Pechowa ósemka II

Chyba jeszcze nigdy w życiu nie zrobiłam takiej awantury. Asystentka była dobrze wytresowana i nie ruszała się na krok, nie pozwalając byśmy zostali sami. Zresztą po chwili w gabinecie był Szymcio, kilku lekarzy i jeden pacjent. W świadkach mogłam już więc wybierać!

I w ten cały kocioł wleciał mój szef.

Coś albo ktoś nade mną czuwał. Dr Nowak po pierwsze sam był mocno przeczulony na punkcie higieny.Po drugie miał córkę w moim wieku i niejako na starcie miałam już taryfę ulgową zwłaszcza, że ostro waliłam w zaglądanie mi w dekolt. To podchodziło już pod molestowanie, a tego absolutnie tolerować nie zamierzał. Po trzecie wiedział o wczorajszym wypadku, więc moje zachowanie mógł złożyć to na karb mojego emocjonalnego rozchwiania. A po czwarte – i chyba to przeważyło szalę, miał przypływ uczuć nazywany przez nas syndromem ojca chrzestnego. Po prostu raz na jakiś czas mu odbijało i wczuwał się w rolę szefa-ojca, chroniącego swoją trzódkę. To, co się działo teraz, było wręcz spełnieniem jego marzeń o przyjęciu na klatę problemu i obronie swojego podwładnego.

Ruszył ostro na biednego docenta.

Widząc minę dr Nowaka przytomnie się zamknęłam i potem już tylko obserwowałam, w jaki sposób przejmuje kontrolę nad szalejącym tornadem. To była poezja!

Docent Kozłowski wylądował w jego gabinecie, pacjent trafił z powrotem na fotel, pozostali lekarze w tempie zniknęli w swoich gabinetach, a ja trafiłam na kanapę do pokoju wypoczynkowo-kuchennego z kubkiem melisy i Szymciem. Melisa miała wyciszyć moje skołatane nerwy, Szymcio miał dopilnować żebym wypiła miksturę i doszła do siebie w spokoju, nie niepokojona przez nikogo.
Czułam lekki niedosyt, że nie poszarpałam chociaż trochę tego śmierdzącego kozła, ale z drugiej strony dobrze, że nie doszło do rękoczynów. Chwila przyjemności, a potem aż strach pomyśleć, jakie byłyby konsekwencje.

Siedziałam w milczeniu na kanapie, Szymcio litościwie nie gapił się na mnie ani do mnie nie gadał, tylko oglądał zawartość lodówki. Pewnie jak zwykle komuś coś wyżerał, ale było mi już wszystko jedno.
Nie byłam w nastroju na pogawędki, a już tym bardziej na umoralniające teksty.

Wrócił ból.

Szarpiący, przychodzący impulsami i rozrywający mi szczękę. Nie namyślając się wiele, sięgnęłam po prochy. Mój dzień pracy już się skończył, do domu będę wracać taksówką, a z pomocy koleżanek po fachu skorzystać nie zamierzałam.
Co tu dużo ukrywać – moje wizyty u dentysty okupione były zawsze totalnym paraliżem. Ja się po prostu najzwyczajniej w świecie panicznie bałam. Na tyle, że nawet teraz wypierałam z siebie fakt, że to, co się dzieje jest spowodowane bólem zęba. Uparcie tłumaczyłam, że musiałam uderzyć się w czasie wypadku. Z powodu szoku nie pamiętam jak, kiedy i o co. Pewnie o kierownicę, albo o cokowiek. Ale to na pewno to było przyczyną takiego cierpienia, a nie ząb! Obiłam się, poboli i przejdzie.
Głupota totalna, ale strach przed jakimkolwiek zabiegiem na fotelu dentystycznym skutecznie wybił mi z głowy rozsądek i logiczne myślenie.

