Paradoks XXXV

Spokojnym ruchem odłożyłam słuchawkę.
Wsiadłam do samochodu.
Odpaliłam silnik i wolno ruszyłam.
Po chwili jazdy wyłączyłam klimatyzację i uchyliłam okno – zaczynało mi brakować tlenu.
Niecały kilometr zatrzymałam się, zdążyłam tylko odpiąć pasy, uchylić drzwi i zwymiotowałam.
Litościwie w panikę wpadłam dopiero na totalnym zadupiu i nikt mnie w czasie tej chwili słabości nie mijał.

Dopiero po dłuższej chwili ruszyłam dalej.

Co ja sobie wyobrażałam?
Że Maks odpuści?!
Powoli docierało do mnie, że wybrałam najgorsze rozwiązanie z możliwych. Ośmieszyłam go – bo inaczej nie można nazwać tego co właśnie zrobiłam.
Jeśli wcześniej się go bałam, to teraz byłam wręcz przerażona.

Przeprowadzając tak amatorską akcję, rozwaliłam im misternie przygotowywany plan i zaprzepaściłam tym samym szansę na zgarnięcie tego, na co polowali. Miałam przeczucie, że w moich rękach znalazły się drobiazgi. Jednym słowem jak zwykle namieszałam i wszystko spieprzyłam.
Prychnęłam – czyli nic nowego.

A Maks?
Nie miałam wątpliwości, że byłam teraz wrogiem numer jeden.
Ze złością przywaliłam ręką w kierownicę. I chyba tego potrzebowałam. Ból mnie otrzeźwił – na tyle, że spojrzałam gdzie jadę.
- Kurwa! – Przerwało ciszę w samochodzie.
Ja już tu byłam. Przed chwilą! Wracałam do Cannes!
Co za kretynka!
Jak będę tak dalej przytomnie uciekać to sama wpadnę w ręce ścigającego mnie Maksa.
Bo, że zamierza mnie złapać to było raczej pewne.

Na pierwszym porządniej wyglądającym skrzyżowaniu odbiłam na północ. Byle dalej od Cannes.
Tylko do jasnej cholery gdzie ja mam jechać?!

Cały problem polegał na tym, że chyba podświadomie cały czas zakładałam, że mnie złapią. I tak jakoś samo z siebie wyszło, że cale planowanie skończyłam na samym napadzie.
Nie mając zielonego pojęcia co mam zrobić, po prostu jechałam przed siebie.

- Myśl kobieto! Myśl! – Pustka.
Przekleństwa też nie pomogły.
Zawiesiłam się tylko na jednej rzeczy i uczepiłam jej jak rzep psiego ogona – znaleźć się jak najdalej od Maksa.
A po chwili było mi już wszystko jedno którędy jadę, byleby tylko być dalej od Cannes, jak najdalej od niego.

I odpłynęłam. Prowadziłam automatycznie, a przez głowę zaczęło mi się przewijać tysiące obrazów.
Maks na zamku.
W sali treningowej.
Sprawdzający czy nie ma szafie potworów.
Rżnący Alice.
Całujący mnie na jachcie.
Jego ciężar.
Zapach.
Dotyk.

A potem jakoś tak skręciłam lekko w prawo i trafiłam na autostradę prowadzącą do Grenoble.
Kilka pasów – wszystkie prowadzące na płatną drogę.

I tyle by było z mojej przytomniej ucieczki.

Pełna rezygnacji jechałam dalej.
Nie miałam jak zawrócić, a wszelkie próby wycofania się w tak dzikim miejscu spowodowałyby co najmniej zamieszanie, a przy odrobinie starań niezły karambol. Akurat na to nie mogłam sobie pozwolić.
Chciałam unikać autostrad by ograniczyć ilość miejsc, w których mogą mnie złapać kamery monitoringu. I na chceniu się skończyło.
Jedyne co mogłam zrobić, to przed dojechaniem do bramki rozpuścić włosy i rozczochrać je tak, by maksymalnie zasłoniły mi twarz.
Okulary na nosie już miałam.
Teraz pozostawało się tylko modlić o odrobinę szczęścia.

Te odrobiny spadały na mnie po trochu.

Pierwszą była spokojna jazda. Nikt mnie nie chciał zatrzymać. Nikt mi nie siedział na ogonie.
Nikt mi się dziwnie nie przyglądał w czasie tankowania.
Nikt mnie nie zatrzymał, gdy zjeżdżałam z autostrady.
Jechałam dalej.

Dojechałam do Gap.
Za Gap zaczęłam myśleć.
A konkretniej o tym, że muszę zmienić środek transportu i chyba wypadałoby się ukryć. Gdziekolwiek i na dłużej. Ale najpierw muszę pozbyć się tego samochodu!

