Paradoks I

Cóż, obejrzałam z nim o jeden film za dużo, a w czasie poszukiwań różnych ciekawostek trafiłam na to miejsce.
Potem wybrałam dobre wino, wypiłam kieliszek, zamknęłam oczy i tak rozpoczął się „Paradoks”.
 


Czterdziestka zbliżała się wielkimi krokami. Był styczeń i urodziny co prawda mam w listopadzie, ale biorąc pod uwagę jak ten czas mija, nie było mi zbytnio do śmiechu. Co z tego, ze wyglądałam młodziej i to nawet dużo młodziej. Cyferek w dowodzie nie zmienię.
Starym zwyczajem stanęłam przed lustrem. Widok nie napawał mnie optymizmem. Wiecznie na diecie nie przynoszącej rezultatu. Chociaż z drugiej strony nie wiadomo ile bym zleciała to i tak było za mało, bo przy moim wzroście każdy kilogram więcej robił różnicę. Malutka i tłuściutka – cholerne rymy. Może nie było tak źle, ale ja dzisiaj widziałam wszystko w czarnych barwach. Jedyne co tej naturze wyszło to oczy i włosy. Czysty błękit z ciemniejszą obwódką. Włosy długie, w niespotykanym blond kolorze. I to były jedyne rzeczy, których bym nie zmieniła. Całą resztę albo bym wyciągnęła do góry, albo obcięła. Machnęłam ręką. Myślenie nic nie da. I tak nic sobie nie obetnę ani nie wydłużę. Smętnie zerknęłam po raz ostatni w lustro, z lekkim niesmakiem zerkając na przerośnięty biust i uzbrojona w kieliszek wina udałam się do gabinetu.
Jedną z niewielu rzeczy, które ratowały mnie przed zapadnięciem w zimową depresję były rozmowy na Skype z moja przyjaciółką. A i to miało się niedługo skończyć. Agnieszka po pierwsze była w Irlandii, a po drugie umierała z nudów w 7 miesiącu ciąży. Nie miałam złudzeń, że kiedy wypączkuje to ja zwariuję z braku rozmów z nią, a ona zwariuje zajmując się małą.

 
W czasie rozmowy, usiłując się podnieść nawzajem na duchu doszłyśmy obie do tych samych wniosków. Jesteśmy biedne, nikt nas nie kocha i jesteśmy grube.
- Cholera, Aga! Nie wkurzaj mnie. Ty będziesz jeszcze gruba przez 2 miesiące, no może przegięłam, ciut dłużej. Ale dzieciątko wyskoczy, a Ty zaraz wrócisz do formy. A ja? Do diabła! Nic nie pomaga. Żadne ćwiczenia!
- A to na co chodzisz ostatnio? Przecież tam jest strasznie wysiłkowy trening. 
 
Zdenerwowałam się na poważnie.
- Nie wkurzaj mnie. To się Krav Maga nazywa. Owszem wysiłkowy jak cholera. Jedyne co zyskałam to, że kondycję mam rewelacyjną i umiem komuś przyłożyć. Z wagą nie zleciałam, a mój trener jest zachwycony moją masą bo uważaj, cytuję barana „to daje takie możliwość”. Nokautu chyba. – prychnęłam wkurzona, a Aga całkiem rozsądnie zaniechała tematu. Natomiast ja prawie się rozpłakałam. 
W przypływie rozpaczy zapisałam się na coś, co gwarantowało ruch i opływanie potem. Skutki były takie same jak zawsze. No rzeczywiście kondycję miałam wyrobioną, ale nic poza tym.
 
I kiedy tak jęczałam i stękałam, Aga nagle oprzytomniała.
- Ej, a dlaczego Ty do mnie nie przyjedziesz? Jaj sobie nie rób. Sama się chwaliłaś, że dostałaś premię na koniec roku. Bilet do Cork po sezonie jest za śmieszne pieniądze. Będziesz u mnie z tydzień to w końcu się nagadamy. Sama wiesz, że jak larwa ze mnie wylezie to będą małe szanse na spokojne ploty.
Zupełnie odruchowo zaczęłam odmawiać.
- Ale ja nie … – i się zamknęłam. 
A właściwie dlaczego nie? Co stoi na przeszkodzie? Wolne mogę wziąć w każdej chwili. Zresztą mój szef już mi od kilku tygodni truje głowę, żebym poszła przynajmniej na 2 tygodnie wolnego. Wezmę 3, pojadę do Agi na tydzień lub dwa, a później może jeszcze coś sobie pozwiedzam. W końcu prawda jest taka, że premię dostałam, ale kasę wydam zadziwiająco szybko i jak zwykle nie wiedząc na co. A tak przynajmniej się z nią zobaczę, no i kasę przepuszczę, ale co odetchnę to moje. Kolejne moje słowa zatkały z kolej Agę.
- Dobra, gadaj kiedy.
 
Luty był przepiękny, a u Agi wytrzymałam tydzień. 
Równo. 
Nie zabiłyśmy się chyba tylko dlatego, że bardzo się lubimy, kochamy, uwielbiamy i jesteśmy naprawdę idealnymi przyjaciółkami. 
Z całym szacunkiem, ale Aga normalnie ma ciężki charakter. Aga w 7-miesiącu ciąży przypominała potwora. 
Mój charakter odezwał się ze zdwojoną siłą i efekt był taki, że obie zgodnie stwierdziłyśmy, że 7-dniowa wizyta jest w sam raz. Co prawda się nie nagadałyśmy, ale jeszcze jeden dzień dłużej i zaczniemy do siebie strzelać.
 
Wiedziałam, że nie wyjadę tak od razu. Aga namawiała mnie na Dublin, ale ja miałam już ludzi po dziurki w nosie. Marzyło mi się spokojne i ciche miejsce, gdzie mogłabym być sama. Bez nikogo.  Najlepiej z książką, ciepłą herbatą i obowiązkowo dostępem do ciepłej wody.
Jakim cudem trafiłyśmy na stronę w sieci z informacjami o wynajmie zamków nie mam zielonego pojęcia. Ale nagle coś zaczęło do mnie krzyczeć i wyć. Byłam zachwycona. 
Wieża z XVI wieku, przystosowana do pobytu do 8 osób, z maksymalnie zachowanym starym wystrojem i stojąca pośrodku niczego.
- Aga. Zerknij na to. Z Cork dojadę samochodem. Zadupie totalne. I wygląda na to, że można to wynająć w całości. Czy Ty rozumiesz? Mogę być tam sama. – Aga spojrzała na mnie przerażona, ale ja już przepadłam. 
Pomysł był tak szalony, że nie dopuszczałam myśli, że nie da się go zrealizować. Działałam siłą rozpędu. Od razu zadzwoniłam z pytaniem o wolne miejsca. Sezon martwy, więc bez trudu stargowałam cenę o połowę. Miałabym dwa tygodnie błogiego lenistwa za cenę 1-tygodniowego wynajmu na wyłączność! 
Telefon w kolejne miejsce i miałam już zarezerwowany samochód. Kiedy skończyłam rozmawiać, Aga wymownie popukała się w czoło, ale tylko wzruszyłam ramionami. Chyba dawno nie byłam tak beztrosko szczęśliwa.
 
Z ulgą wyjeżdżałam. Aga nie mając jeszcze potomka pod ręką, na mnie przelała wszystkie matczyne uczucia. Gdyby nie była w ciąży to bym ją walnęła, może by oprzytomniała. Sprawdzanie po kilka razy mapy, drogi, zakupów, zapasów -to wszystko świętego doprowadziłoby do furii. W kupie trzymało mnie tylko to, że ja zaraz odjadę, a jej małżonek zostanie ze swoją nabuzowaną połówką.
 
W końcu pomachałam im ręką i ruszyłam. Na zakupy! 
Mając Agę u boku nie mogłam sobie pozwolić na żadne zbędne szaleństwa. Przed wyjazdem do mojej samotni postanowiłam zaopatrzyć się w kilka niezbędnych rzeczy. Niezbędnych według mnie, wtedy. 
Dobra, odbiło mi!
Tym bardziej, że zamierzałam przepuścić moją premię co do złotówki. Kilka nowych ubrań, perfumy, laptop, kilka butelek wina, trochę książek i kilka opakowań lodów waniliowych. Tak zaopatrzona ruszyłam w drogę. 
Wolałam się Agnieszce nie przyznawać, ale uzgodniłam, że będę miała wieżę na wyłączność. Dosłownie. 
Nikogo z obsługi przez cały czas pobytu. Z zaopatrzoną spiżarką i wszystkim co potrzebowałam, by móc funkcjonować przez ten cały czas bez konieczności widzenia kogokolwiek. Jedyne co na mnie wymogli to, że jeden z pracowników będzie czekał na mój przyjazd i pokaże mi co i jak obsługiwać. 
 
Praktycznie kilka kilometrów za Cork zaczęłam składać sobie gratulacje za wynajem land-rovera, a nie zwykłego samochodu.  Ponieważ zaczęło się dziać coś co nie miało kompletnie prawa zdarzyć się w tym miejscu. 
Mianowicie zaczął padać śnieg. 
Najpierw delikatnie, ale im bardziej zbliżałam się do celu tym było gorzej. Dziękowałam tylko Bogu, że nie zdałam się na nawigację, ale ruszyłam wyposażona w komplet map. Nawigacja przestała działać po godzinie jazdy. Cała trasa miała mi zająć trochę ponad dwie godziny. Do celu dotarłam po pięciu i w dodatku w kompletnych ciemnościach. Tylko dlatego, że wcześniej obejrzałam sobie dokładnie mapy gogle i zdjęcia, trafiłam na miejsce. 
Może i jakieś drogowskazy były, ale ja ich nie zauważyłam. 
 
Cudownie! O to właśnie mi chodziło.
Przekopywałam się przez jakąś wiejską drogę, po raz kolejny błogosławiąc wybór samochodu i wreszcie dotarłam do wieży. Na zewnątrz paliły się światła, a na dźwięk silnika ze środka wyszedł całkiem żwawo staruszek.
 
Dobrze, że w czasie pobytu zdołałam trochę osłuchać się z wymową, bo miałabym niezłe kłopoty żeby go zrozumieć. Nie dopuścił mnie do słowa. Okazało się, że w czasie sezonu obsługa mieszka w chatce obok (fakt, ledwo bo ledwo ale coś tam majaczyło). Teraz nikogo nie ma. On przyjechał tylko po to by uzupełnić zapasy i mi pokazać co i jak działa.
Nie zgrywałam się na bohaterkę, tylko sięgnęłam po notes. Staruszkowi oczy się zaświeciły, a ja ledwo zdążyłam notować. Tam jest agregat, to ustawić samochód, tu jest studnia, tu są piece, to są pompy grzewcze, tu jest drewno, spiżarnia, naczynia, sypialnie. Cholera, a to ja jestem młodsza.
W końcu skończył.
Życzył mi powodzenia i w końcu zaspokoił moją ciekawość jak tu dotarł, wyprowadzając dwa konie spod jakiejś konstrukcji. Na jednego wsiadł, machnął mi ręką i odjechał prowadząc za sobą drugiego. Rany Julek!. Widocznie na nim przywiózł zapasy. Nieźle.
Wypakowałam wszystkie bagaże, zaparkowałam samochód pod tą samą wiatą gdzie stały wcześniej konie i oblepiona śniegiem jak bałwan dotarłam do wieży. Zatrzasnęłam za sobą drzwi, odetchnęłam i zaczęłam się śmiać. Dopiero teraz naprawdę rozpoczęłam wakacje.
Pamiętając o tym jak łatwo robię bajzel, doszłam do wniosku, że nie tym razem. Wszystko ładnie rozpakuję i będę się cieszyć ładem i porządkiem tak długo jak tylko się da. 
Tylko, że najpierw porządnie się rozejrzałam. Wejście od razu prowadziło do olbrzymiej komnaty. W centralnym punkcie znajdował się kominek. Obok niego były poustawiane fotele. W jednej z bocznych komnat było coś w rodzaju jadalni, a dalej przejście do kuchni. Wyposażonej zarówno w stare palenisko jak i nowoczesny sprzęt. Wróciłam do Sali kominkowej i zerknęłam do góry. Galeryjka! Ja nie mogę! 
I grube kamienne schody prowadzące wyżej. Na kolejnych poziomach znajdowały się sypialnie z łazienkami. Po jednej na każdym poziomie. Najbardziej przypadła mi do gustu ta znajdująca się tuz nad salą kominkową. Z olbrzymim łożem z baldachimem i dodatkowym kominkiem. Idealnie. 
Nie musiałam ganiać po całej wieży. 
 
Pierwsze zwiedzanie miałam z głowy. Mogłam się rozpakować. Potem pozapalałam wszędzie gdzie to możliwe światła i oglądałam teraz to cudo centymetr po centymetrze. Podziwiając wszystko – od kamiennej podłogi i schodów, po olbrzymią żeliwną wannę przy mojej sypialni i niesamowite drobiazgi w postaci lichtarzy czy zabytkowej białej broni.
 
W końcu stwierdziłam, że chyba chce mi się spać i nagle się okazało, że już jest jasno. 
Kompletnie straciłam poczucie czasu. 
Położyłam się, ale drzemałam tylko chwilę. Za bardzo mną nosiło. Znacie to uczucie spuszczenia ze smyczy kiedy macie ochotę wejść na lampę. Chyba mnie to dopadło!
Wzruszyłam ramionami – a co to kogo obchodzi kiedy sypiam i ile? Mogę robić co chcę.
 
Już po kilku godzinach poruszałam się po wieży jakbym mieszkała tu od urodzenia. 
I postanowiłam wprowadzić kilka zwyczajów. Po pierwsze wieczory z książką w Sali kominkowej. 
Po drugie wyłączenie telefonu. Z komputera będę korzystać jak z maszyny do pisania. 
Po trzecie co dziennie rano będę sprzątać i tym sposobem nie zakicham się na śmierć od kurzu. Poza tym nie zamierzałam mieszkać w chlewie. 
Po czwarte codziennie będę biegać. Nawet trochę.
 
Punkt trzeci wprowadziłam od razu. Okazało się, że jedna z dotychczas nie otwartych skrytek zawiera odkurzacz, zmiotki, miotełki i całą masę chemii. Po godzinie nadawałam się tylko do kąpieli. Szorując skórę pomyślałam, że nieźle się zaczyna ten urlop.
 
Po kąpieli wyjrzałam na zewnątrz. Nadal szalała zamieć. Chcąc nie chcąc realizacja punktu czwartego została trochę odsunięta w czasie. Poza tym trochę przerażająco wyło. Wszystko. Na wszelki wypadek obeszłam całą wieżę i sprawdziłam każde okno i wszystkie drzwi. Pozamykane.
 
Potem coś zjadłam, poczytałam i tak dotrwałam do wieczora. Smętnie pomyślałam, że dopiero mija drugi dzień, a przede mną jeszcze dwanaście. Nie wiem czy pod wpływem tego miejsca, czy tez bardziej z nudów postanowiłam się trochę zabawić.
 
Tylko bez takich! Po prostu miejsce mnie natchnęło i stwierdziłam, że obędę się bez elektryczności. Postanowiłam oświetlić wieczorem całe wnętrze tylko świecami i ogniem z kominka. 
Piękne kandelabry aż się prosiły o wykorzystanie, a dodatkowo znaleziony olbrzymi zapas świec i zwykłych świeczników podziałał na moją wyobraźnię.
 
Jak jakaś kretynka ujrzałam w głowie obraz średniowiecznej księżniczki, porwanej przez barbarzyńskich Celtów i uwięzionej w wieży. 
Samotnie krążącej po tych komnatach ze świecą w dłoni, w oczekiwaniu na swojego wybawiciela. 
W mojej sypialni i Sali kominkowej napaliłam wcześniej w kominku, a teraz poustawiałam pozapalane świece gdzie dało rade wliczając w to super galeryjkę dla trubadurów. 
Gorzej, że wśród kupionych przeze mnie rzeczy była tunika. W sumie diabli wiedzą co. Krzyczało to do mnie w sklepie, więc kupiłam. Biała szata, z rozkloszowanymi rękawami i sięgająca aż do ziemi, z tasiemkami pod szyją. Założyłam ją po kąpieli, już bez makijażu. Rozczesałam włosy i aż zachichotałam gdy przeglądałam się w lustrze. Jakby mnie ktoś w czasie przeniósł.
 
Na brak kretyńskich pomysłów nie narzekałam, z realizacją nie byłam w tyle i po chwili pomykałam na bosaka (oczywiście w celu nadania sytuacji większego realizmu) w poszukiwaniu możliwej drogi ucieczki i wyczekując zbawcy. 
Oczywiście z lichtarzem w ręku przeleciałam się po wszystkich piętrach, wyglądając przez okna i w końcu stwierdziłam, że nogi mi chyba zmarzły i wystarczy tej zabawy. Uśmiałam się do łez, ale nadszedł czas by położyć się spać.
Zaczęłam powoli gasić świece i kiedy jedynym źródłem światła był tylko trzymany przeze mnie lichtarz, nagle usłyszałam walenie w drzwi.
 
To nie mógł być nikt miejscowy. Wiedzieli, że chcę być sama i mają mi nie przeszkadzać. Potem zarumieniłam się, bo jeśli ktoś teraz walił w drzwi, to równie dobrze mógł mnie wcześniej obserwować przez okna i widział całą tą szopkę z przebieranką. Walenie nie ustawało, ale było coraz słabsze. Nie szukałam już niczego do przykrycia. I tak byłam maksymalnie skompromitowana, Podbiegłam do drzwi i kiedy tylko je uchyliłam do środka wdarł się mroźny wiatr i wirujące płatki śniegu. W ślad za nimi wleciało ciało. Dosłownie – wtoczyło się i padło od razu na podłogę. Z tobołkiem. Chociaż tobołek, czy torba – zwała jak zwał, poleciał na podłogę osobno. Natychmiast zatrzasnęłam drzwi, ale i tak to wietrzysko zdmuchnęło świecę. Prawie zaczęłam się śmiać, ale szybko opanowałam tą kuriozalną reakcję. Dobrze, że przy tej zabawie w średniowiecze napaliłam również w kominku. Inaczej chyba bym musiała poruszać się na czworakach. Podbiegłam szybko do kontaktu i równie szybko ciszę w  wieży przeszyło polskie przekleństwo. Nic się nie zapaliło. Cholera. Przy tej całej szopce, przebierance i zabawie, nawet nie zauważyłam ze nie ma prądu. Oczywiście! A jak nie było prądu to i telefonu. Czyli muszę liczyć na siebie. Leżące w bezruchu ciało ustawiło mnie do pionu. 
 
Rany boskie, taka zawierucha na zewnątrz – albo to ciało miało wypadek i tu się doczołgało, ale nawet jak nie to i tak dotarło tu resztką sił i jest pewnie przemarzło!
 
Szybko ponownie zapaliłam świece w lichtarzu i postawiłam go na podłodze w pobliżu niezapowiedzianego gościa. Delikatnie odwróciłam człowieka na plecy. Trochę się bałam, ale z drugiej strony ten ktoś szybko potrzebował pomocy. Po chwili wiedziałam, że jest naprawdę źle.
 
Postać była maksymalnie okutana chyba we wszystko co było pod ręką. Po ściągnięciu kilku warstw szmat okazało się, że to jest facet. Jeszcze oddychał, ale bardzo słabo. Ubranie oblepione śniegiem tylko pogarszało sytuację – w cieple wszystko topniało i tylko pogarszało i tak już niewesołą sytuację.  Widziałam, że muszę jak najszybciej pozbyć się tych mokrych szmat, sprawdzić czy nie jest ranny i go ogrzać. Facet nadal ledwo oddychał, ale jego ciałem wstrząsały coraz to silniejsze dreszcze. Delikatnie zaczęłam odwijać jego głowę, ale kiedy zobaczyłam, że ma siną twarz przestałam się bawić w subtelności. Szybko odwinęłam z niego resztę tych szmat – które chyba wcześniej były szalikami, rozpięłam kurtkę i już się zastanawiałam jak ją z niego ściągnąć, kiedy stało się kilka rzeczy na raz.
 
Zakaszlał, a ja spojrzałam prosto w może niezbyt przytomnie, ale otwarte oczy. Byłam tak przejęta tym, że się ocknął, że nie roztrząsałam innej myśli, która coraz natrętniej pchała się na świat. A mianowicie, że ja już go gdzieś widziałam. W tej chwili coś innego było ważniejsze – muszę go rozebrać, sprawdzić czy jest tylko przemarznięty czy też ranny i przede wszystkim muszę go rozgrzać bo mi padnie. Jedynym pomieszczeniem, w którym bez prądu uda mi się utrzymać ciepło jest komnata z kominkiem, w której urządziłam swoją sypialnię. Nie miałam na co czekać, w każdej chwili mógł znowu odlecieć. Zaryzykowałam i odezwałam się po angielsku. W końcu będąc w Irlandii musiałam założyć, że mnie zrozumie.
- Hej. Jutro porozmawiamy. Teraz musisz mi pomóc. Muszę Ciebie położyć w cieple, ale nie dam rady Ciebie zanieść. Musisz wstać i mi pomóc. Pójdziemy powoli, potem ściągniemy te mokre ubrania i się położyć w ciepłym łóżku.
 
Nie było dobrze, zero reakcji. No może nie do końca zero. Facet zaczął jeszcze silniej drżeć. Cholera, trzeba go jak najszybciej rozebrać. Spokojnym, ale stanowczym głosem, jakbym przemawiała do dziecka tłumaczyłam.
- Wstań. Musisz mi pomóc. Nie dam rady sama. Musimy kawałek przejść.- I stał się cud. Facet jęknął i zaczął się podnosić. Po chwili stanął na chwiejnych nogach, ale w tym samym momencie zatoczył się i byłby upadł, gdybym do niego nie doskoczyła. 
Starałam się go podtrzymać, ale nie przewidziałam, że on również przytrzyma się mnie. Jedną dłoń oparł o moje ramię, a drugą złapał mnie z przodu, tuż pod biustem. Aż podskoczyłam, ale stwierdziłam, że im szybciej dojdziemy do pokoju, tym prędzej się on się położy, a co za tym idzie mnie puści. Powoli, krok po kroku pokonaliśmy schody i dotarliśmy do sypialni. 
Było to jedyne pomieszczenie, gdzie nie zgasiłam świec. One w połączeniu z ogniem buzującym w olbrzymim kominku i tym koszmarnym olbrzymim łożem wywołały u mnie jęk i ból głowy. Błędne spojrzenie mojego gościa próbującego ogarnąć gdzie jest bynajmniej nie poprawiło mi nastroju.  Wiedziałam, że w swoim stroju stanowię kropkę nad i, a facet jest pewnie przekonany, że zwariował. Wolałam nie wyjaśniać, że sceneria natchnęła mnie do odegrania roli uciśnionej średniowiecznej branki pozostawionej samotnie w celtyckiej wieży. Jego zdrowiem psychicznym zajmę się później – w ostateczności wmówię mu, że miał majaki.
 
Teraz najważniejsze było zrzucenie z niego mokrych ubrań. Szybko ściągnęłam rozpiętą już kurtkę i z powrotem postawiłam na monolog.
- Posłuchaj, przemarzłeś. Wszystko co masz na sobie jest mokre. Ściągnę z Ciebie ubrania, żebyś się nie przeziębił. Zaraz Ciebie czymś okryję. Ale musisz jeszcze chwilę stać, inaczej Ciebie nie rozbiorę.  – powtarzałam to samo w kółko jak mantrę, tylko w różnej kombinacji. Chyba pomogło bo facet stał w miejscu, tylko lekko się chwiejąc.
 
Przestałam do niego mówić, ale niestety nie przestałam mówić w ogóle. Rozbierając go zastanawiałam się na głos jak mogę go rozgrzać. 
Pomysłów miałam masę. Od kąpieli, z której zrezygnowałam, bo trudności miałabym nie tylko z wsadzeniem do wanny ale i wyciągnięciem z niej. Pomijając problem gorącej wody. I co z bielizną? Zostawić na nim gatki czy nie? Pomysł zdechł. 
To samo kominek. Niby się rozgrzeje, ale jeśli go przypalę. Wątpiłam czy byłby zadowolony z opieczonej skóry. Zaczęłam chichotać rozbawiona wizją takiego pieczystego, ale zaraz przestałam kiedy się rozkaszlał. Jaja sobie robiłam, a facet umierał z zimna. 
Pozostał stary jak świat sposób, rozgrzać go ciepłem innego ciała. Nie miałam na podorędziu kota ani psa, zostawałam niestety ja.
 
I sama już nie wierzyłam co wyprawiam z tym obcym facetem. W przypływie natchnienia szybko pobiegłam po olbrzymi ręcznik i następnie ściągnęłam sweter z koszulą, rozsupłałam mu buty, rozpięłam spodnie i ściągnęłam wszystko z bielizna włącznie w dół. Nie patrząc na niego (a przynajmniej starając się tego nie robić) owinęłam go w pasie ręcznikiem i pchnęłam na tyle mocno, że padł jak długi na łóżko. To pozwoliło mi go wyplątać z butów i spodni, owiniętych wokół kostek. 
Mimo, iż naprawdę starałam się na niego nie patrzeć, to nie mogłam nie zauważyć, że facet może był moim wieku, ewentualnie kilka lat starszy. Ale ciało miał wyrzeźbione tak, że nie zdołałam opanować westchnienia. 
Przykryłam go szybko kołdrą i jeszcze jednym kocem.  Mimo wszystko drżał. Sprint do kuchni i szybki powrót. Gorące mleko w kubku (podgrzane w rondlu na kominku – cud ze nie spaliłam wszystkiego) nic nie zdziałało. Drżał coraz mocniej. Cholera! Do rana mógł mi paść. I co ja zrobię z trupem przez dwanaście dni? Boże, co ja wyczyniam! Człowiek umiera, a ja się zamartwiam, że będę miała zwłoki do towarzystwa. 
 
To zaważyło i pomimo oporów stwierdziłam, że trudno. Życie człowieka jest ważniejsze niż moje kompleksy czy zaściankowe ograniczenia. Pognałam znowu na złamanie karku, sprawdzając czy nie zostawiłam nigdzie zapalonych świec, wróciłam równie ekspresowo i pogasiłam wszystkie świece w sypialni. Dorzuciłam tylko dodatkowe drwa do kominka żeby podtrzymać ciepło  i podeszłam powoli do łóżka. 
 
Facet nie wyglądał groźnie. Przetarłam swoje stopy wilgotnym ręcznikiem, ściągnęłam i tak przemoczoną koszulę i wsunęłam się obok niego pod kołdrę. 
Miałam teraz okazję by obejrzeć jego twarz z bliska. Zmarszczyłam brwi, on naprawdę kogoś mi przypominał. 
I po chwili mnie olśniło, że wygląda zupełnie jak ten aktor, Josh Calvados. Przystojny blondyn, rzeczywiście mógł mieć ok. 40-tki, z zarostem, może trochę za długie włosy. 
Bez przeginania! Taki celebryta tutaj?! Facet po prostu był do niego podobny! Może nawet bardzo, ale na tym koniec. 
 
Podniosłam minimalnie wzrok i zamarłam. Miał otwarte oczy i patrzył prosto na mnie. Zanim zdążyłam wrzasnąć odleciał znowu, a do drżenia dołożył szczękanie zębami.
 
Sama zaciskając szczęki przysunęłam się bliżej. Leżał na wznak, więc po chwili wahania przytuliłam się do jego boku i położyłam głowę na jego piersi. 
 
Ponieważ cały czas oddychał chrapliwie i nic nie wskazywało, żeby się ocknął, objęłam go ramionami i jedno z ud wsunęłam miedzy jego nogi. Rzeczywiście był skostniały. Czułam się jednak w miarę pewnie bo po pierwsze był nieprzytomny i słaby, a po drugie cały czas okrywał go ręcznik.
 
Byłam jednak wykończona. I to zarówno dniem jak i emocjami. Zdołałam tylko pomyśleć, że naprawdę jest zmarznięty i że nie mogę zasnąć leżąc obok obcego faceta w łóżku. 
I oczywiście zasnęłam. 
 
** ** ** ** ** ** ** **Paradoks – część II

Polubienia 10
Wyświetlenia 3604

Podobne wpisy:

  • Anonymous

    Kiedy będzie konkurs na odgadnięcie inspiracji?

  • Anonymous

    Więcej,więcej!ale najpierw skończysz nowe diabła…?..

  • Odpowiadam hurtowo. mam nadzieję, że wybaczycie.

    Konkurs zrobię, ale trochę później :D
    I tak, (jak zapewne widzicie po harmonogramie) Diabeł ma zdecydowane pierwszeństwo.

  • Anonymous

    super :) no ja mam nadzieję że piekielny ma pierwszeństwo :P ale trzeba przyznać że to też wciąga :)

    D.

  • Anonymous

    >>Heeelloooo<< chciałam napisać, ze masz bardzo lekki styl pisania,przez co świetnie sie czyta twoje opowiadania:) wciągnęłaś mnie w swój świat, tak poprostu… Chociaż mam tam małe uwagi, ale mniejsza o nie;) i to by było chyba na tyle w miarę możliwości będę komentować, gdyż wiem jakie to ważne… jednak nie będzie to często, gdyż jestem typowa obserwatorka:) spokojnego wieczoru, pozdrawiam Eternity

    • Dziękuję. Zdaję sobie sprawę, że czasami się zaplączę, ale to raczej kwestia, że chcę za dużo, za bardzo i za szybko.
      Na razie umieszczam istniejące już historie. Trochę je zmieniam, bo i nasze fantazje z czasem ewoluują. Czasami wchodzi mi do głowy jakaś myśl i jest tak natrętna, że nie mogę się jej pozbyć i wrzucam w istniejący tekst, zmieniając praktycznie całkowicie wcześniej istniejący wątek.

      I gorąca prośba. Jeśli widzicie gdzieś błędy – dajcie znać. Może na priv, bo jednak rumieniec obleka moją twarz, że dałam gdzieś plamę :D
      Kilka opowiadań istnieje niejako w środku, a trzeba dorobić początek i zakończyć
      A na poważnie to niestety sama je wyłapuję cały czas. Za te byki najmocniej Was przepraszam!

  • Anonymous

    A ja chciałam zwrócić Ci uwage że ciagle piszesz np. „Zaraz Ciebie rozgrzeje”. Chodzi mi o to że ciągle używasz formy „Ciebie” nawet jeżeli, tak jak w podanym przezemnie bardziej pasuje „Cię” to samo robisz nagminnie w Diabełku :) Oczywiście Paradoks równie wciągające jak Diabełek :D ehh uzależniasz mnie od tej strony :D

    • DZIĘKI ZA KOMPLEMENT!!!! Właśnie coś takiego pcha mnie, żeby umieszczać te pokręcone historie które się rodzą w mojej głowie.

      Nie ukrywam, że jak mnie natchnienie pcha to niestety inne rzeczy są mniej istotne.
      Gdy już mam tekst, to potem wykańcza mnie poczucie winy, bo z reguły jest grubo po północy i pewnie ktoś czeka. Dochodzi więc dylemat – wrzucać tak jak jest czy jednak czytać.
      Jak czytam to dopisuję. I mamy klasyczną kwadraturę koła.

      A jak już opublikuję to chęci do korekty są, ale …..
      Rażące „byki” usuwam, niektóre widzę i zapominam w tym samym momencie w którym siadam do korekty … s’est la vie.
      Wiem, że stoję na bakier z zasadami pisania dialogów, gdzieś tam planuję już zrobić sobie sesję na dokształcenie, życie pewnie zweryfikuje plany :D

      A co do ‚Paradoksu’, to kusi mnie żeby wrzucić wcześniej kawałek. I proszę pamiętać, że to fantazje. Więc mają prawo być pokręcone, niesamowite i kompletnie abstrakcyjne :D

  • Pingback: Paradoks II | Skrywane pragnienia()

  • A więc jestem Ci strasznie wdzięczna za polecenie mi Twojego opowiadania. Strasznie mi się podoba ten rozdział. Czytam wiele blogów, sama prowadzę jeden z opowiadaniem, rzadko jednak natrafiam na blogi, które wydają się być pisane przez osoby starsze. Rozumiesz co mam na myśli.
    Poszukiwałam romansu i wydaje się, że właśnie znalazłam odpowiedni. Nie chcę tu rzecz jasna chwalić po przeczytaniu jednego rozdziału, ale… Strasznie mnie wciągnął.
    Myślę, że opowiadanie mnie nie zaskoczy, ale nie o zaskoczenie mi chodzi. :)