Środki przeciwbólowe w połączeniu z melisą zdziałały cuda. Boleć nie przestało, ale mogłam funkcjonować. Ból z szarpiącego przeszedł w lekko ćmiący. Nadal było nieprzyjemnie, ale dało się przeżyć.
Na tyle, że kiedy do socjalu przyszedł dr Nowak byłam w stanie – blado bo blado, ale się uśmiechnąć. Czekałam na opiernicz, a usłyszałam przeprosiny. Oszołomiona lekarstwami znowu byłam tylko w stanie obserwować, co się dzieje.

A tymczasem mój szef się kajał, że zostałam narażona na takie zachowanie ze strony pacjenta. Że to wręcz skandal i już z docentem sobie od serca porozmawiał. I, że nie mam absolutnie obawiać się i natychmiast zgłaszać mu podobne zachowania ze strony innych pacjentów lub kogokolwiek, bo jesteśmy jedną wielką rodziną, on się czuje za nas odpowiedzialny i będzie nas chronił.
Patrzyłam w zamroczeniu, nawet Szymcio przestał żuć słuchając płomiennej przemowy szefa.
- No to Pani Moniko, niech Pani sobie weźmie wolne do końca tygodnia. Absolutnie nie ma mowy, żeby Pani po takim wstrząsie przyszła jutro do pracy. No to co? Załatwione!

Kiwnęłam głową, Szymcio również, po czym oboje zgodnie odprowadziliśmy naszego szefa wzrokiem do drzwi.
- Pani doktor? – Szymcio się przełamał. – Jak Pani to robi?

Spojrzałam na niego trochę nieprzytomnie. O co mu do diabła chodzi? Co jak robię? Awantury? Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Ja nie miałam ochoty się odzywać, poza tym niby co mam mu odpowiedzieć? Szymcio z kolej chyba przestraszył się swojej śmiałości. Istniała zawsze szansa, że znowu się rozpędzę, więc przezornie nie kontynuował tematu.
Po chwili wydał jednak głos.
- Pani doktor? Ja widziałem, że dzisiaj Pani taksówką przyjechała. To może ja Panią doktor odwiozę. Wygląda Pani na trochę zmęczoną i taką nie bardzo.

Spojrzałam znowu na niego. Leki działały aż miło.

Pierwsze, o czym pomyślałam, to kto u licha jest w stanie zjadać paprykę z oliwą prosto z lodówki? Resztka czyjegoś lecho przykleiła mu się do brody. Rany boskie! Cokolwiek by ze sobą nie robił wyglądał jak siedem nieszczęść. I on się martwi, że ja wyglądam na taką nie bardzo.
Z drugiej strony zamawianie taksówki, czekanie. O nie! Zabieram się z Szymciem.

Szymcio stanął na wysokości zadania, nie ciągnął mnie na parking tylko oznajmił, że samochód podstawi pod drzwi. Po dłuższej chwili dal znać na komórkę, że transport z kierowcą już czeka.

Wychodząc z kliniki prawie wleciałam na motor stojący tuż pod wejściem.
Motorów w Poznaniu jest dużo. Takich też.
Ale mimo to poczułam ukłucie w sercu.
Przypomniały mi się te wściekłe oczy.

Szymcio zatrąbił, obraz w mojej głowie się rozmył i zła na siebie za takie bujanie w obłokach, wsiadłam do wehikułu i dałam się zawieźć do domu.
Nie czekając aż środki przeciwbólowe przestaną działać, zaraz po powrocie położyłam się spać.

Zanim zasnęłam mignął mi w głowie obraz motoru i brązowych oczy.

W środku nocy obudziłam się z bólu. Ledwo widziałam, było mi niedobrze, a szczękę mi już rozwalało.
Wzięłam kolejną dawkę proszków, przyłożyłam zimny okład i nic. Zero ulgi, nawet minimalnej.

Nie mogłam już dłużej ignorować faktu, że to jednak mój ząb.

Gdyby chociaż mniej bolało. Ale ja już płakałam z bólu i by uciec od tego co się dzieje miałam ochotę przywalić z całej siły czołem w ścianę, by stracić przytomność. Wtedy miałabym chociaż chwilę wytchnienia.
Nic nie przechodziło. Nie polepszało się. Wiedziałam, że teraz będzie już tylko gorzej. Nie mogłam zwlekać ani godziny dłużej.
O tej porze mogłam niestety zadzwonić tylko do jednej osoby. Idealnej do takich akcji, nawet pomimo tego wszystkiego co się działo i stało.

