Pechowa ósemka I

Od samego początku wiedziałam, że dzień będzie należał do tych ‘udanych’. Robiąc sobie poranną kawę stłukłam ukochany kubek.
Potem był telefon od eks-męża, który pomimo iż nie był już moim mężem nadal uważał, że może wydzwaniać do mnie z każdym problemem dentystycznym.

Kretyn!

W sumie to ja wykazywałam się większym zidioceniem. Gdy byłam zakochaną żoną, nawet gdy byłam już tylko żoną, robiłam mu te zęby dla świętego spokoju.
Za darmo. No przecież nie będę sama sobie płacić, budżet w końcu mieliśmy wspólny.
Gdybym jeszcze tylko przyjmowała w klinice. Ale w przypływie lekkomyślności zdecydowałam się na założenie drugiego gabinetu przy domu. I nie było mocnych.
Co prawda na końcowym etapie naszego małżeństwa trochę mniej przykładałam się do znieczulenia, ale zęby robiłam mu porządnie. Bolało go trochę bardziej, ale fuszery nie odstawiałam.
Nie byłabym w stanie.

A teraz ząb mu się ułamał. Sierota!

Z Izunią, będącą jego najnowszą zdobyczą, poszli do nowo otwartej knajpy na Starym Rynku. Swoim zwyczajem musiał wgryźć się na oślep w mięso, a że zamówił żeberka to nie przeszło ulgowo.

- Będę u ciebie za 30 minut. Korki są. – Spojrzałam na trzymany w ręku uchwyt. To był jedyny większy kawałek mojego kubka, który się ostał w całości. Mając w głowie tylko jedno, a mianowicie gdzie ja kupię taki sam, mruknęłam.
- Dobra, dobra. – I się rozłączyłam.

Dawno przestałam słuchać, co mówi.
Kilka dni temu dzwonił już do mnie z jakąś pierdołą. Oznajmiłam mu wyraźnie, że czasy darmowego leczenia się skończyły i nie będę już tego nigdy robić za darmo. Że zapraszam do kliniki, cennik zna i temat uznałam za zamknięty.
Nie zamierzałam się powtarzać.
Owinęłam w chusteczkę i zapakowałam do torebki jedną skorupkę ze zwłok mojego kubka. Na wszelki wypadek.
Jeśli nie dostanę takiego samego to, chociaż może upoluję coś w podobnym odcieniu. Nie chodziło o to, że ja nie wiedziałam, czego chcę. Musiałam mieć wzór, by pokazać w sklepie, czego szukam. Tak było łatwiej.
Cała moja torebka była pełna takich ‚tak będzie łatwiej’.

Zerknęłam na zegarek. O rany! Byłam już na granicy spóźnienia się do pracy. Zostawiając bajzel w kuchni, bo przecież i tak mi nie ucieknie, wyszłam z domu.
Niestety myślami odpłynęłam w kubkowe niebo i zamiast uciekać przez tereny uniwersyteckie, władowałam się w sam środek korka na Naramowickiej.
A gdy w końcu oprzytomniałam i zorientowałam się, że to był błąd, to było już za późno.

Kto mieszka w Poznaniu i zna ulicę na N, to wie o co chodzi.
Przepustowość zerowa.
Stoi wszystko. Wyjątkiem są piesi, rowery i motory. A jak się samochody źle ustawią to tylko piesi i rowery.
Naramowicka to czarna dziura, wciąga i nie wypuszcza.
- Kurwa jasna! – Syknięcie dobiegające z chodnika przypomniało mi, że jest lato, więc okna w samochodzie mam otwarte na przestrzał, a co za tym idzie każdy mnie słyszy.
Odetchnęłam głębiej, bo czułam, że zaczynam wchodzić w stan, którego sama nie lubiłam, a który ostatnio trafiał mi się coraz częściej.

Furia.

A wkurzało mnie wszystko.

Nie tak przygotowane kartoteki pacjentów, pacjenci, asystentki stomatologiczne, mój były ślubny Jacuś, ja sama, było za ciepło, było za zimno, deszcz padał, deszcz nie padał.
Generalnie wystarczyło odetchnąć, a powód do jazdy znajdował się sam.

