Montana III

 

 

- Jezu. – Wyszeptałam.Zrobiło mi się słabo, bo wyobraziłam sobie, co zostałoby z niego gdybym jednak nie zdołała wyhamować.
Dopiero po chwili byłam w stanie oderwać wzrok od dłoni zaciśniętych na kierownicy i spojrzeć przed siebie.

A dokładniej prosto w twarz stojącego tuż przed maską tubylca.
Wysoki był.
I wściekły jak jasna cholera.
Zmarszczone brwi i czoło, wykrzywione usta. Nabierał już powietrza w płuca, gdy ktoś za mną stracił cierpliwość i zatrąbił.

Odblokowało mnie, ale na karb stresu składam, że zrobiłam to, co zrobiłam.
Uchyliłam okno i zawołałam.
- Długo będzie pan tak stał? Chciałabym pojechać dalej. – Mężczyzna opanował się i zacisnął usta, ale zszedł z ulicy dopiero dobrych kilkanaście sekund później.

Gdyby spojrzenie mogło zabijać padłabym trupem. Ewentualnie powinnam umrzeć na miejscu gdybym miała chociaż odrobinę przyzwoitości.
Niestety byłam zbytnio zdenerwowana czekającą mnie wizytą na posterunku i rozmową z szefem policji, bym miała się przejmować wkurzonym facetem.
Może i było w tym trochę mojej winy, ale nic mu się w końcu nie stało.

Ruszyłam natychmiast, gdy zyskałam tyle miejsca, by go nie przejechać.
Szansa, że mnie nie zapamięta była znikoma – ale zawsze istniała możliwość, że albo się już nie spotkamy, albo to jednak nie był tubylec tylko przejezdny, więc problem sam się rozwiąże.
Co jednak się zdenerwowałam to moje.

- Dobra. Nic z tego nie będzie. – Mruknęłam do siebie. – Do spotkania masz jeszcze trochę czasu. Zaparkuj i się uspokój, bo zaraz naprawdę kogoś rozjedziesz.

Odjechałam tylko większy kawałek, żeby nie narazić się na ponowne spotkanie z moją niedoszłą ofiarą i po raz pierwszy postawiłam stopę w Bozeman.

Błyskawicznie zapomniałam o tym, co się stało przed chwilą.

O rany.
Będę tu mieszkać.
Jak zaczarowana rozglądałam się dookoła.
Niska zabudowa, Main Street z niezliczoną ilością lokalnych sklepików.
Czym innym było oglądanie folderów, zdjęć przesyłanych przez Denise, czy nawet ujęć z google maps.

Ja tu naprawdę byłam.
Ruszyłam powoli przed siebie.
I wtedy go zobaczyłam.
Nadszarpnięty zębem czasu, ciemny, ale nadal przyciągający wzrok.
Niewiele myśląc weszłam do środka i od razu skierowałam się w jego stronę.

Ciepły męski głos przerwał ciszę.
- Piękny, prawda? – Nie odrywając wzroku od kredensu przytaknęłam.
- Zawołał mnie. Jest niesamowity. – Nie mogłam się nie uśmiechać, gdy na niego patrzyłam.

I w ten sposób kupiłam pierwszą rzecz do mojego domu i zawarłam nową znajomość.

Właścicielem sklepu z używanymi meblami był uroczy staruszek. Malutki, okrąglutki, z włosami jak srebro i brodą godną św. Mikołaja. Po chwili rozmowy i pierwszej kawie, którą mi na marginesie życie uratował czułam się, jakbym znała go nie od kilkunastu minut, ale lat.

- Steven James Callahan? – Moja brew poszła do góry.- A nie kusiło cię.. – Zamilkłam. Chyba się zapędziłam. Okazało się, że jednak nie. Trafiłam na pokrewną duszę. Pokrewna dusza zachichotała i odpowiedziała.
- Kusiło, ale żona mnie prawie zastrzeliła jak powiedziałem, ze wnuk ma mieć na imię Harry i nie ma mowy, żeby było inaczej.

