Paradoks XXXIII


WSZELKIE PODOBIEŃSTWO DO PRAWDZIWYCH POSTACI I ZDARZEŃ JEST PRZYPADKOWE

 

Maks stał nieruchomo, a ja przestałam na chwilę oddychać.
I znowu przez moją głowę przewalił się tabun myśli.
Wyjdzie!
Albo mnie wyciągnie ze sobą!
Siłą?
Gdy już żałowałam, że się odezwałam, Maks się poruszył.

Drgnęłam i wręcz zachłysnęłam się powietrzem, gdy jego dłoń zawędrowała pod marynarkę i wyciągnęła komórkę.
Wydawane Seanowi dyspozycje rozbrzmiewały w mojej głowie. Chociaż tym razem był to tylko jeden komunikat, który powtarzał się z uporczywą częstotliwością.
„Odwołał wyjazd”.

Nie rozumiałam już nic z tego, co mówił dalej.

To był zlepek słów, z których nie wyłapywałam żadnego sensu.
Teraz słyszałam tylko niski, głęboki głos.
Będący coraz bliżej mnie.
Dziwnie ciepło rozchodziło się powoli, docierając w coraz to nowsze obszary.
Policzki, szyja, dekolt, piersi, brzuch, aż w końcu zaczęło kumulować się w złączeniu ud.

Było mi niewyobrażalnie gorąco, a po głowie kołatała się uporczywie jedna myśl.
Zaraz skończy rozmawiać i zostaniemy sami.

 

I wtedy znowu dostałam w twarz.
Maks skończył rozmowę, oznajmił:
- Wezmę prysznic. – Po czym ruszył w stronę sypialni.
Sam!
Nawet się nie obejrzał, by sprawdzić, czy za nim idę.
A po chwili szum wody dał mi znać, że z prysznicem też na mnie nie czekał.

Bezmyślnie ruszyłam jego śladem, ale w progu sypialni mnie zastopowało.
Logiczne było żebym też się wykąpała, zresztą od porannego prysznica upłynęło trochę czasu.
Ale nie mogłam się przełamać by do niego dołączyć.
Może tego oczekiwał?
Całkiem prawdopodobne.

Do cholery!

Za chwilę będziemy się pieprzyć! – Rzeczy nazywałam już wulgarnie i wprost, chociaż wcześniej użyłam zupełnie innego określenia.
Co za różnica czy prędzej czy później?
Tym niemniej nie umiałam, nie mogłam i nie potrafiłam do niego dołączyć.
Co nie zmienia faktu, że umyć się musiałam.

Decyzję podjęłam błyskawicznie i cofnęłam się do dawnej sypialni Maksa.
W przylegającej do niej łazience znalazłam komplet kosmetyków, świeże ręczniki i puszyste szlafroki.
Szybki prysznic i po chwili pachnąca i zawinięta tylko w szlafrok, przeszłam do naszej wspólnej sypialni.

Chciałam zdążyć przed Maksem, ale zamiast tego wpadłam na niego w progu.
Dosłownie.
- Już miałem cię szukać? Gdzieś ty była? – Co za inteligentne pytanie zważywszy, że mokre włosy i szlafrok jednoznacznie wskazywały, że zakupów w międzyczasie nie robiłam.

Już otwierałam usta, by rzucić jakiś głupi tekst, ale na szczęście się powstrzymałam. A potem po raz kolejny odebrało mi głos, bo dopiero teraz zauważyłam, że Maks jest nagi.
Wcześniej miał biodra przepasane ręcznikiem. Ale w momencie, gdy na niego wpadłam po prostu go ściągnął i rzucił na podłogę.

- Chodź do mnie. – Te same słowa, które słyszałam tak niedawno. Tylko towarzyszące nam okoliczności trochę się zmieniły.
Poprzednio były wynikiem romantycznej chwili.
Teraz w grę wchodziło zaplanowane działanie.

I tak samo jak poprzednio nie czekał na moją reakcję. Po prostu złapał mnie za dłoń i pociągnął w stronę łóżka.

 

Szłam za nim i całe podniecenie i pragnienie powoli ze mnie uciekało.

To jest tylko seks.
To będzie tylko seks.
Ale na co ja liczyłam? Pocałunki? Czułe pieszczoty?
Chciałam się kochać z dawnym Maksem. Ale nie z tym, który był teraz obok mnie.
Dla niego liczyło się tylko ostre pieprzenie.
Na co miał czekać?
I tak już pewnie popsułam plany nie dołączając do niego pod prysznicem.
To nie będzie nic wyjątkowego.
Pewnie nigdy nie było.