Nie wiedziałam, co się działo i dlaczego, ale w gwałtownych reakcjach i tempie wchodzenia w stan agresji biłam ostatnio wszelkie rekordy.
Wdech, wydech, ręce zaciśnięte na kierownicy, wdech, wydech.
Gdy już ochota na wycie mi przeszła, sięgnęłam po komórkę.
- Dzień dobry, tu doktor Leśniewska. Mam problem z dojazdem i już widzę, że nie zdążę na mój dyżur. Czy można .. ?
Odebrał Szymon. Nie wiem czy perspektywa starcia ze mną dodała mu skrzydeł, ale wspiął się na wyżyny intelektu.
Szymcio pomyślał, zadziałał i w efekcie miałam godzinkę w zapasie i dług wdzięczności wobec koleżanki, która przedłużyła swój dyżur by mnie zastąpić. Uspokojona rozsiadłam się wygodnie z fotelu i wpatrzona w samochód przede mną, cierpliwie przesuwałam się co chwilę o tych kilka centymetrów.

Z tego błogiego stanu wyrwał mnie wściekły ryk.
- Monika! Co ty tu u diabła robisz?!!! – Podskoczyłam, spojrzałam w lewo i zobaczyłam Jacusia z Izą, tkwiących w samochodzie na przeciwległym pasie. Ciśnienie skoczyło mi błyskawicznie.
- Wdycham spaliny? – Pytanie było tak debilne, że godna go odpowiedź sama mi wyskoczyła.

Musiało go jednak boleć, bo zaryczał znowu.
- Dzwoniłem do ciebie! Mam rozwaloną szczękę!!! Miałaś do cholery czekać w gabinecie!!!!

O żesz go jasna cholera! Zalała mnie krew i wściekłam się tak, że przestałam widzieć.
Dupek zakichany, widzący zawsze czubek własnego nosa i niesłuchający innych.
Gdybym była mnie zestresowana, to pewnie bym pomyślałam, albo zrobiła cokolwiek innego.
Niestety nie byłam mniej zestresowana.
Furia znalazła cel i się ukierunkowała.

Zaczęłam wydobywać się z samochodu mając zamiar ukręcić mu łeb i sycząc.

- Ty … – na tym się skończyło, bo w moje drzwi wpierdzielił się motocyklista, który wykorzystując lukę miedzy samochodami jechał środkiem. Pomiędzy samochodem moim i Jacka znalazł się idealnie w chwili, gdy uchylałam drzwi.

A potem zobaczyłam najbardziej brązowe i jednocześnie wściekłe oczy w swoim życiu.

 

Gdy dotarło do mnie w końcu co się stało, kocioł trwał w najlepsze. Motocyklista nie ściągając nawet kasku upewnił się, czy nic mi się nie stało i zajął się oglądaniem uszkodzeń pojazdów. Jacuś się darł, nie wiem na kogo bo i tak nikt go nie słuchał.
A policja, jak na nasze warunki zjawiła się niespodziewanie szybko.
Smętnie pomyślałam, że na dobrą sprawę nic strasznego się nie stało. Pomijając moje uszkodzone drzwi, obdrapany motor i drobne siniaki na mojej twarzy i rękach, to nikt poważnie nie ucierpiał.
W sumie nawet wyszło to na dobre, bo po pierwsze mogłam urwać się z pracy na cały dzień. Nikt o zdrowych zmysłach słysząc, że miałam przed chwilą wypadek samochodowy nie wymagał bym przyjechała do kliniki.
A po drugie pozbyłam się męża. A raczej zrobili to za mnie panowie policjanci.
Widząc awanturującego się mężczyznę, po usłyszeniu moich wyjaśnień, o co właściwie mu chodzi, grzecznie zabrali go na bok.
Argumenty mieli widocznie właściwe i chwilkę później mogłam obserwować jak nagle spokorniały Jacuś odjeżdża w siną dal.

