Paradoks XXXVII

 

 

Nie mam pojęcia, jakim cudem zapanowałam nad chęcią jak najszybszego odejścia. W myślach jak mantrę powtarzałam wciąż te same słowa.
- Żadnych gwałtownych ruchów. Żadnego szybkiego marszu. On może cię zauważyć. Nie panikuj do cholery. Schowaj się.

Ze spokojem odwróciłam się w stronę witryny, po czym weszłam do sklepu.
- Nie, dziękuję. Sama się rozejrzę. – Krótka informacja skierowana do sprzedawcy zapewniła mi spokój i dała pretekst do wejścia dalej.

Nie chciałam być zauważona, ale jednocześnie chciałam widzieć, co się dzieje – zwłaszcza po drugiej stronie bulwaru.
Dotychczas Maks stał w bezruchu, całą swoją uwagę koncentrując na hotelu.
Teraz zaczął bacznie rozglądać się po okolicy.
Błyskawicznie przebiegał wzrokiem – po ludziach, budynkach, samochodach.

Wiedziałam co robi – zawsze to robił.
I był w tym cholernie dobry.

Pozornie nieznaczące i drobne zachowania, nieświadome ruchy zdradzające emocje. Zauważał je i odczytywał bezbłędnie. Szukał jakichkolwiek niepasujących elementów. Szukał mnie.

Z jednej strony wchodząc do sklepu uniknęłam złapania – nie miałam wątpliwości, że błyskawicznie wyłapałby mnie  tłumie. Ale z drugiej strony chowając się tutaj, znalazłam się w pułapce.
Jeśli teraz mnie zauważy albo, jeśli nie jest sam i inni sprawdzają okolicę, to jest koniec.

Musieli jakoś wpaść na mój trop, ale znając życie pewnie sama prowadziłam ich jak po sznurku.
Możliwe, że już telefon do Maksa był błędem.
Wjazd na autostradę.
A potem to niejako serwowałam się na tacy.

Z Gare du Montparnasse trafili tutaj.

Co za kretynka! Wyglądało tak, jakby błyskotliwy napad wyczerpał cały mój intelekt i w tej chwili popełniałam pomyłkę za pomyłką.

Siła wyższa chyba się zdenerwowała – w każdym razie na tyle, że zaczęła sama działać.

Z niedowierzaniem patrzyłam jak Maks rusza w stronę Apostrophe. Gdy zniknął w środku nie zwlekałam ani chwili dłużej i wyskoczyłam na bulwar, trafiając prosto na zwalnianą właśnie taksówkę.
I znowu odrobina szczęścia.
Skoro przyjechałam to z dworca kolejowego, to nikt nie będzie mnie tam z powrotem szukał – a przynajmniej nie od razu. A co jak co, ale Paryż był już spalony.
Siła wyższa moimi ustami wypowiedziała.
- Lyon Part-Dieu. – Taksówka ruszyła, a ja prawie pół godzinną jazdę spędziłam oglądając się czy ktoś przypadkiem za nami nie jedzie.

Z przerwami.
A dokładniej jedną, kiedy zerknęłam na sporządzoną jakiś czas temu notatkę.Widząc zadania do zrobienia na dziś – a już zwłaszcza widząc punkt ostatni na liście nie wyrobiłam i zaczęłam głośno kląć. Na szczęście po polsku.
- Ja pierdolę. Nie dać się złapać?! Chyba cię pogięło z tą listą! – Monolog trwał może 5 minut. Przerwałam widząc w lusterku zdziwione spojrzenie taksówkarza.
- Problemy z narzeczonym. – Mruknęłam po francusku, oglądając się jednocześnie ponownie za siebie i chowając kartkę z powrotem do torebki. A przynajmniej tak mi się wydawało.

Przed szóstą dotarłam do kas. Gdzie jechać?! Najlepiej jak najszybciej.
Gdzie do jasnej cholery mogę jechać bez papierów?
I w tym momencie przypomniał mi się fragment z Vabank.
” Do zobaczenia w Zurichu.”

A właściwie dlaczego nie?
Co prawda wydawanie kasy w takim tempie dobrze mi nie wróżyło, ale z drugiej strony.
Cholera! Nie było czasu na drugą stronę!

- 2 klasa do Zurichu na najbliższe połączenie. – Miałam kilka minut na kupienie czegokolwiek do jedzenia. Znając swoje możliwości bilet od razu bardzo starannie schowałam do torebki, jednocześnie zapamiętując godzinę odjazdu i tor – 18:36, E.

Zamarudziłam przy wyborze, potem kolejka przy kasie i w efekcie wparowałam na platformę w ostatniej chwili.

Odetchnęłam – pociąg już stał.
Nie miałam powodu by zwlekać, wpakowałam się, więc do środka i zajęłam pierwsze wolne miejsce z brzegu.
Przede mną kilka godzin jazdy – może i nie miałam na to ochoty, ale trzeba było zrobić drugie podejście do listy.
Nagle dostałam napadu śmiechu – postanowienia z dzisiejszego dnia poszły w diabły, ale za to zrealizowałam jedno z najtrudniejszych zadań z drugiej strony. Maks i Josh odzyskają biżuterię.
Tak sobie wesoło chichocząc grzebałam w torbie, kompletnie nie zwracając uwagi, że na tor po drugiej stronie peronu wtacza się pociąg, a my ruszamy 6 minut przed podanym na bilecie czasem.

Śmiać się przestałam zresztą dosyć szybko.
Nie mogłam nigdzie znaleźć tej cholernej kartki.

Gdy po raz kolejny przejrzałam torebkę, tym razem wyrzucając z niej wszystko na siedzenie obok i oglądając każdy kawalątek papieru pięć razu, musiałam w końcu przyznać, że ją zgubiłam.
Gorzej – wiedziałam nawet gdzie. W tej koszmarnej taksówce, kiedy to zachciało mi się zweryfikować cele!

No dobrze, trudno.
Nikomu to nic nie powie, a papier pewnie wyląduje w koszu na śmieci podczas sprzątania wozu.

Siła wyższa musiała wziąć sobie jednak urlop, bo w czasie sprawdzania biletu usłyszałam coś, czego kompletnie się nie spodziewałam.
- Mademoiselle, ależ panienka jest w złym pociągu. – Komunikat nie dotarł do mnie od razu. Przez chwilę wpatrywałam się bezmyślnie w mężczyznę, zanim ogarnęłam, że wskoczyłam do pociągu po złej stronie peronu.

- Le Mans? Jestem w pociągu jadącym do Le Mans?! – Nic nie poradzę na to, że weszłam na wysokie tony. Ale miałam wrażenie, że śnię. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem było zakupienie biletu bezpośrednio od konduktora. Jak dojadę zobaczę, co mogę zrobić.

Co jak co, ale wolałam już nie planować. Przynajmniej nie teraz. Cokolwiek chciałam zrobić wszystko komplikowało się w tak koszmarny sposób. Zupełnie jakby ktoś mi chciał udowodnić, że popełniłam błąd.

- Niedoczekanie!

Jedyne dobre w tym wszystkim było to, że ilość spotykających mnie komplikacji była tak imponująca, że przestałam mieć czas by myśleć o Maksie.

Postanowienie by nie kombinować złamałam po niecałej godzinie.

 

Sukces w ucieczce tuż spod nosa Maksa dał mi do myślenia. Rzeczywiście pod latarnią może być najciemniej.

Gdy po 21-ej dotarłam do Le Mans, miałam już w głowie wszystko poukładane.

Najpierw wizyta w kafejce internetowej. Gdy już sprawdziłam i zanotowałam wszystko, co mnie interesowało zmieniłam miejsce pobytu na klub Le Wiz. Zmieniając, co jakiś czas miejsce z baru na toaletę i z powrotem, doczekałam do świtu.

Z ogromnymi wyrzutami sumienia, ale cały czas tłumacząc sobie, że to w słusznej sprawie wróciłam na dworzec.
Kac moralny był spowodowany zrealizowaniem w 100% powiedzenia, że okazja czyni złodzieja.
Ja okazałam się pojętną uczennicą, a trzy pijane francuski pozbyły się swoich dokumentów.

Starałam się wcześniej odpychać od siebie tą myśl, ale właśnie to powodowało u mnie nerwowe drgania.
Bez papierów nie miałam szans na dotarcie tam gdzie chciałam dotrzeć. Jeszcze bez czegoś jeszcze, ale postanowiłam nie martwić się na zapas.
Opatrzność na szczęście się nade mną zlitowała i podsunęła mi w damskiej toalecie trzy zarzygane i pijane w trupa kobiety. Wychodząc z założenia, że zawsze coś się dopasuje i domaluje, a odcisków palców nikt mi nie będzie sprawdzał, wyłowiłam z portfeli i torebek tylko plastikowe karty. Liczyłam na to, ze zanim ktokolwiek zacznie ich szukać ja już będę daleko i nie będę ich potrzebować.

 

Teraz czekało mnie coś gorszego i wolałam nie myśleć, jakie są szanse, ze to się uda.

Numer do pracy Agi znalazłam w sieci.
Była to jedna, o ile nie jedyna ze znanych mi osób, która bez pytania mogła zrobić to, o co ją chciałam poprosić.

Teoretycznie powinna być w biurze od 8 – chyba, że ma urlop. Jak ma urlop to do widzenia. Koniec pieśni. Umarłam.

Budka telefoniczna.
Chwila niepewności.
Połączenie.

I żadnych pytań.
Też bym o nic nie pytała, gdyby ktoś kto tak zniknął odezwał się do mnie po długim czasie i poprosił o to o co ja prosiłam.

Podałam szczegóły połączenia. Godzinę. Nazwisko pasażera. Dane do płatności. Adres email na który ma wysłać bilet.
Dopiero wtedy ją odblokowało.

- Czy..? – Nie pozwoliłam powiedzieć jej nic więcej.

- Nie. Nie usłyszymy się. Nie szukaj mnie. Z tego maila odbiorę tylko bilet. Pamiętaj, żeby za przelew zapłacił ktoś inny. Nie ty! – Rozłączyłam się, nie czekając aż coś powie.

Znowu pociąg.

Nienawidzę pociągów.
A teraz miałam ich już serdecznie dosyć.
Czekały mnie dwie przesiadki, a im bliżej byłam celu podróży tym bardziej moja dusza przemieszczała się na ramię.

Znowu kafejka internetowa, logowanie do poczty i ulga. Jest bilet.
Marie Lumiere. Roscoff – Cork. Prom.

 

Byłam już na wyspie. Teraz tylko jeden telefon. Interesujące mnie ogłoszenie wyłowiłam wcześniej.

Było już późno, ale liczyłam, że ktoś odbierze.
W mojej sytuacji nie miało sensu czekać do kolejnego dnia tylko po to by się dowiedzieć, ze ogłoszenie jest nieaktualne.

- Rebeca?

Rozmowa była dziwna, ale i rozmówczyni zaspana. Nic dziwnego. Na farmie chodzi się spać zdecydowanie wcześniej.
Wystartowałam z najgorszej możliwej pozycji, ale stał się cud.

Przedostanie się do Limerick było proste. Niecałe dwie godziny jazdy autobusem i byłam na miejscu.

Drugim cudem był jeden z robotników czekający na mój przyjazd. Nie wyglądał za szczęśliwie, ale kto by wyglądał gdyby go w środku nocy obudzono tylko po to by odebrał nowego – a raczej nową.

Było mi wszystko jedno, bo miałam pracę. Taką, jakiej szukałam. W miejscu jakiego potrzebowałam.

 

Znajdująca się na totalnym zadupiu farma, oferująca również coś w rodzaju wakacji agroturystycznych potrzebowała wsparcia i sezonowej pomocy „od zaplecza” w tej drugiej działalności. Wykruszył im się dotychczasowy pomocnik, a nową osobę było im trudno znaleźć. Ze względu na specyfikę i przede wszystkim położenie chcieli mieć kogoś, kto zamieszka u nich na stałe.

Praca była ciężka – nie powiem. Ale zyskałam coś, czego bardzo potrzebowałam.

Po kilku dniach uwierzyłam, że jednak uciekłam. Że mi się udało.

A przynajmniej na początku było dobrze.

 

Nie miałam dużej styczności z gośćmi. Miejsce było położone na takim odludziu, że nie było obaw by ktoś nieproszony i przypadkowy mógł mnie zauważyć.

Harówka. Orka na ugorze. Walka ze zwierzakami. Praniem. Gotowaniem.

Praca fizycznie tak wykańczająca, że pod koniec dnia powinnam była padać na nos.

I padałam – tylko, że to nadal było za mało.

Gdy tylko nastawała cisza i noc, wracał do mnie Maks. I myśli. I łzy.

Co się z nim dzieje?

Czy mnie szuka?

Czy mnie znajdzie?

Co by było gdybym nie uciekła?

Czy jestem pewna, że mnie nie polubił?

Czy to, co czuję to tęsknota?

 

Tych „czy” była masa. Im było ich więcej i im głośniej wołały – tym ciężej pracowałam.

 

 

Koniec sierpnia nastał szybciej niż myślałam. Gości już nie było. Nie było, więc też powodu bym siedziała Rebece i Caroline dłużej na głowie. Musiałam zacząć szukać nowego miejsca.
Spodziewałam się tej rozmowy, ale i tak prośba obu sióstr bym po kolacji została dłużej mnie zdołowały.

Tu poczułam się po raz pierwszy od dawna w miarę bezpiecznie. Gdzie znajdę się potem?
Potem siedziałam z szeroko otwartymi oczami i słuchałam. Zamurowało mnie.
Caroline i Rebeca mówiły na zmianę.

- Jesteś niezastąpiona, ale nie możemy mieć cię dłużej.

- Szukasz innej pracy? – Spojrzałam na nie bezradnie, ale zanim zdążyłam się odezwać usłyszałam.

- Nasz bardzo dobry znajomy szuka opiekuna na pół roku do jednej ze swoich nieruchomości. Co prawda szukał mężczyzny, ale jak się dowiedział, co u nas robiłaś to się zgodził. Oczywiście, jeśli ty też chcesz. Trochę gorsze warunki niż u nas, bo zapewnia tylko zakwaterowanie i wyżywienie.

I wtedy Rebeca dodała coś, co spowodowało, ze zbladłam.

- Tam też będziesz bezpieczna. Nikt cię nie znajdzie.

- Co?! – To był krzyk. Chciałam spokojnie zadać pytanie skąd im taki pomysł przyszedł do głowy, ale emocje wzięły górę.

Tym razem Caroline swoim spokojnym, kojącym głosem mi wyjaśniła.

- Nie dałaś nam żadnych dokumentów. Tak na dobrą sprawę to od samego początku jesteś u nas nie za bardzo legalnie. Ale tak unikałaś ludzi, tak się upewniałaś, kto przyjechał zanim pokazałaś się gościom, że nie miałyśmy wątpliwości. Poza tym za każdym razem było widać jak mocno w nocy płakałaś. Tylko przez mężczyznę kobieta jest w stanie wylewać takie łzy.

 

Schowałam twarz w dłoniach

Nie wiedziałam co mam powiedzieć. Bo niby co mogłam?

Zresztą nic nie musiałam mówić.

- Jeśli chcesz O’Conor odbierze cię w przyszłym tygodniu i zawiezie na miejsce. – Caroline dotknęła mojego ramienia. – To jest pustkowie, ale miejsce ciekawe Stara rycerska wieża. Swojego czasu rodzina Briana wynajmowała ją różnym ludziom, ale zrezygnował z tego w zeszłym roku. Potrzebny jest ktoś kto będzie umiał dokonać drobnych napraw i w miarę silny. Wiesz, czasami coś tam może się przewrócić. A tam będzie sam.

Spojrzałam na nie z niedowierzaniem. Wieża rycerska? Wynajem?

- Gdzie? – Zapytałam słabo. Chociaż spodziewałam się usłyszeć właśnie taką odpowiedź to jednak mnie ogłuszyła.

Miałabym się znaleźć w miejscu, w którym się wszystko zaczęło.
To już biło wszystko na głowę.
Ale z drugiej strony, jaki idiota wracałby w takie miejsce?

Zaczęłam się śmiać. Ja.

W sumie można było powiedzieć, że była to kryjówka doskonała. Nikt o zdrowych zmysłach nawet by się tam nie zbliżał.

- Dziękuję. – I tak żadne słowo nie oddałoby tego, co czułam.
Ktoś mi pomógł. Zupełnie obca osoba dostrzegła, że jestem w tarapatach i sama z siebie chciała mi pomóc.
Nie ktoś kto obiecywał, że będę bezpieczna i że będzie się i mnie troszczył.

Obcy.
Wsparł mnie.
I najprawdopodobniej miałam dobre schronienie na najbliższe pół roku.

Nauczona doświadczeniem stwierdziłam, że nie będę się martwić.
Po co?

I tak jest duża szansa, że jeśli coś zaplanuję to i tak wszystko potoczy się inaczej.
Nie będę zapeszać! Już nie!

 

Brian O’Conor nie zachowywał się jak pracodawca. Już pod koniec jazdy zaczęłam podejrzewać, że to nie on szukał pracownika, tylko Rebeca i Caroline za wszelką cenę chciały mi pomóc.

Na miejscu miałam wszystko. Zapasy jedzenia, opału, nawet jakieś ubrania, w sumie było wszystko tak jakbym zapłaciła za wynajem i dodatkowe zakupy. W ostatnim czasie musiał przeprowadzić gruntowny remont wszystkich instalacji – nowe kable, dodatkowe agregaty, ogrzewanie.
Za każdym razem, gdy usiłowałam się dopytać, co dodatkowo mam robić słyszałam kolejne rodzinne opowieści związane z wieżą.

Poddałam się. Nie będę walczyć z przeznaczeniem, a ono chyba w końcu zaczęło mi sprzyjać.

Brain oprowadził mnie po terenie. Już zbierając się do wyjazdu wpakował mi w dłoń komórkę z łądowarką. Rupieć straszny, mógł służyć albo do dzwonienia albo do wysyłania sms’ów.
- Masz dziecko wpisany jeden numer telefonu. Do mnie. Dzwoń o każdej porze dnia i nocy, kiedy uznasz to za stosowne. I nie dzwoń nigdzie indziej. Nigdzie. To tak na wszelki wypadek gdyby ktoś się szukał.

 

Odjechał, zostawiając mnie oniemiałą na środku podwórza.

 

Deja vu.

Te same wnętrza, w których byłam tak dawno temu.

Wymarzone wakacje, które zmieniły się … no właśnie, w co.

Po dwóch dniach, gdy obejrzałam dokładnie wszystko i stwierdziłam, że tu nic nie ma prawa się zepsuć, zaczęłam sobie wymyślać zajęcia.

Poranne sprzątanie.

Codzienny przegląd wszystkich dziwnych miejsc, w których może coś by się mogło zdarzyć – może gałąź wisząca niepokojąco nisko nad kamiennym murkiem się złamała, a może obluzowały się jakieś kable.

Kiedy już poległam w walce z wyimaginowanymi awariami, ruszałam w teren.

By pobiegać.

Żaden inny wysiłek fizyczny, który chociaż odrobinę by mnie zmęczył, nie przychodził mi do głowy.

Wieczorem byłam już tak wykończona, że nie miałam siły ruszyć ręką.

Ale i tak myślałam.

Było gorzej.

Zaczynałam tęsknić.

Z każdą myślą, każdą godziną, każdym dniem wymazywałam to co złe, a coraz bardziej czułam głód i tęsknotę.
Brakowało mi jego śmiechu, słów, dotyku.

Jego szorstkości i brutalności.

Antidotum? Owszem. Stosowałam.

Tłumaczyłam sobie, że nie interesowało go nic oprócz siebie. Że wcale nie byłam dla niego wyjątkowa, tylko po prostu stałam się kolejną byłą kobietą.
Może nie obojętną, bo doprowadziłam go do furii ośmieszając w tak głupi sposób, ale akurat nienawiść nie była uczuciem, które chciałam w nim wzbudzać.

Pomagało? Nie.
Trafiało? Nie.

 

Pobiłam rekord, gdy upiłam się wydobytym z piwniczki winem i płacząc zaczęłam złorzeczyć i wygrażać wszystkim istotom na ziemi i w piekle, że przestał mnie szukać.

Że nawet nie potrafił mnie tak znienawidzić by mnie znaleźć!

 

I wtedy następnego dnia spadł śnieg.

Wcześnie. Była przecież dopiero połowa października.
Większość dnia spędziłam w wieży. Na początku nie chciało mi się wychodzić.
Ale gdy zaczęło się ściemniać coś wypchnęło mnie na zewnątrz.

To był impuls.
Czyste szaleństwo, kiedy bez kurtki wyskoczyłam na podwórze.

 

Obracałam się wokół własnej osi patrząc w niebo.

I po raz pierwszy od bardzo dawna zaczęłam się śmiać. Takim czystym, niepodszytym troską czy histerią śmiechem.

Po raz pierwszy od bardzo dawna poczułam się wolna. Byłam wolna.
Wszystko wskazywało na to, że się od nich uwolniłam.

 

Nie mogłam wrócić do starego życia, ale mogłam rozpocząć nowe.

Wszystko w końcu się ułoży.
Musi.

Cholera! Przegięłam. Oprócz tego, że padał śnieg było też zimno.

Wskoczyłam szybko do środka, zatrzaskując drzwi.

 

I wtedy poczułam to coś.

Takie dziwne uczucie, gdy nikogo nie widzisz, ale czujesz na sobie czyjś wzrok.

Ruszyłam na górę – w sypialni zostawiłam komórkę, ale będąc już na schodach puknęłam się w czoło.

Idiotka z manią prześladowczą.
Ze śmiechem zawróciłam i zrobiłam coś, co robią rodzice, gdy dzieci boją się potworów w szafach, a oni chcą im udowodnić, że tam niczego nie ma.
Tylko, że ja zamiast do szafy, podeszłam do wejścia.

Śmiejąc się z własnej głupoty, otworzyłam szeroko drzwi i stanęłam twarzą w twarz z Maksem

 

 

** ** ** ** ** ** ** **

Paradoks – część XXXVI

Paradoks – część XXXVIII

 

 

Polubienia 40
Wyświetlenia 2126

Podobne wpisy:

  • Tekst jest do korekty, obróbki i poprawki, ale zaraz mi siądzie bateria, a dostęp do prądu będę miała dopiero późno wieczorem.
    Przepraszam Was za to, ale wybrałam wcześniejsze wrzucenie tekstu.
    W razie czego zapraszam dzisiaj około północy na poprawną (przynajmniej w większej części) wersję

    PS> taki mały bonus. To jest zdjęcia inspiracji do postaci Maksa. Jeśli komuś się wydaje, że wie kto to może być – proszę pisać w komentarzach.
    Z reguły nie zdradzam pierwowzorów postaci, ale powiedzmy że robię jeden jedyny wyjątek ( w ramach prezentu noworocznego)

    • Weronika A.

      Ania, jesteś wariatka :D Twoje inspiracje bohaterów są mega zaskakujące (a pamiętaj, że znam pierwowzór Diabła). Świetna robota! :)

      • Hahahaha. Dzięki.
        Nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, ale jesteś jedyną osobą (oprócz mnie oczywiście), która wie jak wygląda Diabeł. I dlaczego właśnie on.
        Wnioski: WARTO BRAĆ UDZIAŁ W MOICH KONKURSACH. :P (oj jaka subtelna zachęta).

        O raju – chyba w weekend zrobię sobie maraton filmowy.

        • Weronika A.

          Wiem, i nadal jestem mocno zdziwiona. Ale jak napisałam – wariatka jesteś :D

  • klo

    Javier Bardem :)

    • Nie :)

      • klo

        Kurdę a byłam pewna, dokonywałam analizy ust :D W takim razie drugi typ Jeffrey Dean Morgan?

        Tak poza tym to uwielbiam, mimo tych drobnych błędów, które w ogóle nie przeszkadzają więc czekam na dalszy ciąg :) Najlepiej dzisiaj!

  • Askaa

    Dobra Ania,miałaś rację,mam niedosyt!!!:)
    Mnie nawet korekta nie jest potrzebna,pochlaniam literki w ekspresowym tempie:D

    • Haha. Teraz jeszcze komórkę rozładuję. Niedosyt powiadasz? A co jeśli Maks zrobi Annie to co jej obiecał? Wybaczysz?

      • Askaa

        Wiele jej obiecywał:D ( Sklaniasz mnie do tego żebym znów zaczęła czytać od początku!?):D
        Maks to taki „dryblas” w mojej głowie…raczej mało prawdopodobne,że będzie delikatny,chyba,że ma słabość:P
        Ale skąd mam wiedzieć co siedzi w Twojej głowie,założę się,że masz już wizję,ale ja muszę czekać.

        Ps. Może wybacze…pod warunkiem,że „Pechowa….” będzie po mojej myśli:)

          • Askaa

            Nieeeeee…. Nie miałabyś sumienia:P
            Poza tym,wzięła więcej niż planowali więc powinien podziękować,a dwa… niby po co zabrał te „błyskotkę „,która się jej spodobała?
            :)

          • No ja bym w gardło wepchnęła … ale to ja .. :P
            Dobra. Zobaczymy co przyniesie kolejna i chyba ostatnia ( w najlepszym wypadku przedostatnia) część Paradoksu

          • Askaa

            Więc czekam,bo ponoć mamy zostać nagrodzeni:D

          • No żesz piszę kobieto :) To jest ta nagroda – przynajmniej ja tak zrozumiałam.

  • Groszkuku

    Jeff Morgan?
    Uwielbiam to opowiadanie :)

  • Sandra

    Cudowna, wspaniała, boska. Mam nadzieje że nigdy nie przestaniesz pisać bo gdyby tak się stało to chyba bym umarła :(

    Chce więcej i więcej! <3
    Mi też twoje literówki nie przeszkadzają :D

  • Lesiu

    Chyba oszaleje przez Ciebie..

    • Ale co znowu zrobiłam? Przecież piszę.. i dodaję zgodnie z harmonogramem :P

      • Lesiu

        Bo to jest takie zajebiste. Chyba się uzależniłam :D

  • a

    Boze kocham Cie normalnie. Nie mogę się już doczekać kolejnej części……PIĘKNIE!

  • Aleksandra

    Czekajcie a zostaniecie nagrodzeni powiedziała Anna. Zgadza się. Fenomen.

  • Martyna 1

    Jestem na 100% że tym mężczyzną jest Jeffrey Dean Morgan. :) A co się tyczy opowiadania to zaparło mi dech w piersi, już od wielu rozdziałów czekam na ich spotkanie i wierze że będzie tak fascynujące i zaskakujące jak reszta twojej twórczości. Błagam na kolanach o kolejny rozdział , nawet bez korekty , byle by wreszcie skończyć czytać ten narkotyk który powoli mnie pochłania, Anno jesteś jedną z najlepszych pisarek polskich których teksty czytałam , mam nadzieje że pewnego dnia odniesiesz wielki sukces bo na niego zasługujesz. <3 Fanka Forever :)

    • och .. dobrze, że mam sufit nad sobą to mnie zatrzyma :)
      A na poważnie bardzo dziękuję – lubię te teksty i dobrze się bawię je pisząc. Niestety cierpi na tym forma i całkiem możliwe, że wykonanie również.

      Miłego czytania :)

  • Jesteście … okropne :D

    Oczywiście: Jeffrey Dean Morgan. A konkretniej jedna z jego ról, gdy gra psychopatę mnie natchnęła. No i taki duży, fajny, misiowaty szaleniec ganiający z siekierą, by zagarnąć tylko dla siebie kobietę .. marzenie!

    • Boshka

      Mógłby mi ktoś powiedzieć, o jaki film chodzi?;)

      • Pewnie tylko ja.

        • Boshka

          Poproszę, każda podpowiedź się przyda;D

          • Trafiłaś!!!!!
            Przepraszam, że usunęłam komentarz, ale nie chcę zepsuć zabawy innym (jeśli chodzi o tekst) :D

          • Boshka

            Jasne;) czyli już wiem co będę jutro wieczorem oglądać, dzięki;)

          • Dobrze – przyznam się.
            Ja też!
            Apetytu sobie strasznego narobiłam na ten film … znowu.
            Ale też jutro – jeśli ulegnę teraz pokusie to Paradoks pójdzie w diabły.

  • Sylwia

    Zawsze zastanawialam się jak pisarz wyobraża sobie swoje postaci i jak to się ma do moich wyobrażeń. Super, ze to zdradziłas. Dzięki temu czuje jeszcze silniejsza więź czytelnik-tworca. Kiedy czytam książki, to zazwyczaj pochłaniam je bardzo szybko i ekscytacja fabułą jest stosunkowo krótka, bo trwa tylko chwilę po skończeniu książki. Tutaj, na blogu, mam wrażenie, ze uczestniczę w procesie tworzenia, podekscytowanie treścią nie trwa kilka dni, tylko kilka miesięcy. Super uczucie tego doświadczać, dzięki.

  • Pingback: Paradoks XXXVI | Skrywane pragnienia()

  • Właśnie stwierdziłam jedną rzecz jaka mi ciśnie się na usta „o ja pier****le…z wykrzyknikiem! ” Niezłe bum czytać to z jej perspektywy. Myślałam, że dzień do bani….a tu jeszcze ktos nas kocha… Znaczy Ania nas kocha :)

  • Styna

    Co do inspiracji -oglądając w niektórych, aktorskich kreacjach zarówno Jeffreya Deana Morgana i Javiera Bardema miałam wrażenie, że są braćmi…
    Pozdrawiam ☺

    • Rzeczywiście są często porównywani, ale dla mnie są .. kompletnie różni.
      Jeffrey pasuje mi idealnie. Bardzo idealnie bym powiedziała.
      Javier? Nie ma takiej opcji.

      Zresztą JDM będzie jeszcze wykorzystany ( w sumie już został, bo zapowiedź poszła w świat) w innym tekście.
      Co bardziej spostrzegawczy będą wiedzieli – zdaje się, że nawet o tym gdzieś na blogu informowałam.

  • Lesiu

    Czy dziś kolejna część ?

    • Siadam właśnie
      Znając życie pewnie standardowo wleci w nocy

      • Lesiu

        Już się nie mogę doczekać :)

  • ninn

    Jupiii.. Wrzucam swój pierwszy komentarz chociaż przyznaje, że czytam Cię od samego początku. Uwielbiam Cię czytać Aniu i nawet sobie nie wyobrażasz jak się cieszę że „wróciłaś” do nas:)) czekam z niecierpliwością na kolejną część w ciepłym łóżeczku i z gorącą herbatką, bo powaliło mnie dzisiaj przeziębienie;)) tak więc pozdrawiam cieplutko i uzbrajam w cierpliwość;))

    • Dziękuję. Iść spać! Ja wskakuję na tryb pracy nocny, więc tekst wleci o naprawdę zabójczej godzinie.
      Radzę wstać wcześniej.
      Naprawdę nie chcę mieć nikogo na sumieniu :) Proszę

      • ninn

        No dobra, przekonałaś mnie;) może mnie rano puści to co złapało (oby), więc tym bardziej milej będzie mi czytać to co stworzyłaś. Tylko jedna rzecz mnie zastanawia, a mianowicie dzisiaj kolejna część czy kończymy?;)

  • Pingback: Paradoks XXXVIII | Skrywane pragnienia()

  • Pingback: Paradoks XXXIX | Skrywane pragnienia()