Diabeł VI

kiedy będziecie przy fragmencie w bibliotece, posłuchajcie tego kawałka
Chopin Fryderyk – Etiuda Rewolucyjna (Shebanova)

 

 

Gdy zbliżałam się do rezydencji, na tarasie nie było już nikogo. Dopiero wtedy zwróciłam uwagę na większą niż zwykle ilość ochroniarzy – i to takich, których wcześniej nie widziałam. Kropką nad i był helikopter. To mnie trochę przystopowało. O rany boskie, zjawił się Pan i Władca. Przebiegł mnie dreszcz. I bynajmniej nie było to przyjemne uczucie. W głowie od razu zabrzmiały mi słowa Tary:
- Missa zabronił.

Trochę za pewnie się poczułam, a w sumie moja obecność tutaj i przyszłość były jedną wielką niewiadomą. Przemknęłam cicho bocznymi schodami w kierunku mojego pokoju, ale Tara dopadła mnie przy kuchni.

- Słoneczko, przyjechał Missa, ale jest z gościem. Wieczorem będzie uroczysta kolacja i przyjadą jeszcze 4 osoby. Missa przywiózł kilka rzeczy. Masz coś wybrać do kolacji. Missa powiedział, że masz wyglądać skromnie i elegancko.
Brwi same mi się podniosły do góry, ale Tara nie zwracała uwagi na moją minę, tylko kontynuowała.
– Missa chce cię zobaczyć wieczorem przed kolacją. – po chwili wahania dodała jeszcze – I już może nie chodź nigdzie, dobrze?
– Hm… – zakaszlałam. – Oczywiście. Już idę na górę. I zostanę w pokoju, może tak być? – miała mi wyjść mina niewiniątka, ale Tara zaniosła się śmiechem.
Wolałam nie wdawać się z nią w dyskusję co ją tak rozbawiło, tylko szybko ewakuowałam się na górę.
Mimo, iż byłam w miarę dobrej kondycji to jednak jazda na Diablo odbiła się wszędzie. Bolały mnie plecy, ramiona, uda i pupa. Chociaż tak szczerze to bolało mnie wszystko. Teraz jedyną rzeczą jakiej naprawdę potrzebowałam była długa, gorąca kąpiel. Wanna była błogosławieństwem.

Owinięta w olbrzymi ręcznik frotte, z drugim zawiązanym wokół włosów wkroczyłam do garderoby. Skoro w sypialni nie było żadnych pakunków, to może tutaj znajdę tych kilka przywiezionych przez Diabła rzeczy. I tak jak weszłam, tak buzia mi się otworzyła.
Skąd mi przyszło do głowy, że taki facet ograniczy się do jednej no, może dwóch rzeczy? Nie mam pojęcia. Przede mną leżało jabłko, którym Ewa skusiła Adama w raju. Kilka olbrzymich pudeł zapewne z suknami, obok stojące kartony z butami i jeszcze kilka toreb zawierających Bóg wie co. Hermes, Blahnik – coś takiego to ja na filmach oglądałam. Fason zachowałam do pierwszego oddechu. Później wydałam dziki pisk i rzuciłam się na to jak dzieciak na prezenty w Boże Narodzenie. O raju. Zwątpiłam czy się w cokolwiek wbiję, ale i tak miałam niezłą frajdę. Po godzinie ogłupienie mi przeszło. Wszystkie ubrania co do jednego były szyte na miarę. I pasowały. Kiedy, jak … skąd on wiedział.