Na placu boju zostali zwyczajni gapie, policja, ja i motocyklista.
Policjanci byli nadzwyczaj uczynni, ale pewnie przyczynił się do tego mój wygląd.
Zawsze się przyczyniał.
Nie dbałam o siebie przesadnie, ale mężczyźni i tak zwracali na mnie uwagę. Blondynka z cudownie błękitnymi oczami. Twarz taka sobie, ale i cycki brzydko mówiąc rekompensowały resztę. No może z wyjątkiem charakteru.
Mój małżonek zresztą wykrzyczał mi to w końcowym etapie związku.
- Wyglądasz jak anioł dopóki ust nie otworzysz. Wtedy zamieniasz się w jędzę. Nawet łóżko nie rekompensuje takiego charakteru. – Podziękowałam za komplement i chyba wtedy każde z nas podjęło decyzję, że dłużej żyć razem się nie da.
Tym razem pokornie przyjmowałam pouczenia policjanta.
Wyszło ze mnie nawet słowo przepraszam w stronę motocyklisty, ale nawet nie wiem czy to usłyszał.
Poza tym jednym spojrzeniem tuż przed walnięciem w samochód, nie obdarzył mnie już nawet odrobiną uwagi.
Ograniczył kontakt do minimum, czyli zachowywał się tak jakby mnie nie było. Wcale mu się nie dziwiłam. Gdybym była na jego miejscu już dawno bym siebie zarąbała.
Facet jechał jak mu przepisy pozwalały.
W sumie chyba tylko dlatego, że jechał wolno to się skończyło tak a nie inaczej.

Musiał być jednak gdzieś umówiony, bo co chwilę zerkał na zegarek. Sprawa była jasna, winna byłam ja.
Jasno rozumiejąc przekaz ‘odczep się ode mnie głupia babo’, siedziałam cicho potwierdzając tylko policjantom, że tak, moja wina, nie wypieram się i niech go załatwią najpierw, a ja mogę poczekać.

Nie chciałam przyglądać mu się nachalnie, ale kiedy ściągnął kask i rozpiął kurtkę prawie jęknęłam.
Gdyby zebrać wszystkie fizyczne cechy mojego wymarzonego i wyśnionego mężczyzny w jednym ciele, to właśnie miałabym taki egzemplarz przed sobą.
Wysoki, ale nie za bardzo. Muskularny, z silnie zarysowaną szczęką. Koszulka i spodnie opinały się na nim tak, że moje ręce same się do niego rwały. Miał ciemne włosy, ale za dobrze nie widziałam w tym cholernym słońcu. Jednodniowy zarost w połączeniu ze zwichrzonymi włosami, nadawały mu łobuzersko-zawadiacki wygląd.
Cała jego postawa mówiła, że jest to silny i pewny swoich racji mężczyzna. Nie wyglądał na szczeniaka, miał może 40 lat? Może trochę więcej.

Coś we mnie jęknęło ponownie.
- Gdyby nie ten cholerny wypadek może patrzyłby na mnie przychylniej?

Ale zaraz później wyprostowałam się do pionu.
- Głupia. Po pierwsze gdyby nie wypadek to byś go nawet nie zobaczyła. A po drugie facet patrzy na ciebie jak na kawałek śmierdzącej ryby. Zapomnij. Poza tym jesteś wyposzczona, rzucasz się na wszystko jak leci.
Głupi brak logiki.

Wyposzczona byłam, ale właśnie dlatego, że nie rzucałam się na wszystko jak leci. Przy całym swoim rozbuchanym erotyzmie trzymałam się zasad i po rozwodzie odstawiłam potrzeby swojego ciała na boczny tor.
Alleluja!
A ja się dziwię, co mnie tak nosi!
Moja babcia powiedziałaby bardziej dosadnie
- Chłopa ci trzeba dziecko drogie!

Moje dosyć oryginalne rozważania przerwał policjant. Zdążyłam tylko zobaczyć jak moje wyśnione ciało wsiada na motor, zakłada kask i odjeżdża w stronę centrum.
Nawet gdybym chciała coś zrobić to i tak było już za późno.
Policja zabrała się za mnie.
Wyglądałam już jak siedem nieszczęść, więc nie dobijali mnie bardziej i starali obchodzić się ze mną delikatnie. Miałam niejasne wrażenie, że jeden z nich mnie zarywa, ale byłam odporna na takie zagrywki.