Wybrałam numer.
- Jacek, błagam, przyjedź, musisz mnie zawieźć do szpitala.

Nie mówiłam nic więcej, nie musiałam. Pomijając, że nie byłam w stanie.
Ubrałam na siebie pierwsze lepsze rzeczy, które mi wpadły w ręce. Było mi wszystko jedno, co mam na sobie, byleby jakoś się okryć. Tym sposobem miałam na sobie podziurawione jeansowe rybaczki, tshirtkę bez stanika, eleganckie szpilki i ciekawy sweter Escady. Złapałam torbę, wyszłam przed dom i usiadłam na kostce brukowej na podjeździe.
Starałam się oddychać równo i przede wszystkim nie zwymiotować.

Było już naprawdę źle.

Z tego stanu wyrwał mnie pisk opon.

O żesz w mordę! Jeszcze tego brakowało by pobudził sąsiadów.
- Monika! Co się dzieje?!

Podniosłam rękę w znanym nam obojgu geście, oznaczającym ‘ani słowa bo zabiję’. Zamknął się błyskawicznie, a ja dałam radę wyszeptać.
- Wojskowy na Grunwaldzkiej. Dyżur. Dentysta.
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem, ale się nie odezwał. Podniósł mnie i wziął na ręce, wsadził do samochodu i zapiął pasy.
Ruszył z kopyta nic nie mówiąc, ale w ciszę wdarł się pełen irytacji głos Izy.
- Chcesz mi powiedzieć, że wyszliśmy z domu bo Twoja była żona korzysta z Ciebie jak z taksówki?!

Nie miałam siły się odezwać, ale Jacek po raz pierwszy od dawna wykazał się zdrowym rozsądkiem.
- Siedź cicho. Wieziemy ją do szpitala.

Modliłam się o jak najszybszy przejazd, bo Iza się nie zamknęła. Coś tam marudziła. Nie wiem jak Jacek, ale ja jej nie słuchałam. Nie zmieniało to faktu, że jej głos wbijał mi się w głowę i dowalał swoje trzy grosze do tego co się działo.

Kto był na pomocy doraźnej w nocy w szpitalu wie jak to wygląda. Pełno ludzi siedzących w poczekalni, od poważnych urazów po drobnostki. Pierwszeństwo mają pacjenci ze skierowaniami, a reszta ma cierpliwie czekać.
Jacek się nie szczypał, wziął mnie na ręce i zaniósł do poczekalni, za nim dreptała marudząca Izunia.
Wiadomość, że musimy poczekać na swoją kolej wywołała u mnie jęk, u Jacka zdenerwowanie, a Izie marudzenie przeszło w tryb głośny.

Nie wytrzymałam. Byłam już w szpitalu, powinni zaraz się mną zająć, było mi słabo z bólu, czaszkę mi rozrywało, ale jej głos to było za dużo.
- Jacek, już w porządku. Dzięki, Jedźcie.
Nie miałam siły nic innego powiedzieć. Jacek, dupek bo dupek, ale zrozumiał, że wyrażam w prosty sposób wdzięczność, pogadamy jak będę bardziej przypominać człowieka i już ich nie chcę obok, co komunikuje w sposób przyjazny.

Do Izy nie trafiło.

Z jednej strony się nie dziwię. Była żona Twojego faceta, wyciąga go w nocy i wykorzystuje jako bezpłatną siłę transportową. Ale widziała przecież w jakim jestem stanie. Nie zrobiłam tego dla samej przyjemności ujrzenia ich twarzy o tak dzikiej godzinie.

Niestety nie potrafiła się zamknąć.
-Tak, pewnie! Daj sobie wejść na głowę! Dzwoni o każdej porze o której chce, targa Ciebie a zęba jakoś nie mogła Tobie zrobić?!