 

- Tego nie potrzebujemy. – Mruknął, rozwiązał pasek szlafroka i zanim się obejrzałam stałam przed nim naga.
Nie zakryłam się.
Po pierwsze i tak mnie pewnie już sobie dokładnie obejrzał, a poza tym chciałam to mieć za sobą.
Jak najszybciej.

Na wycofanie się nie było szans, a powiedzenie:
- Maks, wybacz, ale popełniłam błąd. Myślałam, że coś między nami jest. Coś wyjątkowego. Ale się pomyliłam. Może znajdziesz sobie inną panienkę do pieprzenia? W końcu jest ci wszystko jedno kogo rżniesz. – Zarówno by nic nie dało, jak i zapewne by bardzo szybko skróciło mój żywot.

Czy to co się działo w mojej głowie było w jakikolwiek sposób widoczne?
Pewnie tak.
Czy to coś zmieniło i wpłynęło na zachowanie Maksa?
Absolutnie nie.

 

- Podnieś ręce i spleć je nad głową. – Suche polecenie.
Zaczyna się.

Ręce powoli powędrowały do góry i gdy były już wyprostowane, skrzyżowałam nadgarstki. Nie wiem jakim cudem zachowywałam spokój.

Chociaż nie!

Wiedziałam!

Niecała doba.

Jeszcze niecała doba i będę mogła spróbować uciec.

Od Maksa.

Od Josha.

I od tej chorej sytuacji.

 

Stałam więc nieruchomo, patrząc prosto przed siebie.
Maks naprzeciw mnie, dla odmiany oglądał dokładnie każdy widoczny fragment ciała.
Nie miałam złudzeń.
Postanowił ocenić towar. Albo oszacować czy powód kłótni ze wspólnikiem był wart swojej ceny.

- Nie ruszaj się! – Drgnęłam, bo tym razem był to rzucony ostro rozkaz.
To już nie była prośba czy sugestia.

Stanął tak blisko, że przysłonił mi świat.
I wtedy poczułam dotyk.

Męskie dłonie dotknęły moich.

Parzył mnie.

Drgnęłam, ale się nie poruszyłam.

Odpowiedział mi pełen aprobaty pomruk.

Płomienie zaczęły przesuwać się wzdłuż mojego ciała.

Przedramiona.
Boki.
Biodra.
Pośladki.

Przy nich zatrzymał się na chwilę.
Objął mocno półkule i lekko je ścisnął, ale zaraz powrócił na biodra i brzuch.
Tylko po to, by przesunąć się do góry i objąć piersi.

Tu został na dłużej.

Podtrzymywał je od dołu, zupełnie jakby sprawdzały ich wagę. Lekko uciskał, oceniając sprężystość.
I niby przypadkowo, przy każdym możliwym ruchu muskał coraz sztywniejsze sutki.

Zacisnęłam zęby.

Czułam się okropnie zdradzana przez własne ciało.
Bo kiedy umysł znowu pogodził się z tym, ze jestem oszukiwana, ciało nadal pragnęło Maksa.

Zaczynało mi być coraz bardziej gorąco i stałam nieruchomo ostatkiem woli.

-Może nie będzie tak źle. W końcu faceta jeszcze nie wzięło.- I znowu zostałam sprowadzona na ziemię, bo w tym momencie Maks przysunął się do mnie na tyle blisko, że na brzuchu poczułam, iż jednak go wzięło.
Jego dłonie nieustannie błądziły po skórze.
Ledwo wyczuwalne muśnięcia, przeplatały się z mocnym dotykiem.

Nawet nie wiem kiedy usiadł na brzegu łóżka, a ja przesunęłam się tak, że stanęłam między jego udami.
Nie trzymałam już wyprostowanych rąk nad głową.
Opierałam się teraz o ramiona Maksa, usiłując za wszelką cenę zachować równowagę.
Jego dłonie nie bawiły się już piersiami, ale obejmowały mnie w pasie nie pozwalając mi się wycofać.
Za to usta pieściły ich każdy możliwy centymetr.
Łapczywe wargi obejmowały koniuszek.
Zęby przygryzały sutek, tylko po to by każdy jęk bólu łagodzić przez delikatną pieszczotę języka.

Gdy myślałam, że zwariuję, wytyczał wilgotną ścieżkę do drugiego wzgórka i poddawał go równie wymyślnym torturom.
Drżałam, jęczałam i omdlewałam.
W końcu zaufałam sile jego ramion i moje dłonie rozpoczęły własną wędrówkę.
Już nie przytrzymywałam się Maksa, by utrzymać równowagę.
Sama chciałam go pieścić.

Podniósł twarz i pocałunek był czymś tak naturalnym, że nawet się nie zastanawiałam czy powinnam to zrobić.

Musiałam go poczuć!