Gdy było po wszystkim, obejrzałam jeszcze raz moje maleństwo.
Francuzy mają to do siebie, że blacha gnie się jak masło. Ten nie był wyjątkiem.
Szczęście w nieszczęściu, że wyglądało to może nieestetycznie, ale jeździć się dało. Po prostu był przeorany.
Panowie policjanci nie widzieli przeciwwskazań, więc na własnych kołach bez angażowania lawety wróciłam do domu.
Smętnie zastanawiając się czy mój eksmałżonek będzie na tyle bezczelny, żeby na mnie czekać powoli podjechałam pod dom. Nie był.

Zadziwiające jak człowiek dobrze się trzyma, gdy krąży w nim adrenalina.
Tak na dobre odpuściło mi dopiero, gdy dotarłam do domu.
Miałam wolne i nie widząc powodu, dla którego mam się bezsensownie męczyć, o godzinie czwartej popołudniu położyłam się spać.

Obudziłam się w nocy.

Z bólu.

Myślałam, że mi rozerwie czaszkę, ale rytmiczne fale promieniowały na całą głowę z prawej strony szczęki.
Świetnie!

Wydawało mi się, że nie uderzyłam się aż tak mocno o kierownicę, ale musiałam być w błędzie.
Jako doświadczony dentysta zastosowałam to co zawsze.
Środki przeciwbólowe.
Nie na darmo ktoś stworzył to powiedzenie ‘Szewc bez butów chodzi’.
Ja stosowałam inną filozofię ‘ Jak przyszło, tak przejdzie’.
W końcu zawsze działała.
Nawalona prochami, które sprawiły że ból z ostrego zamienił się w ćmiący i możliwy do zaakceptowania, zasnęłam ponownie.

 

Budzik zadzwonił właściwie, poderwałam się na nogi i szczęka łupnęła mnie ponownie.
- Kurwa mać! – Nigdy nie należałam do subtelnych kobiet, uważających na słowa. A teraz ewidentnie miałam powód.
Do kilku razy sztuka. Łyknęłam prochy, a dopiero potem zanurkowałam pod prysznic.
Ból zelżał, ale dokładnie tak samo jak wczoraj, nie odpuścił.
Przy całej głupocie takiego postępowania zachowałam rozsądek w jednej rzeczy.
Do pracy nie pojechałam samochodem, ale zamówiłam taksówkę. Może dzięki temu się nie spóźniłam?

Byłam jednak na tyle roztargniona – może przez ból, albo gdzieś tam w oddali widziałam tą bujną czuprynę, że nie ubrałam się zbyt starannie.
Starannie w moim przypadku oznaczało bluzki bez dekoltu.
Już kilkakrotnie wcześniej miałam nauczkę, gdy przyłapywałam moich pacjentów nurkujących wzrokiem w rozcięcie bluzeczki.
I tym razem z roztargnienia złapałam piękną białą koszulową bluzkę, która wprost cudownie odsłaniała moje walory przy każdym nachyleniu.
Byłam już w pracy, za późno było na jakiekolwiek przebieranki.
Z westchnieniem stwierdziłam, że jakoś to przeżyję, a w końcu będę mogła skupić się na czymś innym poza bólem.

Pierwszym pacjentem było dziecko.
Dlaczego matka naraża swoje potomstwo na stres wyrywając mleczaki w takim miejscu?
Wyciągnęła wyjącego chłopaczka ze szkoły. Bez problemu można to było zrobić w szkolnym gabinecie. Szybko i przyjemnie, a przede wszystkich bez strachu. A młody był już nieźle nakręcony i tak rozwrzeszczanego bachora miałam na głowie ja.
Nie żebym coś miała przeciwko dzieciom. Swoich nie posiadałam, ale z moich obserwacji jasno wynikało, że w 95 % przypadków za rozpierdzielone dziecko odpowiadali jeszcze bardziej porozpierdzielani rodzice.
Dziecko było przerażone, a dodatkowo nakręcone przez szalejąca matkę.

Rozchylająca się bluzka, którą już wyczaił Szymcio.
Boląca coraz bardziej szczęka.
Wyjące dziecko.
Rozhisteryzowana matka.
Osiągnęłam limit.
- Cisza!!!!!! – Wydarłam się w gabinecie, ale słyszałam jak ruch w poczekalni zamarł.

