Pechowa ósemka IX

 

Bez słowa chwyciłam kubek z herbatą i chlusnęłam zawartością w jego stronę. Z reguły chybiam, ale tym razem trafiłam w sam środek.

Stałam w milczeniu.

W sumie, co innego mogłam robić, obserwując, co się narobiło?

Paweł zamarł. Chyba sam nie wierzył w to, co się stało.
Miałam rozmach i zawartość mojego kubka pokrywała nie tylko stojącego przede mną mężczyznę, ale ozdobiła też ścianę, drzwi i podłogę.

Potem pomyślałam, że facet ma cholerne szczęście, bo skoro nie wrzeszczy to herbata zdążyła ostygnąć.

Następnie przyszło mi na myśl, jakim cudem taka mała ilość herbaty narobiła takich szkód?

A później się cofnęłam, bo Pan Doskonały odzyskał władzę w kończynach i z zaciśniętymi ze złości zębami ruszył w moją stronę.
I w tym momencie do pokoju zajrzał Szymcio.
Swoim zwyczajem, nie wszedł jak człowiek, tylko wsadził do środka samą głowę. Nie wiem dlaczego tak robił i nie obchodziło mnie to. Uważałam to za głupotę, która prędzej czy później się na nim zemści. Zemściła się teraz.

Gdyby ktoś opisał to, co się stało uznałabym, że poszalał z wyobraźnią, bo takie rzeczy nie zdarzają się w prawdziwym życiu.Cofając się, trafiłam znowu na kanapę, podcięłam sobie nogi i niezbyt elegancko na niej usiadłam. Miałam niczym nieograniczony widok na wszystko.

Paweł zrobił zdecydowany krok w moją stronę. Herbata gdzieś musiała się podziać.

Była na podłodze.

Od wieków błagaliśmy szefa, by w socjalnym położyć wykładzinę. Rozumieliśmy, że płytki jest łatwiej utrzymać w czystości, ale nadawały one wnętrzu, mającemu służyć wypoczynkowi, zbyt sterylnego charakteru. W wykładzinę płyn pewnie dawno by wsiąknął, ale z płytkami nie miał na to szans.
Jeden mocny i zdecydowany krok plus woda i Paweł wywinął orła. Niestety ruszył zbyt ostro w moją stronę i zamiast zwyczajnie się wywrócić, poleciał zamaszyście do tyłu – idealnie wcelowując w drzwi.
Walnął w nie solidnie potylicą, a Szymcio został prawie zgilotynowany.
Przerażający krzyk jednej z asystentek, zamieszanie, przyjazd karetki.

Cały cyrk przeczekałam na kanapie. Po pierwsze – i bez tego zamieszanie było przerażające. Po drugie – bałam się Pawła.

Nie stracił przytomności, błyskawicznie zajął się Szymciem, ale zanim to zrobił, syknął w moją stronę:
- Nie waż się ruszyć.
Obserwowałam to, co się działo w milczeniu, po raz kolejny zastanawiając się, jak do cholery udaje mi się z taką konsekwencją rujnować swoje życie. Potem pomyślałam o zbliżającej się nieuchronnie chwili, gdy zostanę z Pawłem sama i dopiero wtedy zrobiło mi się słabo.

Paradoksalnie uratował mnie docent Kozłowski.

Jeszcze zanim wyniesiono Szymcia, do socjalnego zajrzała moja dzisiejsza asystentka, Kasia.
- Pani Moniko, czeka już kolejny pacjent. – Zaczęłam się podnosić, widząc w tym odwleczenie wyroku, ale Paweł zareagował błyskawicznie.
- Nie ma mowy. Doktor Leśniewska zostaje tutaj. Proszę wysłać kogoś w zastępstwie. – Inni mogli przypisać ton jego głosu dosyć dramatycznej sytuacji. Ja wiedziałam, że ledwo hamuje wściekłość.

- Nie ma mowy. To docent Kozłowski. Leczy się tylko u doktor Leśniewskiej, a po ostatniej akcji nie wchodzą w grę żadne zastępstwa, czy przełożenie terminu. – Kasia odbiła piłeczkę i była w tym równie stanowcza, jak Paweł. Byłam ją teraz skłonna ozłocić.

