Geometria I – Anna

 

 

Niespodzianka szykowana wspólnie.

Opowiadanie, które niektórzy z Was już czytali – tworzone przez trójkę autorów: Mikę Kamaka, Marka Doprę i Annę Valetta.
Nie chcieliśmy by zniknęło i dlatego znalazło miejsce tutaj.

 

 

Autor części I: Anna Valetta

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

 

 

Tkwiłam w gigantycznym korku.
Był środek tygodnia, do świąt jeszcze kilkanaście dni. Popołudniowe godziny szczytu dawno minęły i ulice zdecydowanie powinny być puste. Nie mogłam wcześniej wyrwać się z pracy, ale zakładając, że już dużego ruchu nie będzie, powinnam bez problemu zdążyć.
Niestety na to się nie zanosiło.
W swoich przewidywaniach nie uwzględniłam jednego drobiazgu. W tym przypadku był nim śnieg.

Jakim cudem przepustowość zmalała do zera? Nie mam zielonego pojęcia. Fakt faktem, że wszyscy wlekli się jak potłuczeni – tak, jakby delikatne opady śniegu stanowiły kataklizm stulecia i paraliżowały wszystko i wszystkich. W dodatku śnieg stanowił magnes, który
powyciągał wszystkie łamagi na ulicę.
W dobrej wierze i ogromnej naiwności uważałam, że zdążę.
Zdążę dojechać po pracy do domu, ogarnąć lekki chaos, który panował u mnie zawsze i przygotować coś dobrego do jedzenia.
No i jakoś ogarnąć siebie.

Po raz pierwszy miałam spotkać się z Markiem nie w miejscu publicznym i chciałam zrobić jak najlepsze wrażenie.
Pomijam drobiazg w postaci czekającej mnie rozmowy. Przez chwilę się łudziłam, że dam radę i zdążę.

Po dwudziestu minutach, gdy przesunęłam się tylko o kawałek wiedziałam, że nie.
Wygrzebałam z torebki komórkę.

– Hej Marku. To ja. – Boże! Jakby nie wyświetlił mu się numer. Co za wpadka. – Dopiero udało mi się wyjść z pracy i nie wiem kiedy zdążę dojechać do domu, a co dopiero ugotować nam coś do zjedzenia. Może przełożymy dzisiejsze spotkanie?

Stanowczy protest po drugiej stronie słuchawki lekko mnie ogłuszył. Wysłuchałam mini kazania z ogólnym przekazem, że w nosie ma chaos, a jedzenie przygotuje sam, albo wspólnie coś zrobimy. Tekst, że mam przestać pierniczyć, bo spotyka się ze mną po to, by pogadać z kimś normalnym i pobyć w towarzystwie inteligentnej inaczej, a nie nażreć się jak świnia.
Ostatecznie mnie przekonał.
Usłyszałam, że mam jechać, nie marudzić i szukać wymówek. Jak będzie wcześniej, to poczeka i koniec pieśni.

– Dobrze. Tylko uprzedzam, że w domu mam burdel. Jedzenie jest ale, w stanie surowym i nieprzetworzonym, a ja wyglądam jak przepuszczona przez magiel. – W odpowiedzi usłyszałam, że mam nikomu nie wjechać w zad, bo to uzna za sabotaż i się rozłączył.

Nie wytrzymałam i zaczęłam się śmiać.
To pożegnanie przypomniało mi, jak się poznaliśmy…
Kilka tygodni temu krążyłam jak oszalała po sklepach, próbując kupić prezent urodzinowy mojemu siostrzeńcowi. Na szczęście sprecyzował co chce. Na rynek wchodziło jakieś limitowane szkaradztwo w postaci figurki i zażyczył sobie właśnie takie coś. Powinnam być szczęśliwa, że wymarzony prezent mam niejako z głowy, tylko znowu na przeszkodzie stanął jeden mały drobiazg. Mianowicie, że te cholerstwa chcieli mieć wszyscy. Już prawie się poddałam, ale zdarzył się cud. W czasie drugiego dnia poszukiwań trafiłam w końcu na sklep gdzie to było.

Oczywiście nie sama, tylko z całym stadem zdesperowanych dorosłych. Przepchnęłam się do regału, wypatrzyłam dwa ostatnie pudełka, sięgnęłam ręką po jedno z nich i jakiś facet był szybszy. Zgarnął oba i zaczął oddalać się w kierunku kas.

