Pechowa ósemka XII

Cecha, za którą tak wcześniej doceniałam dr Nowaka, doprowadzała mnie teraz do szału. Jeśli miał coś trzymać w tajemnicy, to prędzej dałby się obedrzeć ze skóry niż cokolwiek zdradził.
Tak było i w tym przypadku.
Nie pisnął nic więcej.

Szlag mnie trafiał, ale nie pomogły żadne delikatne podchody, pytania i próby wydobycia przynajmniej strzępka informacji, co się właściwie stało. Bardziej nachalna być nie mogłam, bo wzbudziłoby to niepotrzebne podejrzenia i pytania.
Byłam jednak o krok od tego, by pod durnym pretekstem wejść w posiadanie komórki szefa i przejrzeć wiadomości i rejestr połączeń.

Na szczęście opatrzność nade mną czuwała i nie pozwoliła mi na popełnienie takiego idiotyzmu.

Chwilowo w każdym razie.
Co prawda swój dyżur zaczynałam trochę później, ale ze względu na dodatkowych pacjentów, których dostałam w spadku po Pawle musiałam wziąć się od razu do pracy.
W związku z tym, najzwyczajniej w świecie nie miałam, kiedy wprowadzić w życie swojego zamiaru. A gdy w końcu doczekałam się przerwy okazało się, że szef wyjechał – a co za tym idzie jego komórki też nie ma w instytucie.

Robiąc sobie kawę zadałam sobie w końcu wprost pytanie, czego ja tak właściwie chcę?
- Żebym to ja kurwa wiedziała! – Znaczące chrząknięcie oznaczało ni mniej ni więcej tylko to, że ostatnie zdanie wypowiedziałam na głos.

Po prostu super!

Uśmiechnęłam się przepraszająco w stronę jednej z recepcjonistek i zaszyłam się w kącie z kubkiem, tym razem pilnując się, by myśli pozostały niewypowiedziane.

 

Bo właściwie, czego ja chciałam?
Byłam taka porządna i przyzwoita? No byłam.
Nie pozwalałam sobie na żadne skoki w bok i romanse? No nie pozwalałam.
Znam tego dupka? Nie.
Więc dlaczego czuję się tak opuszczona?
Przecież człowieka kompletnie nie znam. Na tyle na ile dał się poznać, to można było o nim powiedzieć zarówno dobre jak i złe rzeczy. Nie wiedziałam, co mu właściwie krąży w głowie w związku ze mną.
Najpierw mu dałam w kość, potem chciał mnie zgwałcić, potem zlekceważył, a skończyło się to na szaleńczym i całkowicie nieziemskim pocałunku.

Przy pocałunku utknęłam i utonęłam we wspomnieniach. Zamknęłam oczy i przypominałam sobie każdy dotyk, mocniejszy nacisk, westchnięcie i smak.

- Monika, na litość boską! – Podskoczyłam słysząc głos Agi. Dobrze, że chociaż w czasie tych rozważań wypiłam kawę, bo inaczej wyglądałabym zdecydowanie gorzej.

- Co jest? – Nastroszyłam się. Byłam zła. W sumie to byłam wściekła na cały świat. Nie umiałam tylko doprecyzować dlaczego?

- Wyglądałaś jak. – Aga zaczęła, ale nie skończyła. – Nieważne. Wiesz może, co się stało z Pawłem? Usiłowałam się dopytać, ale na serio nikt nic nie wie.

Zaprzeczyłam. Złość przeszła mi jak ręką odjął. Zastąpiło ją zmartwienie.

 

Właśnie.

Nikt nie wiedział, co się z nim dzieje.

W pierwszej chwili pomyślałam, ze wściekł się na mnie tak, że musiał wyjechać, bo by mnie udusił. Ale to było moje pobożne życzenie. Gdyby tak było, to oznaczałoby, że mu na mnie zależy. A w to szczerze wątpiłam.
Byłam przekonana, że bardziej go wkurzam i irytuję niż interesuję.
I to, co się dzieje jest swoistą mieszanką chęci dania nauczki z bonusem w postaci przelecenia upartej koleżanki z pracy.

Już prędzej coś mu się stało.

Może miał wypadek?

Gdyby to było coś błahego to szef wiedziałby na pewno, kiedy Paweł wróci.
A skoro nie wie? Nie skończyłam tej myśli. Bałam się wypowiedzieć ją do końca.

W panice spojrzałam na Agę i dotarło do mnie, ze obserwuje mnie od dłuższego czasu.

Nic nie mówiłam, ale cały ten kocioł w mojej głowie, musiał być widoczny na twarzy. Aga nabrała już powietrza w płuca, ale zaprzeczyłam.

Nie chciałam rozmawiać.
Cokolwiek chciała powiedzieć, nie byłam gotowa by to słyszeć.

- Odezwę się później. – Na tyle było mnie stać.
Wstałam i wróciłam do swojego gabinetu.

Mechanicznie załatwiałam jednego pacjenta za drugim. Szczęście w nieszczęściu, że zarówno byłam naprawdę dobra w swoim fachu, jak i miałam wyjątkowo lekkie przypadki.

