Zła decyzja I

 

Wakacje miały być egzotyczne, oryginalne i przede wszystkim miały mi pozwolić podładować baterie.

Gdy weszłam do biura podróży planowałam polecieć na Maltę.
Obsługująca mnie kobieta była naprawdę dobra.
Ja z kolej mogłam, ale nie musiałam kupić nowy laptop.
Po pięciu minutach rozmowy przeszłyśmy na ty. Po dziesięciu – gdy zaczęłam wypytywać się o szczegóły, chyba zaczęła żałować, że weszłam do środka. Po godzinie środki przeznaczone na komputer, zostały zagospodarowane na trochę inny cel.
Zamiast Malty, miałam w perspektywie dwutygodniowe wakacje w Dubaju.

Szaleństwo? Całkiem możliwe.

Żałowałam? Może trochę było mi żal już obmacanego i wybranego sprzętu, ale poszłam za głosem intuicji. A ta mówiła, że drugi raz taka okazja może się nie trafić.

Bo rzeczywiście to była okazja.

Dotychczas oglądany w sieci Burj Al Arab, był na wyciągnięcie ręki. Promocja w połączeniu z lotem pierwszej klasy z Mediolanu była tak niespotykana, że nie było szans, by się powtórzyła.
Wyjazd był za niecały miesiąc, a decydować trzeba było się już, natychmiast.

Po prostu cud! Nie wiem tylko, dla kogo bardziej – dla mnie, że na coś takiego trafiłam czy dla biura podróży, że zdobyło taką klientkę.
Machnęłam na wszystko ręką i się zdecydowałam.
Dopiero, gdy znalazłam się w samochodzie, trochę mnie zatchnęło, ale czym prędzej zdusiłam narastające we mnie wątpliwości.
Koniec! Podpisałam umowę, wpłaciłam kasę, nie wycofam się!

 

W każdej godzinie błogosławiłam chwilę, gdy zdecydowałam się na załatwianie wszystkiego przez biuro. Od przelotu do Mediolanu, wizę, po transfery – byłam bardziej niż pewna, że zapomniałabym o najistotniejszej rzeczy. Alicja – anioł, nie kobieta – zajęła się wszystkim. W sumie ogarniała mnie tak, jakby szykowała wszystko dla siebie.
Byłam tak uspokojona tym faktem, że wrzuciłam na luz i skupiłam się na bieżących sprawach.

Dopiero poniedziałkowy telefon postawił mnie na nogi.

Był 19 marca, ja leciałam 21 – a nie miałam przygotowane nic.
Pomijając oczywiście to, co leżało w gestii Alicji. Kopie dokumentów poszły do mnie mailem, oryginały były do odbioru w biurze podróży. I to była wszystko. A ja tak tkwiłam radośnie pośrodku i czekałam – tylko nie wiem na co.
Z ręką na sercu, nawet gdybym nie potrzebowała tych wakacji, to po tym, co przeszłam przez tych kilka dni od telefonu do wyjazdu, urlop byłby niezbędny.
Jedyne o co zadbałam w miarę rzetelnie, to przygotowanie się do tego wyjazdu pod względem informacji – w końcu to jednak inna kultura.
Reszta była czystą improwizacją. Jakim cudem ogarnęłam wszystkie tematy, z zakupami na czele – nie mam pojęcia.

 

I w końcu nadeszła sobota.

Podróży na lotnisko i przelotu do Mediolanu nie pamiętałam.

A w Mediolanie już się mną zajęli.

 

Pierwsza klasa w Emirates ma swoje przywileje i skwapliwie z nich skorzystałam. Zrobili wszystko – przez odprawę i ulokowanie w prywatnym boksie, chyba po myślenie za mnie włącznie.

Ja w każdym razie czasowo wyłączyłam głowę i pławiłam się w luksusie bycia obsługiwaną, ale tak na dobre odprężyłam się dopiero, gdy zasunęłam ściankę i odizolowałam się od świata zewnętrznego. Czekało mnie 6 godzin lotu i właśnie do mnie dotarło, że rozpoczynam jedne z najbardziej zwariowanych wakacji w swoim życiu. A już na pewno jedne z najdroższych.

