Paradoks VII

 

Nie odsunął się nawet na milimetr, ale z jego oczu zniknął ten ciepły blask. Nic już nie rozumiałam. Co spowodowało, że z zaniepokojonego mężczyzny zmienił się na powrót w wyrachowanego drania?

I nagle mnie olśniło. Czy to było możliwe, że on był najzwyczajniej w świecie zazdrosny o Josha?! Ale jak?! Zazdrosny o mnie?!
Głęboki głos zamiast mnie uspokoić, wywołał gęsią skórkę. Teraz już nie brzmiał ciepło, był chłodny i rzeczowy.
- Musisz zacząć jeść. Czego chcesz?
- Nie chcę siedzieć w zamknięciu.
- Nie mogę Ciebie wypuścić. I tak źle, że tu jesteś. Nie powinnaś widzieć więcej.
Ledwo mówiłam, ale uczepiłam się ostatniego zdania jak rzep psiego ogona.
- Ja nie chcę nic widzieć. Wystarczy mi wychodzenie do ogrodu, nawet na pół godziny dziennie. O jakiejkolwiek porze. Nie będę rozrabiać, uciekać, nic. Ja tylko nie wytrzymam już dłużej pod kluczem. Proszę. – Dodałam już zachrypniętym głosem.
Mruknął. Rany boskie, wszystko wywróciło mi się w środku na sam ten dźwięk.

- I co? Obiecujesz jeść i nie sprawiać kłopotów, jeśli będziesz mogła wyjść na zewnątrz na pół godziny dziennie? – Niedowierzanie pobrzmiewające w jego głosie było wręcz namacalne.
Gardło mi tak zaschło, że byłam w stanie tylko skinąć głową. Jego odpowiedź zaskoczyła go chyba tak samo jak mnie.
- Zaczniesz jeść. Jak dojdziesz do siebie, codziennie o 6:30 rano będzie ktoś czekał na Ciebie. Zdążysz, wychodzisz na pół godziny do parku przy zamku, nie zdążysz nie idziesz. Do nikogo nie będziesz się odzywać, z nikim nie będziesz rozmawiać i przede wszystkim będziesz słuchać poleceń strażnika. Jasne?
Szybko skinęłam głową.
Maks wyprostował się, obrzucił spojrzeniem całą moją sylwetkę i wyszedł.
Zostałam sama, drżąca i kompletnie zdezorientowana. Kwestia spacerów i ustępstwa z jego strony zeszła na plan dalszy.
W głowie tkwiło i tylko jedno. Maks.
Przecież to był ten zły. Niezadowolony, że mnie przywieziono. Wściekły, że trzeba mnie było niańczyć. Olbrzymi, silny, brutalny i mroczny. Stanowił kwintesencję moich obaw i tego czego się bałam w mężczyznach. Do teraz. Przed chwilą zobaczyłam Maksa w innym świetle. Nie jako brutalnego, olbrzymiego samotnika, ale jako troskliwego mężczyznę. Zazdrosnego o to, że skupiłam moją uwagę na innym. A ta jego mroczna część pociągnęła mnie i porwała jak najsilniejszy afrodyzjak.
Zgłupiałam. Zaczęłam przypominać sobie każdą chwilę gdy był obok i nawet nie wiem kiedy zasnęłam.

Kolejnego dnia podano mi jedzenie. W sumie to był jakiś kleik dla niemowląt, ale zdrowo dokopałam sobie z tą głodówką.
Nie protestowałam, gdy mnie karmiono. Potem jadłam już sama, bez żadnych grymasów czy protestów. Tak minęło kilka dni.
Aż wieczorem razem z kolacją dostarczono mi liścik zawierający tylko jedno słowo ‘Jutro’.
Wiedziałam, że ta kretyńska godzina jest po to by mnie zniechęcić. Pewnie w normalnych warunkach końmi by mnie nikt nie wyciągnął o tej porze z łóżka, ale warunki były dalekie od normalnych.

Uparłam się jak osioł i konsekwentnie to ja witałam przychodzącego po mnie strażnika. Codzienny spacer był odskocznią. Inaczej bym oszalała.
Chociaż spacer to było szumnie powiedziane.
Wstawałam i byłam gotowa na tą 6:30 rano, ale kompletnie nieprzytomna.
Ubrana na cebulkę, bo zima szalała jak dzika, wychodziłam do parku, ładowałam się na ławkę i z wyciągniętymi nogami obserwowałam drzewa, niebo i ptaki. Zgodnie ze złożoną obietnicą nie odzywałam się do strażnika.
Niestety Maksa też nie widziałam.

Pomijając wszystko dostawałam na głowę. Miałam książki do czytania i to by było na tyle. Żadnej telewizji o komputerze nie wspominając. Ludzi widziałam tylko przy okazji spacerów, dostarczania posiłków i sprzątania pokoi.
Miałam bardzo dużo czasu i żadnych ograniczeń w snuciu teorii spiskowych.
Kompletnie straciłam rachubę jak długo tu jestem, czy ktoś mnie już szuka, pomijając odpowiedzi na pytania w stylu ‘kim do jasnej cholery naprawdę jest Josh Calvados’.
Śnieg padał z większymi lub mniejszymi przerwami. I wpływało to w  mniejszym lub większym stopniu na moje samopoczucie. Codziennego wyjścia nie odpuściłabym za żadne skarby świata, ale potem to już wegetowałam. Wcześnie robiło się ciemno i kolejnego dnia postanowiłam nie męczyć się bez sensu, tylko też wcześniej położyć spać.
Tym bardziej, że na zewnątrz rozpętała się prawdziwa zamieć.
Nie wiem sama czemu, ale tym razem do spania przebrałam się w tą samą koszulę, którą miałam na sobie tej feralnej nocy w wieży.
W sumie wiem dlaczego. Lubiłam ją.

Nie zakładałam jej wcześniej bo za bardzo kojarzyła mi się z Joshem. Teraz było to samo. Gdy tylko ją założyłam, w mojej głowie natychmiast zagościł On.
Wylądowałam w łóżku, ale sen nie przyszedł tak szybko. Zamknęłam oczy i przypominały mi się po kolej wszystkie firmy w których go widziałam.
Oczy, grymas twarzy, uśmiech, wściekłość. Pogrążałam się w tych obrazach coraz bardziej i nawet nie wiedziałam kiedy mocno zasnęłam.
Nie zbudziło mnie ani przybycie kilku nowych osób do zamku, ani zamieszanie na korytarzach.

Dużo później jak przez mgłę dotarły do mnie inne hałasy. Kroki na korytarzu, otwierające się drzwi do moich pokoi, szum prysznica. Czułam się jakbym cały czas spała, więc nie zareagowałam na to w żaden sposób.
Jakaś część umysłu zarejestrowała jeszcze fakt, że materac na którym leżę ugina się lekko i ktoś kładzie się obok mnie.
Ten ktoś nakrył mnie troskliwie kołdrą, a do nosa dotarł ten niesamowity męski zapach, który czułam gdy Josh był blisko mnie. I który tak na mnie działał. Powodował, że robiło mi się gorąco, nie mogłam zebrać myśli i byłam roztrzęsiona.
Jęknęłam przez sen. Możliwe, że wyszeptałam jego imię, bo pojawił się znowu-tym razem w moich śnie.

Poczułam ciepło męskiego ciała leżącego obok mnie na łóżku i instynktownie przysunęłam się bliżej w jego stronę. ramiona mężczyzny przygarnęły mnie jeszcze mocniej, silne ciało zaczęło napierać na moje, gorący oddech musnął moją skórę i usłyszałam szept.
- Jak ja tęskniłem.
I wtedy zdałam sobie sprawę, że to mi się nie śni. Zadziałałam odruchowo. Wrzasnęłam i odepchnęłam od siebie intruza. Chociaż w sumie tylko usiłowałam to zrobić. Nie zdawałam sobie sprawy z determinacji i siły napastnika.
Ostro przyparł mnie do materaca i im mocniej się wyrywałam, tym mocniej mnie przytrzymywał.

Zdaje się, ze też strasznie klęłam. Wiłam się jak piskorz usiłując się wyrwać, szarpałam się, drapałam i gryzłam.
Nie rozumiałam dlaczego nikt się jeszcze nie zjawił. Z reguły najmniejszy nietypowy hałas powodował pojawienie się minimum jednego z ochroniarzy, a takie wrzaski i odgłosy walki powinny postawić na nogi wszystkich. Tym czasem nikt się nie pojawiał.
Było ciemno i nie widziałam kim jest napastnik. Byłam wściekła. Nie tylko na niego, również na siebie. Bo nie czułam strachu dlatego, że mnie trzymał i nie mogłam się uwolnić.
Przerażało mnie coś innego – to, że byłam podniecona.
Ktoś obcy mnie molestował, napadł na mnie w moim łóżku, a ja czułam obezwładniające pulsowanie pomiędzy udami, ciepło rozchodzące się falami po całym ciele, aż po koniuszki włosów. A tam gdzie mnie dotykał, niemożliwe do opanowania gorąco.
W czasie szarpania koszulka podjechała do góry. A on – cóż, jeśli cokolwiek miał na sobie wcześniej, to w ferworze walki został tego pozbawiony. Usiłowałam go znowu ugryźć i nagle usłyszałam chrapliwy głos.
- Dość tego.
Mój prześladowca zdecydowanym ruchem złapał moje dłonie i unieruchomił je jedną ręka nad moją głową. Druga dłoń mocno schwyciła mnie za brodę. Zdążyłam tylko krzyknąć.
- Nie! – I w tym momencie zamknął mi usta brutalnym pocałunkiem. Jego wargi zaatakowały moje, zupełnie jakby chciał mnie ukarać. Usta mocno zaznaczały swoją dominację, a zęby lekko kąsały ciało. Język wdarł się w moje wnętrze. Pokazał kto tu dyktuje warunki.
Ten pocałunek mnie obezwładnił. Poczułam się jakby podano mi narkotyk. Zaczęło mi się kręcić w głowie i przestałam panować na swoim ciałem. A ciało nie chciało już się wyrwać z tego uścisku, tylko poddało się dotykowi.
Czułam się jakbym była jego własnością, sięgnął po mnie bo miał na to ochotę, a teraz karał mnie za bunt i nieposłuszeństwo.

I mimo, iż ciało pragnęło tego dotyku, umysł się zbuntował.
Jęknęłam żałośnie i poczułam jak łzy powoli spływają mi po policzkach. Nie wiem czy to mój jęk, czy poddanie się jego woli spowodowało, że złagodniał.
Jego usta stały się delikatniejsze. Już nie starał się mną zawładnąć, tym razem kusił mnie i smakował.
Trzymał nadal na tyle mocno, że nie byłam w stanie się ruszyć, ale już mnie nie ranił. Po prostu nie pozwalał bym mu uciekła.
Wargi mężczyzny rozpoczęły wędrówkę po mojej twarzy. Czułam jak zlizuje moje łzy i usłyszałam jego szept.
- Ciii kochana. Nie bój się. Nie chciałem Ciebie przestraszyć. Nie boj się. To ja.

I go rozpoznałam. Zdławionym głosem zapytałam.
- Josh? – Oddychałam gwałtownie.
- Tak to ja, już spokojnie. Już. – Pokrywał moją twarz drobnymi pocałunkami. Uwolnił moje dłonie, a jego usta powróciły na moje wargi. Rozkoszował się ich dotykiem i smakiem.
Tym razem nie walczyłam. Nie byłam w stanie. Od pierwszej nocy spędzonej obok niego, gdy ogrzałam go własnym ciałem pragnęłam go.
Wcześniejsze fantazje powstające w mojej głowie, gdy oglądałam go w kolejnych rolach zbladły w porównaniu z rzeczywistością.
A teraz był obok mnie, gorący, podniecony i spragniony mojego dotyku. I najprawdopodobniej wcale nie miał zamiaru poprzestać na pocałunkach.
Znowu umysł dał znać o sobie, bo przez głowę przewinęło się kilka myśli na raz. Porwanie, uwięzienie i to co było najgorsze, Maks.
To wszystko spowodowało, że się usztywniłam. Wyczuł to. Nadal leżał całym ciężarem na mnie, ale przerwał pocałunek. Dotknął swoim czołem mojego i wyszeptał.
- Kochanie, przepraszam. Nie chciałem Ciebie tak budzić. – Na kochanie prawie mną miotnęło. Jakim prawem się do mnie tak zwraca?! Ciało wyciszyło moje oburzenie. Czy to ważne?
- Ja … – Zawiesił na chwilę głos. – … możesz mi nie wierzyć, ale za mną jest strasznie długa podróż. Nie myślałem, że tak będę tęsknić. Jestem wycieńczony, ale chciałem spać obok Ciebie. Nie sądziłem, że tak zareaguję. Nie chciałem Ciebie przestraszyć. Pragnąłem się po prostu do Ciebie przytulic i zasnąć przy Tobie.
Zablokowało mnie. To co mówił było takie proste. Początkowo chciałam się zbuntować, ale ten głos we mnie powiedział ‘ Dlaczego nie? Co stracisz? Wiesz co z Tobą zrobią? Nie. Miej przynajmniej to wspomnienie’.
Milczałam rozważając co mam zrobić. Josh doszedł jednak do wniosku, że milczę bo nie chcę go widzieć. Z westchnieniem zaczął podnosić się z łóżka.
- Nie chcę Ciebie do niczego zmuszać. – To był ostatni moment by podjąć decyzję. I to zrobiłam.
-  Zostań. – Wyszeptałam. – - Nie odchodź, proszę. Ale …
Zamilkłam, bo nie wiedziałam jak mam mu to powiedzieć. Chciałam, żeby był obok mnie, ale nie byłam gotowa na nic więcej. Pragnęłam czuć ciepło jego ciała. Tylko to.
Odwrócił się gwałtownie w moją stronę.
- Tylko Ciebie przytulę. Będziemy tylko spać. Jestem tak wycieńczony. – Dodał już bardzo cicho.

Byłam tym wszystkim tak oszołomiona, że nawet do głowy nie przyszło mi zadanie najbardziej oczywistego pytania ‘Dlaczego do jasnej cholery mnie porwałeś?’.
Zamiast tego pozwoliłam, by Josh położył się na środku materaca i przyciągnął mnie do swojego boku. Położyłam głowę na jego piersi i zamarłam w bezruchu, bo właśnie zdałam sobie sprawę, że on leży nagi, a ja mam nadal zadartą do pasa koszulę.
Już chciałam zaprotestować, ale Josh objął mnie tylko ramieniem, głośno westchnął i zasnął. Musiał być rzeczywiście wykończony. Więc przynajmniej na razie nie stanowił zagrożenia.

I w tym momencie adrenalina zeszła też ze mnie. Miałam pustkę w głowie, a już zupełnie nie miałam siły się ruszyć, by doprowadzić się do porządku.
Jego równy i spokojny oddech, ciepło promieniujące od ciała i to cudowne uczucie gdy mój policzek dotykał jego skóry były tak kojące, że sama nie potrzebowałam dużo czasu by zasnąć.

