Montana II

 

Podejrzliwie zerknęłam za okno, ale cudu nie było i nic nie zobaczyłam.

Księżyc może i świecił, ale chmury zrobiły swoje. Światło padające na zewnątrz z domu też nie dało się na wiele – zwłaszcza, że nadal padał śnieg.
Koszmarne zadupie.
Sama co prawda chciałam się tu znaleźć – w końcu zależało mi na spokoju i samotności, ale po raz pierwszy poczułam, że chyba przesadziłam w tych zapędach i wybrałam sobie miejsce zbyt dosłownie odwzorowujące moje pragnienia.
Ciemność – ciemnością, ale nadal czułam dziwny niepokój.

I pewnie bym zrobiła coś głupiego, ale nie zdążyłam.
Powód był bardzo prozaiczny.
Zadzwonił telefon.
W pierwszej chwili mnie to ogłuszyło.
- Co za cholera. – Mruknęłam. – Przecież nie mam komórki. Co ja mówię. W ogóle nie mam żadnego telefonu!
Wbrew mojemu przeświadczeniu dźwięk się powtórzył.
Po chwili znowu.
Nie było innej opcji. Nie miałam przewidzeń ani omamów. Naprawdę coś dzwoniło!
Wyruszyłam na poszukiwania, modląc się jednocześnie w duchu żeby ten ktoś po drugiej stronie się nie zniecierpliwił. Byłam już tak zaintrygowana, że nie przerwałabym poszukiwań, ale wtedy byłoby to dosłowne zastosowanie powiedzenia o igle w stogu siana.

Ten ktoś na szczęście był uparty jak osioł.

Telefon dzwonił i dzwonił, aż w końcu odkryłam źródło dźwięku. Ściana w kuchni, a dokładniej zawieszony na niej aparat telefoniczny. Taki staromodny, z koszmarnie długim kablem.
Podniosłam słuchawkę i rozległo się moje pełne niedowierzania.

- Halo? – W odpowiedzi zostałam dosłownie ogłuszona przez Denise.
- I jak? Podoba ci się? Wszystko w porządku? Rozpakowałaś się już? Znalazłaś … – Nawet nie próbowałam odpowiedzieć na żadne z pytań. Zresztą Denise chyba nie o to chodziło. Tak jak się spodziewałam po chwili przeszła do właściwego punktu.

- Posluchaj, bo wlasnie u nas jest szeryf … – Jęknęłam w duchu słysząc te słowa, ale nauczona doświadczeniem czekałam na dalszy rozwój sytuacji. Może nie było tak źle jak czułam?
Okazało się, że nie.
Było znacznie gorzej.

– … i jakoś się dowiedział, że odbierałam kogoś z lotniska. Wpadł do nas z wizytą, niby porozmawiać z George’m o moim prezencie, ale tak naprawdę to cały czas się wypytuje o ciebie. Nie denerwuj się… – Ta kobieta chyba zwariowała. Mam się nie denerwować?! Chciałam spokoju, a wychodzi na to, że zaczynam być atrakcją numer jeden dla lokalnej policji.

- …. Josh jest porządnym facetem i sama przyznasz, że to dobrze mieć tak odpowiedzialnych stróżów prawa. – Teraz już nie ukrywałam jęknięcia. W przypływie, jakiej głupoty pchałam się do Stanów i w dodatku na takie odludzie. Będę za to pokutować każdego dnia! Denise jęknięcie słyszała, ale zrozumiała je po swojemu.
- Nie martw się. Nikt nie słyszy i nie wie, że z tobą rozmawiam. Wywijam się jak mogę, ale i tak będziesz musiala się pokazac. No bo przecież zakupy. Nie mowiac o rejestracji. I tak pomyslalam, ze może warto kuć zelazo poki gorące. – Po chwili dodała coś, co pozwoliło mi myśleć, że Denise za trzeźwa nie jest. – Och. A nasz szeryf też jest gorący. Gdybym nie była mężatką już dawno bym się za niego zabrała. Ale ty nie jesteś mężatką. …

- Stop! – Cokolwiek chciała powiedzieć więcej nie zamierzałam tego słuchać. A już ostatnią osobą, o której myślałam był szeryf, z którym najzwyczajniej w świecie usiłowała mnie zeswatać.
Zwłaszcza, że widziałam zdjęcia George’a – którego Denise też uważała za gorący towar. O gustach się nie dyskutuje, ale wiecznie rumiany okrąglutki blondyn z zaczeską na czoło nie był w grupie tych, którzy mogli mi podnieść ciśnienie.
Biorąc już to pod uwagę, szef policji jawił się w mojej wyobraźni, jako doświadczony życiowo – w tym wypadku o doświadczeniu świadczyła ilość wypitego piwa i spożytych hamburgerów – wąsaty, łysiejący stary kawaler koło 60-tki, otoczony wianiuszkiem wielbicielek z Armii Zbawienia.
Zachichotałam, ale była to reakcja na pograniczu histerii. Ciekawe czy nosi broń przy pasie.

Dobra – przeginałam, ale ostatnie, na co miałam ochotę to swatanie.
Jakiekolwiek i z kimkolwiek.
Chciałam mieć po prostu święty spokój. Tylko, że cokolwiek się teraz działo, a już zwłaszcza w domu Denise zaczynało to podążać w złym kierunku. Nie wiem, może wypiła tylko jedno piwo i było to właśnie jedno piwo za dużo, ale nie mogłam pozwolić by jej chęć pomocy wszystkim i we wszystkim w jakikolwiek sposób była powiązana z moją osobą.
A tak niechybnie się stanie, jeśli dam jej wolną rękę i pozwolę rozwinąć skrzydła.

- Co miałaś na myśli „kuj żelazo póki gorące”? – To naprowadziło Denise na pierwotną intencję.
- A właśnie. Tak myślałam, że jak już Josh jest, to może zadzwoń do mnie z jakimś głupstwem, a ja powiem, że jest i nas szeryf i się z nim umówisz i już będzie wiedział kim jesteś i nie będę już musiała się wykręcać i może się z nim umówisz na jutro.  Będziesz miała to z głowy, pomijając fakt, że nie przyjedzie do ciebie w nocy sprawdzić czy ktoś się nie włamał na farmę.– Na szczęście zabrakło jej tlenu i się przymknęła. Było to chaotyczne i zakręcone, ale zrozumiałam przekaz. Przynajmniej większość. Wiedziałam już, że nie ucieknę od tego, a natychmiastowa reakcja może zapobiec ewentualnym problemom.

Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane, a Denise swoją potrzebą uszczęśliwiania innych mogła obdzielić cały kontynent a nie tylko mieszkańców Bozeman.

- Dobrze. Wracaj do nich. Zaraz zadzwonię.  – Denise zaczęła cicho chichotać
–Tylko szybko skarbie bo już nie mam wymówek żeby o tobie nie rozmawiać. -  I się rozłączyła.

Zaczęłam głęboko oddychać. Ciszę co chwilę przerywały jęki przeplatane na zmianę z monologiem.
– Matko boska, a ja się tu przeniosłam, bo chciałam odpocząć.
Oddech
- Niech to szlag trafi.
Jęk.
- Umarł w butach. Jak dobrze to rozegram to się ułoży. W końcu czy ja pierwsza się tu przeprowadzam? No właśnie.

 

Uspokojona wybrałam numer komórki Denise. Pamiętając o tym, że jednak może mnie być słychać zapytałam się o jakąś pierdołę związaną z piecem.
Myślałam, że zostanie to rozegrane bardziej subtelnie, ale się przeliczyłam.

- oj kochanie , jak się ciesze, ze dzwonisz. Z piecem się nie martw. To nic pilnego i jutro podjadę. Byłam ciekawa kiedy się rozpakujesz, uruchomiłaś wszystko? A jak kominek w salonie? A jak wino, trafiłam? Tak myślałam. – Głuchy by nie usłyszał serii chrząknięć George’a w tle.
- Aaaa …… -  Co jak co, ale Denise nie można było odmówić refleksu. Gruźliczy kaszel meża wykorzystała natychmiast.- Wiesz, bo skoro już dzwonisz. Pamiętam jak mówiłaś, ze chcesz jak najszybciej załatwić formalności. A mamy właśnie gości i jest też u nas szeryf. I pomyślałam, ze może jakos od razu porozmawiasz i się umowisz, chyba, ze jestes zmeczona, to rozumiem.

Ręce mi opadły. W dyplomacji i subtelności osiągnęła poziom walca drogowego, ale było mi już wszystko jedno.
- Jeśli można. – Piskliwa reakcja kobiety trochę mnie ogłuszyła. Pomijam fakt, że byłam już wykończona całym dniem i związanymi z nim emocjami.
Całkiem możliwe, że przełożyło się to na moje zdenerwowanie i stres.
W efekcie kompletnie nie zwróciłam uwagi na tembr głosu mężczyzny, a rozmowa – o ile można to co się stało tak nazwać, przebiegła dziwnie.

Szeryf się przedstawił, ja się przedstawiłam i nastąpił koniec dialogu.
Słyszałam jego oddech.
Całkiem możliwe, że on mój również.
Dopiero po dłuższej chwili odezwał się ponownie i zaproponował, żebym podjechała jutro popołudniu na posterunek.
- Znajdę chwilę czasu i pomogę z dokumentami.
- Dobrze. Dziękuję. Do widzenia. – Niedopowiedzeniem byłoby nazwanie mojej odpowiedzi lakoniczną. Zwłaszcza, że zaraz potem odłożyłam słuchawkę.

- Co to do cholery było? – Opierniczyłam sama siebie. Może byłam oszczędna w słowach, ale biorąc pod uwagę wcześniejsze doświadczenia z Denise, to teraz zachowałam się chamsko i niegrzecznie.
- Świetny początek. Nie ma co. Obrazić szeryfa. Gratulacje!

Musztarda po obiedzie, mleko się rozlało. Co nie zmieniało faktu, że humor mi się dzięki temu nie poprawił.
Zdołowana przeszłam się do sypialni kompletnie zapominając o wcześniejszym niepokoju i przeświadczeniu, że ktoś jest na zewnątrz i na mnie patrzy.
Zasnęłam błyskawicznie i po raz pierwszy od dawna nie śniło mi się nic.
Dosłownie.
Zamknęłam oczy, otworzyłam po sekundzie i się zdziwiłam.
Było jasno.
Po chwili zdziwiłam się trochę bardziej – było po 11-tej.
- No kochana. Jak sobie tak będziesz pozwalać to pół życia przeleci ci między palcami. – Po chwili wzruszyłam ramionami. I co z tego? Może warto przestać tak się spieszyć. Nie ma już zresztą powodu.

Pomny wcześniejszych doświadczeń trochę przyłożyłam się do swojego wyglądu. Dokładniej do makijażu. Nie rozumiałam tego, ale zasada w Stanach, że kobieta nawet, gdy tylko wyrzuca śmieci musi być umalowana była sztywna i bez zadnych odstępstw od reguł.
Może i miałabym to gdzieś, ale po wczorajszej rozmowie wolałam nie pogrążać się bardziej w oczach szeryfa. Co do ubioru to podyktowany był pogodą i wygodą – moją.
Pogoda wymusiła na mnie jeansy i grubą puchową kurtkę, wygoda kozaki na wysokim obcasie. Nic nie poradzę, że w takich butach czuję się pewniej, chodzę pewniej i jestem mniej narażona na jakiekolwiek urazy. Z naturą i własnymi upodobaniami walczyć nie zamierzałam.
O 12-tej byłam gotowa i stwierdziłam, że może wykorzystam okazję i od razu zrobię mały rekonesans. Co prawda Denise zaopatrzyła mnie w produkty pierwszej potrzeby, ale tak naprawdę to nie miałam nic – od mebli zaczynając na wyposażeniu kończąc.
Dopiero w garażu dotarło do mnie, jakiego potwora sobie sprawiłam. Terenowy Ford w katalogach i folderach wyglądał na mniejszego – w rzeczywistości taki nie był.
- Ja pierdolę. – Nawet to nie oddało mojego przerażenia. Nic dziwnego, że większość ludzi obstawiała, ze nowym właścicielem posiadłości jest facet. Żadna kobieta, która by widziała ten samochód by go nie kupiła. No ale ja go nie widziałam przed zakupem.
Nie miałam za bardzo wyjścia, ostrożnie odpaliłam tego potwora i ruszyłam w stronę Bozeman. Po chwili jazdy doszłam do wniosku, że w sumie to nie była taka zła decyzja. Dojeżdżając do miasta byłam pewna, że popełniłabym błąd kupując cokolwiek innego. Trzymał się doskonale drogi a na śniegu poruszał się płynnie i bez żadnych niespodzianek.
Ford mruczał przy wyższych obrotach aż prosząc o wypróbowanie jego możliwości.
- Spokojnie maleństwo. Później sobie pobiegamy. Teraz musimy być grzeczni. – Jechałam zgodnie przepisami. Nie zamierzałam dodawać kolejnego punktu na liście moich wpadek.
- A może by tak kawa na miły początek dnia? – Gdy tylko wpadłam na ten pomysł nie mogłam się go pozbyć. Brak porządnego ekspresu dokopał mi najbardziej i od rana usiłowałam wygnać z głowy obraz espresso.
Znalazłam się na przedmieściach Bozeman.

Zwolniłam i zaczęłam rozglądać się za czymkolwiek, co wyglądało jak lepszy bar.
Mignęło mi coś w kącie oka, odruchowo ostro wcisnęłam hamulec i tylko cudem nie wjechałam w przechodzącego na drugą stronę ulicy faceta.

 

** ** ** ** ** ** ** **

Montana – część I

Montana – część III

 

Polubienia 23
Wyświetlenia 1780

Podobne wpisy:

  • Z pewnością niedoszła rozjechana żaba jest apetycznym kąskiem do kawy… :)

  • anonim

    Ciekawe jak tam wampirza historia :D

    • obrzydliwie różowa … na razie w Montanie siedzę. I tak wlasnie myślę, że może jednym ciągiem wrzucę … :)

      • klo

        Śmiało! :D

  • Pandziorka

    Cudoo :) czekam z niecierpliwością na więcej i chociaż wiem ze wszyscy cie męczą ale co z paradoksem?? Pozdrawiam serdecznie

    • Dziękuję za pozdrowienia.
      Walentynki się zbliżają … jak myślisz? :)

      PS. Padłam. Położyłam się na chwilę … wstałam po 3 godzinach. Masakra. Wracam do pisania

      • Pandziorka

        Aniu zwolnij trochę poczekamy :) odpocznij wyspij sie i dojdz do siebie

        • Nie kuś … chętnie bym się przytuliła teraz do poduszki.

  • aaa

    Czekam na ciag dalszy ale takze na pogromce wampirzycy

    • A ja miałam przerwę w życiorysie potocznie zwaną snem … normalnie sypiam 4-5 godzin. Po 3 godzinnej drzemce w ciągu dnia położyłam się jeszcze na chwilę i wstałam teraz.

      Zaraz się zastrzelę!

  • anonim

    Chyba się nie doczekam …

    • Och … na ile ja rzeczy się nie doczekałam … ale nie marudzę tylko wracam do tekstów.

  • Pingback: Opowiadania erotyczne |Montana III | Skrywane Pragnienia()

  • Pingback: Montana I | Skrywane pragnienia()