Takiemu odprężeniu sprzyjało coś jeszcze. Każde, ale to każde moje wakacje związane były z jakąś wpadką. Jedną.
Gdy zgrzyt został odpracowany, wszystko potem toczyło się jak po maśle.
I tak samo było tym razem. Uznałam, że cyrk związany z przygotowaniem do wyjazdu i pierwszym etapem podróży był wystarczający, by uznać, że tradycji stało się zadość.

Rozłożyłam się wygodnie, przymknęłam oczy i zaczęłam się zastanawiać, co ja u licha spakowałam?

Co do zawartości walizki byłam pewna jedynie kosmetyków. Ilość ubrań i butów, które przechodziły wstępną selekcję była taka, że nie byłam już pewna które dostały się do finału i wylądowały w walizce.
Czy wzięłam moje ukochane buty?
Skupiona na próbie przypomnienia sobie, czy beżowe szpilki wylądowały w walizce, czy też nie – stałam się kompletnie głucha na jakiekolwiek bodźce zewnętrzne.

W tym hałas.

W związku z tym kompletnie mi umknęło małe zamieszanie w innej części samolotu.  Tym bardziej, że swoim zwyczajem myśląc o jednej rzeczy błyskawicznie przeskoczyłam na inną. Byłam przy szpilkach w jednej sekundzie, a w następnej moje myśli pobiegły dalej – w stronę celu podróży.

Dubaj był inny.

Inna kultura, ludzie – zupełnie obcy świat.

Samo miasto przyzwyczajone już do cudzoziemców było w miarę bezpieczne, aczkolwiek i tak należało być bardzo wyczulonym na wszelkie sytuacje mogące doprowadzić do niepotrzebnych zadrażnień.
Znając moje szczęście do takich niezręcznych nieporozumień mogłam bardzo łatwo doprowadzić. Tym bardziej postanowiłam się pilnować, uważać i w ogóle chuchać na zimne.
I wtedy zwróciłam uwagę, że jeszcze nie lecimy i coś się obok mnie dzieje.

Gwar i pokrzykiwania w nieznanym języku, wplatane w to jakieś pojedyncze angielskie słówka. Jednym słowem – niezły kocioł.
Pomny tego, co sobie chwilę wcześniej obiecałam, siedziałam cicho. Cały ten harmider trochę się ode mnie oddalił i w końcu wystartowaliśmy.

 

Trochę zakręcona nie od razu zwróciłam uwagę na to, że coś jest nie tak.

Minęło już sporo czasu od startu, a nie podeszła do mnie żadna stewardessa. Jako pasażerowi pierwszej klasy należało mi się trochę więcej niż innym, a miałam niejasne wrażenie, że jestem odstawiona na boczny tor.
Dlaczego, wyjaśniło się szybciej niż myślałam.

Dyskretne pukanie, ścianka się odsunęła i przywitałam się z szefową personelu. Okazało się, że w pierwszej klasie oprócz mnie, w drodze wyjątku i ze względu na nieprzewidziane okoliczności, znalazł się członek rodziny królewskiej.
Zdarza się. Byłam co prawda przekonana, że co jak co, ale ich akurat stać na wszystko – w związku z tym prywatny samolot nie powinien stanowić problemu, ale okazało się, że jednak się myliłam.
Nie zawsze mając pieniądze może się wszystko – i to był jeden z takich przypadków.

Przyjęłam to spokojnie, nie będąc zupełnie przejęta tym faktem.
Członek rodziny królewskiej? I?
Spojrzałam na kobietę pytającym wzrokiem – bo w sumie, co mnie to obchodziło?

Biedna kontynuowała wyjaśnianie zawiłości protokołu. Nie wiem, czym to wytłumaczyć. Może ogólne zmęczenie, stres przed podróżą i w sumie spowodowany samą podróżą. Może wykończyła mnie już sama podróż?
W każdym razie, im bardziej mi wszystko tłumaczyła tym mniej słuchałam, co mówi.

W końcu przerwałam jej wywody.
- Ale mi to nie przeszkadza. – Poczerwieniała i tym razem już mniej dyplomatycznie próbowała mi wyjaśnić, że powinnam opuścić swoją kabinę i udać się do innej części samolotu.
Oczywiście w związku z niedogodnościami otrzymam rekompensatę finansową.

 

Może, gdyby … ? Bzdura!
Cóż, wydane pieniądze to wydane pieniądze, a wredny charakter robi swoje. Dał znać i tym razem.