Gdy się obudziłam zaczynało już świtać. Leżałam na plecach i czułam się przygnieciona. Nic dziwnego, skoro Josh leżał na mnie całym swoim ciężarem. Jego głowa spoczywała na moim biuście. Mocno obejmował mnie ramionami, a nogi splótł z moimi.
Był ciężki, ale nie ruszałam się. Czułam się idealnie i nie chciałam tego zakłócać.
Usłyszałam jak ktoś wchodzi do saloniku, brzęk zastawy, wniesiono śniadanie. Znowu dźwięk zamka, ale po chwili usłyszałam jeszcze kroki mężczyzny.
Ktoś został w środku. Nie wiem dlaczego, ale przestraszyłam się.
Zamknęłam oczy i starałam się równo oddychać. Ktokolwiek to był, wolałam żeby myślał że cały czas śpię.
Po chwili dobiegło mnie ciche skrzypnięcie.
Mężczyzna delikatnie uchylił drzwi łączące salonik z sypialnią i zapadła cisza. Gdyby nie to, że byłam pewna słyszanych chwilę wcześniej dźwięków, dałabym się pociąć że coś mi się wydawało.

Ten ktoś stał w bezruchu i najprawdopodobniej się nam przypatrywał. Bardzo długo nam się przypatrywał. Bałam się i żeby nie zaburzyć oddechu powoli liczyłam w myślach. ’Jeden’, wdech, ‘dwa’ wydech …
Kiedy byłam przy ‘dwieście’ usłyszałam szelest i stukot. Tajemniczy obserwator oddalał się.

Zdążyłam jednak tak spanikować, że nie ryzykowałam i nadal się nie ruszałam.
Dosłownie kilka minut później Josh się poruszył. Rany boskie. Nie wiem czy stres wywołał u mnie taką manię prześladowczą, ale byłam przekonana, że on też nie spał i słuchał co robi nasz gość.
Josh podniósł się i przez chwilę stał obok łózka w bezruchu. Prawie jęknęłam bo czułam na sobie jego wzrok. Wolałam nie myśleć jak wyglądam, potargana i pewnie z opuchniętymi po płaczu powiekami. Potem słyszałam jak chodzi po pokoju. Dobiegł mnie dźwięk zatrzaskiwanych drzwi. Wyszedł.
Nie ruszałam się, ale tym razem nie celowo. Po prostu mnie sparaliżowało. Nie wiedziałam co mam o tym wszystkim myśleć, a co gorsza jak się teraz zachować.
Wpadłam w odrętwienie i tylko to spowodowało, że nie dałam się złapać. O mało co nie drgnęłam znowu słysząc kroki. To Josh musiał się cofnąć. Stal przez dłuższą chwilę przy łóżku, a potem podniósł i przykrył mnie kołdrą.
Dopiero po dobrych 10 minutach odważyłam się otworzyć oczy. Odwróciłam głowę i na drugiej poduszce zobaczyłam różę. Piękną, czerwoną różę.
Uśmiechnięta wskoczyłam pod prysznic. Po raz pierwszy od dawna ubrałam się w coś innego niż dres. Szare spodnie idealnie współgrały z gołębim, kaszmirowym swetrem. Włosy spięłam w luźny kok i zaplątana w myślach o poprzedniej nocy podeszłam do drzwi. Zawsze były zamknięte na klucz. Tym razem otworzyłam je bez przeszkód.
Zawsze uważałam, ze  jak ma się pecha to hurtowo. Nie myśląc już nic wyszłam na korytarz. Nikogo nie było. W sumie czemu miałam się dziwić. Ta poranna godzina była zabójcza dla ludzi. Szłam prosto przed siebie i kiedy doszłam do schodów prowadzących na parter, nie skręciłam nigdzie tylko podążyłam dalej prosto.
Po chwili usłyszałam jakieś glosy.
Zawsze uważałam też, że opatrzność czuwa nad kretynami. Zupełnie nie zauważona i nie niepokojona przez nikogo podeszłam bliżej do uchylonych drzwi. Za nimi znajdowało się przepiękne pomieszczenie. Chyba gabinet. Nie widziałam zbyt wiele, ale za to usłyszałam dwa głosy, należące do Josha i Maksa. Niestety to co usłyszałam spodobało mi się najmniej.
- … trzeba będzie ją zlikwidować.
Prawie zaklęłam na głos. Te cztery słowa wywołały w mojej głowie pożar. Ogłuchłam i przestałam słyszeć co mówią dalej. Jak to zlikwidować?? A czy ja się prosiłam o to wszystko?! Na cholerę ten facet do mnie przylazł! Ja sobie tylko na spokojny urlop  pojechałam. To ten idiota mi się wcisnął nieproszony, potem mnie porwał, uwięził, prawie zgwałcił, spał ze mną, a teraz chce mnie zabić! Co ja miałam niby zrobić? Sprzedać tajemnicę jego wolnego czasu brukowcom, czy co? Pierdolę jego wolny czas.
Blokowałam się wcześniej na to co widziałam, ale nie mogłam dłużej pozostać ślepa. Posiadłość na uboczu, ludzie z bronią, on sam z niezłym sprzętem w samochodzie. Natchnienie na mnie spłynęło i podsuwało kolejne odpowiedzi i wskazówki. Znikanie co jakiś czas Josha’a jako aktora – a to oficjalny odwyk, a to wyjazd z kochanką, żoną, a to zerwanie z aktualną kochanką, rozwód. Ciekawe co ten człowiek jeszcze robi?!
Wycofałam się powoli. Do jasnej cholery, jak ja mam z tego się wyplątać?
Szybko wróciłam do pokoju. Naczynia w salonie były nieruszone. Istniała więc spora szansa, ze nikt tu nie wszedł w czasie mojej krótkiej wycieczki i nie zauważył mojej nieobecności.

Zamknęłam za sobą delikatnie drzwi i natychmiast się o nie oparłam. Z nerwów ledwo trzymałam się na nogach. Rany boskie! O co tutaj w tym wszystkim chodzi? Co ja miałam robić? Uciekać? Ale jak?
Przeszłam do sypialni i odruchowo złapałam jedną z książek, które niedawno mi dostarczono. Zdębiałam widząc w ręku ‘Utracony raj’ Johna Miltona. Ja pierniczę, jak kulą w płot.
Zakryłam usta dłonią, bo z przerażeniem uświadomiłam sobie, że nie mam najmniejszej szansy by uciec. Żadnej. Z tego co widziałam byliśmy na pustkowiu. Nie wiedziałam gdzie jesteśmy dokładnie, w którą stronę mam uciekać, a przy tej pogodzie nie miałam żadnych szans.

Nagle się wyprostowałam.
Skoro mają mnie utłuc to przynajmniej szybko. Nie będę czekać w nieskończoność. I działając jak w amoku, trzymając w dłoni Miltona, szybkim krokiem przebyłam drugi raz tą samą drogę. Drzwi nadal były uchylone.
Bez żadnego pukania weszłam do środka. W duchu uśmiechnęłam się widząc zaskoczonego Josha i cholera, kompletnie nie zdziwionego Maksa.
Zamknęłam za sobą drzwi i oparłam się o nie na wszelki wypadek. Nie wiedziałam na ile mi starczy sił. Mocnym głosem, buntowniczo wysuwając brodę do przodu zapytałam.
- Dlaczego trzeba mnie zlikwidować?
Patrzyłam na nadal zamurowanego Josha, wiec nie zauważyłam jak brew Maksa podskoczyła w rozbawieniu do góry. Szłam już siłą rozpędu.
- I niby jak chcesz to zrobić? Sam? Udusisz mnie czy zastrzelisz? Zawsze tak kończysz znajomość z kimś komu się wpychasz do domu i kto ratuje twój tyłek?
Sapnęłam i nie czekając na żadną odpowiedź kontynuowałam, teraz już autentycznie wkurzona.

- Szalenie mnie interesuje czy zakończysz naszą znajomość z równym wdziękiem jak ją rozpocząłeś. Gdybyś miał trudności z odnalezieniem mnie, będę u siebie. Miałabym tylko drobną prośbę. Czytam w tej chwili ciekawą książkę i życzyłabym sobie ją skończyć. Więc jeśli byłbyś łaskaw poczekać ze trzy godziny byłabym wdzięczna. A teraz proszę wybaczyć to wtargniecie, nie będę już panom przeszkadzać.
Po czym dygnęłam i wyszłam delikatnie zamykając za sobą drzwi. Chociaż Bóg mi świadkiem, że miałam ochotę solidnie nimi walnąć.
Wzburzona wróciłam do sypialni, usiadłam pod oknem i padłam. Nie miałam nawet siły utrzymać książki w ręku. Patrzyłam w niebo i na park. Byłam tak pewna, że teraz mnie zabiją, że nawet się nie rozpłakałam.
Gdy po chwili usłyszałam zbliżające się kroki zamarłam. Tak szybko?
Bez słowa podniosłam się. Było mi już wszystko jedno. Ale gdy Josh wszedł do sypialni i zobaczyłam ten błysk w jego oku cofnęłam się o krok.
Wyglądał jak wygłodniały dzikus, który zobaczył coś co zaspokoi jego pragnienie. Nie dowierzałam własnym oczom. On mnie zamierzał zerżnąć zanim mnie zabije?
Nie zapanowałam nad sobą i wykrzyknęłam z oburzeniem.
- Chyba sobie kpisz!

 

** ** ** ** ** ** ** **

Paradoks – część VI
Paradoks – część VIII

 

Polubienia 10
Wyświetlenia 3699

Podobne wpisy:

  • Anonymous

    cudowne jak zawsze mi malo

  • Anonymous

    Uzależniam się od kolejnego opowiadania. To jest fantastycze i straszne. Proszę o więcej!

  • Anonymous

    Melduję, ze zdobyłaś kolejną wierną czytelniczkę :D Opowiadania w super klimacie :) Czekam na więcej. Jedynym minusem dla mnie jest nadużywanie „Ciebie, Tobie” i to Tobie parę razy niepoprawnie użyte. Ale chyba taka Twoja tendencja już bo przeczytałam wszystko na blogu i strasznie się w oczy rzuciło mi :) Zwróć uwagę przy korekcie :)

    • Meldunek przyjęty :D

      A co do korekty … muszę w końcu usiąść i przede wszystkim ją zrobić. Natchnienie mnie pcha i piszę, albo modyfikuję … efekt końcowy jest taki, że jak już mam tekst to jest na ogół około 01:00 w nocy i mam do wyboru – robić korektę, albo wrzucać tak jak jest czytając szybko czy nic nie atakuje z tekstu.
      Nie powiem od kiedy się zbieram, żeby skorygować wszystkie poprzednie teksty. Za kilka dni wyjeżdżam na dłużej – może wtedy?

      A tendencję ….. pomińmy proszę, przynajmniej na razie. :D

  • Anonymous

    A kiedy będzie kolejna część Diabła ?:) bo już nie mogę się doczekac kontynuacji :P

    • powinnam wrzucić dzisiaj w nocy :)

    • Anonymous

      dzięki :* to mogę się spokojnie uczyć do egzaminów :D

    • Ucz się ucz spokojnie :) Około 1-2 w nocy powinnam wrzucić piekielnika.

  • Anonymous

    świetne opowiadania :-) masz talent Kobieto!

    • rozpłynę się zaraz :) dziękuję.
      Takie słowa to miód na moje serce i duszę

  • Anonymous

    Kiedy kiedy dziś?

    • Wracam do domu około 21 – 22, wiec zaraz potem. Nie wiem czy dam radę z drogi :(.

  • Anonymous

    Nie ma:(

  • Anonymous

    Czyli dopiero dzisiaj wieczorem?:( a mialo juz byc miedzy 1 a 2

  • Anonymous

    wrrr dalej nie ma piekielnego :P ale jak nie będzie happy endu to wiesz….foszkers na maksa :D XD

    • odpowiadam hurtowo .. jest :D
      a z tym happy endem … oj …. żadnych fochów :D, będą dwie wersje.

  • Pingback: Paradoks VI | Skrywane pragnienia()

  • Pingback: Paradoks VIII | Skrywane pragnienia()