To była kropka nad i. Miałam już gdzieś kto, co do mnie powie i o mnie pomyśli. Nabrałam powietrza w płuca i wrzasnęłam.
- Jacek, kurwa jasna weź tą swoją dupę i ją wyprowadź, bo jej łeb urwę!

Oczywiście mój wrzask trafił na chwilę względnej ciszy. Zrobiło się zamieszanie i z przerażeniem pomyślałam, że jeśli mnie wyrzucą za zakłócanie porządku to chyba sama sobie powyrywam wszystkie zęby w bolącej części szczęki.
Podeszła do nas pielęgniarka z jakimś ochroniarzem i poprosili o opuszczenie izby przyjęć.
Tego było dla mnie za dużo.

Po prostu osunęłam się na podłogę i zaczęłam płakać. Z bólu.

Docierały do mnie fragmenty awantury pielęgniarki z Jackiem.
- Proszę natychmiast wyjść! Kim jest dla Pana ta Pani?
Musiała wskazać na mnie, bo usłyszałam.
- To moja żona.
Kij w oko, była baranie! Nie miałam jak sprostować jego słów, tak mi łupało szczękę, że nie mogłam się odezwać.
- A ta krzycząca Pani?
Odpowiedź Jacka nawet mnie rozłożyła.
- To moja kochanka.

Iza gwałtownie wciągnęła powietrze.
- Ty skurwielu! Jestem tylko kochanką?! Kochanką?! Ty dupku! Ty kretynie! ….

Akcja się rozwijała.
A ja nie byłam w stanie otworzyć oczu.

Póki co nikt mnie jeszcze nie ruszał. Tkwiłam na podłodze z pękającą z bólu czaszką i nie wiedziałam już co mam zrobić.
A podłoga była tak kojąco chłodna – z jakichś płytek.

Nie namyślając się dłużej położyłam się na podłodze, przykładając pulsujący z bólu policzek do zimnego podłoża.
Awantura toczyła się obok, mi już było wszystko jedno.Zupełnie jakby toczyło się to za jakąś ścianą.

Nagle poczułam silne ramiona wsuwające się pod moje kolana i plecy i ktoś mnie podniósł.

To nie mógł być Jacek.

Ku uciesze personelu i pacjentów żarł się kilka metrów ode mnie z Izą.

Poza tym dotyk był inny.

 

Podniosłam powiek i spojrzałam prosto w piękne brązowe oczy, które mnie tak prześladowały.

 

** ** ** ** ** ** ** **

Pechowa ósemka – część III
Pechowa ósemka – część I

 

Polubienia 26
Wyświetlenia 3961

Podobne wpisy:

  • Lena

    Nie, nie, nie jak mogłaś skończyć w takim miejscu!!!! Chyba umrę z tego czekania:-)
    A ogólnie rozdział fantastyczny. Nieźle się uśmiałam. Monika jest po prostu świetną bohaterką. Nieźle ma w głowie narąbane:-) he he

    • A pro pos niezłego narąbania w głowie bohaterki …. wzorowałam ją na sobie. Nie wiem czy teraz powinnam śmiać się czy płakać…

      • Lkolac

        Po siedmiu miesiacach na pewno nie jest lepiej zapewne (tyle czasu temu opublikowalas ta notke)

  • Styna

    Mogę napisać tylko dwa słowa: „ŚWIETNE” i „JESZCZE…..” ;-)
    Pozdrawiam :-)

  • Lkolac

    Uuuuu jak ja nie lubientych opowiadan w kawalkach
    Pewnie bedzie jeszcze z 30 czesci

    • Diabeł był tylko jeden :)
      Nie będzie

      Ale własnie – korzystając z okazji mam pytanie.
      Wolicie jedno całe opowiadanie, ale raz na jakiś czas? Czy też w kawałkach, ale częściej?

      PS> Książki już mam, nie mam kiedy przeczytać :)

      • Aga

        Czepiasz się człeku ;)

        W trakcie czytania opowiadań, czekając na kolejne części, mam ochotę wziąć i porwać Cię byś pisała mi wszystko od razu, bez tego całego czekania. Kiedy już jednak dodajesz jakieś opowiadanie, cała ta wcześniejsza frustracja znika :) jedno jest pewne: nawet jak opowiadanie będzie miało 50 części i tak będę czytać!