Zostawiłam te pytania. I tak nie uzyskałabym żadnej odpowiedzi. Teraz musiałam zdecydować co założyć. Wszystko jedno co, byleby to było zgodnie z życzeniem Diabła – skromne, eleganckie i niech go cholera weźmie, stonowane. Już ja mu pokażę!!!!
I wbrew wszelkim pokusom założenia czegoś szokującego, postanowiłam spełnić jego prośbę. Możliwe, że przyczynił się do tego mój wyskok na Diablo. Nie wiedziałam, że Raoul wie. Zakładałam, że dopiero się dowie. Wolałam nie drażnić go za bardzo. Co tu dużo mówić –po prostu liczyłam na to, że mniej się na mniej wścieknie.
Elegancko ale bez przesady?
Pomyślałam o tej kanonadzie barw, która mnie atakowała ze wszystkich stron i wybór był tylko jeden – biel. Wśród tego ogromu rzeczy było coś co krzyknęło – tak, to mnie szukałaś! Klasyczna sukienka, w stylu lat 60-tych. Jakby była żywcem ściągnięta z Jacqueline Kennedy.
Delikatny dekolt, bez rękawów, sięgająca tuż za kolana. Do tego delikatne cieliste pończochy i białe pantofelki na niewielkim obcasie. Chciałam założyć szpilki, ale zepsułyby ten efekt delikatności i klasy. Do tego perełki w uszach i żadnej więcej biżuterii. Strój już miałam ustalony i tyle czasu do dyspozycji, że postanowiłam poczytać. Pukanie do drzwi i słowa Tary wywołały efekt lepszy niż grom z jasnego nieba.
- Słoneczko, za pół godziny zejdź na dół. Głównymi schodami. Missa będzie czekał na Ciebie na dole.
Do jasnej choinki znowu to samo! Mając dużo czasu marnotrawiłam go bezbłędnie. Nadal z ręcznikiem na głowie popędziłam do łazienki nastawiona na walkę z włosami. Nastąpił cud numer jeden. Włosy mimo, iż zmaltretowane to ułożyły się perfekcyjnie. Owszem, wymagały delikatnych poprawek, ale byłam w stanie spiąć je w idealny kok. Niby panowałam nad włosami, ale miały jednak trochę swobody. Delikatny makijaż mający wyeksponować błękit moich oczu, bielizna, sukienka, muśnięcie perfumami i byłam gotowa.
Dobra!! Nie ma co się oszukiwać. Chciałam wywrzeć wrażenie na Diable.
Odetchnęłam głęboko i dopiero wtedy spojrzałam w lustro. Po drugiej stronie szklanej tafli stało zjawisko. Ja sama nie mogłam oderwać oczu i miałam nadzieję, że Diabeł też nie pozostanie obojętny.

No dobra, trzeba stanąć twarzą w twarz z przeznaczeniem. Zgodnie z poleceniem Tary, skorzystałam z głównych schodów. Będąc na ostatnich stopniach zaczęłam się dyskretnie rozglądać. Merde, jestem prawie na dole, a gdzie Diabeł? I w tym momencie go zauważyłam. Znowu ubrany na czarno, powoli zbliżał się w moją stronę. Ruch tuż za nim odwrócił na chwilę moją uwagę. Drugi mężczyzna, też wysoki, Latynos. To musiał być ten gość o którym wspominała Tara. Nie wiedziałam kim on jest i czym się zajmuje, ale pozapalały mi się wszystkie lampy alarmowe.
Nie wiedziałam w co pogrywa, ani co zamierza. O niczym mnie nie uprzedził! I chyba po raz pierwszy od długiego czasu zachowałam zimną krew i rozsądek. Kiwnęłam nieznajomemu głową na powitanie, a następnie zwróciłam całą swoją uwagę na Raoula i delikatnie się uśmiechnęłam.