Paweł nie odpuścił.

Patrząc na mnie zadał jedno pytanie.
- Jakiej akcji? – I w tym momencie przypomniałam sobie moją histeryczną reakcję i to, co wrzeszczałam. Otworzyłam usta, by szybko powiedzieć, że było małe zamieszanie przy poprzedniej wizycie, ale Kaśka była szybsza. Ochota na jej ozłocenie przeszła mi jak ręką odjął.

- Oj, było ostro. Doktor Leśniewska wyrzuciła go z gabinetu. – Myślałam, że ją uduszę, gdy kontynuowała. – Nie dość, że zaglądał jej w dekolt, to jeszcze nie umył zębów przed wizytą. Na szczęście dostał nauczkę. Chyba ją popamiętał, bo teraz aż pachnie. I jeszcze przyniósł kwiaty na przeprosiny. Prześliczne, czerwone róże.

Paweł cały czas wpatrzony we mnie szepnął:
- Ona nie lubi róż.

Zdziwione spojrzenie Kasi potwierdziło moje obawy, że do niej też to dotarło.

Super! Po prostu rewelacja! Teraz cały personel medyczny będzie żył teoriami, skąd nowy lekarz wie, że ja nie lubię róż.

 

Nie czekałam, aż Paweł się ocknie, tylko zgrabnie dokończyłam wstawanie z kanapy i nie patrząc w jego kierunku, poszłam za asystentką do gabinetu.
Dziękując docentowi Kozłowskiemu za przepiękne kwiaty, zostawiłam irytujący mnie wiecheć w recepcji. Widząc jego zdziwiono-urażone spojrzenie wyjaśniłam, że gdybym wzięła je do domu mogłabym podziwiać je tylko przez chwilę, w gabinecie ze względu na przepisy nie mogłam ich postawić, a gdy będą w recepcji będę je widzieć za każdym razem.
Promienny uśmiech na jego twarzy spowodował, że jęknęłam. Cholera, kolejne kłopoty, a ja chciałam być tylko miła.

Myślałam, że chwilę po jego wyjściu wpadnie do mnie Paweł, ale nie. Kolejny pacjent, potem następny i tak doczekałam końca swojego dyżuru.
Ruszyłam po swoje rzeczy, będąc pewna, że już teraz nie ominie mnie konfrontacja.
I znowu się pomyliłam.
Nikt na mnie nie czekał. Powoli zaczęła kiełkować we mnie nadzieja, że nie jest tak źle. Ale ulga, którą odczułam, gdy na parkingu dla pracowników zamiast motoru ujrzałam puste miejsce, była nie do opisania.
Wyrok został odwleczony w czasie. Niby wiedziałam, że w końcu mnie dopadnie, ale nie nastąpi to teraz.

Wsiadłam do samochodu i postanowiłam zrobić coś dobrego.

Jakby nie było przyczyniłam się do uszkodzenia Szymcia. Tkwił teraz w szpitalu, a znając jego apetyt wiedziałam, że prędzej zaszkodzi mu ograniczony dostęp do jedzenia, niż te urazy.
Jedynym problemem był pobyt biedaka w tym samym szpitalu, w którym odstawiłam cyrk, ale pocieszyłam się myślą, że szpital po pierwsze – olbrzymi, po drugie – Paweł już tam nie pracuje, a po trzecie, to idę z wizytą na oddział, a nie do izby przyjęć.

Szymcio na szczęście nie wybrzydzał i pochłaniał wszystko, co nadawało się do spożycia.

W sklepie zaszalałam i wyszłam z wyładowanymi po brzegi trzema dużymi torbami.

Kabanosy i myśliwska, bagietki, sałatka jarzynowa i śledziowa w pojemniczkach, jakieś sery, owoce i warzywa. Na wszelki wypadek kupiłam mu też zupki chińskie – Szymcio namiętnie pożerał suchy makaron, bez ruszania pozostałej zawartości.

