Diabeł IX

 

Oparłam się bezwładnie o umywalkę cały czas patrząc na koszulę. Teraz już kompletnie nic nie rozumiałam i nie ogarniałam tego co się dzieje. Zupełnie mechanicznie weszłam pod prysznic, wykąpałam się i zawędrowałam do garderoby.

Ale w głowie cały czas miała jedno wielkie kłębowisko myśli, których nie mogłam złapać.
Po co on mnie ze sobą zabrał? Dlaczego mnie potem zostawił na kilka dni? Co on do cholery ze mną zrobi? Dlaczego tak się zachowywał przy znajomych? Dlaczego tak mnie odpychał i poniżał? Jeśli tak go ode mnie odrzucało to na litość boską, skąd się wzięły te białe plamy na koszuli? No i najgorsze, jak mam się zachować kiedy teraz się z nim spotkam??

Znowu zostałam sama z wątpliwościami. I co gorsze bez żadnych szans na uzyskanie odpowiedzi na moje pytania. Usiadłam na podłodze i przez chwilę wpatrywałam się bezmyślnie w ubrania. Po chwili ogarnął mnie śmiech. Chociaż w sumie należało to przyrównać do mini napadu. Uzmysłowiłam sobie, że bardziej się przejmuję tym czy podobam się Diabłu niż faktem, że on mnie może w każdej chwili utłuc. Po chwili opanowałam niemoc. Siedzenie w miejscu i robienie z siebie ofiary nic mi nie da.

Odetchnęłam głębiej i postanowiłam stawić czoło temu wysłannikowi piekieł. Bardzo szybko zajęłam się wręcz głupim problemem. W co ja mam się ubrać. Bo niby co chciałam uzyskać? Bardzo szybko odpowiedziałam sobie chociaż na to pytanie.
- Tak moja droga – szepnęłam do siebie – masz wyglądać jak dama. Elegancka, wytworna i niezdobyta, z której on będzie miał ochotę zedrzeć ubranie zębami. Może i się zarzekał, że Ciebie nie tknie, ale obudziłaś się z wyraźnym dowodem, że jednak nie panuje nad sobą. Popracujmy więc trochę nad jego samokontrolą.

Nie chciałam doprowadzić Diabla do szału, ale korciło mnie niebywale by sprawdzić czy rzeczywiście nie ma na mnie ochoty, czy też tak dobrze udaje. W końcu nocna wpadka mogła być tylko rezultatem zwykłego podniecenia i tego, że akurat byłam pod ręką.

Co do ubrania to łatwiej było powiedzieć niż zrobić. Po kolej odrzucałam spódnice, jeansy, sukienki. I kiedy prawie się poddałam trafiłam na niesamowite beżowe spodnie z wysokim stanem. Od razu przed oczami stanęła mi scena z jednego z filmów. Właścicielka plantacji siedząca na koniu. W takich spodniach. To było to!
Zintensyfikowałam poszukiwania, aby zlokalizować pozostałe elementy. Po prawie godzinie byłam gotowa. Może trochę przesadziłam, ale to „trochę” było ukryte pod ubraniem i sprawiało, że czułam się bardziej kobieco. Mianowicie natrafiłam na 3-częściowy komplet bielizny, który kupiłam jeszcze w Polsce. O którym zupełnie zapomniałam, a który wylądował razem z innymi moimi rzeczami w garderobie. Gorset z fiszbinami, zapinany na haftki z przodu, do tego cudowny biustonosz z koronką i obcisłe majteczki. Wszystko utrzymane w głębokiej czerni tworzyło niesamowitą całość. Sama na siebie patrzyłam z przyjemnością. Pomijając, że wyglądał zabójczo to jeszcze nieźle pomógł uformować sylwetkę. Spodnie, czarna bluzka koszulowa z długim rękawem i ciemnobrązowe skórzane oficerki. Włosy związałam w węzeł, podniosłam kołnierz bluzki, spojrzałam w lustro i aż westchnęłam.
To było to!
Wyprostowana dumna sylwetka, moje oczy błyszczały i lśniły czystym błękitem. Kurczę, wychodzi na to, że kwitnę w atmosferze nerwowości, stresu i zagrożenia. Musnęłam się tylko delikatnie perfumami i wyszłam z garderoby.