Nie spodobało mi się tak przedmiotowe traktowanie – czemu w uprzejmy sposób, ale jednak dałam upust.
Byłam zmęczona, wcześniejszy lot dał mi w kość, a teraz gryzłam już wszystko i wszystkich. Tym bardziej nie miałam ochoty na przenosiny. Miałam co prawda na uwadze, że kobieta jest między młotem a kowadłem, ale nie bawiąc się w subtelności powiedziałam.
- Proszę się nie mną nie martwić. Od razu zaznaczę, że nic nie będę jadła ani piła. – Wskazałam ręką na butelkę z woda mineralną – To mi wystarczy. Ale się nie przesiądę. Jedyne, co mogę obiecać, ze nie będę chodzić. Możecie mnie nawet tu zamknąć. Mogę być nawet cicho. Ale się stąd nie ruszę.

Stewardesa patrzyła na mnie skonsternowana. Widziałam, że trzeba jej pomóc w podjęciu właściwej decyzji, bo skoro mnie jeszcze nie wyrzuciła, to jest szansa, że w ogóle tego nie zrobi.
- Rany boskie. Niech pani powie, że wzięłam jakieś lekarstwa i nie można mnie dobudzić. Zamknie się boks i po sprawie. A nikt nie zaryzykuje skandalu z przenoszeniem śpiącej kobiety. I na litość boską proszę już iść i im to powiedzieć.

Postawiłam wszystko na jedną szalę i stał się cud.

Kobieta uśmiechnęła się i cichutko zamknęła boks.

Zdziwiłam się, bo poszło łatwiej niż przypuszczałam. Przed wyjazdem – czytając hurtem wszystko, co mi wpadło w ręce na temat Emiratów i Dubaju, dopadłam też informacji o rodzinie królewskiej. Byli nieomylni, otaczani powszechnym szacunkiem i uwielbieniem. Możliwe, że powinnam się bardziej przejąć tą sytuacją, ale po pierwsze jednak się nie przejęłam, a po drugie trochę wymęczona miałam ochotę na drzemkę. Ułożyłam się, więc wygodnie, zamknęłam oczy i odpłynęłam szybciej niż zwykle.

 

Obudziła mnie stewardessa.
- Zaraz lądujemy. Myślałam, ze może chce pani chwilę odetchnąć. Prosiłabym o wybaczenie, ale ze względów bezpieczeństw najpierw musi wysiąść Jego Wysokość. Prosiłabym żeby pani do tego czasu nie wychodziła ze swojej kabiny.

Nie wiązało się to nie wiadomo z jakim wyrzeczeniem, więc skinęłam głową.
Co mi szkodziło poczekać? Tyle w końcu mogłam zrobić.
Łyk wody, zerknięcie w lusterko i ciężkie westchnięcie.
No cóż, może nie było idealnie, ale znając mnie mogło być gorzej. Makijażu i fryzury wolałam nie poprawiać, ale sięgnęłam po mój największy skarb – Givenchy Extravagance i po chwili delikatny obłoczek uniósł się w powietrze. Nawet nie musiałam się zastanawiać czy dotarł nie do tego nosa, do którego nie powinien, bo dosłownie w chwilę później ktoś zaczął krzyczeć.
W to wdarły się głosy innych osób, arabski znów przeplatał się z angielskim i po chwili przestrzeń pierwszej klasy wypełniła niezła awantura.

Mogłam się tylko domyśleć, o co chodzi.

Najprawdopodobniej personel pokładowy licząc na mój mocny sen i to, że będę cicho, dla świętego spokoju zataił obecność jednego z pasażerów w tej części samolotu.

Nawet się nie zdziwiłam, kiedy dosłownie w chwilę później zajrzała do mnie stewardesa. Już nie sama. W pewnym oddaleniu, za jej plecami ujrzałam ogromnego faceta w czarnym garniturze. Stał tak, że nie widziałam go dokładnie, ale to nie było istotne. Widocznie już nie ufano, że personel pokładowy wywiąże się ze swoich zadań. Przerażona kobieta prawie wyszeptała.
- Przepraszam, ale muszę poprosić o oddanie buteleczki tych perfum, które pani przed chwilą użyła. To nie jest żaden znany zapach, a Jego Wysokość ….

I tu wyczerpała się moja cierpliwość.

Jeszcze się nie do końca obudziłam, a wszystko co się działo bardziej mnie bawiło niż denerwowało.