Dopiero, gdy skończyłam i zaczęłam zbierać się do wyjścia, spojrzałam na komórkę.

Błyskające na niebiesko światełko sygnalizowało nieodebraną wiadomość lub połączenie.
Myślałam, że zwariuję zanim to cholerstwo odblokowałam.
- Nie martw się. Wrócę sama do domu. Jak będziesz mnie potrzebować dzwoń, niezależnie od pory. – Tylko jedna wiadomość. Od Agnieszki. Nic więcej.
Zupełnie odruchowo wystukałam wiadomość do Szymcia.
- Potrzebujesz czegoś? – Totalnie olałam wszelkie formy grzecznościowe. Komórka piknęła w odpowiedzi prawie natychmiast.
- Nie, dziękuję. Tonę w jedzeniu. Mam wszystko. Udanego wieczoru. – Spojrzałam smętnie na literki. Nawet nie chciało mi się porządnie odpowiadać.
- OK.

Zapakowałam się do samochodu i ruszyłam.

Zupełnie nie pamiętam jak dojechałam na miejsce.

Pozostałe czynności również były wykonywane zupełnie automatycznie.

Wjazd do garażu.

Wejście do domu.

Rzucenie wszystkiego z butami włącznie w korytarzu.

Klapnięcie czterema literami na podłogę w salonie.

Oparcie się o ścianę.

Koniec.

 

Tkwiłam w tej pozycji, zupełnie nie wiedząc, co mam zrobić. W głowie miałam tylko jedno. Czy wszystko z nim w porządku?
Swoisty niepokój towarzyszył mi od rozstania z Pawłem, ale teraz osiągnęłam apogeum.
Nikt i nic mnie nie rozpraszało.
Mogłam myśleć bez przeszkód.

A moje myśli biegły jak oszalałe we wszystkich kierunkach i z sekundy na sekundę nakręcałam się coraz bardziej.

I nagle wpadłam na to, co mam zrobić.

Niestety tym razem opatrzność mnie nie powstrzymała.

Musiałam wiedzieć, czy jest cały. A była tylko jedna możliwość by to sprawdzić.

Po chwili siedziałam w gabinecie z włączonym laptopem i podpiętą do ładowarki komórką. Kilka sekund zajęło mi odnalezienie właściwej listy szpitali.
Najpierw Poznań.
Jeśli tu go nie znajdę do rozszerzę zakres poszukiwań na Wielkopolskę.
Dziesiąta wieczorem?
Przelotnie zdziwiłam się jak ten czas szybko leci.
Ale było mi już wszystko jedno.

- Dobry wieczór. Mówi Monika Orleańska. Czy może mi Pani pomóc? Wczoraj przyjmowali Państwo pacjenta z wypadku, chciałam potwierdzić tylko, na którym jest oddziale. – Konsekwencjami tego, że przedstawiam się, jako żona Pawła nie zamierzałam się na razie martwić. Jeśli go znajdę i żyje, to może mnie nawet potem zatłuc. Wszystko mi jedno.

Po dwunastym telefonie i trzy godziny później wiedziałam, że się nie obrobię.
Nie było szans.
Odbierające telefon baby, broniły informacji o pacjencie bardziej niż chroniony jest dostęp do Fortu Knox. Urabianie ich by tylko potwierdziły czy ktoś taki jest, a ja wszystkie formalności załatwię, kiedy przyjadę, zajmowało mi więcej czasu niż mogłam przypuszczać.

O ile to było w ogóle możliwe, to w czasie dzwonienia wyobraźnia pracowała mi coraz silniej i nakręcałam się coraz bardziej z minuty na minutę. Każdy wie do jakich wniosków kobieta potrafi dojść przez minutę. Ja miałam na to kilka godzin.
Osiągnęłam tyle, że autentycznie byłam na granicy histerii.
Nie bałam się jednak o siebie.
Bałam się o Pawła.

Byłam już tak ukierunkowana na to, by się dowiedzieć czy jest cały, że nie liczyło się dla mnie nic.
Ani nikt.
Jeszcze jedno połączenie.
To samo. Nikt o takim nazwisku nie został do nich przyjęty.

Kiedy wykreśliłam kolejny szpital, prawie zawyłam z bezsilności.

W tym momencie nie zachowywałam się już logicznie.
Gdybym myślała, poczekałabym do rana i porozmawiała z dr Nowakiem jak człowiek z człowiekiem. Może i bym się odsłoniła, ale pewnie potwierdziłby mi, że Paweł jest cały lub nie.
Bo tego chciałam się dowiedzieć.
Chyba.

W każdym razie tak sobie wmawiałam.

Chcę tylko wiedzieć czy jest cały i żyje.

Niestety, byłam w takim stanie, że już nie myślałam.
W głowie kotłowało mi się tylko, że sama muszę sprawdzić czy nie miał wypadku.