        Moim zdaniem im częściej tym lepiej, wiec skoro długość ma mieć wpływ na częstotliwość to wolę krótko a często :)

      • lkolac

        w sumie wole kawalki, zawsze mozna sobie pokomentowac, choc raz na jakis czas (w ramach wolnego czasu oczywiscie checi zdolnosci zalania etc.) moze byc cos dluuuzszego ewentualnie jakies krotkie opowiadanko, choc szczerze powiedziawszy za bardzo nie lubie krotkich opowiadan wole dluge, inaczej mowiac mi trudno dogodzic, w sumie tak jak jest jest ok, ale oczywiscie moglobybyc czesciej

        to jak jeszcze jestesmy przy ksiazkach to jest fajna seria o jacku reacherze lee childa (tylko film spaprali bo kurdupa toma cruisa obsadzili w roli jacka, mormalnie nie wybaczalne!!!)

        • lkolac

          ale nadal jestem sfrustrowana i nie lubie po kawalku

          jak pisalam ciezko mi dogodzic :)

          • Dogodzę ‚Niezdrową fascynacją”. Będzie jedna cześć . Długa … :)

            P.S. Lee Child jest w mojej bibliotece od dawna :D

          • lkolac

            :D fanka?

        • Daj spokój … obsada … rzeźnia … bez komentarza … Hollywood :D

          • Lkolac

            Najgorsze ze po przeczytaniu calosci zaczelam sie za takim egzemplarzem rozgladac i totalny zawod, silny przystojny ehh chyba tylko w ksiazce taki istnieje

            A tak swoja droga niezly harmonogram sobie narzucilas, wczoraj bylo codziennie cos do siodmego wrzesnia :D, to w weedend beda po dwa teksty? Ja tak na ten paradoks tak se czekam.

          • jutro wleci :D
            Paradoks
            a co do reszty, to zamknę się gdzieś … okopię .. :D
            Napiszę to wrócę do świata żywych.

          • lkolac

            Tylko oby dobry bo ktytyka polece

          • hm … będzie jak opowiadanie się potoczy.
            Ja coś mogę sobie zaplanować, ale jak znowu opowiadanie mi bryknie i zrobi po swojemu to nic nie poradzę

  • Kasia

    WItam:D

    tak wiem zawsze się czepiam kiedy będzie:D już takie mam dni^^ drażliwe;-)

    Ale tym razem pytanko: po paradoksie,diabełku becie, wmiesza się w publikacje siła wyższa?;-) jakoś tak mnie to zaintrygowało:D

    • Myślałam o Montanie, ale z drugiej strony dlaczego nie ‚Siła wyższa’?

      Do wrzucania zapowiedzi pchało mnie uprzedzenie innych z pomysłami.
      Mnie czasami pcha i gniecie, a potem nagle widzę coś podobnego i mi skrzydła opadają.
      I pewnie nadal to będę robić

  • Basia S

    Umrę za zawał, jak nie dostanę czegoś nowego! :D
    Bożeeee, trzy cudowne opowiadania. W ramach protestu nie biorę się za zapowiedzi, bo tego już nie wytrzymam. :D
    Pozdrawiam!

  • Add.

    Kiedy pojawi się kolejny post i od wieków już wyczekiwany Diabeł w wersji beta?

  • Ósemka dołączyła do Kury, w oczekiwaniu na ciąg dalszy :) Cieszę się ogromnie, że się skusiłam poczytać u Ciebie to i owo, to miło spędzony czas, a jeszcze trochę przede mną i spodziewam się tego miłego spędzić tu więcej :)

  • Ile.Znasz. Sposobow.Zabijania.

    Każdego dnia mam nadzieję, że coś się „dalej” pojawi. Będę czekała cierpliwie w dalszym razie, choćbym miała dostać wrzodów żołądka :) . Pozdrawiam

  • Pingback: Pechowa ósemka I | Skrywane pragnienia()