Jego zapach i aromat zaatakował mnie teraz z wielokrotną mocą.
Zawroty głowy.
Oszołomienie.
Dotyk języka badającego wnętrze ust i zapraszającego do zabawy.
Kołyszący ruch ciała.
Silne dłonie przytrzymujące mnie i pieszczące jednocześnie.
Nawet nie wiem kiedy go dosiadłam.
W jednej chwili stałam uwięziona między męskimi udami, a w drugim momencie wdarły się między moje nogi.
Nie widziałam w tym zagrożenia.
Było mi cudownie.

Zadrżałam, bo miejsce dotychczas szczelnie ściśnięte i zamknięte w ten sposób się otworzyło.
Gorączka.
Wszystko wirowało.
Brakowało mi powietrza.

Nagłe ugryzienie w wargę i palce Maksa, zostawiające płonący ślad na plecach.
Nie wytrzymałam.
Nie opanowałam się.
Wygięcie w łuk od nadmiaru emocji.

Męskie dłonie przytrzymujące mocno pośladki i przygarniające mnie jednym zdecydowanym ruchem.
Mój krzyk, gdy penis przywarł do rozwartej szparki, a potem pod wpływem pchnięcia bioder przesunął się wzdłuż całej jej długości.
Zero oporu.
Całkowita gotowość i poddanie trzymającemu mnie mężczyźnie.
Całkowita uległość ciała.
Moje szarpnięcie.
Nie ucieczka od niego.
To była ucieczka od rozkoszy.
Jego dłonie minimalnie odpychające mnie i przyciągające z powrotem.
Głośny jęk. Prosto w jego wnętrze.
Przyciągnięcie i odepchnięcie.
Znowu.
Rytmicznie.
Krótkie, posuwiste ruchy.
Sterujące moim ciałem dłonie.
Sprawiające rozkosz tylko przez pocieranie ciała o ciało.
Nic więcej i wszystko.
Coraz silniejsze i niemożliwe do opanowania drżenie.
Dziwne i niedawno odkryte odrętwienie.
Zawyłam z bezsilności.
Nie umiałam go zatrzymać.
Ne chciałam go zatrzymać.
Mocne uderzenie.
Krzyk.
Przygarniające mnie ręce mężczyzny.
Duszący i głęboki pocałunek.
Kwilenie gdy byłam pewna, że zaraz umrę.

I myśl.
- Boże, jak dobrze. – Gdy w końcu położył mnie na łóżku i sam ułożył się na mnie.

Był ciężki.
Bardzo ciężki.
I czułam się idealnie, gdy wgniatał mnie w materac.

Usta same szukały jego warg.
Zaprotestowałam, gdy się podniósł.

Potem w przebłysku świadomości pomyślałam, że skoro sam nie szczytował, a we mnie jeszcze nie wszedł to pewnie oczekuje, że go zaspokoję ustami.
I równie szybko przestałam myśleć, bo usłyszałam.
- Jestem niewyobrażalnie głodny.
Potężne dłonie rozdzieliły moje uda i poczułam muśnięcie na brzuchu. To język kreślił skomplikowane wzory, przesuwając się powoli coraz niżej.
Oszołomiona pieszczotami i orgazmem nie byłam w stanie zareagować.
Nigdy nie pozwalałam na taki dotyk.
Nie chciałam i nie lubiłam być w taki sposób dotykana!

Przy Maksie czułam się inaczej, dziwniej.
Zupełnie bezwolna i sparaliżowana, gdy usta pieściły skórę podbrzusza, a dłoń przesuwała się po udzie, przyzwyczajając do swojej obecności i dotyku kolejne obszary.
Gardłowy pomruk.
Ciężki męski oddech na najgorętszej i najbardziej mokrej części mojego ciała.
Porażające dotknięcie języka.

Spięłam się.
Szarpnęłam, ale tym razem chciałam uciec.
Nie pozwolił.

Dłoń położona na moim brzuchu i druga przytrzymująca w stalowym uścisku nogę, skutecznie mnie unieruchomiły.
Język kontynuował wędrówkę.
Powoli wzdłuż szparki, muskając wargi.
Od samej góry do dołu.

Ponownie.

I jeszcze raz.

Kolejne muśnięcie było inne. Głębsze.

Krzyknęłam.

Skosztował mnie tak naprawdę.

Ochrypnięty z nadmiaru emocji głos Maksa.
- Pyszna.

Znowu głębsze zanurzenie języka.
Każdy ruch, każdy dotyk był dla mnie jak porażenie prądem.
Ale dla niego to nadal było za mało.
Wiedział, że już nie ucieknę.

Teraz obie dłonie przytrzymały i maksymalnie rozszerzyły uda.
To już nie była subtelna pieszczota.
Usta i język jak oszalałe spijały każdą kroplę.
Krzyczałam i błagałam o litość.
Prosiłam by przestał.