Diabeł z kamienną twarzą podszedł do mnie, objął w talii i się odezwał.
- Witaj moja droga. Pozwól, że przedstawię Tobie mojego dobrego znajomego. Ramon Estebez Fernandez zostanie dzisiaj na kolacji. Ciebie już zna – nie mogłem nie wspomnieć o Tobie. – Ponownie zaszczyciłam spojrzeniem Ramona i natychmiast skupiłam uwagę znowu na Diable. A on tymczasem kontynuował.
- Będzie u nas gościł przez kilka dni. Mam nadzieję, że nie zaskoczyłem Ciebie dzisiejszą kolacją? Jak wiesz spodziewamy się jeszcze naszych sąsiadów.
Lata gry w karty właśnie procentowały, wyraz twarzy nie zmienił mi się ani odrobinę. Nie wiedziałam w co on pogrywał, ale zamierzałam zgarnąć wszystkie lewy w tej rozgrywce.
- Ależ skądże. To jest cudowna niespodzianka. – nadal mając delikatny uśmiech na twarzy i patrząc mu prosto w oczy, lekko przechyliłam głowę.
Zaczęliśmy prowadzić grę, ale niech mnie diabli jeśli wiedziałam o co tu chodzi. Jedno było pewne, takiej reakcji i zachowania się nie spodziewał.
Co do sąsiadów to wyczucie mieli bezbłędne.
Diabeł nie zdążył podjąć rękawicy, gdy wszyscy usłyszeli odgłos lądującego helikoptera. Zdążyłam tylko przelotnie się zastanowić jakim cudem jadąc na wakacje władowałam się w taki cyrk, co do jasnej cholery tu robię, co Ci ludzie mają z tymi helikopterami i dlaczego ten patafian (oczywiście myślałam o Ramonie) tak się na mnie gapi, gdy samochód ochrony dostarczył gości z lądowiska do rezydencji.
Do salonu wkroczyli goście, a ja na sekundę straciłam panowanie nad mimiką twarzy i podniosłam brwi. Moim oczom ukazała się para. Niebywale oryginalna. Na oko oboje w okolicach trzydziestki, chudy wypłosz i wypindrzona lala. Zanim zdążyłam się odezwać, Raoul pochylił się w moją stronę i oznajmił:
- Moja droga, to nasi sąsiedzi o których Tobie tyle opowiadałem. Miguel Angel Morales i jego siostra Angela Luisa Morales.
Z uśmiechem skinęłam głową. Zdążyłam tylko pomyśleć, że mi twarz zdrętwieje i tak mi zostanie, ale z moich ust słowa same wypłynęły:
- Ależ oczywiście. Raoul mówił o Państwu tyle razy. Witam serdecznie.
Widząc chęć mordu w oczach wypindrzonej lalki znowu uznałam, że bezpieczniej będzie patrzeć z uśmiechem w oczy Raoula. Nie wiem jak inni, ale ja byłam przekonana, że nie myślał o niczym innym tylko o tym z czym mogę wyskoczyć i kiedy spowoduję małe trzęsienie ziemi. Tą cudowną scenkę przerwało przybycie ostatnich oczekiwanych gości. Rodziców Miguela i Angeli.

Nie wiem o co w tym chodziło, ale obie przybyłe pary były mocno zaskoczone moim widokiem. A już ramię Raoula obejmujące moją kibić wywoływało poruszenie co najmniej jakbym stała w jego ramionach naga.
Mając przyklejony uśmiech do twarzy, obejrzałam uważniej Angelę. Niestety ładna była. Bzdura! To była piękna, smukła latynoska. Z cudownymi włosami, wspaniałą figurą i pięknym biustem, w niesamowitej krwisto czerwonej sukni, tylko podkreślającej walory jej ciała. Sposób w jaki się wyginała rozmawiając z Diabłem doprowadzał mnie do furii. Fakt, że przy mnie wyglądała jak dziwka chcąca sprzedać swoje wdzięki, ale nie zmieniało to faktu, że przyciągała spojrzenia. Szybko odwróciłam wzrok, słusznie obawiając się, że wyjdą ze mnie emocje i dopiero teraz zwróciłam uwagę, że w czasie rozmowy ktoś przeszedł na hiszpański i teraz całe towarzystwo rozmawiało w tym języku.