Rozmawialiśmy o wszystkim i niczym. W tym o domu i poszukiwanych przeze mnie meblach.
- Ten kredens ma duszę. Takich mebli już się nie kupi. Będę starała się coś znaleźć, ale nie chcę mieć rzeczy bez charakteru. – Westchnęłam z żalem. Rozbestwiłam się i chciałam mieć coś unikatowego, tylko mojego. Mogłam to powiedzieć. Steven mnie rozumiał.
- Nie kupi, ale można zrobić. – Spojrzałam na niego zdziwiona. – Oczywiście nie każdy będzie to potrafił, ale akurat znam kogoś.
- Bez jaj. – W chichotaniu był mistrzem.
- Spokojnie dziecko, spokojnie. To mój wnuk. Co prawda ma inne rzeczy na głowie, ale ręce i zmysł do stworzenia dzieła sztuki nawet ze zwykłego stołka. Zresztą chodź, zobacz.

Zaciągnął mnie na zaplecze i pokazał półkę. Niby prosta, kilka desek zbitych razem, ale kolor, dobrana struktura drewna, szlif – tylko ostatkiem woli powstrzymałam się by nie wyciągnąć dłoni i jej nie pogładzić.
- No właśnie. – Mruknięcie mężczyzny nie pozostawiało wątpliwości, że jednak wiedział co się ze mną działo. – Powiedziałem mu co chcę, ale on dokładnie zrozumiał czego potrzebuję.

- Ale… – Zwariowałam chyba, że próbowałam oponować. Na szczęście nikt mnie nie słuchał.
- Mowy nie ma. Siedź cicho. Junior się teraz obija, może się poobijać przy okazji robiąc dla ciebie stół, krzesła i łóżko. Nic mu nie będzie. Zadzwonisz do niego wieczorem, powołasz się na mnie i już się tam umówicie.

Nabierałam już powietrza w płuca by coś dodać, ale nie zdążyłam.
- Uprzedzę go. I się nie przejmuj. On jet trochę mrukliwy, ale to poczciwie dziecko. Będziesz zadowolona. A teraz chodź. Przedstawię cię Alice. To moja sąsiadka. Ma sklepik z takimi dziwnymi rzeczami, ale kobiety to lubią.

Zostałam elegancko opakowana w kurtkę i zaciągnięta do sklepu kilkanaście metrów dalej.
Potem równie elegancko wepchnięto mnie do środka i zachowałam się jak cielę, rozglądając się dookoła z otwartymi ustami.

To był sklep typu mydło i powidło, a było w nim wszystko. A dokładniej kieliszki, filiżaneczki, talerze i wszelkiego rodzaju cuda do kuchni. Z przerażeniem pomyślałam, ze podoba mi się tyle rzeczy, że wykupię pewnie cały sklep.
I jak dobrze, że mam tak duży samochód.

- Rany. – Jęknęłam i wpadłam w ramiona szczupluteńkiej dla odmiany kobietki. Steven zasalutował i wyszedł, a ja zostałam wzięta w obroty przez Alice.
Wypieki na twarzach miałyśmy obie.
Ja z nadmiaru otaczającego mnie dobra – okazało się bowiem, że to, co widzę to tylko część, tego co mogę kupić. A ona wskutek wiadomości, że jestem tym tajemniczym lokatorem z Bridger Canyon Road.

I pewnie ugrzęzłabym tam na dobrych kilkadziesiąt minut wybierając kolejne punkty do listy zakupów, ale trzecia zbliżała się nieubłaganie.
A co jak co, ale po takim wstępie wolałam się nie narażać jeszcze bardziej stróżowi prawa.

 

- Oj. – Jęknęła Alice, gdy spytałam się jak najszybciej mogę dojechać, a właściwie to gdzie jest posterunek.
To jej „oj” trochę mnie zaniepokoiło.

W czasie rysowania prostej mapki przekazała mi kilka informacji. Jak zwykle nie słuchałam wszystkiego, a powyławiałam tylko fragmenty.

Szeryf jest rozwiedziony.
Żona go zostawiła.
Poluje na niego połowa niezamężnych kobiet w mieście, a kilka zamężnych chętnie by go uwiodło.
Nie lubi wyzwolonych – czytaj samotnych kobiet, bo mają poprzewracane w głowach.
I generalnie stoi na straży porządku i moralności w miasteczku.

Zestawiłam to z moją ostatnią rozmową i trochę mi się zrobiło słabo.
Pewnie wtedy u Denise szeryf został wzięty z zaskoczenia i ostatnie, czego się spodziewał to, że nowym mieszkańcem będzie właśnie samotna baba.
Było gorzej niż mogłam przypuszczać.

Z naręczem katalogów, zapisanym numerem do Alice i pożegnana jej współczującym spojrzeniem, które aż nazbyt mówiło mi, że nie czeka mnie przyjemne powitanie – ruszyłam do samochodu.
Pamiętając jak skończyło się ostatnio moje rozglądanie na lewo i prawo jechałam patrząc prosto na drogę. Zresztą dojazd był prosty. Jeden skręt w lewo, potem w prawo i po byłam na miejscu.
Obrzydliwy i nowoczesny budynek. Aż mnie przeszły ciarki po plecach.

Miejsc do parkowania było od groma. Mimo to władowałam się pomiędzy dwa policyjne radiowozy, zapięłam kurtkę i ruszyłam jak na ścięcie.

Weszłam do środka i stanęłam jak wryta.
Przede mną znajdował się terminator. A już na pewno była to maszyna w ciemnym mundurze. Podeszłam do czegoś w rodzaju recepcji i uśmiechając się do tej chyba kobiety – bo jak nigdy nie była tego pewna, powiedziałam.

- Dzień dobry, byłam umówiona na trzecią z szeryfem Mallroy’em. – Nie zdążyłam powiedzieć nic więcej.
- Wiem. – Zaskrzeczało to coś. – Tam proszę usiąść. Ma spotkania.

Machnęła głową w stronę kilku rzędów ław. Albo siedzeń. Zespawane ze sobą coś, na czym miało się siedzieć i na pewno nie miało nikomu być tam wygodnie.

 

- No to się zaczyna. Witamy w Bozeman. Mieście twoich kurwa snów. – Pogratulowałam sobie w myślach i usiadłam na wskazanym miejscu.

 

Zerknęłam na zegarek – trzecia. Dobre z tego i tyle, że przynajmniej ja byłam punktualnie.
Po dziesięciu minutach gapienia się w ścianę stwierdziłam, że jeśli czymś się nie zajmę to zaraz zrobię coś głupiego. Jedyne, co mogłam to wyciągnąć katalogi od Alice i tym samym zniknąć w świecie wirtualnych zakupów.

- Za mną. – Byłam tak zamotana, że nawet nie zwróciłam uwagi na to, że nie usłyszałam „proszę”.
Wrzuciłam wszystko jak leci do torby i podążyłam za Cerberem. Nic nie poradzę na to, że nadałam tej kobiecie taki przydomek. Ale taki mi pasował i za nic nie chciało być inaczej.
Wprowadziła mnie do jakiegoś pomieszczenia i już miała zamknąć za sobą drzwi, gdy jakoś tak mi się powiedziało.

- Dziękuję. Miłego dnia. – Zdziwiona spojrzała na mnie, a ja już zupełnie odruchowo się uśmiechnęłam.
Nie wiem.
Z reguły bywam miła dla ludzi.
I co prawda tutaj jakoś nie miałam powodu, ale chyba stres i zdenerwowanie dołożyły swoje i przed czekającym mnie spotkaniem jakoś pozytywnie chciałam doładować baterie.

- Wody? – Cud numer jeden. I to by było na tyle, bo nawet nie zdążyłam się zdziwić a co dopiero odpowiedzieć, gdy usłyszałam.

- Nie trzeba. To potrwa chwilę.
Głęboki męski głos.
Słyszany wcześniej przez telefon był zniekształcony. Teraz wypełnił pomieszczenie i dotarł do mnie bez żadnych przeszkód.
Spięłam się bo mi się nie spodobał.
Wywołał reakcję, której nie powinien. I poruszył struny, które dawno przestały wydawać dźwięk.

A potem zobaczyłam jego i zamarłam.
Wysoki, potężny brunet. Równie dobrze mógł być policjantem, marynarzem, drwalem i przestępcą.
Ciężko przystojny, w ten specyficzny sposób, gdy kobieta chce być broniona i chroniona, porwana i zniewalana. Najlepiej wszystko naraz.
I musiał być tego świadom.
Jest wtedy w mężczyźnie ten pewien rodzaj pychy, gdy wie, że jest atrakcyjny i przyciąga kobiety.
On wiedział! Bardzo dobrze o tym wiedział.

Nienawidzę mężczyzn z brodą.
On miał brodę.

Miał również przenikliwe i zimnie spojrzenie.
I mnie nie lubił.
Vice versa. I nie zamierzałam tego ukrywać.

Wyprostowałam się i czekałam na to, co będzie dalej.
A dalej było gorzej.

Zatrzasnął drzwi tuż przed nosem Cerbera i usiadł po przeciwnej stronie stołu.

- No to się zaczyna. – Zdążyłam pomyśleć i usłyszałam.
- Joshua Mallroy. – Cholera! Nie Josh. Josh jest dla znajomych. Ja zostałam sprowadzona do poziomu przykrego obowiązku i nie zamierzał ze mną się w żaden sposób spoufalać.
I kij ci w oko, baranie.
Baran kontynuował.

- Musimy załatwić formalności. Dokumenty proszę.- Nastroszyłam się w sobie. Facet mnie wkurzał. A jeszcze bardziej wkurzało mnie to co jego głos robił ze mną. Nie podobało mi się to.

- Miejmy to już za sobą. – Dopiero widząc niedowierzanie na jego twarzy zrozumiałam, ze powiedziałam to na głos.

 

Było mi już teraz wszystko jedno.
Jednego faceta prawie zabiłam.
Szeryf mnie nie trawi.

Viva Montana!

 

Sięgnęłam do torby po plik dokumentów. A dokładniej po to co dostałam już dawno temu, a czego jeszcze nie przeglądałam i rzuciłam na blat stołu.

Zmarszczył czoło widząc zamkniętą kopertę, ale się nie odezwał.
Dźwięk rozrywanego papieru. Szelest przekładanych dokumentów.

- Status rezydenta? Ciekawe. – Głośno rzucane uwagi ociekały jadem. Niby mówił do siebie, ale nie miałam wątpliwości, że chce podkopać moją pewność siebie. W końcu odłożył wszystko na bok i skoncentrował się całkowicie na mnie.
– To jest latynoskie nazwisko. A ty nie wyglądasz jakby w twoich żyłach płynęła hiszpańska krew. – Spojrzałam na niego zimno. Niby niewinna uwaga, ale rzucona tak, że miałam się bronić.

Zaczynał atakować.
A ja nie zamierzałam dac mu się ugryźć.
Wycedziłam wolno.

- Po mężu. – Kpina widoczna w jego oczach. I słyszalna w głosie.

- Po mężu? – Powtórzył. – I tutaj trafiłaś? Sama? Rozwódka czy w separacji?

 

Szach i mat.

 

Na chwilę przestałam widzieć tego dupka. Gdy ten temat wracał, gdy to co się stało wracało do mnie – panowałam nad sobą.
Ale teraz zostałam wzięta z zaskoczenia.

Mimo, iż byłam przekonana że to już jest za mną – że już przeszłam żałobę, to jednak się okazało, że zupełnie nie.
To pytanie cofnęło mnie do wydarzeń sprzed kilkunastu miesięcy.

I poczułam, jakby wszystko działo się wczoraj.
Zobaczyłam jego zamknięte oczy. Zakrwawioną koszulę. Ktoś mnie odciągnął nie pozwalając sprawdzić czy oddycha.

Zgarbiłam się i wyszeptałam.
- Nie. Wdowa.

 

 

** ** ** ** ** ** ** **

Montana – część II

Montana – część IV

 

Polubienia 26
Wyświetlenia 2037

Podobne wpisy:

  • Wczoraj katastrofa. Prąd zdechł. Baterii w komórce i laptopie co kot napłakał.
    Położyłam się spać wcześniej i co z tego jak i tak dzisiaj zaspałam,
    Na szybko, wrzucam Wam jedną rzecz tak jak leci. Resztę jak tylko będę się mogła zalogować w pracy na blog (pewnie w czasie jakiejś przerwy).
    Buziaki kochani i niech trafi te walentynkowe atrakcje

  • Gosia

    Chcę wiecej. Wciągnęło mnie tak bardzo, że chcę wiecej. Uwielbiam Twoje opowiadania, ale coś czuję przez skórę, że to bedzie moje ulubione :)

  • aąaaaa

    Uwielbia cie po prosru i czekam na ciag dalszy. Milej pracy

    • Dziękuję. Wracam bo mam urwanie głowy .. i czterech liter.

  • Pingback: Opowiadania erotyczne |Montana II | Skrywane Pragnienia()

  • at

    Te ostatnie zdania mnie po prostu wzruszy. Czekam na ciag dalszy

    • Że wdowa? … Co poniektórzy wiedzą kogo uśmierciłam :)

      • at

        domysliłam sie kogo wdowa…dlatego az tak nad tym rozpaczam

        • Kasia

          Po kim wdowa ??? Paradoks jeszcze nie skończony przecież

          • anonim

            To kontynuacja opowiadania pt.”Diabeł”.
            Czekamy na Montana IV i Pogromce Wampirzycy !!! :D

          • Mam dylemat. Poprawiam tą Wampirzycę i mi się nie podoba. I tak mnie ciągnie w stronę Montany.
            I tak się zastanawiam (na głos tylko) czy wrzucać Paradoks i dopisać Montanę … czy jednak wpuścić Wampirzycę w kanał.

          • anonim

            Nie trzymaj już na w niepewność. DODAJ COKOLWIEK !!!!

          • Eh…. Wampirzyca zaliczyła wylot (czasowy) a przy okazji korekty Paradoksu powstała jego kolejna wersja.
            Wrzucilam ja bez korekty – szansa na radykalne zmiany opublikowanego juz tekstu jest zdecydowanie mniejsza. A nie chciałam znowu ryzykować.

      • Lesiu

        Nie nie nie nie nie nie :( Tylko nie to niech on wróci !!!

      • Weronika A.

        Mojego ulubionego bohatera uśmierciłaś… :-( Aniu, jak mogłaś???

        • Ale go nie podpaliłam :D
          Dzielicie skórę na niedźwiedziu … a jak bryknie to co?>

          • Musze to dodać … opowiadanie mi bryka nie tak jak planowałam. Proszę mi tu nie marudzić :)

  • Askaa

    Dawno mnie nie było,ale jestem śledzę…:)
    Jak narkotyk …normalnie mam detoks,wołam o więcej!:)

    Pozdrawiam Asia

    • Stęskniłam się. Witaj :)

      • Askaa

        Miałam jakiś kryzys komentatorski :P
        Możesz wrzucić nam Pawełka:D

        Ps. Mam nadzieję,że z Twoim zdrowiem wszystko w porządku?! :)

        • Askaa

          Właściwie to daj Paradoks!!!:D

  • klo

    Zmroziło mnie i zamurowało w pracy jak przeczytałam koniec! Czekam na więcej szczegółów co się działo u bohaterki przed przeprowadzką :)
    Czuję, ze będzie to moje ulubione opowiadanie zaraz po „Diable” (R.I.P) :(.