- Pan chyba sobie kpi! – Nie wytrzymałam.

Otwarte przed chwilą bramy niebios zatrzasnęły się z hukiem. Moim krzykiem uzyskałam tyle, że zamiast pleców zobaczyłam front sprawcy mojego nieszczęścia. Na chwilę mnie zamurowało.
Cholera!
Był wysoki, przystojny w taki ciężko samczy sposób i w dodatku brunet. To ostatnie mnie ocuciło.

Od wieków, a właściwie od początków mojego istnienia, bruneci przynosili mi pecha i nie byli mi pisani. Bruneci, to było moje Waterloo i czyste zło w jednym. A przede mną stała w tej chwili kwintesencja wszelkich klęsk.

Może powinnam zachować się inaczej, ale nie zachowałam. Nerwy, stres związany z niemożliwością dostania takiej bzdury, plus brunet. Spięłam się w sobie jeszcze bardziej, zmrużyłam oczy i syknęłam.

– Zachłanność jest szkodliwa. Musiał pan wziąć oba? Nie może zadowolić się Pan jedną figurką?!

Czyste zło spojrzało na mnie kpiąco, aczkolwiek w oku coś mu błysnęło.
Jego wzrok przebiegł po mojej postaci, a gdy spojrzenie zatrzymało się na twarzy, odezwał się ociekającym wręcz słodyczą i wredną uprzejmością głosem.

– Rozumiem, iż mam zareagować w jakiś konkretny sposób?

Aż sapnęłam i ciśnienie skoczyło mi jeszcze bardziej. Byłam zła, sfrustrowana, zmęczona.
Gorzej, miałam ochotę zareagować fizyczną agresją. Strzelić facetowi prosto w twarz, kopnąć go w jaja, albo doskoczyć mu do gardła.
Szanse, że kupię siostrzeńcowi wymarzony prezent równały się zeru, a ten gnojek miał jeszcze niezłą zabawę. Wzięłam głęboki oddech i starając się zapanować nad prymitywną potrzebą zrobienia mu krzywdy, powiedziałam:

– Nie mógłby pan kupić tylko jednej? Bardzo pana proszę. To jest wymarzony prezent, a ja już naprawdę nie wiem gdzie mam tego szukać.

Spodziewałam się wszystkiego tylko nie tekstu:

– A co ja z tego będę miał?

Zdębiałam.
I może bym próbowała go przekonać, w ostateczności przekupić, gdyby ten potwór nie zrobił jednej rzeczy.
Ponownie obrzucił moją postać wymownym spojrzeniem, zatrzymując wzrok dłużej, na wysokości piersi i oznajmił.

– Chyba się dogadamy.

Poczułam się, jakby uderzył mnie w twarz. Gorzej, jakby rozerwał mi ubranie, żeby ocenić towar.
Odwróciłam się i uciekłam ze sklepu biegnąc, jakby gonił mnie sam diabeł. Nawet nie pamiętam jak dotarłam do samochodu, czy ktoś za mną wybiegł, albo coś do mnie krzyczał.

Ręce mi drżały, ledwo cokolwiek widziałam przez łzy.
Najszybciej jak mogłam wsiadłam do środka wozu, przekręciłam kluczyk, ruszyłam ostro i z całej siły przywaliłam w stojący przede mną samochód.
Teraz rozryczałam się na dobre.

Nie dość, że pewnie zrobiłam z siebie kretynkę, to w dodatku rozwaliłam auto. Płakałam spazmatycznie, usiłując złapać powietrze i trzymając dłonie mocno zaciśnięte na kierownicy.

Ktoś otworzył drzwi po stronie kierowcy i męski, ciepły, aczkolwiek przestraszony głos zapytał.

– Czy nic pani nie jest?

Byłam w stanie tylko wykonać przeczący ruch głową.
Nadal ryczałam, nadal nic nie wiedziałam i nie byłam w stanie wydobyć z siebie żadnego słowa.
Ten ktoś odpiął mi pasy, delikatnie odgiął palce tak, bym puściła kierownicę i zmusił, bym wyszła z samochodu.
Ten sam ktoś mocno mnie objął, przytulił i mówił do mnie na tyle długo, że zaczęłam go słuchać.
Mówił, że nikomu nic się nie stało, że wypadki się zdarzają, samochody się naprawi, a najważniejsze, że wszyscy są cali.

Początkowo histeryczny płacz, przeszedł w łkanie i potem w czkawkę. Ciepły głos ponownie wdarł się do mojej głowy.

– Proszę. Już lepiej.
Mając w nosie, jak w tej chwili wyglądam, podniosłam wzrok i napotkałam równie ciepłe spojrzenie. Uspokojona, spojrzałam przytomniej i zdałam sobie sprawę, że trzyma mnie w ramionach naprawdę ciekawy facet, w dodatku szatyn. Potem uzmysłowiłam sobie, że nie dość, że rozwaliłam mu samochód, to w dodatku tkwię w jego ramionach.
Obcego człowieka!

Zesztywniałam i chciałam się odsunąć, ale mężczyzna zareagował błyskawicznie.

– Proszę się nie denerwować. Nie mogłem zostawić tak pięknej kobiety w potrzebie zwłaszcza, że raczej trwale sczepiła pani nasze wozy. Nic, tylko przeznaczenie.

Słysząc co się stało, spojrzałam na bok i jęknęłam. Przód mojego samochodu był dosłownie wbity w bagażnik jego wozu. Byłam trochę rozjechana i nic nie poradzę, że pomyślałam o odwrotnej sytuacji. Gdyby on tak wjechał w mój bagażnik, to rzeczywiście siła wyższa jasno
zakomunikowałaby co należałoby zrobić dalej.
Zachichotałam nerwowo.

Zbłaźniłam się masakrycznie i było mi już wszystko jedno, więc widząc jego zdziwione spojrzenie po prostu przyznałam się, co chodziło mi po głowie.
Idiotą nie był. Zrozumiał, że w ten specyficzny sposób odreagowuję stres i sam zaczął się śmiać. Dopiero po dłuższej chwili i już na spokojnie rozwiązaliśmy sprawę formalnie.

Oświadczenie podpisane, po samochody podjechała pomoc drogowa by sholować je do warsztatów. Smętnie patrzyłam na wysiłki, jakie towarzyszyły najpierw próbie rozdzielenia samochodów, a później wtargania ich na lawety.

Dopadła mnie rzeczywistość. Musiałam jakoś dotrzeć do domu, no i wypadało się mimo wszystko pożegnać.
Już nabierałam oddechu, gdy zostałam wzięta z zaskoczenia.

- Czy wybaczy mi pani, jeśli zaproszę ją na kawę? Tak oryginalnie rozpoczętej znajomości nie można zaprzepaścić.  Powiedziałbym wręcz, że zadziałała siła wyższa i przeznaczenie, a kim ja jestem by ignorować taką interwencję.

Rozbawił mnie i poprawił mi humor.
Nie był nachalny i sama nie wiem, dlaczego się zgodziłam. Pozwoliłam się nawet zaprowadzić.
Ja, która zawsze o wszystkim decydowałam sama.

Spokojna kafejka na uboczu, nie na tyle odosobniona, by wzbudzić mój niepokój, ale wystarczająco, by zapewnić spokój i chwilę wytchnienia, była tym czego potrzebowałam.
Zaskakujące jak wpasował się w moją potrzebę.

– Anna? Cóż za piękne imię. Subtelne.

Obojgu nam widocznie stanął przed oczami widok subtelnie rozbitych samochodów i zaczęliśmy się śmiać.
Zamówiliśmy kawę, oboje gustowaliśmy w mocnym espresso. Nie nauczona wcześniejszym doświadczeniem, biorąc pierwszy łyk, zerknęłam jeszcze raz na dokumenty. A na papierach jak byk widniało: Marek Wipsaniusz.

W sumie do dnia dzisiejszego jest mi przykro za taką, a nie inną reakcję. Widząc oba imiona Marka nie powstrzymałam się i parsknęłam tak, że nie dość, że oblałam siebie, to kawa poszła rozbryzgiem na Marka. Nie mogłam tego tak zostawić.

– Twoje imię – powiedziałam.

Wyraźnie zmarszczył brwi i się wyprostował. Błyskawicznie między nami się ochłodziło.
Musiałam coś dodać. Powiedziałam tylko jedno słowo.

– Julia.

Tym razem w jego oczach pojawiło się zaintrygowanie, połączone z olbrzymim znakiem zapytania. Uśmiechnęłam się i ścierając resztki kawy z dokumentów i telefonu wyjaśniłam:

– Mam na drugie Julia. A co do ciebie, to z takim imieniem powinieneś słyszeć o swoim imienniku. Marcus Vipsanius Agrippa. Plus jego żona, Julia. Rozwiódł się dla niej ze swoją ówczesną małżonką, Marcelą Starszą.

Cisza mnie zaniepokoiła.
Zerknęłam na mojego towarzysza i w panice dodałam.

– Nie, spokojnie. Po prostu mi się skojarzyło. Nie przesadzajmy. Ja tylko rozwaliłam ci samochód.
– Ty zawsze tak masz? – Zaintrygowanie przebijało już nie tylko we wzroku, ale i głosie.

W odpowiedzi pokiwałam smętnie głową.

– Niestety tak. Jest to dosyć uciążliwe, bo zamiast siedzieć nad jakimś tematem chwilę, spędzam nad nim godziny, zagrzebując się w drobiazgach.

I nagle zniknął wcześniejszy dystans, a my pogrążyliśmy się w rozmowie. Nawet nie pamiętałam kiedy przeszliśmy na ty i za cholerę nie wiem jakim cudem zrobił się wtedy wieczór.

Rozmawialiśmy o wszystkim i niczym. Naszą pogawędkę przerwał telefon. Marka.
Widziałam jak zmienia się jego twarz. Z roześmianego człowieka, zmienił się w surowego i zimnego faceta.
Rozmowa trwała krótko. Pojedyncze słowa przeplatane ciszą, wtedy gdy mówiła osoba z drugiej strony.

– Tak. Nie. Nie dam rady. Dojadę do godziny.

Gdy skończył, mimo iż usiłował się uśmiechnąć był już innym człowiekiem. Cokolwiek to było wiedziałam, że na mnie przyszedł już czas. Żegnając się i dziękując za pomoc i rozmowę nie liczyłam na nic więcej. Niezwykłe spotkanie, miło spędzone chwile.
Nawet bardzo miło, ale musiałam myśleć trzeźwo. Już w czasie naszej rozmowy zauważyłam obrączkę na palcu, ale ponieważ w najmniejszym stopniu żadne z nas nie przekraczało granic, to mi to nie przeszkadzało.
Nie było żadnych ukrytych podtekstów czy flirtu, a to, że mój interesujący rozmówca był jednocześnie atrakcyjnym i pociągającym mężczyzną, było taką wisienką na torcie, z tym, że tort tkwił za szybą z napisem “ten facet jest zajęty”.
Mogłam sobie popatrzeć, ale na tym się kończyło.

Prośba z jego strony, by tak niezwykle rozpoczętej znajomości nie urywać, wywołała we mnie
dwa rodzaje odczuć.
Z jednej strony się ucieszyłam, gdyż był naprawdę rewelacyjnym facetem i czułam się w jego towarzystwie po prostu dobrze. Z drugiej jednak, ile można patrzeć na cudzy tort i oprzeć się skosztowaniu?

Późnym wieczorem, biorąc kąpiel i popijając wino, podjęłam kilka postanowień.
Po pierwsze będziemy tylko znajomymi, może i bardzo dobrymi, ale na tym koniec.
Po drugie muszę pamiętać, że torty szkodzą.
Po trzecie, nigdy nie wsiądę za kierownicę samochodu, gdy będę płakać, bo efekty są zabójcze.

Kolejne dni były śmieszne. Zaskakujące, pełne niespodzianek i … śmieszne.
Zaczęło się od porannego sms’a z pytaniem, czy radzę sobie bez samochodu i czy wszystko z ubezpieczeniem załatwiłam bez problemu. Oczywiście od Marka.
Zwątpiłam.

Chcąc być uprzejma, bo w końcu rozwaliłam mu samochód, no i nie dajmy się oszukiwać, facet był super odpowiedziałam, że dam radę.
I tak się zaczęło.

Najpierw wiadomości, potem telefony. Po kilku dniach umówiliśmy się na kawę. Z kawy zrobiły się lunche i późne obiady. Nie codziennie, co jakiś czas. To wszystko przeplatane wariactwami.
Raz on mnie ściągnął do klubu znajomego, gdzie mogłam spróbować jak to jest gdy kompletny amator usiłuje grać na saksofonie altowym. Raz ja go namówiłam na kibicowanie mi w zawodach strzeleckich.
Dużo się śmialiśmy, dużo rozmawialiśmy i po kilku tygodniach okazało się, że moje dni są go po prostu pełne.
I było mi… dobrze.

Nieśmiało próbowała się przebić na wierzch jedna myśl: “kobieto, on ma żonę i najprawdopodobniej dzieci! Jak znajduje na to czas, co robi z tobą?”, ale skutecznie ją przytłumiłam.
Nie chciałam tego słuchać. Myśl się jednak przebiła i dotarła niejako z hukiem.

Wyciszyłam dźwięki w komórce, bo moja współpracownica podskakiwała nerwowo, słysząc po raz kolejny sygnał przychodzącej wiadomości. Sprawdzanie co chwilę telefonu doprowadzało ją tak samo do furii, bo w końcu się odezwała:

– Kurwa, weź ty coś z nim zrób bo mnie szlag trafi. Świergolicie jak dwa gołąbki, porzygać się idzie!

Spojrzałam na nią rozbawiona, ale nagle spoważniałam. Myśl się przebiła i trafiła mnie prosto w środek czoła.
Cholera, wpadłam. Rzeczywiście świergolimy.
Gorzej! Tort już nie był za szybą. Przełożyłam go na moją stronę lustra. Nawet nie wiedziałam kiedy.

To co się zaczęło dziać w mojej głowie przypominało mały kocioł. Kilka atakujących mnie na raz myśli.

Facet jest żonaty, traktuje cię jak kumpla, nie rób z siebie idiotki, nie rób z siebie desperatki, zależy ci na tej znajomości.
W końcu doszłam do jednego wniosku.
Marek jest super facetem, któremu nie mogę podłożyć świni. Muszę ograniczyć z nim kontakty, bo jednak za dobrze mi to nie robi, ale nie chcę go stracić jako znajomego. Jedyny sposób, to z nim pogadać, próbować wyjaśnić, że mi ciężko i nie dam tak dalej rady. Facet jest rozsądny i myślący, ale może nie powinnam robić tego w miejscu publicznym.

Wykorzystałam aktualnie istniejące okoliczności. Kilka razy dopytywał się delikatnie o pomoc związaną ze składaniem zamówionych mebli. To może kilka pieczeni na jednym ogniu?
Zaproszę go do siebie do domu, na jedzenie połączone z rozrywką w postaci składania zakupionych mebli.
Wilk syty i owca cała. Nie będzie mi głupio, bo powód szlachetny, a przy okazji będę mogła z nim pogadać.

Mała dygresja.
Jak to zwykle bywa, człowiek chce, a nie za bardzo mu wychodzi.
Ponad tydzień temu kupiłam wreszcie wymarzone łóżko i szafki do sypialni. Skończyło się na wtarganiu wszystkiego do środka, złożeniu w salonie desek, a materaca w sypialni i na tym nastąpił koniec. Bynajmniej nie brak umiejętności, a wrodzone lenistwo spowodowało, że wszystko tkwiło nadal w paczkach. Za wyjątkiem materaca. Ten był użytkowany zgodnie z przeznaczeniem.

Mieszkałam sama, nikomu ten sajgon nie przeszkadzał, za wyjątkiem Marka, który dopytywał się o skręcenie mebli, jakby od tego zależał los ludzkości. Nie mógł zrozumieć dlaczego wykręcam się i nie chcę przyjąć jego pomocy, skoro te meble są cały czas w rozsypce.
Przy poruszaniu przez niego tego tematu unikałam słów “bo mi się nie chciało tego ruszyć, ale sama umiem”, tylko chwytałam się wszelkich możliwych wykrętów.

Mój telefon z prośbą o pomoc w skręceniu mebli i jednocześnie zaproszeniu na dziękczynne jedzenie powitał jak informację o wygranej w lotto. W sumie nic dziwnego, że piął do tego cholernego jedzenia i uparł się jak baran, że nic nie odwołujemy. W perspektywie miał zabawę ze śrubkami i płytami. Hmmm…

Kontynuowałam spokojnie jazdę w korku, będąc już pewna, że się jednak spóźnię i to solidnie.
Byliśmy luźno umówieni około 18:00. Pod dom zajechałam około 20:00. Byłam już przekonana, że mam towarzystwo z głowy, więc na widok lekko poirytowanego Marka zdębiałam. Chyba się wkurzył trochę bardziej niż trochę, bo gdy wysiadałam nie wytrzymał.

– Na żadną kobietę tyle nie czekałem. – Nawet mnie nie zdenerwował.

Z uśmiechem odpowiedziałam.

– Nie jestem każda. Poza tym uprzedzałam, że się spóźnię. Jak się denerwowałeś, trzeba było zadzwonić. – Raczej go nie rozbawiłam.
– Próbowałem. Masz wyłączony telefon. Poza tym „spóźnię” nie oznacza, że będziesz ponad dwie godziny później!

Cholera. Całkiem możliwe. Dałam się namówić na jakiś smartszajs i minimalny brak koordynacji skutkował m.in. wyłączeniem tego ustrojstwa, o innych komplikacjach nie mówiąc.

Zrobiło mi się trochę głupio, ale nie zamierzałam przepraszać.
Proponowałam odłożenie tego w czasie, on się uparł jak osioł i ma za swoje.

– Marek, chodź na górę. Opieprzysz mnie w środku.

Zamiast przy składaniu mebli, wylądowaliśmy w kuchni przy gorącej herbacie. Nie odzywałam się. W sumie nie wiem dlaczego. Chociaż nie, wiedziałam. Pierwszy raz był w stosunku do mnie taki opryskliwy. On siedział ze swoją herbatą. Ja kubek odstawiłam na stół.
Byłam cicho. Nie miałam ochoty nic mówić.

Nagle Marek z hukiem wstał i po chwili zostałam siłą podniesiona z krzesła.
Z niedowierzaniem patrzyłam prosto w pełne emocji oczy i mną najzwyczajniej w świecie trzęsło, gdy czułam jego mocny uścisk.
– Do jasnej cholery. Już widziałem cię wbitą tym twoim złomem w jakiś słup. Martwiłem się kretynko!

Próbowałam się wysunąć z jego ramion.
Nie dlatego, że mnie przestraszył.
Był po prostu za blisko, było mi za gorąco, nie mogłam zapanować nad oddechem i bałam się, że on to zauważy.

** ** ** ** ** ** ** **

Geometria – część II (Monika)

 

Polubienia 14
Wyświetlenia 2305

Podobne wpisy:

  • Sandra Ol

    Ale to już było kiedyś?

    • Ależ oczywiście, że tak – tylko, że zmieniło miejsce zamieszkania.
      To ta niespodzianka szykowana we współpracy z MikaKamaka i MarekDopra. Nie chcieliśmy by opowiadanie zniknęło – znalazło miejsce u mnie.

      • Sylwia

        Kiedyś chyba się inaczej nazywało :) Dopiero w połowie się zorientowałam, ze juz to kiedyś czytałam :)

        • Absolutnie nie :)
          Geometria.
          Ja tylko do każdej części dodaję po myślniku bohatera, którego oczami jest widziana i przedstawiona dana część.

        • Sylwia!
          Jednak miałaś rację! Zwracam honor.

          „Geometria na trzy”. Ale wewnętrznie cały czas posługiwaliśmy się „Geo” i tak mi utkwiło, że zostało.
          I nie chce być inaczej.

  • Styna

    Witaj Aniu:)
    Mam nadzieję, że z Twoim zdrówkiem już lepiej… Ja tez ostatnio byłam pod nożem (na szczęście trafiłam na Lutyckiej na bardzo dobry personel :)), ale już kończy się czas rekonwalescencji i od poniedziałku wracam do pracy :(. Czas odpoczynku i regeneracji minął przeplatany lenistwem połączonym z czytaniem moich ulubionych autorek…. ;) DZIĘKI !!!
    Co do tego opowiadania jestem ciekawa czy zostawisz tu tylko swoją wersję, czy też ciąg dalszy pisany wraz z Miką i Markiem? (Nie)cierpliwie czekam na kontynuację….

    Szybkiego powrotu do pełni sił Ci życzę:)

    Pozdrawiam :)

    • Styna. Dzięki za pytanie i życzenia – niestety ostatnio odporność mi siadła strasznie.
      Korzystając z okazji się spytam – ma ktokolwiek domowe sposoby na przeziębienie (mocny kaszel, katar, gorączka)? Tłukę się od połowy grudnia z tym cholerstwem. Dodatkowych antybiotyków już nie mogę brać – bo jednak nie tylko od tego padam.

      A co do Geometrii ….. jakże bym śmiała sama.Z błogosławieństwem pozostałej dwójki autorów wrzucę również ich teksty.
      Nie wiem czy pamiętacie, ale historia nie została jeszcze dopowiedziana do końca :)

      • Styna

        Wysłałam Ci wiadomość na maila…

        Co do Geometrii – tak pamiętam, że opowiadanie jest w zawieszeniu, więc, jak już pisałam, (NIE)cierpliwie czekam na ciąg dalszy…. ;)

  • Wciągnęłam się!

  • No to teraz czekam na ciag dalszy.
    Swietne pioro!

    • Dziękuję. Ten tekst jest o tyle nietypowy, że pisany przez trzy osoby.
      Było i nadal jest trudno – ale mam do niego sentyment.

    • Merci beaucoup

  • skończyłam na GripexMax .. nie ma to jak postanowienia,

    • Sylwia

      Jeśli chodzi o katar, to polecam sól mocno rozgrzać na patelni, wsypać do skarpety, zawiązać i położyć sobie na czole i trochę poleżec. U mnie w domu bardzo pomaga na zatoki i po dwóch -trzech takich okladach zazwyczaj przechodzi :) Zdrówka

      • Już ciągnę na Gripexie – w aptece zapomniałam co miałam kupić (bez komentarza).
        Zaraz do dentysty zasuwam na kolejne cięcie. W następnym tygodniu kolejny wyjazd i muszę w tempie się doprowadzić do stanu względnej używalności.
        Problem polega na tym, że to przeziębienie z gruźliczym kaszlem ciągnie mi się od połowy grudnia. Raz lepiej, raz gorzej – w zeszłym tygodniu było lepiej, ale wyjechałam i jak wróciłam to … tadam … płuca wypluwam.
        Spróbuję!
        Dziękuję z aporady

  • Kinga C

    Świetne opowiadanie! :)

  • Super tekst.

  • Świetny tekst, bardzo wciągający. Jestem tu po raz pierwszy i na pewno nie ostatni ;) Czekam na cd.

  • Wciąga :-)
    Fajny pomysł, tytuł intrygujący, trochę skojarzeń z Chmielewską :-)
    Z przyjemnością przeczytam ciąg dalszy.
    Jeśli miałabym się czepiać, to jest trochę błędów – ale nie przeszkadzają jakoś bardzo w czytaniu (niestety ja tak mam, że wyłapuję, szczególnie u innych ;-)). I stylistycznie trochę niespójne, ale to, jak rozumiem, dlatego, że każdy pisał swój fragment?
    Teraz zabieram się za Paradoks :-)

    • Dzięki Magda za opinię.
      Co do błędów – wiem. Czytając po raz kolejny za każdym razem wyłapuję kolejne.
      Staram się nad tym pracować, ale jestem najdoskonalszym potwierdzeniem, że dobrymi chęciami to piekło jest wybrukowane.
      Ale gdzie niespójność? :)

      • Ta niespójność to moje czepialstwo (miała być jakaś krytyka ;-) ). Np. do stłuczki jakby lepiej napisane, potem kawałek (mniej więcej do kawy) inaczej… Ale podkreślam, czepiam się :-).
        A przy okazji – przy Paradoksie powinnaś napisać wielką czcionką „UWAGA, WCIĄGA!”. Załatwiłaś mi wieczór, może i nockę…
        Myślałaś o wydaniu? Albo chociaż w pdf powinnaś wrzucić (do ściągnięcia za drobną opłatą :-)). Fajnie byłoby móc wrzucić w całości na czytnik :-)

        • Hm ..”Geo I” w całości przeze mnie – niespójność musi być więc subiektywnym odczuciem, a za to już nie odpowiadam. W Geometrii za każdą jedną część odpowiada inny autor. Zresztą sama zauważysz przy kolejnych wpisach.

          A co do „wciąga” to chyba każdy z tekstów znajduje (na moje szczęście) swoich zwolenników.
          Czytaj, czytaj :) Jutro niedziela – mam przez to mniejsze wyrzuty sumienia.

  • Pingback: Opowiadania erotyczne | Geometria II | Skrywane Pragnienia()

  • Lucy

    Fajnie tu jest.