Na szczęście zamknął się też pacjent z mamusią.
Usadziłam młodego w fotelu, biorąc go niejako z zaskoczenia, a matce pokazałam fotel będący daleko za plecami chłopca.
- Proszę tam usiąść i się nie odzywać. Jedno stęknięcie i Panią wyrzucę, jasne? – Widać było wyraźnie, że nie mam asertywności na poziomie siedzącego psa.
Matka tylko kiwnęła głową i usiadła tam gdzie jej pokazałam. Minę co prawda zaczynała już mieć niezbyt sympatyczną, ale dopóki siedziała cicho miałam to głęboko gdzieś.

Asystentka stomatologiczna stała obok.
Wyraz jej twarzy wyraźnie wskazywał, że przeklina chwilę w której trafiła na mój dyżur.
Olałam ją. Dorosła była, wiedziała, że ta praca wiąże się ze stresem. A że ze strony dentysty a nie pacjenta to już szczegół.

Zwróciłam się do młodego.
- Cześć. Usiądę sobie obok, dobrze? Nie będę nic dotykać. Obiecuję. – Podniosłam rękę do góry jak do przyrzeczenia.
Młodemu to wystarczyło, kiwnął głową. Nie krzywił się, więc może nie było tak źle.
- Zrobimy tak. Otworzysz buzię, a ja tylko obejrzę sobie ząbki lusterkiem. A jak będę chciała je dotknąć, to najpierw się zapytam, zgoda?
Kiwnięcie głową. Ok, jedna część za nami.
Paszczę rozdziawił tak, że do migdałków mogłam mu ręką sięgnąć, a co dopiero zęby obejrzeć.
Zlustrowałam wszystko. Wyglądało dobrze, no może poza jedynkami. Stały pod troszkę dziwnym kątem.
- Czy coś cie boli? – Szybko kiwnął głowa i pokazał na te nieszczęsne jedynki.
- Jabłko ugryzłem. – O raju, no tak. Wbił się pewnie jak wariat, szarpnął, szczęka została w miejscu a jabłko poszło razem z zębami.
- Dobrze, poczekaj chwilkę. – Najpierw dla pewności załatwienie formalności z matką. Byłam mega przeczulona na tego typu sprawy. Niby zwykłe rwanie, a potem matka będzie pozywać wszystkich ,że dziecko ma szparę jakby mu ktoś kij wbił w zęby.
Wróciłam do 8-letniego mężczyzny.
- Jak masz na imię?
- Jacek.
No żesz! Ale co dziecko winne.
Wyjaśniłam mu co się stało i co trzeba będzie zrobić. I przede wszystkim, że usunięcie mleczaków jest dziwne, ale nie boli tak jak to sobie wyobraża.
Jakoś przy dzieciach nie nabierałam durnego luzu, tylko traktowałam ich jak małych dorosłych.
Nie na sztywno, tylko z szacunkiem. Wyjaśnić i nie robić z nich idiotów. Zadziałało i tym razem.
- To jak będę gotowy, to otworze buzię i pani będzie mogła rwać, dobrze?
- Zgoda.
Młody przez chwilę intensywnie wpatrywał się w szafkę, kiwnął głową i rozdziawił paszczękę po raz drugi.
Dwa ruchy i było już po wszystkim.
Z tamponem wetkniętym dla zatamowania krwi wydał głos.
- Juś???? – Kiwnęłam głową i się uśmiechnęłam.
No dobra, dzieciaki nie są takie złe. Mamusi też stres odpuścił. Wypchnęłam rozanielone towarzystwo za drzwi i sięgnęłam po kartotekę kolejnego pacjenta.

Prochów już nie brałam, żeby nie stracić koncentracji, ale co chwilę przykładałam co mogłam zimnego do rozognionego policzka.
Ulga była ledwie namacalna.
Przemęczyłam się cały dzień, dostarczyłam kilku kozłom widoków.

Myślałam, że już mam ten kocioł z głowy, gdy wleciał Szymcio.
- Pani doktor. Jeszcze w ostatniej chwili wpadł docent Kozłowski. I żąda tylko pani. Już mu mówiłem, że … – Machnęłam ręką przerywając ten wywód. Ciężar związany z przyjęciem jeszcze jednego pacjenta był niczym w porównaniu ze słowotokiem Szymcia.
- Dawaj go tu.

Po chwili asystentka dostarczyła mi kartotekę, jednocześnie z pacjentem. Spojrzałam na nią, bo wyglądała na tak samo wykończoną jak ja.
Kurcze! Bo była!

Z tym, że ja byłam wykończona zębem, a ona dla odmiany mną.

Docent Kozłowski wszedł. Obrażony na wszechświat, bo ileż to on musiał czekać.
Zlałam to, przejrzałam ostatnie zapiski i usiadłam, żeby obejrzeć co mu jest.
Komunikat, że czuje iż obluzowała mu się plomba przyjęłam względnie spokojnie.
Był znany ze swojego ‚czuję, że’. Oznaczało to, iż ma wrażenie że coś się dzieje.
W takich przypadkach robiłam mu dokładny przegląd każdego zęba, upewniając się, że jednak nic mu nie jest.
Zajmowało mi to pół godziny, ale wystarczało, by przyjmował ze zrozumieniem komunikat, że jednak wszystko jest dobrze.
Pewnie tak samo było i tym razem. Nie wiedziałam tylko jak wytrwam, wisząc nad nim te pół godziny.

Pochyliłam się wyraźnie widząc jak jego wzrok zsuwa się w dół i oczy prawie wychodzą z orbit widząc moje piersi.
Spojrzałam z niedowierzaniem w jego usta raz.
Odetchnęłam i dotarło do mnie, że jednak widziałam dobrze. Pan docent nie umył zębów.
W sumie musiał ich nie myć przez dłuższy czas by zebrać tak imponujący osad, o smrodzie wychodzącym z ust nie mówiąc.

Gdyby to był jeszcze prosty chłop.
Wytłumaczenie żadne, ale jednak.
Ale na fotelu miałam wykształconego człowieka, elokwentnego, bardzo pedantycznego we wszystkim, co robił za wyjątkiem jednej rzeczy.
Higieny.
Może gdybym się czuła lepiej zareagowałabym w inny sposób. Ale się nie czułam. Głowa była o krok od eksplozji. Fetor był przeokropny.
Ale kropkę nad i postawił wlepiając swój wzrok w mój biust.
Wypadek, eks-mąż, kubek. Emocje w końcu znalazły ujście.

Odsunęłam się gwałtownie i krzyknęłam gromko.
- Won!!!!! – Wskazując palcem na drzwi.

Jego pełne oburzenia.
- Co???? – spowodowały, że puściły mi wszelkie hamulce.

Nabrałam oddechu i sobie ulżyłam.

Chyba jeszcze nigdy w życiu nie zrobiłam takiej awantury.

Asystentka była dobrze wytresowana i nie ruszała się na krok, nie pozwalając byśmy zostali sami.
Zresztą po chwili w gabinecie był Szymcio, kilku lekarzy i jeden pacjent.

W świadkach mogłam już więc wybierać!

 

 

** ** ** ** ** ** ** **

Pechowa ósemka – część II

 

Polubienia 15
Wyświetlenia 4613

Podobne wpisy:

  • Anonymous

    Wiem. Masz pracę, rodzinę itd. ale kiedy będzie ciag dalszy?

  • Anonymous

    świetne:)
    jak zawsze:)

  • Anonymous

    Moja wewnętrzna siostra bliźniaczka? Dobrze, że nie wewnętrzna bogini, która fika koziołki… Zalatuje Greyem i to nie był komplement ;) Wszystko poza tym jak najbardziej ok :)

    • Po pierwsze nie czytałam Greya – nie wiem.I czytać nie będę. Za dużo osób o tym mówi. Wychodzi ze mnie koza i obawa, że jednak mnie w jakiś sposób skazi.

      Po drugie jak zalatuje Greyem (ale gdzie? tylko bliźniak za to odpowiada czy co?), a się nie podoba to nie czytać.

      Po trzecie ja mam alter ego. Odpowiada za te wszystkie głupie rzeczy, których narobiłam i jeszcze narobię. Czasami siedzi cicho, czasami jednak ostro się drze.

      Po czwarte ( i tu możesz sobie napluć w brodę) za punkt honoru postawiłam sobie stworzyć opowiadanie z wewnętrzną boginią fikającą koziołki (co prawda nie wiem jakim cudem do takiej konkluzji doszłaś, ale nie będę się spierać). Dowalę motylki w brzuchu. W ramach bonusu.:)

    • A po piąte zmieniłam tekst :D
      Ale motylki w brzuchu będą. Nie odpuszczę :P

  • lkolac

    o k….., wrozka zebuszka!!

    a co do greja, to to jest romansidlo jak kazde inne, przeczytalam zachwytu nie bylo, fakt glowna bohaterka miala wewnetrzna boginie ktora sie grzala fikal koziolki, ale chyba na tym powornanie mozna skonczyc

    • Rany, co macie z tym Greyem? :)
      A pro pos wróżki zębuszki. Dane mi było zobaczyć ‚Tooth fairy’ z Rockiem. Wymiękłam… tutaj tego nie zrobię, ale w połączeniu z wróżką fikającą koziołki …. ostrzegam, dajecie pomysły na straszne opowiadanie

  • Anonymous

    kiedy można się spodziewać kury? :)

    • Na razie padłam na buzię. Dosłownie.
      Z pisaniem mam jeden problem. Muszę być w nastroju na konkretne opowiadanie. Nic na to nie poradzę, że czasami aż mnie odpycha. Po prostu pustka i koniec pieśni.
      Z ręką na sercu to nie mam pojęcia kiedy będzie kura. Do kury muszę być wkurzona. Nie żebym ‚Kury’ nie lubiła, ale na dzisiaj bym chciała mieć w miarę spokojny wieczór :D

  • Anonymous

    A pamietacie 9 i pol tygodnia? Klasyka
    Teraz dla wielu mlodych to nic.
    Jak czytam o tym co robia mlodzi w lozku to strach w oczach. To co będzie za 20 lat….
    Ja nie wiem czy pojde na Greya.
    Jakos nie pociaga mnie takie uprawianie milosci .
    Czasami człowiek jest gorszy od zwierzęcia.
    Taka dygresja…
    Twoje opowiadania są dowcipne i z wieksza lub mniejszą nutą ertyzmu. Tak trzymać.

    • A no tak, zapomniałam, że go zaadaptowali na scenariusz.
      Hm … ja należę do tej grupy osób, która lubi się bawić własną wyobraźnią. Zresztą pisałam już kiedyś o Tolkienie.
      Natomiast co do 9 i pół tygodnia…uwielbiam… albo pamiętacie Dziką Orchideę też z MR?

  • Anonymous

    Witam. . Jestem mamą autystyka i gdy tylko mam wolną chwilę to podczytuję Twoje opowiadania.
    Czytając Twój blog mój zmęczony umysł i ciało lewituje.
    Dziękuję za Twój blog.

  • Anonymous

    Bardzo mi się podoba i czekam na ciąg dalszy. A pójście na Grey – film może warto rozważyć. Amerykanie mają rzadki dar, że nawet z lichych książek potrafią tworzyć dobre filmy. W każdym razie Grey, nie Grey, mamy Ciebie Anno.

  • Anonymous

    Hmmm chyba wiecej jest tych „autystycznych” mam Anno :-D ja sie zawsze podpisuje ;) Dominika
    A opowiadanie jak zwykle swietne ♥

    • Też się zdziwiłam, ale ten weekend tak mi postawił wszystko na głowie, że już nie rozbijałam.
      Dochodzę trochę do siebie i usiłuję spłodzić tekst.
      W sumie kilka na raz co oznacza, że każdy jest w powijakach.

      Też gorąco pozdrawiam :)
      I dziękuję.

  • Anonymous

    Hejka. Jestem stałą i cichą czytelniczką, czekam na ciag dalszy kazdego opowiadania. Ale jestem takze mamą, ktora przechodzila cos podobnego z zebami dziecka. Zwichnięte ząbki mozna wstawic w zębodół i zabezpieczyć. Nie trzeba ich wyrywac, powinny sie wrosnąć. Gorzej jak ząbek wbije sie w dziąsło, wtedy trzeba go usunąć zeby nie uszkodził zalążków zębòw stałych :) pozdrawiam :)

    • hejka :)
      Pozdrawiam z upiornie dusznego Poznania stałą czytelniczkę.