Odsunął się na sekundę.
Sekunda ulgi i jęk, gdy wargami objął łechtaczkę i zaczął ją delikatnie ssać, a palce wniknęły do wnętrza i rozpoczęły rytmiczny i wyniszczający masaż.

Krzyk.
Implozja.
Niemożliwe do opanowania drżenie ciała.

Chwila przerwy, która nie wystarczyła na wyciszenie.
Spragnione usta Maksa ponawiające pieszczotę.
Palce, które nie opuściły wnętrza i cały czas nie pozwalały mi ochłonąć.

Straciłam rachubę. Nie wiem ile razy wpychał mnie z powrotem w orgazm.

Nie dawałam rady. Nie miałam siły.

Maks nie przerywał.

Jęk.
Krzyk.
Wycie.
Kwilenie.

Potem nawet na to nie miałam siły.

 

Leciałam przez ręce, gdy półprzytomną układał mnie obok siebie.
Czułam swój smak, gdy w końcu się nasyciwszy moją rozkoszą, ponownie zapragnął ust.

Zasnęłam.

 

 

 

Otworzyłam oczy czując jego pocałunki.
W pierwszej chwili nie wiedziałam, co się dzieje.
Było jasno.
Wszystko mnie bolało.
I byłam przygnieciona olbrzymi mężczyzną, całującym moje czoło, nos i policzki.
- Co? – Wychrypiałam. Straciłam głos.
- Wybacz. Nie mogłem się powstrzymać. Musimy wszyscy pojechać na nadbrzeże. Będziemy z powrotem za jakieś 3-4 godziny. Śpij. Jak wrócimy to do ciebie dołączę i dokończymy to co zaczęliśmy wczoraj.

Zamknęłam oczy i po prostu słuchałam jak się krząta.
Zakłada ubrania.
Coś przesuwa.
Kroki.
Dźwięk zamykanych drzwi i sygnał windy.
Zostałam sama.

Z jednej strony chciałam zapaść w sen, ale z drugiej wiedziałam, że coś mi ucieka.

Otworzyłam jedno oko.
Spojrzenie na zegarek.

Była 8:00.
I wtedy do mnie dotarło, że jest niedziela.
I że dzięki Maksowi uciekło mi kilka godzin.
I co najważniejsze, że za godzinę powinnam napaść na wystawę.

 

To, ze mnie poderwało na równe nogi byłoby niedopowiedzeniem
Z łóżka wystrzeliłam jak z procy.

Pierwsze 5 minut było jednym wielkim chaosem i zostało całkowicie zmarnowane. Głównie na próbach chodzenia jak człowiek. Cokolwiek Maks mi zrobił nie byłam w stanie normalnie się przemieszczać, tylko kołysałam się na ugiętych nogach jak małpa.
Niech go szlag trafi!
Po takiej nocy powinnam leżeć i dochodzić do siebie!

Dopiero po chwili się względnie ogarnęłam, przestałam szamotać i zaczęłam działać metodycznie.

Pomogła mi myśl, że Maks sam we własnym zakresie załatwił mi to, czego potrzebowałam najbardziej.
A mianowicie upłynnił się razem ze swoimi gorylami i zyskałam swobodę ruchów.

Siła wyższa też mi pomogła. Całkowity brak czasu skutecznie wyeliminował wszelkie zakusy by dokonać jakichkolwiek zmian w planie.
Tylko, gdy pomyślałam o Maksie, poczułam dziwny kłujący ból po lewej stronie klatki piersiowej.
Wspomnienie nocy.
Uczucie całkowego spełnienia i jednoczesna tęsknota, by go poczuć w pełni. Do końca.
- Stop! Żadnych wątpliwości. On ich nie miał. Josh też nie.
Ubranie jak do joggingu – chciałam mieć na sobie zarówno coś co się nie rzucało w oczy, jak i będzie wygodne. Czapka z daszkiem, okulary i saszetka zamknięta w kieszeni bluzy od dresu, skrywająca dwie najważniejsze w tej chwili rzeczy.
Pieniądze wyprowadzone z sejfu Maksa i kluczyki do skutera, zaparkowanego dwie uliczki dalej.
To była jedna z rzeczy, którą miał mi zapewnić Maximilienne.
Spojrzenie na zegarek i mocne ściśnięcie żołądka.
- Uspokój się. Zwymiotujesz później. Teraz nie ma na to czasu.

Szybki rzut oka na sypialnię. Rozgardiasz, leżące ubrania – zupełnie jakbym nagle zdecydowała się pobiegać i zamierzała posprzątać dopiero po powrocie. O to mi chodziło – by jak najpóźniej zorientowali się, że coś jest nie tak.
Dzięki temu zyskiwałam dodatkowy czas, tak potrzebny na ucieczkę.