- Jacek, podaj mi szybko numer do Romka Baranowskiego.  – Jedyne, czego mój były małżonek nie mógł się spodziewać, był telefon ode mnie. Po pierwszej w nocy.
Z żądaniem natychmiastowego podania numeru telefonu do jego starego kumpla, będącego jednocześnie jednym z inspektorów komendy wojewódzkiej policji w Poznaniu.

Musiałam brzmieć strasznie, bo się nawet nie zawahał. Spisałam numer, rzuciłam zdawkowe ‘dzięki” i już wybierałam podane liczby.
W nosie miałam, ze jest już po pierwszej.
Tym bardziej wisiało mi to, że Roman był bardziej kumplem mojego eks niż moim.
A już zupełnie nie przejmowałam się tym, co o mnie pomyśli, gdy poproszę go o to, o co zamierzałam go poprosić.

- Romek? Cześć! – Zaspany głos bynajmniej mnie nie rozproszył. – Tu Monika Orleańska, żona Jacka Leśniewskiego. Mam nietypową prośbę, ale informację potrzebuję na już.

Gdybym tylko odrobinę pomyślała, to sama doszłabym do wniosku, że po pierwsze zachowuję się jak wariatka, a po drugie nikt rozsądny nie spełni mojej prośby. A już zwłaszcza oficer na takim stanowisku nie zleci sprawdzenia informacji o wypadkach i zatrzymaniach. Spokojnie, nie myślałam. Do tej puli dołożyłam jeszcze prośbę o sprawdzenie przyjęć w szpitalach. A już kompletnie uciekło mi, że przedstawiłam się tak samo jak pracownikom szpitala.
Roman zachował zimną krew, przyjął wszystko do wiadomości i obiecał, że się niedługo skontaktuje.

Rozłączyłam się, położyłam głowę na blacie biurka i rozpłakałam.
Z bezsilności i własnej głupoty.
Jaka ze mnie idiotka!

I nie miałam na myśli wyczynów z ostatnich kilku godzin, tylko tego, że się z nim nie przespałam.

Po raz pierwszy wpajane mi od dzieciństwa zasady posłałam w cholerę.

Jeśli coś mu się stało to już nie będę miała okazji tego naprawić.

Nawet, jeśli on miał ochotę tylko mnie zerżnąć, miałam to gdzieś. Miałabym przynajmniej to wspomnienie.

 

Ale po chwili odstawiłam siebie na dalszy plan.

Nie byłam już ważna ja.

Liczył się tylko jedno.

By Paweł był w jednym kawałku.

I gdy obiecałam sobie, że jeśli się okaże, że wszystko jest z nim w porządku, to go sobie odpuszczę. Że nie będę mu podpadać, robić na złość, uwodzić, cokolwiek – jednym słowem będę zachowywać się przyzwoicie i mu nie narzucać – to wtedy na nogi postawił mnie dzwonek do drzwi.

Prawie się zabiłam biegnąc na bosaka, byle by tylko jak najszybciej je otworzyć. W ślad za otwartymi drzwiami poszły moje usta.

Nic nie rozumiejąc patrzyłam na stojących po drugiej stronie Jacka i Romana.

Nie wyglądali na wściekłych.

Raczej na potężnie przestraszonych.

I wtedy rozryczałam się na dobre.

 

** ** ** ** ** ** ** **

Pechowa ósemka – część XIII

Pechowa ósemka – część XI

 

 

 

Polubienia 33
Wyświetlenia 2640

Podobne wpisy:

  • Pingback: Pechowa ósemka XI | Skrywane pragnienia()

  • Askaa

    Nieeeeee….! Kobieto!
    Zwariuje tutaj,cały dzień siedzę i czekam …A tu co? A tu nie wiem nic!
    To,że umiesz budować napięcie to wiem,ale jestem taka podekscytowana,że wariuje,że nie wiem co się dzieje z Pawłem,a też jestem jego „fanka”:D
    Nie mecz mnie,nas tak:) będę błagać!:D

    • O raju. Samo się tak napisało – naprawdę nie chciałam nikogo wykończyć
      Tak na marginesie – gdybyście widziały pierwowzór Pawła, to nie byłoby fanklubu tylko kapliczki. A ja pewnie płonęłabym na stosie za takie męczenie tego bohatera :D

      • Askaa

        Ale wiesz…literki to taka piękna rzecz,można się zatracić we własnej wyobraźni z tym co piszesz i jak nam pokazujesz dane osoby. Wtedy każda widzi to co chce i ten jakby charakterek… To duzO daje:)
        Ale czekam,czekam!:D

  • Ależ się zgrałyśmy w czasie :D

  • em

    Boże, jaka ta bohaterka jest rąbnieta :/

    • Witamy w świecie zakochanych i nieobliczalnych

  • Wiktor

    Witaj Aniu!!!. Wchodzę sobie wczoraj (no może dzisiaj) na Twojego bloga, a tam?. 2 części mojego ulubionego opowiadania. Ależ zamieszałaś, nie mógł jej po prostu zaliczyć. Super opowiadanie. Dziękuję Ci za takie fajne części 2-e opowiadania. Pozdrawiam Wiktor

    • Witaj. Przyjemność po mojej stronie. Proszę bardzo. :)