Każdy ma jednak swoje granice. Moimi była perspektywa utraty niedostępnego na rynku zapachu.
Poziom 9 w 11 stopniowej skali furii osiągnęłam błyskawicznie. I było mi w tej chwili doskonale wszystko jedno czy wpuszczą mnie do tego kraju na wakacje mojego życia czy nie.

Givenchy oddam po moim trupie!
Zimnym, zdecydowanym i cichym głosem odparłam.
- Przykro mi, ale nie. Nie dziwię się, ze zapach nie jest znany, ponieważ nie jest już dostępny w sprzedaży. Jeśli poproszono by mnie o to uprzejmie, to zdecydowałabym się podarować flakon. Forma, w jakiej jest to robione jest nie do przyjęcia i w związku z tym moja odpowiedź może być tylko jedna. Nie. – Rany, moja prababcia byłaby ze mnie dumna. Ale ja już się zastanawiałam, czy tylko zabronią mi opuścić samolot czy też zamkną. Zaczęło mi coś kołatać w głowie, o posuniętym do granic absurdu szacunku, jakim otaczana jest cała rodzina królewska. To, co robiłam chyba kwalifikowało się na więzienie.

Niestety już się rozpędziłam i szłam dalej jak walec.

Kompletnie za to nie zwróciłam uwagi, że po dobrej chwili snu mój głos obniżył się tak, że brzmiał chrapliwie i seksownie.

- Jeśli Jego Wysokość zdecydował się, z różnych przyczyn na podróżowanie takim upokarzającym środkiem transportu jakim jest samolot rejsowych linii lotniczych, to powinien się liczyć nie tylko z tym, ze są tam inne osoby, ale również, że z różnych przyczyn odwiedzają jego kraj. Traktowanie w taki sposób gości jest niewybaczalne i źle świadczy o kimkolwiek, nie mówiąc o osobach na takim stanowisku. Ja ze swojej strony, pomimo tak karygodnego zachowania, uszanuję Państwa ceremoniał i poczekam zgodnie z prośbą personelu, aż cała świta opuści pokład. – Mało brakowało żebym sapnęła.

Ponieważ nikt się nie ruszał, użyłam swojego ukochanego cytatu z ‘Diabeł ubiera się u Prady’ i sięgając po torebkę dodałam tonem nieznoszącym żadnego sprzeciwu.
- To już wszystko.

Zaczęłam szukać w torbie, diabli wiedzą, czego – de facto to czekałam na ich reakcję. Kiedy podniosłam wzrok okazało się, że jestem już sama. Ulga, jaką odczułam była niewyobrażalna. Byłam przeświadczona, że po takim popisie to z boksu mnie wywleką i zakują w jakieś kajdanki.
Chwilowo zostawiono mnie w spokoju.

 

Nie mając już nic do stracenia, zlekceważyłam zalecenia i włączyłam komórkę.

Piknęła mi prawie natychmiast. Wiadomość z biura podróży wprawiła mnie w lekką konsternację.
‘Pani Aniu, zmiana w ostatniej chwili. Ze względu na wizytę członka rodziny królewskiej hotel jest zamknięty i nie wpuszczają nikogo. Ale proszę się nie denerwować.’ – Cholera, łatwo powiedzieć. Najdroższe wakacje życia diabli brali. Już się zdenerwowałam, ale czytałam dalej. – ‘Ponieważ ma pani apartament prezydencki, będzie pani wpuszczona, ale transfer będzie helikopterem. Cała reszta bez zmian. PS. Powodzenia’.

Pierwsze co zrobiłam, to wciągnęłam w płuca tlen.

Mój wyjazd, urlop, mający dać mi wytchnienie zamieniał się w mały koszmarek.

Powodzenia?! Rany boskie, ja potrzebuję cudu a nie powodzenia!
Z otrzymanej wiadomości jasno wynikało, że ten buc przyjechał do tego samego hotelu, co ja! Jeśli jakimś cudem mnie wpuszczą, to najrozsądniejszym wyjściem było by, gdybym te całe dwa tygodnie spędziła w swoim apartamencie, nie wystawiając nosa spoza drzwi – byle by tylko nie nadziać się na tego zadufanego barana.

Siedziałam przez dłuższą chwilę oszołomiona. A może umknie ich uwadze, że ta wściekła harpia z samolotu, która narobiła takiego obciachu to ja?
Rozważania przerwała stewardesa.
- Chciałam powiedzieć, że Jego Wysokość razem ze świtą już wysiadł.