      :) Uwaga cenna.
      Tak na marginesie – zanim napisałam, to przeryłam (nie przeszukałam, tylko przeryłam) tysiące stron plus kilka specjalistycznych portali.
      Od razu uprzedzam, że tak mam. Nie wybaczyłabym sobie gdybym fundowała głupoty :)
      I dlatego jeśli coś wrzucam to … (pomijając fantazje) :D… staram się pisać rzetelnie jak jest lub bywa.
      Właśnie mi się przypomniało ile czasu poświęciłam na kradzieże dzieł sztuki. O rabunkach biżuterii nie wspominając (tu akurat ‚Paradoks’ się kłania). Wciągnęło mnie bardziej niż dobra powieść z wątkiem kryminalnym.

  • Anonymous

    Błagammm o paradoks lub diabła
    Z. O.

    • Ja dzisiaj strasznego lenia złapałam .. chwycił mnie w objęcia i nie puszcza.
      Wybaczcie

  • Anonymous

    Kochana…ja dlugo nje wytrzymam…pp raz kolejny zaczelam czytac paradoks….i prosze dodaj jak najszybciej bedziesz mogla kolejna czesc Maksa Anny i Josha…;-) rozumiem ze masz zycie…i jest ciezko,ale widok paradoksu nie tylko by mnie ucieszl
    Pozdrawiam i weny zycze

    • Po pracy pojadę do jakiejś knajpki i napiszę Paradoks. Tyle ile napisze tyle wejdzie. W domu ostatnio warunków nie mam …. no i też leń …

    • w knajpie zdążyłam napisać 3 strony, ale to właściwie wstępniak do tego co miało być, potem pomogłam przyjaciółce w potrzebie, a potem wstyd przyznać przegadałam kilka godzin.
      Dopiszę dzisiaj resztę i wrzucam :)

  • Anonymous

    Obiecujesz, obiecujesz i o nas zapominasz.. Nieładnie! :-)

  • Kasia

    Doczekamy się w końcu na Paradoks?

    • Anna Valetta

      Tak Kasiu :D Już jest

  • L.M.

    Kiedy coś nowego?

    • Anna Valetta

      A było wczoraj :). Będzie w piątek.
      Postaram się tak ułożyć grafik, by umieszczać wpisy co dwa, max. co trzy dni.

  • sm

    Chyba nigdy…..jaki sens ma prowadzenie bloga na ktorym nic sie nie dzieje ?

    • Anna Valetta

      Też się zastanawiam. to co? likwidować? … eeee. .. nie ma mowy.
      Kochani. Czy wy nigdy wolnego nie mieliście, urlopu? :D

      Proszę mi tu się nie denerwować :D Już wchodzą wpisy.
      Będziecie mogli znowu narzekać na zaimki i zawirowania czasoprzestrzenne :D

  • Kasia

    chyba się już nie doczekamy,ponad miesiąc na paradoks…i osttanie opowiadanie ehh,rozumiemy ,ze masz prace rodzine ale to długo jednak;(

    i przez zmiany na blogu chyba miałaś czas na napisanie?;-))

    Nie stresuj się,…my jesteśmy tylko głodni Twoich opowiadań,Twojego talentu;-))

    Czekamy kochana

    • Anna Valetta

      Kochani. Odpowiadam hurtowo.

      Najpierw była rewolucja wizerunkowa, potem była rewolucja … inna :D.

      Nie narzekajcie :). Zycie jest piękne,
      Wpisy będą umieszczane już regularnie. A chyba wolicie, żebym chodziła szczęśliwa i pisała zadowolona, a nie siedziała w kącie i ryczała, co? :D
      Hm … przynajmniej mam taką nadzieję, że tak wolicie.

      Już wracam na blogowe tory.Dzisiaj dopracuję robienie wpisów w harmonogramie to go zaktualizuję. I wrócę do starego dobrego podawania dat.
      Wpisy będą umieszczane wcześniej.
      Same korzyści :)

      Pozdrawiam Was serdecznie
      I do kolejnego wpisu :D

  • Agata Ciesielska

    Trafiłam z grupy i chyba zostanę ;) Żałuję, że nie mam asertywności głównej bohaterki ;)

    • Dziękuję Agata. Do tekstów trzeba podejść z dużym dystansem i przymrużeniem oka :)
      To przede wszystkim bardzo dobra zabawa (moja).

  • Pingback: Skrywane Pragnienia | Pechowa ósemka II()