Kura bojowa II

Oparłam się pokusie żeby załadować kota do pralki – trafiły tam za to moje rzeczy. El Diablo w czasie przenoszenia w inne miejsce stawiła czynny opór i nie zaniechała działań. Skutki były opłakane. Moja koszulka nocna, szlafrok, dywan, drzwi – wszystko było zarzygane.
Po godzinie zarówno dom i ja wróciliśmy do względnego stanu równowagi. Dom po sprzątaniu, a ja po kąpieli. Ubrałam się, umalowałam i uzbrojona w listę spraw do załatwienia, wyjechałam moim maleństwem do Centrum.

Chyba przydałoby się kilka słów na temat mojego maleństwa.
Za starych czasów, kiedy byłam jeszcze panną dostałam niejako w spadku malutki, słodziutki samochodzik – Peugeot’a 206.
Wiśniowy, zgrabny bączek pierwotnie napawał mnie przygnębieniem. Był mały, patrząc na wszystko od bagażnika począwszy. Miał słaby silnik i twarde siedzenia. Okazało się ,że samochód nie przejmuje się takimi detalami i wbrew mojej pierwotnej niechęci wszystko się do niego mieściło, on wszędzie się mieścił, odejście miał jak mały odrzutowiec i jedynym ograniczeniem była prędkość. Osiągałam nim maksymalnie 180 km na godzinę, a to tylko dlatego, że jeszcze kilometr więcej i wchodziłabym w fazę lotu. Maleństwo było za lekkie i przy takiej prędkości zaczynało tracić kontakt z podłożem.
Chyba też trochę przyczynił się do zmiany mojego stanu cywilnego.
Mój obecny mąż, a x lat temu po prostu kumpel z paczki znajomych, właśnie w maleństwie po raz pierwszy zwrócił na mnie uwagę. Wspominając te czasy rozmarzyłam się. Jakby to było wczoraj – zobaczyłam mojego ślubnego, siedzącego obok mnie. Po coś tam jechaliśmy we dwójkę.

Oczywiście stałam nie na tym pasie na którym powinnam.  Moje przyszłe szczęście zasygnalizowało mi – z dosłyszalnym w głosie poirytowaniem, że będę miała problemy żeby się wcisnąć na właściwy pas. Coś tam zaczął jeszcze mamrotać, że trzeba było pomyśleć, ale ja – patrząc na niego niewinnymi i szeroko otwartymi oczami, rzuciłam tylko tekst:
- Dlaczego? Przecież jestem pierwsza?!
Światła się zmieniły, ruszyłam tak jak zwykle, materiał na męża wcisnęło w fotel i się zamknął. A pas oczywiście zmieniłam bez problemów, bo inne samochody nie gnały jak połamane i zostały daleko w tyle. Dopiero po chwili zauważyłam, że patrzy na mnie (facet, nie samochód) z dziwną mieszaniną grozy i podziwu.
Męża przestałam wspominać i okazało się, że jestem przy Starym Browarze. Cholera! Znowu to samo.

Ponad 20 minut jazdy samochodem, a ja nie pamiętam ani minuty. Nikt mnie nie ścigał, więc istniała duża szansa, że jechałam porządnie i zgodnie z przepisami. Co prawda planowałam załatwić wszystkie zakupy o wiele bliżej domu, ale skoro już tu dotarłam to dlaczego od razu nie skorzystać z okazji. Nie widziałam przeciwwskazań.

Po chwili miałam z głowy kapę oddaną do pralni chemicznej, a po dwóch godzinach załatwione wszystkie punkty na liście. Co prawda umęczona byłam koszmarnie, ale byłam do przodu z czasem. Postanowiłam siebie nagrodzić. Każdy amator dobrych lodów wie o czym mówię. W nowej części jest na dole niesamowita kawiarnia. Z lodami własnej roboty, ręcznie robioną bitą śmietaną. Ceny mają przyzwoite, desery grzeszne. To było to czego potrzebowałam!
Ruszyłam powoli w ich stronę i mnie zamurowało. Dosłownie.
Bo czyż jest coś bardziej banalnego niż moja przyjaciółka z moim mężem w konfiguracji nie pozostawiającej złudzeń, że coś źle widzę. Jeśli facet trzyma rękę na tyłku kobiety, a ta chichocze jak potłuczona to raczej nie ma miejsca na „to nie tak kotku”. Odetchnęłam kilka razy i kiedy odzyskałam już sprawność w kończynach, te dwie pokraki zniknęły mi z oczu.
Sprawność – ja pierniczę. Zdrowo mną miotnęło. Jak w amoku zjechałam na parking, odbiłam bilet, wskoczyłam do samochodu i ruszyłam z piskiem opon do domu. Nie myślałam o niczym. To znaczy nie – owszem, myślałam. Że wszystkie koszule tego fałszywego gada potnę na kawałki, a to co zostanie wypierniczę za okno na ulicę. Opatrzność nade mną czuwała, bo w czasie tej szaleńczej jazdy nikogo nie przejechałam i nie nadziałam się na żaden radiowóz.

W ekspresowym tempie dotarłam do domu i otworzyłam drzwi do mieszkania. I nie krzyknęłam tylko dlatego, że mnie zatkało. W korytarzu naszego mieszkania – idealnie na samym środku stała moja „diabli ją nadali” idealna teściowa.

 

** ** ** ** ** ** ** **

Kura bojowa – część III
Kura bojowa – część I

Polubienia 9
Wyświetlenia 3515

Podobne wpisy:

  • Anonymous

    bardzo fajnie się zapowiada:)

  • Dziękuje :) Nie da się ukryć, że byłam w bojowym nastroju kiedy zaczęłam tworzyć „Kurę”