Co, miałam mu żałować?
Podjechałam szybko pod szpital i obładowana jak wielbłąd dotarłam do pokoju, gdzie spoczywał ten biedak. Drzwi były uchylone, więc pchnęłam je tyłem i na wstecznym weszłam do środka.
- Przepraszam, że nie dojechałam wcześniej, ale dopiero skończyłam dyżur. Przywiozłam ci coś na ząb na dzisiaj. – Zamknęłam się.

Ręce mi opadły i tylko dlatego, że Paweł miał refleks nic nie zleciało na podłogę. Złapał wszystkie siatki w biegu.

 

Szymcio siedział zadowolony na środku łózka, pożerając pizzę. Zapewne dostarczoną przez stojącego obok mnie Pawła.
- Oj, ale fajnie. – Ucieszył się.

Sądząc po rozmiarze spoczywającego na jego kolanach kartonu, pizza była bardzo duża. Ostatni kawałek właśnie zniknął w ustach Szymcia. Mimo mojego niechętnego nastawienia do Pawła, nie wątpiłam, że pozwolił wszystko zjeść temu biedakowi. A biedak wyglądał nader kwitnąco jak na osobę, której prawie zmiażdżono szyję. I ewidentnie był jeszcze głodny.

- To dla mnie? – Wyglądał jakby cały dzień czekał na jedzenie. Paweł z lekkim niedowierzaniem położył jedną z toreb na materacu, tuż obok ręki Szymcia i w milczeniu obserwował jak ten zaczął przegryzać makaron z „Kurczaka curry” kabanosem.
- Zaszkodzi mu – rzucił w moją stronę. Neutralnie, bez atakowania i podtekstów. Odezwał się, jak zwykły kolega z pracy.

Pierwszy szok już minął. Co tu dużo ukrywać, gdy go zobaczyłam, to jakbym dostała w twarz. Cokolwiek to miało znaczyć, chwilowo nie groziło mi rozszarpanie.
- Nie zaszkodzi – mruknęłam. – Zaszkodziłby mu brak jedzenia.

W milczeniu obserwowaliśmy, jak rekonwalescent wchłonął jeszcze jedno opakowanie sałatki śledziowej, całą bagietkę, przegryzł kolejnym kabanosem i pożarł cztery jabłka. Potem rozłożył się wygodnie i westchnął.
- Chyba już wystarczy. Jak się objem za bardzo, to może mi zaszkodzić. – Taka chudzinka, w zestawieniu z ilością pochłoniętego przez niego jedzenia i wypowiedziane słowa. Nic dziwnego, że Paweł nie wytrzymał i parsknął. To było zaraźliwe i po chwili śmialiśmy się wszyscy.

Rozstawiając pozostałe zakupy, potwierdzałam co chwilę Szymciowi, że na pewno podjadę rano i przywiozę mu coś na ząb.

Uspokojony zaczął rozmawiać o jakimś swoim nowym pomyśle z Pawłem, a ja doszłam do wniosku, że to idealny moment by się zmyć. Paweł nie będzie mógł przerwać tej pogawędki, więc będę miała wystarczająco czasu by się oddalić.

Było dokładnie tak jak pomyślałam. Paweł na hasło, że już się zbieram aż się spiął, ale nie wypadało mu też nagle wyjść. Pożegnałam się z nimi i zadowolona już sięgałam do klamki, gdy drzwi się otworzyły i do środka weszła pielęgniarka informując, że już po odwiedzinach.
Ja straciłam oddech, a Pan Doskonały wyglądał jak kocur przed miską pełną śmietany. W końcu mnie dopadnie.

- Poczekaj, już się zbieram. – Nie mógł sobie darować.

- Będę na korytarzu – odparłam i sił starczyło mi na tyle, że doszłam do okna. Oparłam się o parapet i czekałam na to, co nastąpi jak na ścięcie.

 

 

** ** ** ** ** ** ** **

Pechowa ósemka – część X
Pechowa ósemka – część VIII

Polubienia 37
Wyświetlenia 3028

Podobne wpisy:

  • Kasia

    hihihihi jak pechowa to pechowa;) ale swoją drogą nie chciałabym mieć w Monice wroga;)

    • hahahaha … wiesz, że kompletnie o tym nie pomyślałam. Masz rację. Wymyślając tytuł „Pechowa ósemka” miałam na myśli ten nieszczęsny ząb, który tak mi dał do wiwatu. A to bohaterka chcąc nie chcąc idealnie się dopasowała :)
      Opowiadanie pisze się samo (jak wszystkie zresztą) i kompletnie nie planuje tego co wychodzi (łącznie z wplataniem pewnych swoich przypadków w treść).

      Właśnie siedzę i piszę X część – tak na „dzień kobieta” mały prezencik.

      Co do Paradosku, to korektorka wie, jaki mam zgryz. Będzie dzisiaj, ale muszę dojść do ładu z jednym problemem natury łóżkowej :D
      A Kura? Kurcze. nikt mnie nie wkurzył ostatnio na tyle, by mi Kura się pisała. Proszę mnie może nie wkurzać, ale pytanie czy przeżyjecie jak zamiast kury będzie coś innego?

      • Wiktor

        Pewnie, że przeżyjemy. Wkurzać Cię nie będę, chociaż wczoraj miałem chęć, może nie bezpośrednio. I jeszcze raz wielkie dzięki za opowiadania. Pozdrawiam

        • Miałeś chęć mnie wczoraj wkurzyć? Pośrednio?
          Czuję się zaintrygowana :D

          I dziękuję. Naprawdę przy Kurze muszę być w bojowym nastroju :(. Odpukać, ale mam nadzieję, że dzisiaj nie będę.

          • Wiktor

            Tak pośrednio, przecież to Twój blog i na pewno byś się wkurzyła. Aniu nie ma co się stresować, wiosna idzie, słoneczko świeci, niedziela jest, trzeba odpoczywać.

          • Postąpię wbrew kobiecej naturze i nie będę drążyć tematu :).
            Również życzę bezstresowego dnia. :)

      • ania s

        Och przezyjemy:) jak dla mnie to moze byc dalej pechowa:)

        • Właśnie poszła do korekty X i jak sił starczy będzie i XI.

          :)

          • lkolac

            no nie wierze, jaki zapal w tobie dzis jest
            az
            nie wierze

            ale pewnie znow urwiesz w jakims beznadziejnym momencie i miesiac bedzie trzeba czekac na dalsza czesc, nei wiem czy mama sie cieszyc :)

  • Wiktor

    Witaj!!!. Część jak zwykle Super!!!. Aniu dobra jesteś w tego typu opowiadaniach, no i te pomysły, świetne. Jeszcze raz dziękuję nie liczyłem, że dodasz dziś nową część. Przy okazji jeszcze raz złoże życzenia Tobie i wszystkim kobietom odwiedzającym Twój blog. Pozdrawiam
    Wszystkiego Najlepszego Z Okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet czyli 8 Marca

  • Lkolac

    Moze wreszcie bedzie pan doskonaly mily

  • Już chciałam skakać z radości z takiego rozdziałowego prezentu, ale bach, trzask, prask… Co się dzieje? Końcówka jeszcze bardziej wstrzymująca oddech od akcji z herbatą :) Nie ma to jak budowanie napięcia.
    Grunt, że ofiara pracowniczej przemocy się najadła.

    • Kolejna część poszła do korekty.
      Dzisiaj mnie jakoś strasznie pcha z tym pisaniem.

      Robię sobie przerwę na Paradoks i potem jak sił starczy dopiszę jeszcze jedną „Pechową” :)
      Nie ma to jak pracowity „Dzień Kobiet” :P

  • ania

    Hahaha, no teraz siedzę i zagryzam paznokcie, cholera, a mam takie zadbane!, hmm w takim momencie urwać?, znowu? podnosisz mi ciśnienie:) lepiej niz mąż…….
    Ale część kapitalna, jestem rozochocona……, poproszę o jeszcze.
    Pozdrawiam
    Ania

  • Pingback: Pechowa ósemka X | Skrywane pragnienia()

  • Pingback: Pechowa ósemka VIII | Skrywane pragnienia()