Paradoks III

 

Było mi ciepło, wygodnie i czułam się strasznie podniecona. Leżałam tak sobie wygodnie w silnych męskich ramionach.. i w tym momencie silnie drgnęłam.
W jakich cholera ramionach?????

W jednej sekundzie przewinęły mi się wszystkie wydarzenia z ubiegłego wieczoru. W ostatniej chwili powstrzymałam głośne jęknięcie.
Niech to szlag trafi!
Miałam go tylko rozgrzać, a teraz leżałam wręcz wciśnięta w tego faceta. Oddychał spokojnie i równo, była więc spora szansa, że śpi. A ja zachowywałam się jak kotka w marcu.
Całym ciałem czułam siłę jego mięśni. Utknęłam i to dosłownie. Jego ramiona mnie obejmowały mocno, tak samo jak jego udo przyciskało mnie do materaca. Nie miałam absolutnie pola manewru. Jedyne czego byłam pewna to, że już jest jasno, ja jestem podniecona, ten facet jest podniecony, ręcznika już na sobie nie ma, a ja nie mam jak się ruszyć.

Merde!

To i kilka innych przekleństw wyrwało mi się kilka razy pod rząd. Czułam jak moje policzki zaczynają pokrywać się czerwienią.
Rany boskie co ja mam zrobić. Chciałam faceta tylko rozgrzać, a jeśli się obudzi … wolałam nie artykułować moich obaw co może pomyśleć oraz co gorsze co może zrobić.
Postanowiłam powoli wyplątać się z jego objęć. Delikatnie odgięłam swoją rękę do tyłu, złapałam go za kolano i powoli zsunęłam nogę z mojego biodra. Nie mogłam się przy tym opanować i musnęłam pieszczotliwie palcami  jego skórę.

Niespodziewanie Obcy westchnął i odwrócił się na plecy, tym samym wypuszczając mnie z objęć.
Byłam wolna.
Powoli, uważając by go nie obudzić podniosłam się na kolana aby wstać. Niestety ten ruch spowodował zsunięcie się kołdry. Złapałam ją by nakryć biedaka. To że z mojej winy znaleźliśmy się w tak żenującej sytuacji to jedno, ale nie po to go w tak kretyński sposób rozgrzałam by znowu zmarzł.
No i w końcu co on był winien moich fantazji.

I kiedy już miałam kołdrę i byłam o krok od przykrycia go, to w tym momencie mój wzrok padł na jego klatkę piersiową i zamarłam.
Wstyd przyznać, ale nie mogłam oderwać wzroku od jego umięśnionego torsu. Przełknęłam głośno ślinę i szybko zerknęłam na jego twarz. Nadal oddychał miarowo, nawet lekko posapywał i miał zamknięte oczy. Spał!
Ulga jaką poczułam sprawiła, że nie oparłam się pokusie i mój wzrok wrócił do jego klatki piersiowej, a potem powoli podążył w dół.
Cudownie wyrzeźbiony brzuch na którym rysowało się już mocne owłosienie, umięśnione uda i niestety niczym nie okryte klejnoty.
Jego penis leżał na udzie. Teraz nie opanowałam już jęknięcia na widok tak dorodnego przyrodzenia. Niewątpliwie należał do tych większych. Cudownie nabrzmiały, przyciągał mnie jak magnes.
Bezwiednie rozchyliłam usta i zaczęłam powoli pochylać się w stronę krocza Obcego.

Nagle się otrząsnęłam. Co ja u licha wyprawiam!!!!
Zachowuję się jak nawiedzona nimfomanka wobec faceta, który pewnie nigdy by na mnie nie spojrzał gdyby spotkał mnie na ulicy. Jeszcze by tego brakowało, żeby się obudził z moimi ustami na swoim członku.

Opanowałam nerwowe drżenie rąk i delikatnie, ale szybko przykryłam Obcego. Owinięta w koszulkę, którą beztrosko rzuciłam poprzedniego dnia na podłogę, zabrałam ubrania na zmianę i pobiegłam do łazienki. Brak prądu skutkował też brakiem wody. I oczywiście prądu nadal nie było.
W zapomnieniu puściłam wiązankę dotyczącą uroczego urlopu i wykorzystałam to co jest by przywrócić się do stanu używalności.

Wróciłam do sypialni, ale na szczęście Obcy nadal spał. Teraz trzeba było zająć się przygotowaniem czegoś do jedzenia i doprowadzeniem jego ubrań do stanu używalności.
Teoretycznie powinnam to zrobić zaraz po tym jak go rozebrałam, już byłyby suche. No ale trzeba było o tym pomyśleć. Zaklęłam znowu, wznieciłam na nowo ogień w kominku żeby trochę dogrzać sypialnię i z jego rzeczami pod pachą ruszyłam na dół.
Czekało mnie niezłe wyzwanie.
Prowadząc już niczym nie skrępowany monolog zabrałam się do ogarniania tego chaosu. Dziękowałam po raz kolejny za spory zapas drewna i olbrzymi kominek.
Ubrań nie prałam, tylko porządnie porozciągałam i rozłożyłam na krzesłach postawionych tuż przy rozpalonym kominku. Niewątpliwie drogie rzeczy były już bezpowrotnie zniszczone, ale przynajmniej będą suche. A faceta chyba będzie stać, żeby kupić sobie nowe. Przez głowę przeskoczyła mi myśl, że może okazać się chamem i zażądać odszkodowania, ale w tej samej chwili wzruszyłam ramionami. Niech się buja i dziękuje niebiosom, że otworzyłam te drzwi żeby go wpuścić do środka.

Na sam koniec zostawiłam najtrudniejszą i jednocześnie najprzyjemniejszą rzecz, a mianowicie przygotowanie jedzenia. Rozpasałam się nieźle i nie widziałam powodu by zadowalać się byle czym – nawet przy ograniczonych możliwościach technicznych.
Wiedziałam kilka rzeczy. Na pewno odpadały zbytnie eksperymenty kulinarne. Mój słowiański żołądek mógł strawić wiele, ale jego niekoniecznie. Cały czas zastanawiałam się jakiej jest narodowości. Pewnie Irlandczyk. Chociaż patrząc na jego przyrodzenie nietypowy. Roześmiałam się głośno, ale zaraz się zamknęłam. Nie chciałam go za wcześnie budzić. W sumie nie za bardzo wiedziałam, co z nim mam zrobić i jak się go pozbyć.

Po chwili zastanowienia i sprawdzenia czym dysponuję i gdzie to mogę przygotować miałam już zaplanowane menu. Karkówka, warzywa, ziemniaki – to wszystko opiekane na ogniu, sałata i wino. Obcemu tez powinno smakować.
Zamarynowałam mięso, wyszorowałam ziemniaki i opłukałam warzywa. Zamierzałam to wszystko przygotować na kominku. Sałata z sosem vinegrette na przełamanie smaku i jedno z win z zamkowej piwniczki na poprawienie nastroju.

Wyprawy po dodatkowe zapasy drewna i wodę tylko zaostrzyły mi apetyt. Śnieg nie zrobił mi tej przyjemności i nie przestał padać. Zerknęłam z lekką obawą w niebo. Przy takich opadach istniała szansa, że za chwilę na serio będę tu zakopana.

Gdy w trakcie przygotowywania posiłku podeszłam do ubrań przy kominku aż sama się zdziwiłam, że już są suche. W sumie z drugiej strony to palenisko mamuta by mogło zmieścić. Złożyłam jego rzeczy i odłożyłam chwilowo na bok, w kominku ulokowałam produkty, po raz kolejny błogosławiąc genialnego człowieka, który zaopatrzył kuchnię w takie cuda jak żeliwne garnki.
Złapałam ubrania pod pachę, w drugą rękę złapałam kosz z zapasem drewna i objuczona jak koń weszłam na piętro.

Wślizgnęłam się do pokoju, ale Obcy nadal spal. W sumie nic dziwnego, musiał być wycieńczony taką wyprawa. Położyłam jego ubrania obok łóżka razem z jego torbą. Kusiło mnie kilka razy żeby tam zajrzeć, ale co zamierzałam tam sięgnąć to w ostatniej chwili rezygnowałam. W końcu to były jego rzeczy.

Dołożyłam do kominka i patrzyłam przez chwilę na Obcego. Był naprawdę niesamowicie podobny do tego aktora. No nic, niech pośpi. Przynajmniej mi głowy nie zawraca.

Zeszłam na dół i stanęłam przed poważnym problemem. Nudziło mi się. Jedzenie powoli się obrabiało, dochodząc na brzegu kominka. Zasięgu nie było na żadnym sprzęcie, zresztą sprawdzałam co chwilę, więc nie mogłam zadzwonić po pomoc. Czytać mi się nie chciało. I jak zwykle w takich momentach wymyśliłam coś co okazało się znowu kretyńskie w skutkach.

Stwierdziłam, że sobie pobiegam.
Dzięki treningom Krav Maga nabrałam zwyczaju codziennych ćwiczeń i biegów. Więc jeśli będzie tak dalej padać, to rzeczywiście teraz jest ostatni dzwonek by to zrobić. Poza tym skoro tu dotarł w taką śnieżycę, to istniał cień szansy, że jego samochód jest niezbyt daleko. Czyli można sprawdzić czy da się go uruchomić. Skoro dał radę przejechać taki hektar, to może i w drugą stronę by się przebił.

No dobrze, była szansa, ze jego samochód jest blisko. Czyli może się go pozbędę. Tak się zakręciłam na tym pomyśle, że nie było mowy żebym go nie zrealizowała. Szybko przebrałam się w rzeczy odpowiednie do biegania, dołożyłam maksymalną ilość polan do  kominka w sypialni i zostawiłam mu przy łóżku kartkę ‘Poszłam pobiegać. Jeśli będziesz głodny zejdź na dół i weź to na co masz ochotę’.

Nie wiem co mi podpowiedziało, żebym uzasadniła swój wypad poza wieżę. Zdaje się, że moja intuicja usiłowała mnie ratować.

Ruszyłam w tym samym kierunku z którego ja przyjechałam, słusznie zakładając że na takim zadupiu 2 dróg dojazdowych dla samochodu nie będzie. Dawałam sobie do godziny na całą wyprawę.
Po 10 minutach dosyć szybkiego biegu miałam dosyć. W normalnych warunkach jeszcze, ale ten zalegający i cały czas padający śnieg był koszmarny. To co śnieżyca zrobiła z drogi nie nadawało się do opisywania. Po kolejnych 10 minutach kiedy stwierdziłam, ze skaczę jak królik, a nie biegnę i to w tempie skandalicznym postanowiłam zawrócić.
I w tym momencie zobaczyłam stojący pod dziwnym kątem i wbity w zaspę samochód. Znowu moja intuicja zadziałała za mnie, więc zamiast ruszyć na hurra, odczekałam chwilkę aż uspokoi mi się oddech i podeszłam delikatnie do wozu, starając się nie pozostawiać zbyt widocznych śladów.
Nie wiem dlaczego, ale postępowałam bardzo ostrożnie.

Drzwi były pozamykane, zupełnie odruchowo sprawdziłam też bagażnik i bingo. To była krowa nie samochód, więc wejście do środka od tyłu (oczywiście po uprzednim otrzepaniu się ze śniegu) było betką.
Niestety na skutek zmęczenia nie zdołałam zachować równowagi i przedostając się elegancko z tylnego siedzenia na przednie, zupełnie nieelegancko poleciałam buzią w dół. Kiedy tak zawisłam z nogami ku górze i usiłowałam w miarę delikatnie wycofać się, pchnęłam w coś kolanem. Nie wiem co nadusiłam, jak zwykle zresztą, ale usłyszałam coś w rodzaju pufnięcia. Zupełnie jakby coś gdzieś odskoczyło.

Z jękiem mającym stanowić komentarz do mojej subtelnej działalności zaczęłam się rozglądać, ale nic nie widziałam. Nagle znowu coś mi szepnęło żebym zerknęła pod siedzenia. Pod fotelem kierowcy otworzyła się półka, a w środku leżał pistolet. Ponieważ chodzę w ramach rozrywki od ładnych kilku lat na strzelnicę wiedziałam nawet jaki. Glock. Z dodatkowym magazynkiem i kilkoma paczkami naboi obok. Z tego co wiem, nie powinno to należeć do standardowego wyposażenia samochodu.

Zrobiło mi się przerażająco zimno. W tej chwili nieznajomy nie był zwykłą zbłąkaną duszą. Cokolwiek tu robił i kimkolwiek był musiałam się go jak najszybciej pozbyć. Nie wzbudzając przy tym żadnych podejrzeń.

- Kurwa jasna pierdolona mać. – wyrwało mi się głośno, bo tkwiąc zadkiem do góry w jego samochodzie zaczynałam nie najlepiej.
Korzystając z rękawa by nie zostawić więcej śladów zamknęłam zapadkę o zaczęłam delikatnie wycofywać się z samochodu. Kiedy już odzyskałam pionową pozycję, rękawami zaczęłam wycierać wszystkie miejsca których dotykałam, albo których wydawało mi się że dotykałam. Pogratulowałam sobie zwłoki w partyzanckim odpaleniu silnika lub nawet podjęcia jakichkolwiek prób.

Na czworakach wydostałam się na zewnątrz i zatrzasnęłam bagażnik. Śnieg padał cały czas, ale wolałam nie ryzykować. Na szczęście obok leżała ułamana przez wichurę gałąź. Wyrównałam śnieg na i przy samochodzie oraz przegarnęłam po moich śladach z dobre 50 metrów oddalając się wystarczająco, by nie widzieć już samochodu. Jak będzie tak dalej sypać, to za dwie godziny wszystko będzie wyglądać na nie ruszone.

Dobra, czyli teraz muszę mieć alibi. Wypaliłam sprintem przed siebie, kontynuując pętlę wokół wieży. Kiedy dotrę z powrotem muszę być tak wykończona jakbym biegła przez cały czas.
Przyłożyłam się do alibi, więc już po chwili zaczęłam mieć problemy z podnoszeniem nóg i spokojnym oddechem. Poza tym liczyłam na to, że jak przybiegnę taka zmęczona to facet nie będzie mnie męczył pytaniami tylko pozwoli mi iść spać.
I w tym momencie stanęłam. Jakie cholera spać?? Gdzie spać??  Jeśli będzie nadal padać i nie będzie prądu czeka mnie znowu upojna noc z Obcym w sypialni. Żeby utrzymać ciepło będę musiała w nocy dorzucać drewno do kominka. Dwóch nie dam rady obsługiwać, więc naprawdę będę musiała spać w sypialni!!!

Po chwili ruszyłam, ale biegłam coraz wolniej. Przesadziłam z wysiłkiem. Na szczęście zbliżałam się już do celu.
W wieży widziałam migoczące światło i poruszający się cień i aż mnie ścisnęło w dołku. Musiał już wstać.

Dałam sobie jednak ostro popalić i ledwo dałam radę dobiec do końca. Na ostatnich metrach potknęłam się kilka razy i rzutem na taśmę chciałam się oprzeć o drzwi żeby odzyskać siły. Niestety ten idiota je otworzył. Zdołałam tylko wyszeptać po polsku.
- Żeby Ciebie jasna cholera debilu. – I jak długa runęłam na posadzkę w środku wieży.

 

** ** ** ** ** ** ** **

Paradoks – część II
Paradoks – część IV

 

 

Polubienia 7
Wyświetlenia 4043

Podobne wpisy:

  • Anonymous

    hah… ciekawe co sobie facet pomyślał :) mam nadzieję że nie każesz czekać zbyt długo :)
    D.

  • Anonymous

    Anno gdzie się podziewa mój Diabełek?

  • Anonymous

    Świetne opowiadanie:-)
    kiedy można się spodziewać kolejnej części?
    A Diabel?
    Pozdrawia.Kaśka

  • Pingback: Paradoks IV | Skrywane pragnienia()