Nie wiem czy chcieli mnie w ten sposób wyeliminować z konwersacji, ale spłynęło to po mnie jak po kaczce. Po pierwsze i tak się nie odzywałam. A po drugie to było cudowne, kiedy z uśmiechem mogłam przysłuchiwać się wymianie zdań dotyczącej hodowli koni, rozumiejąc każde najdrobniejsze słowo. W całym swoim życiu zrobiłam może kilka mądrych rzeczy. I jedną z nich była nauka języków obcych w tym hiszpańskiego. Zastanawiałam się jak długo będę musiała tu tkwić udając debilkę, gdy z pomocą przyszli mi Tara i niechcący również Ramon.
Tara mignęła mi z tyłu schodów, a Ramon wspomniał o nowym nabytku gospodarza. Styki mi zagrały błyskawicznie i czystym, bez żadnych zbrodniczych akcentów hiszpańskim, wtrąciłam się do rozmowy:
- Raoul, może pokazałbyś gościom Diablo? Naprawdę jest co podziwiać. Ja w tym czasie sprawdziłabym czy przygotowania do kolacji idą tak jak zarządziłeś.
I znowu ten słodki uśmiech. Miałam ochotę sama sobie oddać pokłon za strzał w dziesiątkę. Czwórka Moralesów się zamknęła, Ramon poweselał i rzucił:
- Chodź z nami, kolacja nie ucieknie a konia rzeczywiście warto obejrzeć.
Myślałam, że trzymam wszystkie asy, ale Diabeł był mistrzem. Spojrzał na mnie i z delikatną drwiną brzmiącą w głosie powiedział:
- Cóż, my konia teraz tylko obejrzymy, a moja droga Anna na nim pojeździła. Jak się panuje nad bestią?
Zapadła kompletna cisza. On wiedział, że złamałam jego zakaz. Było mi już wszystko jedno, kiedy patrząc mu prosto w oczy odparłam:
- Nad bestią nie da się zapanować. Może pozwolić się dosiąść, może dać złudne wrażenie władzy i kontroli, ale to ona w pełni panuje nad sytuacją i dyktuje warunki. Zawsze.
Oboje wiedzieliśmy, że nie mówiłam o koniu. A ja, patrząc w oczy Raoula widziałam, że właśnie obudziłam potwora.

I chyba pierwszy i ostatni byłam wdzięczna Angeli, która głośno wyraziła życzenie natychmiastowego obejrzenia tego araba o którym tyle się mówi. Nie czekałam na kolejny atak ze strony Raoula i szybko wysunęłam się z jego objęcia.
- Życzę miłego zwiedzania. Zobaczę jak radzi sobie służba – i  już mnie nie było. Wpadłam do kuchni jakby mnie gonił sam diabeł. Tara w pełni panowała nad wszystkim i potrzebna byłam jak piąte koło u wozu. Wypchnęła mnie delikatnie i znowu zostałam sama. Towarzystwo zniknęło z salonu. Słyszałam oddalający się gwar i byłam święcie przekonana, że do stajni poszli wszyscy.
Cóż, mogło to chwilę potrwać. Nie chciało mi się wchodzić z powrotem na górę, więc zajrzałam do biblioteki. Chciałam poczytać, ale mój wzrok przyciągnął czarny Steinway. Nie widziałam go wcześniej, bo poprzednio w czasie zwiedzania, byłam tylko na  górnym poziomie biblioteki, a nie schodziłam to na dół. Jakiś urodzaj na czarne? Zaśmiałam się na głos.

Z okien rozpościerał się piękny widok na ogród i stojące w oddali stajnie, oraz na Raoula z wiszącą na jego ramieniu Angelą. Reszty nie widziałam, ale doszłam do wniosku, że rodzice tej harpii chcą mieć takiego zięcia, więc tworzą warunki by parka pogruchała sama. Wiedziałam, że z górnego poziomu, a już na pewno z tarasu miałabym lepszy widok, ale fortepian wyglądał tak samo samotnie jak ja. Poza tym co by to dało. Nie miałam zapędów masochistycznych by oglądać inną kobietę w objęciach tego indywiduum. Tylko bym się dobiła. Po raz kolejny przyszła mi do głowy myśl, że taki facet jak on nie zwraca uwagi na takie kobiety jak ja. Żebym nie robiła sobie żadnych złudnych nadziei. To, że tu jestem to czysta fanaberia lub przypadek. A do Diabła bardziej pasuje ta gorąca latynoska, a nie taki jasny pączek.
Więc to co mogłam zrobić teraz to cieszyć się z drobiazgów A takim drobiazgiem w tej chwili było to czarne pudło w bibliotece. Nie byłam pewna, czy mogę dotykać fortepianu, więc krzyknęłam trochę w przestrzeń:
- Tara, czy mogę sobie zagrać? – Policzyłam do pięciu i kiedy nic nie usłyszałam odpowiedziałam sobie sama. – Cisza. No to sobie zagram.
Ciekawostka polegała na tym, że potrafiłam grać. Wybiórczo. Do perfekcji miałam opanowanych 11 utworów – głównie Chopina, które tłukłam miesiącami na fisharmonii kuzyna. Doprowadzając do szału kuzyna, jego żonę, ich sąsiadów i kogokolwiek kto się znalazł w pobliżu.