    Pozdrawiam :)

    • Ja Diabła (oczywiście, że mam na myśli „pierwowzór” postaci) zaraz zobaczę :)
      Wiem, straszna jestem.

      • klo

        Też bym chciała takiego Diabła zobaczyć, a tymczasem widzę notatki na egzamin z konstrukcji :)

        • Diabeł jest niebezpieczny i zły. Diabła lepiej unikać.

          • klo

            To wiadomo :D
            Ale mam przeczucie, że ten latynoski się jeszcze w USA pojawi :) Dlatego otarłam łzy i czekam.

          • Ja nic nie wiem, nie znam się … ja tu tylko piszę :)

  • Styna

    Kolejna działka mojej ulubionej używki…. Znowu pozostałam na głodzie, więc tylko przypominam, że czekam razem z pozostałymi czytelnikami, (nie)cierpliwie na ciąg dalszy…. ;)
    Pozdrawiam :)

    • Smuteczek

      Szkoda ze Diabel nie zyje.

      • Hm … no niby tak :)

        • Mojrz

          Nigdy tutaj nie komentuje zawsze z ciekawością czytam Twoje opowiadania które są mega wciągające….ale że zamordowałas Raula ….to już nie chce czytać o nowej miłości bohaterki która będzie szeryf który obroni ją przez ciemnymi typami …za dużo ciemności w życiu już mamy by czytać o niej jeszcze …ale z pewnością wielu osobom przypadnie Montana do gustu :)

          • To chcesz mi powiedzieć, że lubisz czytać ale dopiero gdy doszłaś do wniosku że wykończyłam mojego ukochanego bohatera (Twojego również) to się odezwałaś ?
            :D
            Ale …… w osądach byłabym ostrożna – zwłaszcza, że oceniasz treść jej nie znając.

            Montana.. oj .. ja ją pokochałam :) Mam nadzieję że Wam też się spodoba.

            A trup jakiś musiał być .. ale czy ten? Co do USA, przerabialam na własnej skórze ten temat i status rezydenta mam przeżuty wszerz i wzdłuż. Dwie komplikacje były w opowiadaniu pierwotnie. No przecież nie napiszę, że bohaterka w lotto wygrała i dlatego się w Montanie znalazła. A musi być „nasza” ….
            A dlaczego?
            … nie lubicie czytając wcielać się czasami w jej rolę :)

  • Magda

    Długo kazałaś nam czekać na to opowiadanie, ale było warto czekać kilka (kilkanaście ?) miesięcy na kontynuację zapowiedzi ;)

    Mówią, że nadzieja matką głupich i pewnie nadinterpretuję te słowa: „Ktoś mnie odciągnął nie pozwalając sprawdzić czy oddycha.”, ale mam wrażenie, że Raul nie zginął.

    • anonim

      Z ust mi to wyjęłaś

  • Dominika I.

    Dziękuję Aniu że piszesz. Uzależniasz :)

    • Nie mogłam usłyszeć nic milszego.
      Dziękuję.

  • Kinga C

    Super! Czekam na ciąg dalszy :)

  • Trochę nie moja literacka pólka, ale czytało się przyjemnie :)

    • Tym bardziej doceniam, że zajrzałeś :)
      Dziękuję

  • Fajne lekkie pióro… Fabuła nie moje klimaty ale całokształt pozytywny :)

  • Pingback: Opowiadania erotyczne | Montana IV | Skrywane Pragnienia()