Zjazd windą.

Skinięcie głową i szeroki uśmiech – to consierge mnie zauważył.
Krótka rozgrzewka przed hotelem.
Ponowne skinięcie głową teraz już speszonemu pracownikowi hotelu, przyłapanemu na zbyt długim wpatrywaniu się we mnie.
I ruszyłam.
Prawie zawyłam z bólu, ale starałam się biec normalnie. Ból, który po nocy zostawił mi Maks odzywał się w najmniej oczekiwanych momentach.
Zapanowałam nad sobą.
Na płacz i użalanie się będzie czas później. Nie teraz!
Dopiero, gdy nikt z hotelu nie mógł mnie widzieć przyspieszyłam.

Nie dopuszczałam do siebie myśli, że coś będzie nie tak.
Ale ulga, która poczułam, gdy zobaczyłam stojący w umówionym miejscu skuter była nieporównywalna do niczego.

Kluczyk, otwarcie bagażnika.

Wyciągnięcie torby.

Kilka kroków i znalazłam się w podwórzu pomiędzy kontenerami na śmieci. Idealne miejsce do tego by się schować, albo przebrać i pozostać przez nikogo niezauważonym.
Sprawdzenie godziny: 08:45.
Przebranie się zajęło chwilę. Chodziło nie tylko o to bym zmieniła wygląd.
Musiałam na pierwszy, a nawet na drugi rzut oka wyglądać jak facet.
I najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że to było całkiem łatwe do osiągnięcia.

Pierwsze co założyłam to rękawiczki. Jak najmniej śladów i odcisków palców.
Potem duża, flanelowa koszula, O wiele za duża. I nałożony na nią olbrzymi czarny  t-shirt powodowały takie zniekształcenie figury, że maskowały nawet mój biust.
Ciemne rybaczki o kroju bojówek z niezliczoną ilością kieszeni, w których miałam dobre kilka rozmiarów więcej. Białe skarpety, ciemne sportowe buty. Czarna czapka z daszkiem, chusta zasłaniająca połowę twarzy i czarne okulary, załatwiające resztę.
Przerzucona przez ramię biała torba, do której zamierzałam wrzucić biżuterię. W ostatniej chwili schyliłam się i pobrudziłam ziemią nie okrytą ubraniem skórę – ręce, nogi i trochę twarzy.
Atrapę broni dostarczoną przez monsieur Robespierre’a zatknęłam za pasek, odpaliłam skuter i ruszyłam pod hotel.

Taki ubranie przechodziło w tłumie niezauważone, bo jak najbardziej facet jadący na skuterze mógł się w ten sposób chronić zarówno przed słońcem jak i wszechobecnymi robalami.

 

Czułam się jak we śnie.
To było tak nierzeczywiste i nierealne.

Wszystko na razie szło jak w zegarku i to mnie niepokoiło. Szło zbyt dobrze, za idealnie i za zgodnie z planem.

Podjechałam pod hotel.

Zaparkowałam skuter zostawiając kluczyki w stacyjce.
To był jeden ze słabszych elementów planu. Nie mogłam ryzykować, że po napadzie – kiedy będę musiała zwiać jak najszybciej, nagle albo nie znajdę kluczyków, albo nie trafię w stacyjkę.
Liczyłam na to, że nikt spod Carltona nie podwędzi skutera.
Nie ta dzielnica, nie ci ludzie.

Zwlekłam się z pojazdu i stanęłam pod hotelem patrząc na niego tak jak jakiś czas temu. Dokładnie wtedy gdy czułam, ze mam rozwiązanie przed nosem, a go nie widzę.

Wystawa biżuterii i diamentów odbywała się w sklepie jubilerskim znajdującym się w hotelu Carlton Intercontinental. Ze względów bezpieczeństwa na czas wystawy zablokowano wszystkie zewnętrzne drzwi – zapewniając dostęp jedynie z wnętrza hotelu.
Drzwi prowadzące przez taras na ulicę były zamknięte. A przynajmniej powinny być, bo to właśnie o ich otwarcie poprosiłam Maximilienna.

Zrobił to kilka godzin wcześniej, ale liczyłam na rutynę i postępowanie zgodnie z wytycznymi i procedurami.
Czyli skoro jeśli coś zostało zamknięte na samym początku, tak jak to powinno być – to jest uważane za zamknięte i nikt nie będzie co 5 minut sprawdzał, czy komuś nie odbiło i nie odblokował jakichś zamków, blokad czy diabli wiedzą co jeszcze.

To w jakim byłam stanie obrazuje ostatnia myśl jaka mi przyszła do głowy zanim weszłam po schodach na taras. Kto normalny w takiej chwili zastanawia się dlaczego wszystkie rzeczy są ciemne, tylko torba na biżuterię jest biała?!

Zatrzymałam się jeszcze na chwilę.

Cień – ktoś w środku przeszedł w środku na prawą stronę.
Nagle do mnie dotarło, że przecież tam jest w środku kilku ochroniarzy, pewnie mają broń i całkiem możliwe, że mnie zastrzelą.
I wtedy paradoksalnie, uspokoiłam się całkowicie.
Bo zrozumiałam, że nawet jeśli to osiągnę swój cel – uwolnię się od Maksa i Josha.

 

Odetchnęłam głęboko, wyciągnęłam atrapę broni, pchnęłam drzwi i weszłam do środka.

Miesiące treningów z Joshem i Maksem właśnie zdawały egzamin.
Chłodna i właściwa ocena sytuacji, zagrożenia i odpowiednie działanie.
Pomogła też wcześniejsza wizyta w sklepie – dzięki temu orientowałam się, że pomieszczenie ma zaokrąglony kształt, słup na środku częściowo zasłaniający widok i oprócz ludzi z obsługi, kilku dodatkowych ochroniarzy. Widziałam jak rozmieszczone są witryny z wystawą.

A teraz wszystko zależało ode mnie.
Szybki rzut okiem i rozeznanie sytuacji w środku.

Na początek – unieszkodliwienie ludzi.
Na pierwszy ogień poszedł ochroniarz w garniturze po mojej prawej. Zdecydowany ruch dłonią z pistoletem. Facet nawet nie usiłował się bronić. Chyba nie ogarniał tego co się właśnie działo.
Bez żadnych protestów klęknął na podłodze z rekami założonymi za głowę.

Szybki zwrot w lewą stronę.
Kolejnych dwóch ochroniarzy.
Znowu jeden w garniturze i drugi w bardziej służbowym ubraniu. Jeden z pustymi rękami, drugi z krótkofalówką.
Dwa kroki w ich stronę.
Gest ręką i w tej sekundzie obaj znaleźli się na podłodze w tej samej pozycji co ich kolega.
Odrzucona krótkofalówka leżała dobry metr dalej.

Dwa kroki, rzut okiem do wnętrza hotelu przez drzwi, które jako jedyne miały być otwarte.
Nikt na nas nie zwracał uwagi.
Nikt nie patrzył.
Nikt nic nie widział.

Szybki zwrot w prawo.
W stronę dwójki pracowników i gablot, w których powinna być wyłożona biżuteria.

Ale nie była! Gabloty były puste.

Głęboki wdech! Tylko nie spanikuj!
Spojrzałam jeszcze raz.

Przerażona kobieta, w eleganckiej garsonce stała oparta o puste witryny. Zakrywała twarz i była o krok od wpadnięcia w histerię. Niech sobie stoi – nie musiałam na nią marnować energii. Była tak przerażona, że nie było obaw by się ruszyła.

Zwróciłam za to uwagę na stojącego obok niej faceta. Coś mi się nie zgadzało – wszyscy elegancko ubrani, beż żadnych uchybień, a on jeden stał nie dość, ze dziwnie to w spodniach od garnituru, ale w samej koszuli, bez marynarki.

W i w tym momencie mnie olśniło.

Wbiłam się idealnie w moment, kiedy wyciągnięto z sejfu biżuterię, przeniesiono ją w kasetkach, ale jeszcze nie wypakowano do pancernych gablot.

Tym razem byłam agresywna.
Facet co prawda stał z podniesionymi rekami, ale czułam, że stanowi większe zagrożenie niż ochroniarze.

Dwa ruchy ręką.
Zdecydowane i nie dopuszczające sprzeciwu.
Tym razem nie odpuszczam – ma się położyć.

Trzymając go na muszce zajrzałam za gablotę i nie uwierzyłam.
Na ziemi leżała olbrzymia torba i obok kilka kasetek.
Bez przesady! Czy to możliwe, że oni tak to przenosili?!

Nie miałam czasu na myślenie.
A już na pewno nie mogłam zadać pytania:
- Przepraszam bardzo, ale czy to jest ta biżuteria z wystawy? Bo mi akurat na niej zależy, ale nie jestem pewna.

-A w dupie to mam. – Pomyślałam, po czym schyliłam się, złapałam torbę za rączki i już zrobiłam krok w tył, gdy nagle jakoś sama się cofnęłam.
Złapałam jeszcze kilka leżących na podłodze kasetek i trzymając to wszystko cudem w jednej dłoni, a w drugiej cały czas atrapę broni, wycofałam się ze sklepu.

Powoli spokojnie, tym coraz bardziej kołyszącym krokiem, cudem powstrzymując się od jęczenia z bólu przy każdym ruchu.

Wyszłam nie niepokojona przez nikogo, zatknęłam atrapę za pas i wsiadłam na skuter.

Nie bawiłam się w żadne przekładanie biżuterii, tylko trzymałam wszystko w jednej dłoni tak samo jak to wyniosłam.
Odpaliłam maszynę i spokojnie odjechałam spod hotelu.

Jeden zakręt, prosta, drugi, prosta, trzeci zakręt.

Wjazd w szeroką bramę, pod którą przebiegała uliczka. Już w czasie jazdy na jednym z zakrętów ściągnęłam chustę.
Uliczka spokojna, nieuczęszczana, a w tym miejscu byłam dodatkowo chroniona przed przypadkowymi gapiami.

Białe renault na francuskich rejestracjach, stojące kilka metrów dalej.
Nadal wszystko tak jak uzgodniłam.

Kluczyki do samochodu przyczepione były magnesem do nadkola.

W bagażniku wylądowały łupy. Za to wyciągnęłam z niego pokrowiec na skuter. Teraz był to jeden z wielu zaparkowanych i zabezpieczonych pojazdów.

Zatrzasnęłam za sobą drzwi i już w środku błyskawicznie zmieniłam za duży tshirt i bluzę na zwykły podkoszulek. Szmata, przetarte ręce i twarz i zamieniłam się w zwykłą, szarą kobietę.
Mogłam ruszać.

Nadal nie słyszałam wycia syren, policji, czy jakiegokolwiek zamieszania świadczącego o napadzie.
Miałam przy sobie coś w bagażniku i kilka tysięcy euro Maksa.
Zawartość bagażnika mogła być moją kartą przetargową, o ile okaże się tym co myślałam, że jest.
Nie miałam teraz czasu sprawdzać.
Musiałam oddalić się chociaż o dobrą godzinę jazdy od Cannes.

To był koszmar – jak ognia unikałam autostrad, a normalne drogi pozostawały wiele do życzenia. Całkowicie koncentrowałam się na prowadzeniu auta – to już by zakrawało na kpinę, gdybym po tym wszystkim wpadła przez wypadek samochodowy.

Nigdzie nie stawałam, a jedynym źródłem informacji było dla mnie radio.
Nie wzięłam telefonu pewnie słusznie obawiając się, że będą mogli mnie namierzyć.
Układałam sobie w głowie co mogę powiedzieć, jakie postawić warunki przy okazji szukając stacji z informacjami o napadzie.
W eterze cisza, ale mi i tak nic mądrego nie przychodziło mi do głowy.
To była jedna z rzeczy, której nie zrobiłam – żeby nie zapeszyć.
Nie ułożyłam sobie mowy.

Pierwsze doniesienia o zuchwałej kradzieży pojawiły się po półtorej godzinie.
Dopiero.

Jęknęłam na wieść, że wg mediów ukradziono kamienie warte około kilkunastu milionów euro.
Koszmar! Maks i Josh szykowali się na ponad 100.
Miałam tylko drobny ułamek tego co chcieli dla siebie

Ale może to wystarczy?
Wątpiłam, ale nie było sensu odwlekać tego w nieskończoność.
Musiałam skontaktować się z Maksem.

Zatrzymałam się w niewielkiej miejscowości, przy jednej z wielu budek telefonicznych stojących luzem na ulicy.
Rozbrajało mnie to, ale liczyłam że może to utrudni moje zlokalizowanie.
Wiedziałam, że tak czy inaczej muszę rozmawiać krótko.

Drobne, połączenie z recepcją Carltona, przełączenie do apartamentu.
Odebrał Maks.

Odchrząknęłam i już chciałam się odezwać, ale mnie ubiegł.

- Ty dziwko! Kiedy cie dopadnę obedrę cie żywcem ze skory! Nigdzie mi nie uciekniesz!

 

 

** ** ** ** ** ** ** **

Paradoks – część XXXII

Paradoks – część XXXIV

Polubienia 65
Wyświetlenia 3666

Podobne wpisy:

  • Kochani. 04:25
    Korektę zrobię później. Wybaczcie!

    • A ja to co? :c

      • oj :D A wakacji nie masz? :D
        Jakoś nie miałam czelności by Ci zawracać głowę po 4 rano.

        Wybacz!!!!!

  • ja

    To mnie zaskoczyłas taki napad matko. Mialas pomysł niezły. Czekam na kolejna część.

    • Dziękuję, ale mam być szczera?
      Oświadczenie, że „WSZELKIE PODOBIEŃSTWO DO PRAWDZIWYCH POSTACI I ZDARZEŃ JEST PRZYPADKOWE” nie jest przypadkowe i nie znalazło się tu bez powodu.