I wtedy kolejna odrobina szczęścia przyszła szybciej niż mogłabym się spodziewać. Objawiła się w postaci polskiego tira zjeżdżającego na stację benzynową. Mignął mi w ostatniej chwili, ale dałam ostro po hamulcach i cudem wpasowałam się w zjazd.
Kierowca zaczął tankować.
W przebłysku inteligencji zjechałam na pobliski parking, wrzuciłam wszystkie rzeczy to jednej torby, kilkaset euro przełożyłam do kieszeni i z całym tobołem ruszyłam w stronę kierowcy.
Nie miałam nic do stracenia. W sumie było gorzej – miałam do stracenia wszystko.

- Przepraszam, jest pan Polakiem? – Walnęłam z grubej rury, odzywając się od razu po polsku. Bzdura w postaci stukniętego kochanka przyszła mi sama na język. Że uciekłam, ale jadę jego samochodem i wolałabym już nie. Że chcę dojechać gdziekolwiek, gdzie jest cywilizacja i będę mogła pojechać jak człowiek dalej. Żeby nie był świnia tylko pomógł rodaczce. I, że zapłacę.
- Błagam, niech mi pan pomoże. – I chyba to przeważyło. Plus wyjątkowa desperacja w głosie.
- Mam rozładunek w Lyonie. – Kiwnęłam głową tak mocno, że zrzuciłam przy okazji okulary z nosa.
- Tylko żadnych rozmów! – Zastrzegł. – Wsiadasz, nie odzywasz się. Ja nic nie chcę wiedzieć. Nawet, jaka jest pogoda mnie nie interesuje!
W sumie mu się nie dziwiłam. Dzięki Bogu nie miał sumienia mnie zostawić, ale też wolał nie wiedzieć za dużo – a tak naprawdę, to wolał nic nie wiedzieć.

Nie czekając aż zmieni zdanie błyskawicznie zapakowałam się do kabiny. Cały czas kurczowo trzymając ciążącą mi nieznośnie torbę.
Powinnam była przełożyć to wszystko w coś poręczniejszego, ale jakoś nie pomyślałam, a teraz nie miałam za bardzo jak.

W końcu ruszyliśmy. I była to jedna z najdziwniejszych jazd w moim życiu.
Facet traktował mnie jak powietrze.

Po chwili przywykłam i zmusiłam się do wysiłku – a dokładnie zmusiłam mój umysł do wysiłku.
Dojadę do Lyonu i co dalej?
Wynajęcie samochodu odpadało. Do tego potrzebne były dokumenty. Prawie się zaśmiałam – granice mogłam przekroczyć bez papierów, ale już wynająć samochodu nie.
Lyon nie pasował mi na miejsce, w którym mogłabym się zaszyć. Jazdy autostopem wolałam dalej nie uskuteczniać – teraz miałam szczęście, ale nie jest powiedziane, że tak będzie i dalej.
Pozostawał pociąg. Ale gdzie?

Nikt nie był bardziej zaskoczony niż ja faktem, że już dojechaliśmy.
Czułam się jakby upłynęło kilkadziesiąt minut, a to było kilka godzin.
- Ja już dalej wjechać tirem nie mogę. Powodzenia dziecko. – To były jedyne słowa, które wypowiedział. Odjechał, gdy tylko się wygramoliłam na ulicę.

Co miałam robić? Ruszyłam przed siebie kierując się w stronę dworca.
Podjechał naprawdę blisko. Niecałe pół godziny szybkiego marszu i znalazłam się na miejscu.
Prawie.

Powinnam wejść do środka, kupić bilet i uciekać dalej, ale wtedy dopadł mnie kryzys.
Miałam dosyć. Byłam wykończona i jedyne, o czym marzyłam to chociaż odrobina snu. Położyć w chłodnej pościeli i na chwilę zapomnieć o koszmarze, który sama sobie sprawiłam.
- Ale dlaczego nie? – No właśnie, dlaczego? Już popełniam karygodne błędy, a im będę bardziej zmęczona tym będzie gorzej.

Szczęście?
Desperacja?
Weszłam do pierwszego hotelu, który miałam pod ręką. Ibis. Wymówka w postaci zgubionych dokumentów i zapłata za dwie doby z góry zadziałały. Nikt nie potrzebował żadnych dokumentów. Może ten upał też ich wykończył? Szczerze mówiąc było mi już wszystko jedno.
Było dopiero po 17-tej, ale padałam na nos. Czułam się jakbym nie spała od kilku dni.
Ubrania zrzuciłam na podłogę, ostatkiem sił wzięłam jeszcze prysznic i naga położyłam się do łóżka i błyskawicznie zasnęłam.

Gdy się obudziłam, zegar na ścianie wyświetlał 12:08. Była jasno i wszystko wskazywało, że przespałam prawie dobę.
Z niechęcią spojrzałam na rzeczy – nie miałam nic innego, a te jednak nie grzeszyły świeżością.

I znowu coś mnie ustrzegło.
Nie przeprałam bielizny, nie odświeżyłam ubrań, tylko zabrałam się za przepakowanie torby.

Kilkanaście minut później, po rozpakowaniu wszystkiego było mi wszystko jedno, w jakim stanie są moje rzeczy.
Jeśli cokolwiek zostało w InterContinentalu, były to nędzne resztki. Zdaje się, że całą kolekcję, na którą Josh i Maks ostrzyli sobie zęby plus kilkanaście artefaktów spoza listy miałam przy sobie ja.
Ręce mi nie drżały. Dziwne.
Biżuterię i kamienie starannie zapakowałam z powrotem.
Ubrałam się.
Sprawdziłam trzy razy każdy fragment pokoju, upewniając się czy na pewno wszystko zabieram i po chwili szłam już w stronę dworca.
To, że jeszcze nikt mnie nie dopadł należało rozpatrywać w kategoriach cudu.
Było mi wszystko jedno gdzie teraz pojadę byleby to było najszybsze możliwe połączenie, nie na południe i nie do zapadłej dziury.

Paryż.
TGV.
13:05.
Druga klasa.
Paryż znałam i wiedziałam, gdzie mogę się zatrzymać na jeden dzień bez konieczności pokazywania dokumentów.
Ten jeden dzień musiał mi wystarczyć, a potem musiałam znaleźć się gdzieś indziej.
W ruchu. Muszę być w ruchu inaczej mnie znajdą.

Westchnęłam. Wcale nie oni – on mnie znajdzie.

I kolejna myśl – muszę mu oddać zawartość torby.
Może wtedy odpuści?

Może.

 

 

** ** ** ** ** ** ** **

Paradoks – część XXXIV

Paradoks – część XXXVI

 

Polubienia 30
Wyświetlenia 1501

Podobne wpisy:

  • Mmm.miły prezent sylwestrowo-noworoczny, bo byliśmy tego roku niegrzeczni :)

    To bardziej niż miłe :)

    • Dziękuję i …. eh…. tak się zakręciłam, żeby wrzucić przed północą, że wkleiłam wersję roboczą. Naprawię błąd, ale chyba resztę wrzucę jako nowy wpis … i przede wszystkim zdjęcie zmienię – bo akurat to zdjęcie jest do właściwej części :D

      Wybaczysz?

      PS. No byliśmy Anna Valetta niegrzeczni, oj byliśmy.
      Aż się prosi o przełożenie przez kolano i solidne lanie … :D

      • :) grunt to wejście z hukiem..nawet jeśli będzie to lekkie potknięcie, za to nas kochają heh
        Wiesz, że ja tam każdą wersję jaka by nie była pochłonę, a takie robocze…to chyba każdy ma ochotę zobaczyć co tam chodzi po Twojej głowie…..:D

  • ania s

    Lubie niespodzianki
    Dzieki:)

  • Wciągające/pomysłowe/chcę więcej! :D

  • Marzena Blunska

    Jupi, w końcu kolejna część. Zaglądam tutaj od jakiegoś czasu i baaardzo mi się podoba.

    • Dziękuję.
      Trzeba wrócić do żywych w końcu … :)

      • Aleksandra

        W takim razie czekamy na upragnione zakończenie.
        Pozdrawiam :)

  • a

    Spodziewałam się dłuższego kawałka po tak długiej przerwie. Ale zawsze cos. Czekam na ciąg dalszy.

    • ups … pisałam już wcześniej, że popełniłam niedopuszczalne faux pas i wkleiłam nie to co trzeba.
      Ale jak już poszło w świat to jest.
      Dzisiaj ciąg dalszy, który tak naprawdę miał być tym „właściwym i prawdziwym” kawałkiem.

      Ale rację masz – przerwę zaliczyłam konkretną (oby bez powtórek)

  • Wiktor

    Witaj Aniu!!!. Szczęśliwego Nowego Roku. By ten nowy był lepszy od starego. Aniu dzięki za wstawkę i że nie zapadłaś w sen zimowy. Zaglądałem tutaj licząc na nową część. Aniu dzięki. Pozdrawiam Wiktor

    • Witaj.
      Dziękuję i wzajemnie. Nie mówię, że nie może być gorzej bo takich wyzwań się nie stawia, ale przy odrobinie wysiłku i szczęścia może być lepiej (nawet bardziej to drugie)

      Dzisiejszy dzień był intensywniejszy niż mogłam przypuszczać. Siadam właśnie do Paradoksu (dobra – DOPIERO)

  • Już jest … Jakbyś mnie nie znała. ;D
    Dopóki nie widzę nocy od końca to nadal poprzedni dzień

  • Pingback: Paradoks XXXVI | Skrywane pragnienia()

  • Pingback: Skrywane Pragnienia | Paradoks XXXIV()