I tak jak ruszyłam w kierunku drzwi, tak mnie zablokowało. Łatwiej było sobie powiedzieć, że mam potrząsnąć Diabłem niż to zrobić. Oprócz zaplanowania efektu końcowego, nie miałam kompletnie pomysłu na to jak do tego doprowadzić.
Znowu odetchnęłam, przy okazji myśląc, że mam ostatnio sporo okazji by głębiej łapać powietrze w płuca i żeby mi to tylko w nawyk nie weszło.
- Myśl, do diaska. – Cudu nie było, próba przyprowadzenia siebie do porządku nic im nie dała. Wzruszyłam ramionami, znowu karcąc się w myślach za kolejny, często występujący u mnie ostatnio gest i doszłam do wniosku, że może tym razem odpuszczę.
Wszystkie moje ostatnie plany miały to do siebie, że brały w łeb. Niechlubnie zaczynając od spokojnych wakacji w Nowym Jorku. Więc zdecydowałam się tym razem iść na żywioł. Nie odwalałam szopki ze schodzeniem głównymi schodami, tylko przemknęłam się galeryjką i ruszyłam schodami kuchennymi na dół. Żywioł dopadł mnie na wysokości kuchni.
- Słoneczko – donośnego głosu Tary nie dało się nie zauważyć i co gorsza, zignorować. – Jak się czujesz? Nie boli Ciebie nic? Strasznie krzyczałaś w nocy. Przestraszyłaś się czegoś? Missa mówił, że możesz krzyczeć i że on się Tobą zajmie i Ciebie uspokoi. Wszystko dobrze?

Odwracając się w kierunku Tary już czułam, że jest źle. Nie wiem dlaczego nad tym nie panuję, ale mój cholerny organizm czasami postanawia wprawiać mnie w zakłopotanie. I tak było tym razem. Czułam, po prostu czułam jak na moje policzki wypełza krwisty rumieniec. Stałam bez słowa, najzwyczajniej w świecie nie wiedząc co powiedzieć.
I wiedziałam, że moja cholerna twarz płonie.
Obie patrzyłyśmy na siebie w milczeniu. I nagle oczy Tary zaczęły się rozszerzać, a na jej twarzy zaczynał formować się coraz szerszy uśmiech. Dodała dwa do dwóch i wyszło jej to co miał myśleć Ramon. Rany boskie! Istniał tylko jeden sposób, by zmienić temat.
- Tara. Czy jest coś do jedzenia? Głodna jestem.
Skutecznie zamknęłam jej tym usta. Okręciła się jak fryga wokół własnej osi i wpadła do kuchni. Teraz nie miałam już wyjścia i podążyłam za nią. Usiadłam przy stole i z westchnieniem skubałam po kawałku to, co mi podsuwała – od omletu po croissanty i owoce. Zakrztusiłam się, gdy zobaczyłam która jest godzina.
Była trzecia popołudniu. Rany boskie! Spałam tak długo? Dlaczego nikt mnie nie obudził?!

Dokładnie z takim pytaniem zwróciłam się do Tary. Ta tylko błysnęła zębami.
- Missa powiedział, że jesteś bardzo zmęczona i musisz się wyspać. Kazał nie przeszkadzać.
Już miałam się spytać co Missa w takim razie teraz robi, gdy Tara sama z siebie kontynuowała.
- Panienka Morales przyjechała w odwiedziny. Sama. I Missa razem z senior Ramonem pojechali pokazać jej posiadłość i zatokę.
Ciśnienie mi się podniosło. Nie zgrzytnęłam zębami tylko dlatego, że miałam w ustach melona. Przełknęłam szybko jedzenie i kontynuowałam wywiad, starając się brzmieć jak najbardziej swobodnie i niewinnie.
- A dawno pojechali?
- Nie. Z jakąś niecałą godzinę temu. Zapakowali do samochodu koszyk z jedzeniem, więc pewnie się gdzieś zatrzymają i nie wrócą tak prędko. Będzie chwila spokoju.
Spojrzałam na nią badawczo. Mogła mieć na myśli zarówno Angelę, Ramona, jak i mnie z Diabłem. Znowu się zarumieniłam na myśl, że moje krzyki były tak słyszalne i co inni pomyśleli. Tara zerknęła na mnie z uśmiechem.
- Ptaszynko, najadłaś się? Odpocznij słoneczko. Może powinnaś się jeszcze położyć ?