 

Skinęłam głową w podziękowaniu i trochę zamotana zadałam jej pytanie. W końcu już nie byłam w Europie, pomijając fakt, że z samolotu wcześniej nie odbierało mnie nic poza autobusem.

- Przepraszam, ale czy mogłabym prosić o pomoc? Ma na mnie czekać helikopter .. – Nie zdążyłam skończyć bo kobieta krzyknęła i szybko zasłoniła usta.

Spojrzałam na nią zaskoczona.

Bez przesady.

U nich chyba taki transfer nie powinien być aż tak niespotykany, by reagowała w ten sposób. W końcu ci wszyscy szejkowie, bogactwo aż krzyczy.
Pomijając fakt, że personel lotniczy powinien być bardziej opanowany.

Chwilę potem to ja prawie krzyknęłam słysząc jej słowa.
- Proszę wybaczyć. Ach więc to na panią czeka ten dodatkowy śmigłowiec. Jego Wysokości zwątpił… Czeka na panią taki sam helikopter jak na księcia.

Widziałam w jej wzroku zszokowanie i błysk, świadczący o tym, że końcu sobie wszystko ułożyła. Skoro podróżuję tak samo jak książę i w dodatku nie gnę się przed nim w pokłonach, to ni mniej ni więcej pewnie jestem flamą samego króla, a synalek po prostu nic o tym nie wie.

 

 

** ** ** ** ** ** ** **

Zła decyzja – część II

 

Polubienia 49
Wyświetlenia 4317

Podobne wpisy:

  • Jeśli się podoba zachęcam do polubienia i komentarzy. Jeśli nie to do komentowania.

  • Masz laska słabość do skomplikowanych poznań Poznań :D ) w samolocie ;-)
    Ciekawam, jak to… pociągniesz ;-)

    • Mam słabość, bo zawsze gdy zaczynam podróż samolotem …. rany … zresztą co ja tu będę pisać.

  • camilla

    Wybacz kochana autorko, ale po co zaczynać kolejne opowiadanie, gdy jest cały tłum niedokończonych? Nie lepiej znaleźć czas, by skończyć to co zaczęłaś i czeka na swoją kontynuację już tyle czasu np mój ulubiony Paradoks?

    • Nie mam co wybaczać. Pozwól, że jednak coś wyjaśnię.
      Pisanie to nie praca na produkcji – wpływ na treść ma masa czynników. Możesz mi wierzyć, że gdybym wczoraj dokończyła Paradoks i wrzuciła to co by wyszło, nie byłabyś zadowolona. I ja również.

      Nie jestem w stanie „pisać na kolanie”, byleby tylko puścić nowy post – nie chcę, nie umiem i nigdy tak nie będę robić.
      Ten blog powstał z pasji i tak jest i będzie tworzony.

      Dzisiaj/jutro, opublikuję trzy dodatkowe wpisy – zgodnie zresztą z harmonogramem. Są już przygotowane, ale muszą zostać dopieszczone. Powinnam więc (przynajmniej w minimalnym stopniu) spełnić Twoje oczekiwania.

      • camilla

        Kochana, nie zmuszam i tym bardziej Ci niczego nie narzucam. Jeżeli tak to odebrałaś to wybacz. Chciałam jedynie podkreślić moje delikatne zdziwienie wypuszczeniem przez Ciebie nowego opowiadania, bo reszta z tych niedokończonych stoi w miejscu. Ale jak to podkreśliłas to twój blog, więc to co i kiedy to twoja decyzja. Chciałam się z tobą jedynie podzielić moim zdaniem. ;-))

        • Oj, ja napisałam przecież, że nie ma co wybaczać – jako czytelnik rozumiem Cię doskonale. Nie gniewam się, czy nie czuję urażona. Serio.
          Ale gdy się pisze, to jednak to trochę inaczej wygląda. Niestety nie tak prosto jak się wydaje.

          I dzięki za uwagi – co nie zmienia faktu, że opowiadania i tak zrobią po swojemu i napiszą się (przy mojej małej pomocy) kiedy dojrzeją. Ku mojemu szczeremu żalowi, bo też bym wolała częściej wrzucać teksty.

  • Same niecenzuralne cisną mi się na usta. W każdym bądź razie, najdelikatniej idzie to cholernie w dobrym kierunku. :)

    • Dzięki … mam nadzieję, że dalej też pójdzie w cholernie dobrym kierunku.

  • Jasmine

    Czytają to tak samo jak i Montanę mam deja vu… Czytałam już na twoim blogu te „zapowiedzi” (można tak rzec)

    • Hm … czyż nie logicznym jest, iż coś co zostało przedstawione w zapowiedzi, wykorzystane jest (przynajmniej w większej części) we właściwym opowiadaniu?
      Ale pewnie się nie znam (można tak rzec)

  • Wiktor

    Witajcie!!!. Może od razu napiszę wspólnie!!!. Aniu, Miko przepraszam, że nie pisałem, oczywiście czytam wasze opowiadania nawet na telefonie. Musicie mi wybaczyć za nieodpisywanie, WIOSNA- kopie, grabie, kosze, sadzę, zbijam i troszkę brak czasu. Ale cały czas czytam i śledzę Wasze blogi. Pozdrawiam Wiktor

    • Dziękuję :) Ja uciekam od tych prac jak mogę – ale dobrze widzieć, że ktoś to lubi. Życzę słońca i właściwej pogody, odpowiadającej twoim planom :)

  • Blonde in Negro

    Cudownie znowu móc Cię czytać :D Z niecierpliwością czekam na kolejną część Paradoksu ale wiem ,jak to jest. Czasami trzeba zacząć pisać coś nowego aby oczyścić umysł i móc potem spokojnie dokończyć poprzednie historie. :) No tak to mniej więcej wygląda u mnie ;) tak czy inaczej Ty pisz a ja będę czytać ( i czekać)

    • Dziękuję :)

      Wiem, że nie wszystkie opowiadania przypadają do gustu ale tak to jest. I ok – będę pisać i mam nadzieję, że Ty z przyjemnością czytać.
      PS> tak na marginesie ten tydzień jest bardzo dziwno-ciężki. Nie wiem co się dzieje.

      • Blonde in Negro

        Wiesz , mi sie w sumie wszystkie podobaja :) Jedne mniej a drugie bardziej ale wszystkie oceniam na duzy plus :)
        Co do ciezkiego tygodnia … Znam ten bol, sama jestem jakas nieogarnieta…naszczescie tydzien sie nie dlugo konczy ;)

        • Żebyś wiedziała, że na szczęście.

          Nie dość, ze wszyscy są tacy „zakręceni”, to w dodatku większość ma ochotę mordować.

          i .. rany .. no dzięki. W obłokach jestem. To, że ja lubię te opowiadania to oczywiste, ale naprawdę olbrzymią przyjemność sprawia mi fakt, że podobają się też innym.

  • va

    A opowiadania miały być DO 29 KWIETNIA. czyli nie będzie?

    • a jak powiem, że siedzę nad nimi cały czas i cokolwiek napiszę to mi nie pasuje?
      nie musisz pisać drukowanymi literami :) wrzeszczenie w tym przypadku nic nie da – jeśli by dało już dawno poprosiłabym Mikę o wsparcie i pomoc

      • va

        Ah nie wrzeszcze. Twoje opowiadania są jak narkotyk, im dłużej ich nie ma tym gorzej się x tym czujemy i bardziej za nimi tęsknimy. Szkoda, że tak ciągle zmieniasz. Może pozwól „wypłynąć’ słowom spokojnie i zostaw tak jak akurat wyjdzie?

        • Wybacz – caps lock :D – to krzyk.Trochę sfrustrowana byłam chwilową blokadą – to i zareagowałam ostrzej. Zresztą jeśli przyjrzeć się bohaterkom to widać odrobinę mojego charakteru – co jak co, ale łagodnym aniołem to ja nie jestem :P
          A co do tekstów.
          Właśnie pozwoliłam płynąć i na świat pcha się znowu „Pechowa ósemka”. Właśnie piszę ciąg dalszy.

          • va

            Lubię go pouzywac:D ale nie traktuje tego jako wrzask, więc musisz mi wybaczyć ;D

  • Pingback: Opowiadania erotyczne | Zła decyzja II | Skrywane Pragnienia()

  • Super blog, będę wracać!

    • Dziękuję i zapraszam! Też go bardzo lubię :)

  • Dzięki … nie ukrywam, że też się tego obawiam. Mam nadzieję, że nie zawiodę.