  • Lesiu

    No to opowiadanie zaczyna mi się podobać :) Bo w pewnym momencie to rzygałam niezdecydowaniem głównej bohaterki. Czekam aż Maxsiu obedrze ją ze skóry XD

    • Oj! To Spodoba Ci się jedno z tworzonych właśnie opowiadań!
      Będziesz miała zdecydowaną bohaterkę, że HEJ!

      Jak tylko skończę „Paradoks” wrzucę zapowiedź.

  • Em.

    Błagam o następną część. I to na kolanach !
    Rewelacyjny kawałek!
    Pozdrawiam
    Em. :) :D

  • Doooooooooooooooooooooobre!!!!! Dawaj dalej!

  • dogorywam
    Zrobię co w mojej mocy, ale już mam obawy czy się wyrobię w jednej części. Chyba, że znowu będzie długa. Tylko, że drugiej nocy pod rząd nie dam rady zawalić
    :D

    • Martyna

      Super, że skończysz Pechową, bo już miałam obawy co do kontynuacji mojego ulubionego opowiadania Twojego autorstwa :)

      • Będą następne teksty!
        Pamiętam, że gdy kończyłam piekielnego, też były wypowiedzi, że potem już nic.

  • Kasia

    heheheh a ja chciałabym zobaczyć minę Maksa i Josha jak się dowiedzieli o napadzie;)

    • można spojrzeć na wizualizację na samej górze :D

  • klo

    Hahaha! :D Dobre, dobre, bardzo dobreeeeeee! Czekam na wielki finał.

    • Grande finale z siekierą w roli głównej :D
      No dobrze… sama jestem ciekawa co wyjdzie. Nie mam zielonego pojęcia jak ten cyrk się skończy.
      I obawiam się, czy dam radę zamknąć to w jednej części.

      • klo

        To, że będą latały siekiery bądź inne niebezpieczne narzędzia to jestem pewna :D

        • Upały skutkują tym, że wszystkim bym wsadziła pod zimny prysznic … ale to chyba nie przejdzie.
          Liczę, że jutro będzie chłodniej.

  • Kasia

    Można liczyć dzisiaj na nową część? Bo tęskno już.. :)

    • Cześć Kasiu. Siedzę i piszę.
      Gorzej, że uparłam się jak osioł, że teraz wleci konkretny kawałek – myślałam, że to będzie połowa „Diabła” a już przebija piekielnego.
      Mam nadzieję, że dam radę bo już trochę ledwo ciągnę.

      Ale w ten weekend Paradoks zostanie wykończony i opublikowany.

      Po pierwsze muszę dać komuś okazję by mnie spalił na stosie – frakcja Josh’a albo Maks’a lub obie (jeszcze nie wiem jak to się skończy).
      Po drugie w kolejce czeka „Pechowa ósemka”

      • Kasia

        Dziękuję za odpowiedź, życzę powodzenia i czekam cierpliwie :) No może nie do końca cierpliwie.

        A stosem się nie przejmuj, może będzie tylko mały grill? :D

        • Pocieszyłaś mnie :D
          Ja tu się śmieję, ale potem będę się ukrywać …

  • Amarka

    Opowiadanie zaskakujące! :D już nie mogę się doczekać kolejnej części!

  • Vxzc

    Twój blog jest już nieaktywny? Bo leci kolejny miesiąc i cisza. Szkoda, myślałam, że chociaż jeden blog z fajnymi opowiadaniami będzie aktywny i części będą dodawane chociaż co jakiś czas, ale najwidoczniej się pomyliłam.
    Pozdrawiam.

    • Aktywny.
      Już pisałam prywatnie – problemy, zdrowie i się nie wyrobiłam. Dodatkowo trzy grosze dołożyły plagiaty – i musiałam przyspieszyć plany wydawnicze związane z „Diabłem”, „Paradoksem” i „Pechową ósemką”. Testy są już zakończone, przeredagowane.
      Strona jak i ja wracamy do świata żywych. Ale sama zrobiłam niezły mix – jeśli przy „Diable”, książka będzie wersją beta, to chyba co do „Pechowej” i „Paradoksu” będą to teksty opublikowane na blogu.

      Co do książek to na pewno jeden komplet będzie można wygrać w konkursie :D.
      Mam też niespodziankę jednej z czytelniczek, ale poinformuję ją (w sumie zapytam się czy chce), dopiero jak dostanę wszystkie pozycje do ręki – nie chcę zapeszać.

  • Pingback: Paradoks XXXIV | Skrywane pragnienia()

  • Pingback: Skrywane Pragnienia | Paradoks XXXII()