból głowy przeszedł, a ja leżąc w łóżku miałam czas na myślenie. Po kilku minutach przekładania się z boku na bok wiedziałam już, że z sjesty nic nie będzie. I wymyśliłam, że skoro tak to może spróbuję pojeździć na Diablo. Od pomysłu do jego wykonania w moim przypadku jest krótka droga, więc od razu się poderwałam na nogi. Byłam na tyle przytomna, że się przebrałam. Upał upałem, ale zdawałam sobie sprawę, że mogę z tego potwora zlecieć. Idealnie na taką eskapadę nadawał się mój strój z samolotu. Oczywiście nie kostium tylko jeansy.
Cicho wymknęłam się z rezydencji szczęśliwa, że nikt mnie nie zauważył. Kompletnie umknęło mi że było jakoś dziwnie pustawo i zupełnie nie zwróciłam uwagi na zamieszanie przy lądowisku dla helikoptera. Helikoptera który teraz tam stał też nie zauważyłam.
Pustki panujące przy stajni również trochę mnie zdziwiły, ale były mi na rękę. Zbieg okoliczności – nic innego, spowodował, że na drodze do stajni nie spotkałam również żywej duszy. Cala impreza toczyła się z drugiej strony rezydencji bez mojego udziału.
Zresztą miałam już klapki na oczach i tylko jedną myśl w głowie – usiądę na arabie. Diablo podbiegł do mnie, ale mocno wyhamował widząc w moich rękach siodło. Nagle przyszło mi do głowy, że to może właśnie siodło spowodowało tak gwałtowne reakcje konia. Odłożyłam je na bok, koń się zbliżył. Siodło siodłem – potrafiłam sobie bez niego, ale co z lejcami? Zdaje się, że stajenni tez mieli z tym problem. Kolejny pomysł był genialny w swojej prostocie. Miałam we włosach biały szal. Co prawda zrujnowałam sobie fryzurę, ale mogłam przywiązać szal do uzdy i tym sposobem uzyskałam lejce. I słusznie – okazało się, że jedwabny szal koniowi nie przeszkadzał.
Raz kozie śmierć! Usiadłam na żerdzi i kiedy stanął bokiem powoli oparłam się powoli o jego grzbiet. Stał spokojnie, więc odbiłam się i po chwili siedziałam już na tym wspaniałym wierzchowcu. Drgnął i zaczął lekko drobić kopytami w miejscu. Dotknęłam bosymi stopami boków i poczułam wspaniałą grę mięśni. Co za idiota mógł powiedzieć, że ten koń jest agresywny i nie nadaje się do jeżdżenia. Wolno zaczęłam na nim krążyć po wybiegu.
A tymczasem się działo. Do posiadłości zaczęli się zjeżdżać podwładni Raoula. W chwili kiedy cichaczem wymykałam się do stajni, pojawił się on sam we własnej osobie razem ze swoim partnerem w interesach. Ramon Estebez Fernandez był potężnie zbudowanym o przystojnym Latynosem około 40-tki. Bezwzględny i bezlitosny, wzbudzał olbrzymi lek, ale w prowadzonych interesach był niezwykle skuteczny. Niewielu zdobyło jego uwagę i szacunek – jednym z nich był Raoul.
Panowie nie darzyli się może bezgraniczną przyjaźnią, ale mieli wspólne zainteresowania i widywali się nie tylko przy okazji aktualnie prowadzonych biznesów. Ta wizyta była zaplanowana kilka miesięcy wcześniej, zanim jeszcze ja się tu zjawiłam.
Raoul miał pewne obiekcje co do mojej obecności – słusznie obawiając się, że mogę wpaść w oko jego znajomemu. Dotychczas bez przeszkód spełniał tego typu zachcianki gościa – nawet dotyczące jego aktualnych kobiet, które po tym „przekazaniu” stawały się jego byłymi kobietami. Teraz jednak – mimo, iż nie byłam jego, wcale nie zamierzał się mną dzielić.
Wolał nie doprowadzać do otwartej konfrontacji, więc polecił Tarze bym się nie pokazywała. A ta święcie przekonana, że śpię tak jak mówiłam, nie niepokoiła mnie tylko na wszelki wypadek zamknęła drzwi mojej sypialni na klucz. Bardzo skuteczny środek tylko, że ja znajdowałam się już na zewnątrz.
Harmider związany z przyjazdem szybko został opanowany, a panowie zamknęli się w bibliotece aby móc w spokoju porozmawiać.
W tym czasie ja nabrałam pewności w jeździe na Diablo, zwłaszcza że był grzeczny i posłuszny. I postanowiłam sprawdzić jak się spisuje nie ograniczony płotem. Zatrzymałam się na środku padoku i zaczęłam się rozglądać za najdogodniejszym miejscem na kontynuowanie jazdy.
Kretyńskie zbiegi okoliczności chyba się na mnie uwzięły, bo w tym samym momencie panowie wyszli na taras i mieli doskonały widok na olbrzymi teren, stajnie, wybieg i mnie siedzącą na koniu.
Delikatny wiatr spowodował, że moje włosy zaczęły tańczyć na wietrze. Diablo czując ten sam wiatr zaczął tańczyć w miejscu. Podjęłam decyzję, że sobie pobiegamy na tym cudownie zielonym skrawku pomiędzy rezydencją a stajniami. Uderzyłam go lekko piętami po bokach i spięłam lejce. Reakcja konia była natychmiastowa. Spiął się w sobie, ruszył ostro i skoczył, ale jak!! Przeszedł nad ogrodzeniem jakby miał skrzydła. Potem tylko trzepnął ogonem i pomknął w kierunku domu. Lekko go zachęcałam do biegu, ale po chwili zaczęłam przyhamowywać.  Roześmiałam się, poklepałam w nagrodę po szyi i w tym momencie tuz przede mną objawiła się Tara. Na nią też mieli doskonały widok z góry.
Diablo ostrzegawczo zarżał i zaczął drobić w miejscu, ale bynajmniej nie miało to pokojowego charakteru. Jakby nagle tej cholerze wyrosły rogi, a charakter uległ zmianie o 180 stopni.
Zaczął przejawiać inklinacje, by stanąć dęba, a ja zaczęłam żałować, że nie posłuchałam zakazów i usiadłam na tym potworze. Kojącym, ale zdecydowanym głosem zaczęłam przemawiać do kilkuset kilo, które nagle trzasnęły focha.
Zaczęłam cofać konia, aby chociaż trochę odsunąć się od Tary. Jak na dłoni było widać, że ten potwór stacza walkę pomiędzy posłuszeństwem, a chęcią pobrykania i starcia na miazgę tej istotki przed nim.
- Panienko – Tara wystękała – panienka miała spać, proszę natychmiast iść do pokoju. Matko, co ja mówię. Co panienka robi na tym potworze?! Missa zabronił na nim jeździć. Na nim nikt i tak nie może jeździć.
Nie wiedziałam – bo i skąd, że z góry jesteśmy obserwowani przez dwie pary oczu. Obie pary miały w sobie odcień fascynacji.  Z Tym, że Ramon był jeszcze zaintrygowany, a Raoul wściekły. Chociaż nie wiem, czy ta wiedza by coś dała.

Diablo może coś i czuł, ale ewidentnie Tara nie podobała mu się najbardziej. To był jeden z tych momentów, kiedy dziękowałam Bogu, że ta kobyła mnie zaaprobowała.
Nagle kwiknął, stanął na tylnych nogach, zarżał i z ogromnym hukiem stanął znowu na czterech kopytach. Zdaje się, że chciał pokazać kto tu rządzi. Tara już była szara i tylko wyszeptała:
- Niech go panienka odprowadzi do stajni jak najszybciej. – i zaczęła się delikatnie cofać, kiedy Diablo w reakcji na jej słowa zaczął sapać przez nos. Zupełnie jak byk – diabli niech wezmą tego, kto go nauczył takich sztuczek. Tara z dalszej odległości kontynuowała:
- Niech panienka go odprowadzi. Nikt inny go nie będzie stanie zamknąć po tym co zrobił Jose. Nikt się nie chce do tego szatana zbliżyć. To jest diabeł wcielony. Missa mnie zabije. Missa wszystkich zabije.
No o tym nie pomyślałam. Rzeczywiście jak Raoul dowie się, że ktoś pomimo zakazu ruszał jego skarb jest zdolny do wszystkiego. Kiwnęłam tylko głową i powiedziałam:
- Kochana, przepraszam. Ten czart porwał moją duszę, a był taki sam w tej stajni. Już go zaprowadzam z powrotem.
Ale oczywiście nie byłabym sobą gdybym nie wykonała jakiegoś numeru. Nie wiem co za diabeł mnie podkusił. W sumie wiem, bo tej cholerze to się wcześniej ewidentnie spodobało – i nie ma co się czarować, mi też.
Lekko ścisnęłam boki Diablo, znowu stanął dęba i zarżał jakby oznajmiał wszem i wobec kto tu rządzi. Wykonałam zwrot w miejscu i pognałam jak na szatanie w stronę stajni. Nie miałam już tyle szczęścia co poprzednio i nadziałam się na stajennego. Aż żal mi się zrobiło na widok jego szarej twarzy, ale przypomniały mi się słowa Tary o wypadku. Widocznie albo to widział, Abo składał biednego Jose do kupy. Szybko zsiadłam i zaprowadziłam Diablo do boksu i pomogłam go oporządzić. Paolo – stajenny, był tak zdumiony, że da się tego konia bez trudu wyczesać, że nie wytrzymał:
- Jezu, cokolwiek mu panienka zrobiła dzięki bogom. Tej cholery nawet zgrzebłem nie można było tknąć.
Pomachałam mu na pożegnanie dłonią i w te pędy pobiegłam do swojego pokoju.
Tymczasem Raoul powoli dochodził do siebie. Sprawa była dzięki mnie na ostrzu noża. Rozpalone i pełne podziwu spojrzenie Ramon’a nie pozostawiało wątpliwości, ze zrobiłam na nim wrażenie. I że nie zamierza poprzestać na zwykłej wymianie uprzejmości.

 

** ** ** ** ** ** ** **

Diabeł – część IV
Diabeł – część VI

Polubienia 5
Wyświetlenia 4726

Podobne wpisy:

  • Super, czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy :)

  • Dziękuję :)

  • Anonymous

    czy i kiedy będzie dalsza częśc????

  • Diabeł będzie!!!!!!!!!!!!!

    Kolejną część opublikuję do 30 kwietnia (może parę minut po północy). Trochę odpuściłam, ale jeśli jest przynajmniej jedna osoba, która czeka na te dalsze wariactwa to nie zawiodę.

    Dzisiaj wieczorem usiądę i dołożę jeszcze na pewno jedną stronę: „Harmonogram”. Będziecie wiedzieć kiedy i czego się spodziewać.
    A może i „Zapowiedzi” – pod warunkiem, że wersje robocze – a przynajmniej ich mały fragment przekuję na coś co da się przeczytać bez zgrzytania zębami.

  • Anonymous

    super:)
    dziś znalazłam Twój blog dzięki linkowi u Babeczki- czekam na następne części-opowiadanie jest super:)
    pozdrawiam

    • A bo to Babeczka narobiła tyle zamieszania :) Jednym słowem jej działalność pchnęła mnie do tego, by chowane wcześniej po kątach zapiski, opowiadania i pomysły ujrzały światło dzienne.

  • Anonymous

    Przeczytałam cały dotychczasowy Paradoks, zaczęłam Diabła i zauważyłam kilka istotnych rzeczy dotyczących twojej twórczości:
    1. Masz fajne pomysły – trochę nierealne i mało prawdopodobne, ale sama przyznajesz, że to tylko fantazje, więc nie ma co się czepiać.
    2. Masz OGROMNY problem z zaimkami. Zwłaszcza w początkowych częściach ‚Diabła’. Polonistką nie jestem, ale normalnie raczej nie używa się zaimków w pełnych formach (ciebie, tobie), a przynajmniej nie w każdym przypadku, tylko w ‚skróconych’ – ‚cię’, ‚ci’ itd.
    Trzeba mieć wyczucie, kiedy wstawić pełną formę, bo czytając, że ‚nic tobie nie jest’, ‚zaraz coś zrobię tobie’, to aż mnie wzdryga, jakby ktoś paznokciami po tablicy przejechał.
    3. Kolejny nagminny błąd – zmienianie narracji na taką, która nie ma prawa bytu i zmienianie jej w ogóle. Co to znaczy ‚na taką, która nie ma prawa bytu’? A to, że np. opisywałaś zachowania Maksa i Josha z perspektywy ŚPIĄCEJ/NIEPRZYTOMNEJ Ani. Przykro mi, ale to jest mało prawdopodobne, żeby twoja bohaterka była w stanie cokolwiek zrelacjonować/opisać/przedstawić, nie będąc świadomą otaczającej jej rzeczywistości. Jedyna sytuacja, w której można by dopuścić taką narrację to taka, w której Ania byłaby duchem i zaglądałaby w dusze Maksa i Josha. Abstrakcja, nie xD?
    Zmienianie narracji z trzecio- na pierwszoosobową w środku akapitu też się zdarzało i to nie raz. Popracuj nad tym ;).
    4. Przecinki – często nie ma ich tam, gdzie być powinny, ale w większości przypadków nie przeszkadza to w zrozumieniu sensu zdań.
    Jak mówiłam – polonistką ani ekspertem od poprawiana błędów nie jestem, ale mam pewne pojęcie o tym, co można polepszyć i jak to zrobić. Moja rada? Znajdź sobie tzw. ‚betę’. Nie musi to być profesjonalista, ale ktoś, kto będzie w stanie tak wyszlifować twoją twórczość, żebyś w przyszłości nie miała takich ‚kwiatków’ ;).
    Wrócę jeszcze do pkt. 1 – twoja tworczość całkiem mi się podoba, ale właśnie przez aspekty wymienione w pkt. 2 i 3 jest też trochę zbyt ciężkostrawna.
    Mam nadzieję, że moją wypowiedź uznasz za konstruktywną krytykę, bo w żadnej części tego komentarza nie chciałam cię obrazić.

    Pozdrawiam, Monika/Sheneena

    • Przeczytałam. Do serca wzięłam na tyle, że odechciało mi się dzisiaj pisać (nawet nie pisać, co umieszczać cokolwiek).
      Żaden foch, po prostu widzę, że nie daję rady.

      Z jeden strony część mnie ostro przyznała rację takim uwagom, a z drugiej strony cała spontaniczność i wena jak to określiłaś zdechła,
      Dosłownie.
      Może do tematu pochodzę lekceważąco (nie określiłabym tego aż tak mocno, ale po prostu nie przykładam do tego aż tak dużej wagi). Teksty pisałam pierwotnie tylko na własny użytek, więc czasami myśl urywałam w połowie, wątek gdzieś się zawieszał. Pomijam już inne błędy.
      Szukać osoby do korekty nie mam jak. Jednym słowem czarnoziem.
      Pomijając drobiazg, gdy już jakimś cudem sama zabiorę się do sprawdzenia tekstu (raz chyba mi się to zdarzyło), to i wtedy zmieniam tekst.
      Nikogo nie będę obciążać korektami. Zresztą kiedy ktoś znajdzie na to czas? Ja sama niedosypiam po nocach byleby coś napisać.

      A skakanie po czasoprzestrzeni? To już na inny komentarz :)
      Zła nie jestem, absolutnie. Po prostu zdałam sobie sprawię, że chyba to nie był dobry pomysł z tym blogiem. Trzeba było zostawić wszystko tak jak było. Schowane i dla mnie.

    • Ale samooczyszczenie. Wkurzyłam się i właśnie siadam do ‚Kury bojowej’.

      Trudno, robię błędy. Pisząc bloga nie mam czasu na korekty. I tak teksty tworzę w nocy, wrzucając je około 02:00 – 03:00.
      Do pracy wstaję o 6 rano. Mam ciężką pracę, wymagającą perfekcji i skupienia.
      Może dlatego tak daję sobie na luz przy blogu. Ktoś pewnie powie, że jak w pracy siedzę nad tekstami to powinnam być bardziej uważna.
      Nic bardziej mylnego.
      Te opowiadania mną szarpią, ciągną mnie na wszystkie strony, wprowadzają zamęt. Czasami nie nadążam z pisaniem, gdy kolejne sceny przemykają jak zwariowane, o dialogach nie mówiąc.
      Ja naprawdę nie żartowałam pisząc, że ja swoje a opowiadania swoje. Ja po prostu to widzę i te rzeczy dzieją się bez mojego udziału.

      W przypadku Diabła i Paradoksu pierwowzory już istniały. Pisałam je dla siebie bez ładu i składu. W nosie mając wykonanie, bo liczyła się chwila, fantazja i emocje.
      Mając już pewne fragmenty z pierwszych tekstów, czasami korzystałam z funkcji copy-paste. Nie powiem ile razy chwytałam się za głowę, czytając sama opowiadanie na blogu po X dniach, gdzie nie było logiki za sens.
      Ale to nie podręcznik. Poprawić zawsze można!

      Z zaimkami mam problem. Staram się nad tym panować, ale nie jestem perfekcyjną panią domu! Robię błędy, literówki i pewnie będę je nadal robić!
      Ale jeśli coś Was razi i widzicie błędy, proszę mi w takim razie pomóc!!!!!
      Co stoi na przeszkodzie, jeśli gdzieś widzicie błędy, żeby wskazać konkretne miejsca, albo podesłać poprawiony fragment tekstu (gorzej jak cały :D ).

      Jestem teraz zła na siebie, bo uwielbiam jak wszystko jest idealnie. A nie jest!
      Wyjściem jest albo pracowanie nad sobą (staram się to robić, a z szeroko otwartymi ramionami przyjmę również wszelką pomoc), albo likwidacja bloga. I wtedy nie będzie problemu.
      A nie zarżnę przecież własnego dziecka!

  • Pingback: Diabeł VI | Skrywane pragnienia()