Paradoks VI

 

Dobry był, nawet mu powieka nie drgnęła, tylko dopił wino do końca. Pewnie spodziewał się bardziej serii pytań w stylu ‘jak masz na imię’, ‘czy wiesz, że jest podobny do tego aktora Josha Calvadosa’,  ‘jak zabłądziłeś’, ‘czy ktoś wie że tu jesteś’. W sumie to mnie też interesowało, ale w tej chwili najważniejsze było jak najszybsze pozbycie się intruza.
- Jutro wyruszę. – Odpowiedział to głosem, który absolutnie nie dopuszczał innej opcji. To jednak ja się nie opanowałam i w zdziwieniu podniosłam brew. Jutro? Był bardzo pewny siebie. Tak jakby rzeczywiście niezależnie od tego co się stanie, miał jutro stąd wyjechać. Wzruszyłam ramionami, bo skoro chce to ja go bynajmniej powstrzymywać nie będę.
- Obiecujesz? – Wolałam się jednak upewnić.
- Tak. – Lekko się uśmiechnął i sięgnął wino by uzupełnić kieliszki.

Odruchowo sięgnęłam po napełnione ponownie szkło.
- Czyli wiem wszystko co powinnam. No może poza Twoim imieniem.
Zerknęłam na Obcego znad kieliszka i uśmiechnęłam się w duchu. Jego mina wyraźnie mówiła ‘zaczyna się’. Stety dla siebie kontynuowałam.
- Sam rozumiesz, zwracanie się do Ciebie per on jest i niewygodne i nieuprzejme. Jak nie masz ochoty mówić jak masz na imię coś sobie wymyślę. Tylko potem proszę nie składać zażaleń.
Znowu łyk wina. W tym tempie upiję się błyskawicznie. Nabrałam już głębszego oddechu by kontynuować, gdy sam mi przerwał.
- Myślę, że jak dowiesz się jak mam na imię to nie spowoduje to nieodwracalnych zmian w Twojej psychice. Josh.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem. To że był do faceta podobny to jedno, ale możliwość że to jest ten aktor była tak nieprawdopodobna, że zaczęłam chichotać.
Spojrzał na mnie skonsternowany. Znowu nie takiego zachowania oczekiwał. Starałam się zatuszować tą reakcję chrząknięciem, ale w efekcie wyszło mi coś tak strasznego, że najzwyczajniej w świecie popłakałam się ze śmiechu.
Rozbolał mnie brzuch, poleciały łzy, a ja z czołem opartym o blat stołu kwiczałam jak prosiak.

Względnie opanowawszy ten wybuch, wyprostowałam się na krześle i wyszeptałam.
- Przepraszam, to zmęczenie. – Za cholerę nie wiedziałam jak mam inaczej wyjaśnić takie zachowanie. I wyciągnęłam w jego kierunku rękę.
– Ania.
Myślałam, że poda mi zwyczajnie dłoń i formalnościom stanie się zadość. Tymczasem Josh złapał moją dłoń w obie swoje ręce. To nie był tylko ciepły, mocny uchwyt. Poczułam dreszcz płynący falą od miejsca w którym mnie dotykał, wzdłuż całej ręki do karku. Najgorsze, że mnie nie puszczał. Nie chciałam wyrywać dłoni siłą więc wykorzystałam pierwszy pretekst, który mi przyszedł do głowy.
- Skoczę otworzyć druga butelkę.
W efekcie przenieśliśmy się przed kominek. Po tym niezręcznym dla mnie momencie nie pozostało nawet wspomnienie. Rozmawiało się nam rewelacyjnie, co chwilę uzupełnialiśmy poziom wina we krwi i podskubywaliśmy pozostałości po wcześniejszej uczcie. W sumie nie poruszyliśmy żadnego poważnego tematu, ale dyskutowaliśmy z takim zaangażowaniem, że nawet nie wiem kiedy zapadł zmrok.
I w tym momencie przypomniało mi się coś szalenie istotnego. Josh wyjeżdża dopiero jutro, czyli przed nami jeszcze jedna wspólna noc. Nie było szans, by spędzić ją osobno. Prądu nadal nie było, więc ciepło mogła nam obojgu zapewnić tylko ogrzewana kominkiem sypialnia.
Starałam się to odsunąć od siebie, ale w tym momencie Josh przypomniał mi o wcześniejszym blamażu.
- Annie, wybacz, ale męczy mnie to od początku. Co robiłaś kiedy wpadłem tu wczoraj?
Spojrzałam na niego lekko skonsternowana, kompletnie nie wiedząc co mam odpowiedzieć. Diabli wiedzą dlaczego później powiedział to co powiedział, tym bardziej, że w żaden sposób nie cisnęłam tego tematu.
- Kiedy Ciebie zobaczyłem poczułem się jak w jednym z moich filmów.
Koniec pieśni. Otwarcie przyznał, że jest tym kim się tylko domyślałam, że jest. Niestety nie mogło to przejść bez echa. Zmrużyłam oczy i spojrzałam na niego uważniej.
- Stop. – Oparł się na ramieniu i spojrzał mi prosto w oczy. Tym leniwym, władczym spojrzeniem, które tyle razy widziałam oglądając film z jego udziałem. Pewnie bym zareagowała inaczej, gdybym była mniej wstawiona.
- No dobra, kolego. Kim Ty jesteś? W sensie co robisz? – Nie czekając na jego reakcję, na głos odpowiedziałam sobie sama.
- Jesteś tym aktorem, prawda?
Cały czas patrzył na mnie badawczo. Byłam zmęczona, zestresowana czekającą nas nocą, trochę pijana, a ta cała sytuacja była na tyle abstrakcyjna, że zareagowałam jak zareagowałam. Wzruszyłam ramionami i powiedziałam znowu bardziej do siebie niż do niego.
– No cóż, zdarza się. – Zapadła cisza. Ta nić porozumienia, która zawiązała się między nami została przerwana.
- No cóż, każdy ma jakiś powód by być samemu. Mówię o sobie, ale Tobie się też nie dziwię. – Delikatnie starałam się nawiązać do jego niezwykłej obecności na takim pustkowiu.
– Nie traktuj proszę tego osobiście, bo niezależnie od tego kto by się tu zjawił powiedziałabym to samo. Jestem tu po to by odpocząć od ludzi i nie chcę być ani nagabywana, a tym bardziej nie chcę żadnego towarzystwa. Wiec sam rozumiesz, że to dobrze że jutro wyjeżdżasz. I wiesz, wolałabym żebyś tą małą przygodę zachował dla siebie, zgoda?
Tylko przytaknął głową. I dobrze. Jego milczenie było dla mnie znakiem, że ja też nie muszę się za bardzo produkować. Dokończyliśmy wino, ogarnęliśmy plus minus pozostałości po uczcie. Nie pozostało nic innego jak udać się na spoczynek. Jego pytające spojrzenie było bardzo wyraziste.
- Śpimy tam gdzie wczoraj.  – Zanim ten diabelski ognik, który pojawił się w jego oczach zapłonął mocnym blaskiem, dopowiedziałam. – Sypialnia jest jedynym miejscem, gdzie można zapewnić ciepło przez całą noc. Inaczej padniemy z zimna. Nie ma siły, tylko dlatego śpimy razem.
Wypchnęłam go pierwszego do łazienki. To, że musieliśmy spać w jednym pokoju, nie oznaczało że mieliśmy spać w jednym łóżku, Korzystając z jego nieobecności przygotowałam sobie prowizoryczne posłanie na podłodze. Jego mina, gdy po wyjściu z łazienki zobaczył ten barłóg była bezcenna.
Złapałam szybko rzeczy do spania i nie wysilając się na subtelności powiedziałam.
- Śpisz na łóżku. W nocy trzeba dorzucać drew do kominka, a nie mam ochoty się o Ciebie zabić. – W tempie zamknęłam za sobą drzwi, woląc nie widzieć jego reakcji na moje słowa. Trochę zamarudziłam w łazience, ale w końcu musiałam wrócić. Pokój rozjaśniał tylko ogień z kominka. Dorzuciłam drew, położyłam się na podłodze i po 10 minutach myślałam, że zwariuję. Nie dość, że było koszmarnie twardo i nierówno, to jeszcze zimno. Nie było mocnych na kamienną podłogę.
Równy oddech Josha sugerował, że śpi. A perspektywa położenia się w ciepłym łóżku była coraz bardziej kusząca.
- Josh. – wyszeptałam. Jeśli nie śpi to powinien się odezwać. Zero reakcji. Delikatnie podniosłam się i zlustrowałam sytuację na materacu. Na szczęście nie spał na środku. Jeśli będę uważać, to nie powinien się zorientować że noc spędziłam u jego boku, a nie na wygnaniu.
Delikatnie dołożyłam drew do kominka i wsunęłam się pod kołdrę. Rany boskie, jestem w łóżku z Joshem Calvadosem. Cicho zachichotałam. Co tam, że jestem w łóżku, będę z nim spać. Byłam na tyle pijana, że nie wróciłam myślami do złowrogiej zawartości schowka w samochodzie, tylko skupiłam się na tym, że o to w tej chwili leżę obok takiego faceta.
Ciepło, miarowy oddech drugiej osoby i wino sprawiły, że zasnęłam szybciej niż zdążyłam o tym pomyśleć.
Obudził mnie hałas.
A konkretniej cały zbiór różnych nietypowych dźwięków. Bieganie, krótkie rozkazy i dźwięk pracującego silnika samochodu. Usiadłam zaskoczona przyciskając koc do piersi i zobaczyłam Josha stojącego obok łóżka. Patrzył na mnie spokojnie, tak jakby czekał kiedy się obudzę. Nie byłam jeszcze do końca przytomna, więc pierwsze o czym pomyślałam to, że właśnie odjeżdża i się chce pożegnać. I w tym momencie dopadła mnie myśl. Ej, jakie pożegnać?! Przecież tu jest jakaś gromada ludzi. Skąd oni do cholery się tu wzięli?!
Zanim zdążyłam w jakikolwiek sposób zareagować, usłyszałam.
– Nie uciekaj, to nic nie da. – Spojrzałam na niego zaskoczona.
- Co do jasnej cholery .. – niestety nie skończyłam, bo do sypialni weszło dwóch uzbrojonych facetów.
– Nie zmieniaj ubrania, obok łóżka położyłem Tobie kilka dodatkowych rzeczy. Załóż to na siebie. I idź z nimi jak skończysz. – Już wychodził, gdy się odwrócił i dodał. – Obchodźcie się z nią delikatnie.
Przez chwilę tkwiłam w bezruchu. Nie dość, że to był jakiś absurd to jeszcze mnie suszyło. Pojechałam na spokojne wakacje, na bezludzie, by uniknąć kłopotów i towarzystwa innych. Więc jakim cudem tkwię w sypialni z uzbrojonymi facetami i mam być wywieziona na żądanie znanego aktora. Albo zwariowałam albo mi się to śni. Niestety nie było to ani jedno ani drugie.
Jeden z tych goryli podszedł do mnie i pochylił się moją stronę.
- Pośpiesz się. – Tego mi było trzeba by się ocknąć. Błyskawicznie zsunęłam się z drugiej strony łóżka, cały czas przyciskając do siebie koc. Stałam teraz wyprostowana gorączkowo próbując wykombinować co mam teraz zrobić.
- Zostawcie mnie samą. Przecież nie ucieknę. – Dodałam przytomnie. Zdawałam sobie sprawę, tak samo jak oni, że nie mam najmniejszej szansy by się stąd wydostać. Liczyłam na to, że jak wyjdą będę jednak w stanie odszukać telefon, zakopany gdzieś w moich rzeczach i zadzwonić po pomoc. Albo do Agi. Albo do jasnej cholery gdziekolwiek. O ile tylko był zasięg. Ale musiał byś skoro ten pomiot dał radę się z kimś skontaktować.
Gdy zamknęły się za nimi drzwi, rzuciłam się w stronę szafy. Zbaraniałym wzrokiem wpatrywałam się w jej zawartość. A raczej patrzyłam na puste półki. Wszystkie moje rzeczy zniknęły. Nie było niczego. Teraz już chaotycznie sprawdzałam wszystko po kolej. Każdą szafkę, zakamarek w sypialni i łazience. Wszystko było dokładnie wyczyszczone z moich rzeczy. Podeszłam powoli do tego co Josh położył obok łóżka. Spodnie dresowe, sweter, szal, skarpetki i buty. Zwariował, ja w tym zamarznę. Kusiło mnie żeby zostawić gdzieś jakąś wiadomość, ale po pierwsze nie miałam jak a po drugie nie wątpiłam, że po moim wyjściu jeszcze raz przeszukają pomieszczenie, właśnie na taką ewentualność.
Ubrałam się szybko i wyszłam. W tempie zaprowadzili mnie do samochodu. Schodząc na dół rozglądałam się po wieży. Uprzątnięto wszystko co było moje lub mogło świadczyć o mojej obecności w tym miejscu. Mój samochód już stał wyprowadzony spod wiaty. Zaprowadzili mnie do innego wozu i posadzili z tyłu. Tuż obok mnie znalazł się Josh.
Nie krzyczałam na niego, o nic się nie pytałam. Zresztą chyba wolałabym nie słyszeć prawdy, dlaczego kasowy i znany aktor znalazł się na takim pustkowiu, a teraz mnie uprowadza.
Kiedy wyciągnął w moją stronę rękę, odsunęłam się tylko gwałtownie bardziej wciskając się w mój kąt. Patrzyłam przez okno i modliłam się, żeby zrezygnował. Zrezygnował.
Ruszyliśmy. Nikt w samochodzie się nie odzywał, a ja też nie miałam ochoty na towarzyską konwersację. Po chwili dotarliśmy do helikoptera. Prawie parsknęłam śmiechem. No tak, czego ja się spodziewałam.
W tak samo szybkim tempie jak poprzednio, zostałam przerzucona do nowego środka transportu. Nie obserwowałam już teraz widoków na zewnątrz. Zamknęłam oczy i usiłowałam dojść jakim cudem znowu się w coś władowałam. Pal licho władowałam, jak mam się z tego wyplątać?
Moje rozmyślania przerwało lądowanie. Cholera, nawet nie wiem jak długo i w którą stronę lecieliśmy. Rzeczywiście, bardzo mądre zachowanie skoro chciałam się uwolnić. Ale działo się za dużo i za szybko bym była w stanie logicznie się zachować.
Spojrzałam na zewnątrz i oniemiałam. Byliśmy na totalnym pustkowiu. W pewnym oddaleniu od lądowiska zobaczyłam zarys potężnej budowli. Coś jakby zamek. Ja pierniczę, znowu moje decyzje się na mnie mszczą, a siła wyższa w opaczny sposób interpretuje i spełnia moje życzenia. Marzyła mi się przygoda  w średniowiecznych klimatach? No to mam.
Otwarte drzwi i czekający na zewnątrz Josh sugerowały wyraźnie, że to koniec podróży. Wysiadłam ostrożnie, jednocześnie nakazując sobie w duchu zachowanie spokoju. Nie miałam zielonego pojęcia o co tu chodzi i najlepiej było nie podpadać.
Oczywiście postanowienie, że będę zachowywała się jak marionetka diabli wzięli szybciej niż przypuszczałam.
Czekał już na nas komitet powitalny. Wśród kilku facetów wyróżniał się jeden. Wysoki i potężny brunet, z brodą. Wyraźnie wściekły i mierzący mnie wzrokiem tak, że wszystko we mnie zamarło.
Josh powiedział tylko
- Max się Tobą zajmie – Po czym wsiadł do jednego z samochodów i odjechał. Porwanie, traktowanie mnie jak bezwolnej lalki i tak lekceważące traktowanie spowodowało, że nie wyrobiłam i zaklęłam pod nosem. Swojego czasu Aga nauczyła mnie kilku arabskich przekleństw, więc teraz w powietrze poleciały kwiatki w stylu ‘żeby Ciebie osioł kopnął w ten parszywy zad”. Nikt nie zareagował, oprócz tego brodacza. Wyraźnie spojrzenie mu złagodniało, zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że w oczach pojawiły się iskierki rozbawienia. Nie na długo. Gardłowym, niskim głosem który poczułam w brzuchu wydał kilka poleceń. W efekcie wylądowałam w drugim wozie i ruszyliśmy w stronę zamczyska. Zanim zdążyłam zastanowić co powinnam powiedzieć dojechaliśmy na miejsce, a potem to już nie miałam za bardzo jak cokolwiek powiedzieć.
Błyskawicznie zostałam wepchnięta do jednego z pokoi i usłyszałam tylko szczęk przekręcanego klucza.
- Putain de monde! – Tym razem przeszłam na francuski. Chamy jedne, zamknęli mnie!
Kiedy przestałam już kląć, zaczęłam się rozglądać się dookoła i trochę zwątpiłam. Warunki jak na zwykłe więzienie były zbyt luksusowe.
To nie był jeden pokój. Znajdowałam się teraz w saloniku stanowiącym jednocześnie gabinet, obok znajdowała się duża sypialnia połączona z łazienką. Podeszłam do okna. Niestety drugie piętro uniemożliwiało ucieczkę tą drogą. Dźwięk otwieranych drzwi zwabił mnie z powrotem do saloniku. Dostarczono moje rzeczy. Oczywiście pod czujnym okiem brodacza. Spojrzałam na niego nieufnie, ale raczej go to nie obeszło. Rozejrzał się tylko uważnie po pomieszczeniu. Czego się spodziewał? Że w szale wszystko porozwalam?!
I znowu zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć zostałam sama. Cudownie.
Rzuciłam się do walizek i pakunków jakby mi to miało życie uratować. Wątpiłam czy znajdę jakikolwiek sprzęt. Widząc jacy są cholernie dokładni i pedantyczni byłam pewna, że przejrzeli wszystko łącznie z walizkami. W tej chwili miałam w głowie co innego. Zaczęły mi coraz bardziej doskwierać dwie rzeczy – to jak jestem ubrana i brak porannej toalety.
Swoim zwyczajem wykopałam wszystko na zewnątrz, tym bardziej, że nie wiedziałam gdzie co jest i po chwili utknęłam pod prysznicem na dobre kilkanaście minut. Szum wody zagłuszył wszystko skutecznie, więc pomimo uchylonych drzwi nie usłyszałam pukania. Skończyłam się kąpać, założyłam wybrane rzeczy i wyszłam z łazienki. Powietrze przeszyły dwa damskie krzyki. Jeden należał do mnie, bo kompletnie nie spodziewałam się ujrzeć kogokolwiek w saloniku. Drugi należał do starszej kobiety, składającej ładnie moje porozrzucane wcześniej rzeczy. Zdaje się, że też ją zaskoczyłam.
Zanim zdążyłyśmy cokolwiek powiedzieć, drzwi otworzyły się z hukiem do środka wleciał brodacz.
Nie był mną, jeden rzut okiem i właściwie ocenił sytuację. Westchnął ciężko i wreszcie się odezwał.
- Już? Skończyłaś występy na dzisiaj? – Spojrzałam na niego zaskoczona. Chyba go pogięło. Porwali mnie, zamknęli mnie tu siłą, nic nie mówią i to ja sprawiam problemy?? To bardziej ja powinnam go atakować, tymczasem to on sprawiał wrażenie jakbym go cały czas gryzła w tyłek.
Nabrałam już powietrza by powiedzieć co myślę, ale kobiecinka mnie zablokowała. Odpowiedziała za mnie.
- Tak, skończyła. Idź Maks. Poradzę sobie. – I łagodnie wypchnęła brodacza na zewnątrz. Nie wiem kto był bardziej zdziwiony. Ja, że tak sobie poradziła, czy on, że jej na to pozwolił.
Dobra była! Równie sprawienie poradziła sobie ze mną. Jedyne co zdołałam uzyskać, to jej deklaracja, że wszystkiego się dowiem w swoim czasie. Po ogarnięciu spowodowanego przeze mnie chaosu dostarczyła mi tylko jedzenie i znowu zostałam sama.
Czasu na myślenie miałam aż nadto. W sumie mogłam się tej czynności oddawać do woli, bo przyjemny apartamencik został naprawdę moją celą więzienną.
Nikt ze mną nie rozmawiał. Josh się nie odezwał, nie przekazał mi żadnej wiadomości. Równie dobrze to co się działo wcześniej mogło się nigdy nie wydarzyć. A ja oprócz tego, że jestem uwięziona miałam do rozwikłania kolejna zagadkę. Kim jest ten brodacz. Wkurzał mnie, irytował i powodował, że miałam gęsią skórkę i miał na imię Maks.
Na początku mojego pobytu na zamku, zawsze ktoś stał na korytarzu i pilnował drzwi. Słyszałam go, bo przesiedziałam ponad godzinę z uchem przytkniętym do drzwi. Potem już przestali.
Rytm dnia był ustabilizowany. Przynoszono mi 5 razy dziennie jedzenie i tkwiłam jak ta debilka w zamknięciu. Bez żadnych rozmów, towarzystwa, a co najgorsze bez ruchu. Niby chciałam spędzić wakacje w samotności, ale to co się działo trochę przerosło moje wymagania.
Nie ruszałam się i popadłam w typowe dla takiego stanu otępienie. Miałam dosyć i trzeciego dnia się zbuntowałam. Przestałam jeść. Nie ruszyłam żadnego z posiłków. Siedziałam na fotelu, tępo wpatrując się w widok za oknem i nie reagowałam na nic.
Kiedy zabierano ostatnią tacę z jedzeniem przyszedł Maks. Stałam akurat przy oknie, tym razem podziwiając niebo.
Wszedł bez żadnego pukania. Po prostu wkroczył do środka, zamknął za sobą drzwi i powiedział tym wkurzająco-rozkazującym tonem.
- Masz jeść. – Nawet nie chciało mi się odwracać w jego stronę, a tym bardziej odzywać.
On nie był jednak w zbyt łagodnym nastroju. Podszedł do mnie i złapał mnie mocno za ramię.
A ja ….
Treningi KravMaga zrobiły swoje. To był najzwyczajniej w świecie odruch.
W tej samej sekundzie, w której mnie dotknął poleciał do tyłu.
To był cud. Facet nie wyglądał na ułomka, był prawie dwa razy większy ode mnie, a ja miałam najzwyczajniej w świecie szczęście. Nie czekałam co się stanie, tylko odwróciłam się z powrotem w stronę okna. Byłam słabsza niż myślałam, bo zakręciło mi się po tej akcji w głowie. Starałam się jednak odpowiedzieć najspokojniej jak mogłam.
- Odejdź, nie będę jadła. Nie jestem głodna. Dajcie mi spokój.
Kiedy usłyszałam, ze się zbliża, natychmiast się odwróciłam i przybrałam pozycję obronną. Zatrzymał się zaskoczony zarówno moją postawą jak i dalszymi słowami.
- Nie prowokuj mnie. Komuś się stanie krzywda i pewnie tym kimś będę ja, ale nie pozwolę się szarpać. Odejdź. Nie kłócę się, nie robię awantur, jestem cicho. Dajcie mi spokój. – I wbrew sobie dodałam na końcu szeptem – Proszę.
Maks zatrzymał się w miejscu, patrząc na mnie dosyć dziwnie. Dopiero po chwili się odezwał.
- Nie będziemy Ciebie zmuszać do jedzenia, ale pozwolisz, ze nadal będziesz dostawać posiłki. Może zmądrzejesz.
Skinęłam głową i odwróciłam się do okna. Zostałam sama.
Myślał, że taki klopsik jak ja długo nie wytrwa bez jedzenia. Pewnie miałby rację, gdybym nie znalazła sobie zajęcia. Wykusz z oknem w sypialni zabudowano ławą z poduchami. Idealne miejsce do siedzenia, stało się moim oknem na świat. Obserwując niebo i drzewa oddawałam się rozmyślaniom, począwszy od teorii co ze mną zrobią, skończywszy na domysłach kiedy ktoś odkryje, że zniknęłam. Cały czwarty dzień spędziłam w oknie.
Od samego początku panowała niepisana umowa, ze wchodząc z jedzeniem, pozostawiali wszystko w saloniku, nie wchodząc do sypialni.
Piątego dnia rano słyszałam jak wniesiono śniadanie. Pół godziny później ktoś się zjawił by to zabrać. Tak samo było z lunchem. Ale obiad już przyniesiono i zostawiono. Widocznie liczyli, że zapach mnie skusi. Tymczasem usadowiłam się na ławeczce na tyle wygodnie, że nie chciało mi się ruszać. Poza tym rzeczywiście nie czułam głodu. A wodę popijałam, więc nie powinno być tak źle. Rozbawiona pomyślałam, że może wreszcie schudnę. Kiedy przyniesiono podwieczorek, usłyszałam pukanie do drzwi sypialni.
- Tak? – Mój głos nie zabrzmiał za przyjemnie, ale do sypialni weszła ta sama kobieta, która poznałam pierwszego dnia.
- Przepraszam, czy mogę zmienić pościel i ręczniki na świeże? – W sumie, co ona winna temu, że mnie tu trzymają. Przy tym całym idiotycznym strajku nie zaniedbałam się pod względem higieny. Włosy myłam codziennie, prysznic brałam zarówno po wstaniu, jak i wieczorem.Zdecydowanie zmiana się przyda.
- Tak proszę. – Kiedy weszła zapytałam się jeszcze czy mogę jej w czymś pomóc. Spojrzała na mnie zdziwiona, ale odparła że sama zrobi wszystko szybciej. Nie miałam za bardzo ochoty i siły wstawać, więc nie protestowałam. Tym bardziej, że rzeczywiście uwinęła się piorunem i jak tylko skończyła, wyszła. Znowu zostałam sama.
Noc przespałam całkiem spokojnie. Następnego dnia wstałam jak zwykle, ruszyłam w kierunku łazienki i zapamiętałam tylko zbliżającą się szybko podłogę.
Musiałam zemdleć z wyczerpania i odwodnienia. Kiedy się ocknęłam było już ciemno. Leżałam na łóżku z jakąś instalacją stojącą obok i z igłą wbitą w ramię. Na przysuniętym fotelu siedział Maks.
- Jesteś uparta jak koza. – Kręciło mi się trochę w głowie i było mi niedobrze, więc nic nie odparłam. Ja bym powiedziała, że jestem uparta jak osioł, ale nie prostowałam jego słów.
Przysunął się jeszcze bliżej mnie, ale mnie nie dotykał. Mówił cicho, ale jego głos wchodził mi do klatki piersiowej. Zapatrzyłam się na jego usta i nie spuszczałam z nich wzroku.
- Nie możemy ciebie puścić, ale sama widzisz, że staram się jak mogę. Doprowadziłaś się do strasznego stanu. Josh mnie zastrzeli jak to zobaczy. – Kiedy wspomniał jego imię rozszerzyły mi się oczy. Czyli nie zapomniał o mnie! I w tym momencie zauważyłam, że Maks spochmurniał widząc taką reakcję. Patrzyłam zaskoczona widząc jak zmienia się wyraz jego twarzy. Wcześniej sprawiał wrażenie zatroskanego, a teraz znowu zamienił się w typa spod ciemnej gwiazdy.

 

** ** ** ** ** ** ** **

Paradoks – część V
Paradoks – część VII

 

Polubienia 11
Wyświetlenia 4074

Podobne wpisy:

  • Anonymous

    Hmm, ciekawie się rozwija:-)

    • :) mam nadzieję, że całość się spodoba.

  • Anonymous

    Kiedy coś dodasz?

  • I dzisiaj w nocy (tuż po północy) i dzisiaj w nocy (pewnie tuż przed północą :)

  • Wilkooka

    Bardzo boli mnie notoryczne popełnianie przez Ciebie tych samych błędów, np. piszesz ,,po kolej,, zamiast ,,po kolei,, itd itd… A szkoda, bo bardzo dobrze czyta sie twory Twojej kosmatej wyobraźni, ale podczas ich lektury trzeba udawać, że zastosowano korektę. Nie odbierz tego źle,Droga Autorko. Może jednak przyda Ci się pomoc kogoś, kto ma smykałkę i spróbuje uczynić te opowiadania piękniejszymi w odbiorze? Pozdrawiam Cię serdecznie,

  • Pingback: Paradoks V | Skrywane pragnienia()

  • Pingback: Paradoks VII | Skrywane pragnienia()