Mając w głowie chwilę oddechu i Steinwaya, nie zwróciłam nawet uwagi na daleki i zaciemniony kącik biblioteki, w którym stały bardzo stare, skórzane i wyposażone w wysokie oparcia fotele. Nawet gdybym zwróciła, to nie zauważyłabym nikogo, zwłaszcza ze ten nikt siedział cicho i się nie odzywał.
Po chwili wahania w końcu zdecydowałam, że towarzystwo i stajnie są na tyle daleko, że nikt nie powinien zwrócić uwagi na dźwięki. Co najwyżej pomyślą, że jakiś pracownik puścił muzykę. A przede wszystkim zobaczę ich wracających i zawczasu przestanę grać.
Przez chwilę siedziałam w ciszy, a potem palce same zaczęły grać Etiudę Rewolucyjną Chopina. Czułam się opuszczona, skrzywdzona, zdradzona i te emocje znalazły ujście w muzyce.

Jak zwykle gra mnie tak pochłonęła, że nie zwracałam uwagi na nic i na nikogo. Także na mojego cichego towarzysza, którego muzyka wyciągnęła z ukrycia. Ramon podszedł na tyle blisko, że widział wszystkie emocje malujące się na mojej twarzy – od gniewu, rozpaczy i samotności, po złość i chęć buntu. Nie kontrolowałam tego, ale moja postawa dostosowała się do muzyki. Była połączeniem dumy i żalu.
Gdy skończyłam grać, zamknęłam oczy. I w tym momencie Ramon się odezwał:
- Grasz jak anioł.
Podskoczyłam i spojrzałam na niego przestraszona. Zaskoczył mnie. Starałam się szybko opanować, ale jednak zauważył, że wyprowadził mnie z równowagi.
- Witam ponownie senior Ramon.
Odwróciłam się szybko w stronę ogrodu, ale pozostali musieli być jeszcze w stajniach. Nie wiem co kazało mi cholernie uważać na tego typa.
Uśmiechnął się do mnie i wyszeptał:
- Mów mi po imieniu. – A potem dodał – Anna, jakie piękne imię. Dumne. Czy zagrasz coś jeszcze dla mnie Anno?
Brew naprawdę mimowolnie powędrowała mi do góry, nadając wyrazowi twarzy lekko kpiący wyraz.
- Prywatny koncert? Są zarezerwowane dla Raoula.
Usta mu drgnęły, ale jeszcze nie śmiał okazać jawnie niezadowolenia. Zrozumiał przekaz bezbłędnie. Postanowiłam nie drażnić go jednak za bardzo. Nie wiedziałam na ile mogę sobie pozwolić, a nie wyglądał na człowieka, który ma obiekcje by sprawić komuś ból.
- W imię przyjaźni z Raoulem. Jeden utwór. Wybrany przeze mnie.
Pewnie uznał to za wyróżnienie, a ja wolałam go nie wyprowadzać z równowagi, że jestem w stanie zagrać jeszcze tylko 10 innych.
- Pozwolisz, że usiądę w fotelu? Chciałbym w pełni rozkoszować się muzyką.
Co mi szkodziło potwierdzić.

Sad piano wyszło mi samo spod rąk. Nie wiem dlaczego, ale nie chciałam by żaden utwór Chopina kojarzył mi się z tym człowiekiem. Jak zwykle mając muzykę w głowie, nie słyszałam kompletnie niczego innego. I nikogo innego, a już na pewno nie cudownych sąsiadów i Diabła, którzy wrócili ze stajni i dołączyli do nas w bibliotece. Stali w ciszy zasłuchani w dźwięki muzyki. Diabłowi nie uciekł żaden szczegół – od Ramona siedzącego w fotelu po moją zarumienioną buzię. Nie wiedział, że powodem jest muzyka i on sam, a nie ten baran siedzący w kącie. Kiedy skończyłam grać i otworzyłam oczy, napotkałam od razu zimne i wściekłe spojrzenie Diabła informujące mnie wyraźnie – chciałaś potwora i bestię, to je masz!

 

** ** ** ** ** ** ** **

Diabeł – część V
Diabeł – część VII

Polubienia 10
Wyświetlenia 4532

Podobne wpisy: