Geometria II – Monika

 

Opowiadanie, które niektórzy z Was już czytali – tworzone przez trójkę autorów: Mikę Kamaka, Marka Doprę i Annę Valetta.
Nie chcieliśmy by zniknęło i dlatego znalazło miejsce tutaj.

Autor części II: Mika Kamaka

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

 

Nienawidzę swojego życia!
Może byłoby i znośniejsze, gdybym mogła wieść je samotne, ale jestem niestety mężatką…

Pewnego dnia zapragnęłam awansu, a co za tym szło? Przeprowadzka oczywiście!
Zmiana miejsca zamieszkania z małej mieściny, na metropolię. Przynajmniej taką mi się wydawała być w tamtych czasach Warszawa.
Wszystko jaśniało setkami lamp, błyszczało metalem i lśniło szkłem. Inne zapachy, szum aut i głosów ludzkich. Egzotyka i odmiana.

Firma wiedziała, co zrobić, by taki narybek, jak ja, przyciągnąć, usidlić i oczarować… omamić.
Szansa na wysokie zarobki, mieszkanie służbowe o wysokim standardzie, ale jak to w życiu bywa, zostały postawione warunki.

Ustabilizowana sytuacja życiowa, a co za tym idzie, małżeństwo.
Brak nałogów, nienaganne prowadzenie się i karta do firmowego multipleksu rekreacyjnego, z którego byliśmy rozliczani.
Musiałam pięć razy w tygodniu katować się w siłowni, na basenie, lub innych zajęciach zorganizowanych przez trenerów, pracujących oczywiście dla naszej firmy. Pełen monitoring inwestycji w pracownika.
Przynajmniej raz w tygodniu robiono nam test trzeźwości w pracy i świadkiem byłam, gdy kolega po imprezowej środzie, wykazał zawartość jakichś tam oparów we krwi. To była krótka piłka. Wypowiedzenie w trybie natychmiastowym z wilczym biletem, który jak smród, ciągnie się za nim pewnie do dziś. Zerowe szanse na porządne stanowisko w konkretnej firmie, na lata.
Nie piłam więc alkoholu praktycznie wcale, gdyż w sobotę odsypiałam pięć dziesięciogodzinnych dniówek na maksymalnych obrotach, a po odespaniu kończyłam przyniesioną do domu pracę. W niedzielę nie tykałam nawet piwa, bo w poniedziałek mógł być test.
I tak to leciało.
Uprawiałam sport, jak szalona i podwiązałam sobie jajniki.
Posiadanie potomstwa przeszkadzało firmie do tego stopnia, że kobiety w momencie podpisywania umowy o pracę, musiały podpisać równocześnie wniosek o rozwiązanie jej, z powodu niemożności wykonywania swoich obowiązków z przyczyn zdrowotnych, związanych z zajściem w ciążę.
Takie zabezpieczenie dla firmy na wypadek zajścia, oczywiście z pustym polem w miejscu daty napisania wniosku.
Coś za coś, wiem…

Czy brakowało mi dzieci?
Może czasem coś zakuło, zabolało w sercu na widok kobiet tulących zawiniątka z dziećmi, ale ponieważ zazwyczaj w chwilę później widziałam rozwrzeszczane bachory, szarpiące swoje matki za rękaw, lub te ostatnie łające je słownie i bez krępacji obserwatorami sceny przez postronnych, ból w sercu ustawał i wracałam do trybu niezależności i samowystarczalności.
Samowystarczalność…

Marek, mój małżonek…
Wypatrzyłam go w jakiejś kawiarni tuż po tym, jak odwiedziłam stolicę. Zakochałam się w mieście i zapragnęłam majaczącego mi coraz wyraźniej stanowiska. Nie zakochałam się jednak w Marku, tylko najzwyczajniej w świecie go zapragnęłam.
Przystojny, spokojny…

W moim domu od zawsze panował harmider i chaos.
Ojciec alkoholik, matka choleryczka i trójka rodzeństwa. Tłok, bałagan, bieda i głód. Może jeszcze ziąb w momencie, gdy za oknem zaczynała się chłodna pora roku. Ojciec chlał, więc nie zawracał sobie głowy takimi bzdetami, jak zorganizowanie opału. Jego grzała gorzała.
Za sprawą tej pracy wszystko miało się zmienić. Mogłam się wyrwać z bagna i lata nauki języków obcych, śrubowania wymagań w nauce wobec samej siebie i wyrzekanie się typowych dla młodzieży w moim wieku rozrywek, miały przynieść wymierny skutek.
Miały przenieść mnie w szczęśliwość…
Byłabym szczęśliwa, gdybym mogła żyć samotnie, lecz musiałam zalegalizować swój niesamotny stan urzędowo.

Wzięłam szybki ślub, na który nie zaprosiłam nawet rodziny, lecz wynagrodziłam im to tłustym przekazem pocztowym. Reklamacji i narzekania nie było. Była mamona.
Dostałam pracę, mieszkanie i pensję, o jakiej większość marzy. Stać mnie było na bardzo wiele, lecz pojawiła się w cudownym obrazie szczęśliwości rysa i imię jej było Marek…

Marek pragnął stworzyć prawdziwą rodzinę i prawdziwość naszemu związkowi odbierał brak potomstwa. Nie przyjmował do wiadomości faktu, że jeśli zajdę w ciążę, nasz stan posiadania spadnie na łeb i szyję, że stracę pracę. Powtarzał, że utrzyma nas ze swojej pensji, ale co to za życie, gdy musisz przeliczać pieniądze na wakacyjny wyjazd i rezygnować z poznania egzotycznych miejsc, na rzecz domku w górach?!
To nie dla mnie!
Nie nadaję się do sprzątania, pichcenia i wszystkich tych przyziemności. Wolę zasuwać w pracy, jak wół, wysilać maksymalnie zwoje mózgowe, a po pracy pot z ciała, ale gdy chcę wyjechać w egzotyczne miejsce, to nie muszę się zastanawiać i przeliczać pieniędzy.
Ja po prostu wybieram miejsce, bukuję je i jadę, a raczej lecę.
Po pracy mam czas odprężenia, relaksu i pełnej obsługi moich potrzeb i tylko Marek nie potrafi się tym cieszyć.
On chciałby jechać na odludzie, do chatki na szczycie góry, gdzie nie ma ludzi i tylko naturę słychać. Ja miałabym w tym scenariuszu pełnić rolę kucharki, kochanki i jeszcze powinnam radośnie przyjmować wszelkie okoliczności.
Niedoczekanie!

Zarabiam, więc chcę zarobione pieniądze móc wydać na przyjemności. Taka rekompensata zapierdolu w codzienności.
Haruję jak wół, więc żądam wypoczynku absolutnego. Wyrzekam się w codzienności potrzeb, więc gdy nadchodzi czas konsumowania, to chcę konsumować tak bardzo, by mi wyszło uszami i nosem nawet! Mam rzygać luksusem! Kompletne zaspokojenie moich potrzeb i tylko Marek jawi się tą właśnie rysą…

- Powiedz mi, po co ci wszystkie te Majorki, Malediwy i inne równie sztuczne miejsca, w których kasa napędza obsługę hotelową? – Patrzył na mnie z przejęciem, zadając irytujące pytanie. – Przecież tam tylko o szmal chodzi. Zero poznania miejsca i jego naturalności, tylko hajs!
- Na ten hajs haruję codziennie! – mawiałam zazwyczaj, gotując się w środku. – Po to go zarabiam, by móc wydać i znaleźć się w bezobsługowym i bajkowym miejscu! Nie będę ci w chacie zupek gotować i udawać radości z tego powodu! Nie lubię gotować, zmywać, sprzątać i po to właśnie zatrudniam Krychę. Ona jest od tego, bo godzi się na to. Ja pracuję głową, a mięśnie ćwiczę dla przyjemności. – Prawie krzyczałam, tak się wkurzyłam jego słowami i brakiem zrozumienia. – Chcesz jechać na jakieś zadupie? Jedź! Ja z zadupia pochodzę i nie zamierzam na nie wracać. Żadna to dla mnie przyjemność. Możemy spędzać wakacje osobno. Ty na swoim zadupiu, ja w luksusowym kurorcie.
- Pasi?
- Pasi!

Tak się zaczęła destrukcja czegoś, co dotąd uważaliśmy za małżeństwo.
Ja pojechałam na tydzień na Malediwy, on wynajął jakiś domek w Sobolówce w górach, gdzie nawet telefon zasięgu nie ma.
Chciał tak i miał. Ja wolałam biały piasek, błękitną wodę i drinki podawane przez uśmiechniętych kelnerów.

Leżałam na białym leżaku, w białym stroju kąpielowym i opalałam swoje jeszcze białe ciało na czekoladowy kolor, gdy wzrok mój przykuł mężczyzna. Nie mógł należeć do obsługi hotelowej, gdyż ta ostatnia biegała wokół niego, jak obsługa biegać powinna. Tyle, że w przyspieszonym tempie.
Czekoladowe oczy, czekoladowe włosy i czekoladowa skóra. Ciekawe, jakiego ma…
Cholera! Kiedy ja ostatni raz tak pomyślałam?!

Pomyślałam tak ostatnio, gdy wypatrzyłam Marka z kubkiem latte przy ustach i jego językiem sunącym po górnej wardze. Zlizywał piankę, a ja pomyślałam lubieżnie o innym umiejscowieniu tego języka. Po języku przyszło wyobrażenie innych organów stykających się z ustami i obojętnym mi było, czyje to będą usta i na którym organie. Moje na nim, jego na mnie.
Chciałam go posiąść i to pragnienie wybiło się na plan pierwszy.
Posiadłam.

Pierwsze miesiące były, jak bajka.
Gorący seks i zachłanne połykanie atomów siebie nawzajem. Bezsenne noce przegadane i przetarte tarciem skóry o skórę, wymiana soków. Nie obawiałam się ciąży, była zabezpieczona, wiedziałam co robię i jaki cel chcę osiągnąć.
Cel był jasny, ale niestety wyłącznie dla mnie. Parłam do przodu, lecz napotkałam hamulec.
Hamulcem był Marek i nie chciał ustąpić przed moim pragnieniem rozwoju. On potrzebował kobiety bez ambicji zawodowych, kobiety kokoty.
Nie jestem kokotą. Pragnę samorozwoju i muszę poznawać!

Czekoladowy facet obserwował mnie bez skrępowania, a ja po raz pierwszy od lat poczułam się równie nieskrępowana, co jego czekolada w oczach. Wiedząc, że nie widzi moich oczu osłoniętych okularami słonecznymi, sięgnęłam do zapięcia stanika, pozwalając kawałkom materiału ześliznąć się po brzuchu.
Byłam teraz zwyczajnie opalającą się toples kobietą. Przez głowę przemknęły mi rzeczy, które na początku związku robił ze mną Marek. Zanim uwięziły nas wzajemne zarzuty, nim nastała oziębłość.
Wtedy potrafił zagrać na moim ciele, jak na harmonii.
Sutki stwardniały na te obrazki i bezwiednie zacisnęłam dłoń na piersi.
Głupia! Nie rób tak, bo prowokujesz!
Sięgnęłam po balsam, wycisnęłam go na dłoń i roztarłam powolnym ruchem, po odsłoniętej właśnie części ciała, nie spuszczając zakamuflowanego przyciemnionymi szkłami wzroku, z intrygującego moje podbrzusze czekoladowego faceta.
Chciałam go posiąść i to pragnienie wybiło się na plan pierwszy.

 

** ** ** ** ** ** ** **

Geometria – część I (Anna)

Geometria – część III (Marek)

Polubienia 6
Wyświetlenia 1623

Podobne wpisy: