Montana I

 

Paradoks na ukończeniu – czas na coś nowego.
Mam nadzieję, że Montana przypadnie Wam również do gustu.
Jest to moje drugie (po Diable) ukochane opowiadanie – zwłaszcza, że jest jego kontynuacją (w tej blogowej wersji).
Przypominam Wam dzisiaj pierwszą część.
W sam raz na wieczorną lekturę ze śniegiem szalejącym na zewnątrz. Wczujecie się w atmosferę!
Miłego wieczoru i do … jutra.

 

*  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *  *

Upłynęło tyle czasu i byłam pewna, że już uwolniłam się od demonów. Myliłam się. Nocny lot, monotonny dźwięk silników, szmer toczących się pojedynczych rozmów i przeszłość mnie dogoniła. Przymknęłam powieki i znowu zobaczyłam jego oczy. Wściekłe, pełne furii i niewypowiedzianej głosem groźby.

- Wystarczy! – Z hukiem zamknęłam trzymany w dłoniach notes.

To już koniec!

Nic co było już nie istnieje i nie ma do czego wracać.  Nic z przeszłości mnie nie dopadnie.

 

Zwabiona dziwnym hałasem stewardessa przydała się o tyle, że po chwili mogłam cieszyć się kieliszkiem wina.

Kolejnym.

Wzruszyłam ramionami. I co z tego? Mogłam robić, co chciałam. Co prawda pijana jeszcze nie byłam, ale prowadzić samochodu również nie zamierzałam.

 

Przy haśle „prowadzenie samochodu” moje myśli pobiegły o krok dalej – w stronę tego, co czeka mnie na lotnisku. A dokładniej, kto czeka na mnie na lotnisku. Rudy, energiczny anioł o imieniu Denise.
Wypiłam do końca wino i otworzyłam zamknięty dosyć spektakularnie notes.

Wszystkie widniejące w nim zapiski i informacje odnosiły się do jednej rzeczy – mojego nowego życia.

Sama nie wiedziałam, dlaczego wybrałam Stany Zjednoczone. Czysty przypadek? Zresztą moim życiem ostatnio rządził tylko on. Przypadkowo otwarta oferta sprzedaży nieruchomości w Montanie. Olbrzymia posiadłość, w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia. To w połączeniu z informacjami od prawnika mogło skutkować tylko jednym. Tym, że siedziałam w samolocie lecąc do mojego nowego domu.

Do miejsca, w którym nikt mnie nie znał, nikt o mnie nie słyszał i nikt nie będzie się mną interesował.

Innymi słowami – Bozeman odpowiadało idealnie moim zamiarom.
Ktoś nade mną czuwał. Agentka nieruchomości prowadząca sprzedaż okazała się nie tyle pomocna, co wręcz niezastąpiona. Po kilku minutach rozmowy obie miałyśmy wrażenie, jakbyśmy się znały nie od kilku minut, ale od kilku lat. Gdy okazało się, że w sumie to będziemy „prawie” sąsiadkami, obie zgodnie doszłyśmy do wniosku, że będziemy kontynuować tą znajomość na gruncie prywatnym.
Nie wiem, jakie korzyści odniosła z tego ona, ja zyskałam myślącą i nastawioną pozytywnie do życia koleżanką.
Może to szósty zmysł, a może po prostu zwykła kobieca intuicja spowodowały, że nie zadawała pytań tylko wzięła sprawy w swoje ręce. Tym sposobem nawet nie wiedząc, kiedy miałam zorganizowane wszystko – od przesyłki moich rzeczy, po samą podróż.
Z typowym dla Amerykanów entuzjazmem zajęła się wszystkim. A ja obserwowałam to, lekko ogłuszona tempem jej działań.

Ocknęłam się w miarę, w czasie ostatniego etapu mojej podróży – lotu z Denver do Billings. Podarowałam sobie pytanie, dlaczego do licha nie lecę bezpośrednio do Bozeman, ale już się nauczyłam, że skoro Denise mówi, że coś „tak ma być”, to oznacza to ni mniej ni więcej, że „tak ma być”.
Uparłam się tylko przy jednej rzeczy.  Dom widziałam tylko na zdjęciach i oprócz mebli w kuchni, nie było w nim nic.

Z jednym wyjątkiem.

Czekał już tam na mnie mój Steinway.

Znowu przymknęłam powieki i w myślach cofnęłam się do chwili, gdy na nim grałam.

Tym razem do pionu ustawił mnie wstrząs.
Schodziliśmy do lądowania.
To był ostatni lot z Denver – tuż przed północą.

Odprawy praktycznie nie było. Zabrałam swoje bagaże i wpadłam w objęcia Denise.
Czy się bałam? Byłam przerażona. Nie wiedziałam, co mnie czeka, nie byłam pewna czy podjęłam dobrą decyzję. W sumie żałowałam jej coraz częściej.
I w to wszystko władował się rudowłosy i uśmiechnięty chochlik. Swoją energią i optymizmem obdzieliłaby cały stan, a nie tylko mnie.

Nawet nie próbowałam się odezwać. Pewnie i tak by mi nie pozwoliła dojść do słowa. Jej uśmiech roztopiłby górę lodową. Z drugiej strony, co za zęby. Białe i egzemplarz wręcz wystawowy. Ale oni chyba wszyscy tak tutaj mają. Rozpaczliwie chwytałam się takich drobiazgów i głupot, by nie myśleć o czymś innym.
Dostałam kuksańca w bok.

- Trochę tego za dużo na raz, co? – Słysząc te słowa, po raz pierwszy od dawna szczerze się uśmiechnęłam. Ale nic nie odpowiedziałam.

Denise, niezrażona milczeniem z mojej strony kontynuowała.

- Odebraniem z lotniska się nie przejmuj. Ja tak czy inaczej bym Ci pomogła. Myślałam, żeby przyjechać twoim samochodem, ale mam do przewiezienia prezent dla George’a i trochę bym za bardzo musiała kombinować.

Odetchnęłam z ulgą. Jej samochód, czyli ona prowadzi. Nie czułam się pijana, ale jednak trochę procentów w sobie miałam. Pomijam padający z coraz większym natężeniem śnieg.

- Zresztą zobaczysz sama. -  Nie wiem, co miałam zobaczyć, bo nie dałam rady wbić się w jej monolog. Ale zaczęłam jej słuchać uważniej.

 

I trochę zbladłam.

Nie do końca tak to miało wyglądać.

 

Anonimowy nabywca rancza był tematem numer jeden wśród lokalnych plotkarzy. Zaczęto przyjmować zakłady, kto to może być, a najwięcej zamieszania wprowadził nie samochód, a fortepian.

Na hasło ‚fortepian’ podniosłam brew do góry, ale Denise tylko wzruszyła ramionami i kontynuowała.

- Nawet się nie pytaj. To są potwory. Transport załatwiłam aż z Denver, żeby nic nie wypłynęło i nawet to nie zdało egzaminu. Mój małżonek (dygresja – tak to George od tego prezentu) robi już podchody jak pięciolatek. Kim jest kupiec, a co lubi, a czy sprowadza się cała rodzina? Mówię ci, dramat! Na szczęście wszystko trzymam w sejfie, bo inaczej miałabym wątpliwości czy nie przekupili go, żeby przeszukał mi papiery.

Machnęłam ręką na fortepian, bo zaciekawiło mnie coś innego.

- Co jest złego w samochodzie?

- Jak to co?! – Spojrzałam z podziwem, bo jej ekspresja w wyrażaniu emocji była wprost imponująca. -  Załatwiłam to co chciałaś! I wszystkie panny na wydaniu szykują się już na błysk, żeby zaprezentować się temu niesamowitemu facetowi, który się zjawi. – Zaczęłam się śmiać.

- Dlaczego facetowi? – Denise dla odmiany się obruszyła.

- No cóż, kochanie. Żadna kobieta o zdrowych zmysłach nie wprowadziłaby się do całkowicie pustego olbrzymiego rancza. W dodatku co, jak co, ale kobiety u nas nie wybierają forda rangera jako samochodu do codziennego użytku. – Westchnęłam ciężko. Zadałam jeszcze ostatnie pytanie, ale pod skórą czułam, że odpowiedź mi się nie spodoba.
- Dlaczego kazałaś mi zmienić lot? – Teraz dla odmiany westchnęła Denise.
- Żebyś miała, chociaż chwilę spokoju. Gdybyś przyleciała do Bozeman, pół miasteczka by cię dopadło na lotnisku.

 

Zamiast znaleźć ciszę, wywołałam zamieszanie. A ja chciałam, żeby było tak spokojnie i zwyczajnie. I dlatego wybrałam to miejsce.

Co ja narobiłam? Znowu jedno chciałam, a drugie wyszło.