To czego potrzebowałam, to zniknąć jej z oczu.
Przytaknęłam więc tylko jej propozycji i nie czekając, aż zwróci baczniejszą uwagę na mój strój, zerwałam się szybko zza stołu. Popędziłam z powrotem do pokoju i zamknęłam drzwi, ale nie z tej strony co myślała Tara. Chwilę stałam bez ruchu i przemknęłam jeszcze raz na dół, starając się nie oddychać gdy byłam na wysokości kuchni. Mam nadzieję, że równie cicho wymknęłam się z domu.

Brak obu Panów skutkował idealnym dla mnie rozprężeniem wśród pracowników. Nie widziałam nikogo. Ani jednej osoby z obsługi czy ochrony. Po wydostaniu się z domu przeszłam w stronę garaży.
Tak jak przypuszczałam, wzięli terenówkę. W głowie miałam tylko jedną myśl! Muszę zobaczyć co się tam dzieje. Nie dawała mi spokoju ostatnia kolacja, prowokacyjne pozy Angeli i jej drapieżny uśmiech gdy patrzyła na Raoula.

Dziękowałam niebiosom za moje wścibstwo. Kiedy Diabeł mnie zostawił na kilka dni, wykorzystałam czas maksymalnie jak mogłam – między innymi dowiadując się wiele rzeczy na temat samej posiadłości. Wśród wielu ciekawostek, które mi powiedziano (nikt nie widział powodu, dla którego nie miałabym tego wiedzieć), były jej niesamowite zalety. W tym prywatna zatoka razem z cudowną piaszczystą plażą. I wiedziałam, gdzie to cholerstwo jest. Przynajmniej w linii prostej i plus minus kierunek. Byłam w takim stanie, że to mi wystarczało.
W garażu stało jeszcze kilka samochodów, ale nie znając trasy byłabym za bardzo uzależniona od drogi. I przede wszystkim byłabym zbyt widoczna. Pozostawały dwa środki transportu. Nogi i koń.
Nogi były za wolne jak na moje potrzeby. Pchało mnie, żeby jak najszybciej sprawdzić co ta trójka robi. Guzik prawda, obchodziła mnie jedynie Angela i jej cholerne sztuczki, które zamierza praktykować na Diable.

Cóż, jedynym wytłumaczeniem takiego zachowania może być to, że działałam w amoku, nagle zrobiłam się chorobliwie zazdrosna i dlatego przestałam racjonalnie myśleć.

W oka mgnieniu znalazłam się w stajni. Pierwotnie planowałam osiodłać klacz, na której wcześniej jeździłam, ale gdy tylko weszłam do stajni rozległo się rżenie Diabła. Ta cholera mnie wyczuła. Podeszłam do niego i machinalnie zaczęłam gładzić po łbie, ale gdy trącił mi rękę pyskiem przyszedł mi do głowy inny pomysł. Do takiej kretyńskiej wyprawy ten szaleniec nadawał się doskonale. Nie ryzykowałam z siodłem, ale lejce mu przypięłam. Okazało się, że Diablo niechętnie bo niechętnie, ale to przebolał. W tym całym szaleństwie wykazałam się odrobiną rozsądku wyprowadzając Diablo ze stajni, a nie wyjeżdżając na nim na oklep jak wariatka.
Po kilku minutach szybkiego marszu stwierdziłam, że jestem już wystarczająco daleko od zabudowań. Podprowadziłam Diablo do ogrodzenia, wspięłam się na nie i tym sposobem wsiadłam na konia.
Trochę mu zad drgnął, ale na szczęście nie zaczął szaleć. Postanowiłam pojechać trochę okrężną drogą. Jadąc od razu w kierunku gdzie powinna być ta zatoka, musiałabym przeparadować na grzbiecie konia tuż przed oknami kuchni z Tarą w środku.
Po chwili okazało się, że to czy mnie ktoś zobaczy jest najmniejszym problemem.
Po pierwsze moje siniaki i poobijane ciało dało o sobie znać. A po drugie Diablo chciał sobie pohasać. Tego cholernego konia jednym słowem zaczęło nosić. Nie miałam za bardzo wyboru. Pozostała mi tylko nadzieja, że jeśli teraz trochę pogalopuje to może za chwilę mu przejdzie.
Wjechałam na jedną z wielu ścieżek, puściłam lejce i pozwoliłam Diablo przejść w galop. W głowie miałam cały czas mój sen, coraz natrętniej pchała mi się też wizja Angeli w objęciach Raoula i dopiero po dłuższej chwili zorientowałam się, że coś jest nie tak.
Koń już nie galopował tylko szedł kłusem, a ja nie za bardzo wiedziałam gdzie jestem. Owszem, teoretycznie strony świata były do ogarnięcia, ale ścieżka niepokojąco się zwęziła, a otaczająca ją roślinność nie była już tak uporządkowana jak na terenie posiadłości. Zatrzymałam Diablo i rozejrzałam się uważnie. Kompletnie straciłam rachubę czasu, ścieżka przede mną nie wyglądała zachęcająco, a co najgorsze nie słyszałam szumu morza.

Teoretycznie jeśli nawet bym nic nie widziała, to chyba bym coś usłyszała. Zaczęły mnie ogarniać wątpliwości, gdzie ja w ogóle jestem i jak daleko od posiadłości. Co do mnie było mi wszystko jedno, ale jeśli coś by się stało Diablo to po pierwsze bym się zabiła, a jeśli nie to Raoul by mnie na pewno dobił.
W tej chwili próba szpiegowania tej trójki kompletnie zbladła wobec  obawy czy uda mi się cało i bezpiecznie wrócić. Zostawiłam w cholerę plażę i zatokę. Musiałam spróbować dostać się z powrotem. Zawróciłam konia w miejscu, popuściłam lejce i lekko ścisnęłam łydkami. Ruszył.
Zdałam się kompletnie na konia. Kiedy przestała mną rządzić zazdrość, zaczęłam coraz mocniej czuć ból we wszystkich mięśniach. Wiedziałam jedno, że jeśli Diablo się zatrzyma albo ja z niego zsiądę, to będzie koniec.
Starałam się tylko przytomnie rozglądać po okolicy, ale nie ingerowałam w tor jazdy konia licząc na to, że będzie w stanie samodzielnie dotrzeć z powrotem do stajni. Diablo był inteligentnym koniem i liczyłam, że to mnie uratuje.

Na moje nieszczęście jego właściciel też myślał.
Wiedział, że powinnam spać dłużej. Ale tyle razy dałam mu popis moich możliwości, że na wszelki wypadek kazał mnie pilnować.
Angela spadła mu niespodziewanie na głowę, więc postanowił razem z Ramonem zabrać ją na przejażdżkę. Telefon satelitarny, w który był wyposażony każdy z jego pojazdów pozwalał mu trzymać rękę na pulsie.

Dojeżdżali w pobliże plaży, gdy to właśnie telefon gwałtownie zmienił jego plany.
- Powtórz – wysyczał Diabeł. Ramon podniósł brew obserwując wspólnika. O kogokolwiek chodziło, raczej nie pożyje długo. Nie mógł wiedzieć, że przerażony ochroniarz właśnie informuje swojego szefa, że jego kochanka oddala się galopem na jego koniu i nikt nie ma szans, żeby ją dogonić. Informacja, że w dodatku siedziałam na Diablo bynajmniej nie polepszyła mojego położenia.

Raoul momentalnie zawrócił w kierunku rezydencji. W czasie szaleńczej jazdy kiedy przerażona Angela zamknęła oczy, chłodnym głosem poinformował, że musi natychmiast wracać do posiadłości. Nie uznał za stosowane dodać nic więcej, a Ramon nie nalegał. Widział już kilkakrotnie Raoula doprowadzonego do furii.

Był natomiast ciekaw kto ją spowodował tym razem.

 

** ** ** ** ** ** ** **

Diabeł – część VIII
Diabeł – część X

Polubienia 6
Wyświetlenia 4704

Podobne wpisy:

  • Anonymous

    Jak mogłaś skończyć w takim momencie?! Nie mogę się doczekać następnej części :) Naprawdę dobre opowiadanie :D

  • Wiem, to było nieetyczne :) Postaram się wrzucić dzisiaj. Mam już gotowy fragment, ale czuję niedosyt i muszę jeszcze trochę dopisać. Mam nadzieję, że nie przesadziłam bo już widzę, że mnie poniosło. No ale jak jest fantazja z przedstawicielem piekła to z konsekwencjami trzeba się liczyć … :D

  • Pingback: Diabeł X | Skrywane pragnienia()