I w tym momencie po raz kolejny dostałam z łokcia.
- Oj, nie martw się. – Skąd ona wiedziała, co mi chodzi po głowie? – To są naprawdę bardzo życzliwi i mili ludzie, tylko im się nudzi. A jak im się nudzi to na siłę szukają sensacje. Chyba ostatnio nic aż tak dziwnego się u nas nie wydarzyło, wiec sama rozumiesz.

Spojrzałam na nią nadal trochę ogłuszona tym natłokiem informacji. Może rzeczywiście nie będzie tak źle? Sięgnęłam ręką do tyłu usiłując wymacać wrzuconą tam przez Denise moją torebkę. Torebki nie namacałam, za to moja dłoń dotknęła czegoś dużego, twardego i pokrytego sierścią.

Nie wrzasnęłam tylko dlatego, że odebrało mi głos. Za ręką podążyła głowa i świetle przejeżdżającej obok ciężarówki ujrzałam olbrzymi spreparowany łeb.

Łosia.

I tak dowiedziałam się, co George dostanie w prezencie urodzinowym.

 

Słuchając jednym uchem Denise, przypominałam sobie wszystkie wariactwa, z jakimi zetknęłam się w czasie ostatniego pobytu w Stanach.

I nagle okazało się, ze dojeżdżamy na miejsce.

Jakim cudem tak szybko?

A potem spojrzałam uważniej i zakochałam się po raz drugi.

 

Zdjęcia, opis nie oddawały nawet w drobnym procencie duszy tego miejsca. Kompletne ciemności nie pozwoliły obejrzeć wszystkiego, ale spowity i otoczony śniegiem budynek wyglądał magicznie.

Bagaże wylądowały w środku, a Denise była ze mną tylko przez chwilę, pokazując główne zawory, bezpieczniki i kotłownię. Dała mi jeszcze jakieś papiery i już jej nie było. Spojrzałam na trzymane w ręku instrukcje obsługi, w tym widzianego przed chwilą pieca.

Wzruszyłam ramionami odłożyłam wszystko na wyspę w kuchni. Nawet jakbym chciała to nie ogarnęłabym tego technicznego języka. Będę się później martwić jak coś wysiądzie.

Rozejrzałam się dookoła. Moje walizki stojące w kompletnie pustym holu wyglądały dziwnie. Dom był olbrzymi, a panująca w nim pustka tylko potęgowała to wrażenie. Jedynym meblem- o ile tak to można nazwać, był stojący w olbrzymim salonie fortepian.
Powoli zaczęłam krążyć, oglądając poszczególne pomieszczenia. Runda po domu skończyła się wytypowaniem na piętrze kandydata na główną sypialnię i garderobę.
W trakcie tej wędrówki odkryłam kilka rzeczy.

Po pierwsze Denise – pomimo moich próśb, by nic nie kupować, jednak coś kupiła. Materac i pościel na piętrze, w kuchni kilka sprzętów plus podstawowe zakupy spożywcze. Zaczęłam się śmiać, gdy wśród nich zobaczyłam kilka butelek wina. Dobrałyśmy się jak dwa ziarnka. Zataszczyłam walizki na piętro do mojej niby garderoby i przeciągnęłam do niej materac. Dopóki się nie urządzę chaos organizacyjno-techniczny wolałam mieć w jednym pokoju. Potem prysznic i już ubrana na luzie, zeszłam na dół.
Po drugie nie zdawałam sobie sprawy, że będzie aż tak dziwnie. To ‘dziwnie’ spowodowane było olbrzymimi oknami, będącymi praktycznie wszędzie. Niby nic. Gorzej jednak, że za nimi nie było widać nic. Ciemność.
Nie zdawałam sobie z tego sprawy, ale czułam się jak na scenie. Nikogo nie widziałam na zewnątrz, ale każdy mógł zobaczyć mnie.
Po chwili popukałam się w czoło.

Głupia!

Dom położony jest na środku olbrzymiego rancha. A własność prywatna to dla każdego w Stanach świętość. Nikt się nie właduje na obcy teren, bo zarobi w majestacie prawa kulkę.

Natychmiast odpaliłam laptopa i wprowadziłam pierwszą pozycję na liście rzeczy do załatwienia.

Broń!
Może nie czułam się pijana, ale wino zrobiło swoje.

Zrelaksowałam się, ale jednocześnie odechciało mi się spać. Co mi odbiło, że rozpaliłam w kominku? Nie mam pojęcia. Płonący ogień odbijał się w fortepianie. Nie myśląc nic podeszłam do instrumentu. Dotknęłam drewna.
- Zagram Tylko jeden utwór.- Pomyślałam. – Tylko jeden.

Dlaczego wybrałam Etiudę Rewolucyjną Chopin’a?

To nie ja dokonałam wyboru. Palce same dotykały klawiszy i to one zdecydowały.

Po raz pierwszy od dawna miałam czysty umysł. Dałam się ponieść emocjom, muzyce i nie dopuściłam do siebie żadnych myśli.
Mimo, iż skończyłam grać, nadal siedziałam przy fortepianie i wpatrywałam się w płomienie.

I w tym momencie poczułam przebiegające wzdłuż kręgosłupa igiełki i ogarniający mnie strach.

 

Czułam, po prostu czułam, że ktoś mnie obserwuje.

 

 

** ** ** ** ** ** ** **

Montana – część II

 

 

Polubienia 59
Wyświetlenia 4304

Podobne wpisy:

  • Widzisz?
    A! I dumna jestem z Ciebie ;-) Dawaj dalej!

  • ania s

    Codziennie Cie nawiedzalam a dzis taka niespodzianka. Dziekuje zwlaszcza ze czekalam na to opowiadanie, ciesze sie ze udalo Ci sie cos napisac, zapowiada sie ciekawie:) pozdrawiam

    • Dziękuję. Tym bardziej, że to kontynuacja Diabła. Ta nie książkowa.
      Muszę dopisać ze dwie strony i wrzucę wkrótce łącznik pomiędzy Diabłem i
      Montaną. Póki co możesz poszaleć z wyobraźnią zastanawiając się nad tym co się stało

      • ania s

        Zaintrygowalas mnie, przeczytalam jeszcze raz zwracajac wieksza uwage na szczegoly ktore wczesniej mi umknely i faktycznie, chyba masz racje;p
        Z tym wieksza ciekawoscia bede sledzila to opowiadanie (o ile jest to mozliwe:)

      • Weronika A.

        Jak myślę to, co myślę i Ty też to wymyśliłaś to nie czytam „Montany” ;)

        • Nawet jeśli się nie mylisz i dobrze myślisz, że wymyśliłam to o czym Ty myślisz, że wymyśliłam (chyba się tu gdzieś zgubiłam .. wybacz) .. to Montana jest warta czytania :)

        • Ha! A jednak nie :)

      • anonim

        Książkowa ? Chyba o czymś nie wiem. >:

  • Chłopiec z gitarą byłby dla niej parą? ;) Już nie mogę się doczekać aż mnie „wgniecie” dalsza część. Pozdrawiam

    • Dorwalas się do moich tekstów, że wiesz? :D

      • Heh, czytając mój mózg klimatycznie w tło wkleił jej takiego faceta, piosenka się sama nawinęła i tak jakoś wszystko wydało się na miejscu ;).

  • Lena

    Uff zapowiada się interesująco. Dziękuję i czekam na więcej:-)

  • Aleksandra

    To naprawdę kontynuacja Diabła? Jeżeli tak to ja chyba pominęłam jakiś istotny wpis kiedy podawałaś to do informacji czytelnikom.

    • Hej. Najpierw planowalam napisac „lacznik” – wersja Diabła beta (patrz: mój komentarz wyżej ). Ale teraz całkiem możliwe, że wplotę to w Montanę. Na pewno się dowiecie jaki był bieg wydarzeń.

  • GL

    Nie mogę się doczekać ciagu dalszego.

    • Kurcze – minimalne obsunięcie będzie. Położyłam się na chwilę, obudziłam po kilku godzinach i po niedzieli …

  • Kochani. Chwilowo pokonał mnie ząb przy intensywnej pomocy dentystki. Daje do wiwatu ostro od kilku tygodni, ale w środę oberwałam solidnie. Zataczam się do dzisiaj i piszę póki względnie kojarzę, ale:
    1. jutro (w piątek) w porach różnych wlatują trzy teksty – Montana II i III oraz Paradoks (finał)
    2. a Walentynki …. na walentynkowo. Wampirzyca i czerwień dobrze się komponują.

    • Gosia

      Ząb – paskudna sprawa. Ale mam nadzieję, że dacie mu radę (Ty i dentystka) :). W końcu kto tu rządzi – on czy Ty ;). Choć jak boli to pewnie on, niestety.

      • Rządzi ząb :(
        Właśnie jestem po wizycie, w środę następna … ta cholerna czwórka mnie wykończy (dla odmiany po pechowej ósemce)

        PS. ale mam dobre rzeczy na receptę i piszę dalej :D

  • Pingback: Opowiadania erotyczne |Montana II | Skrywane Pragnienia()