Montana V

Gdy się obudziłam było już jasno.

Jęknęłam. Było mi niedobrze, bolała mnie głowa.
Żaden kac morderca, a raczej moralny dół. To nie była reakcja organizmu na alkohol tylko na wspomnienie tego, co zrobiłam.

Jęknęłam jeszcze raz i na powrót zakopałam się w pościeli.
Chciałam umrzeć.
Nie było mi dane to zrobić w spokoju. Dobiegł mnie jakiś łomot – zupełnie jakby ktoś dobijał się do drzwi.
Z nikim nie miałam ochoty się widzieć, a już na pewni nie byłam w stanie odpowiadać na pytania.
Żadne!

Nakryłam głowę poduszka licząc, ze to coś da, ale nawet ona nie była w stanie całkowicie odciąć mnie od tego hałasu.
Jakiś uparty osioł walił w te drzwi i nie chciał przestać.
Może się zmęczy i odpuści?
Łomot ustał.  Zdążyłam tylko pomyśleć.
- Dzięki chociaż za to. – Gdy do pionu i to dosłownie, ustawił mnie dźwięk tłuczonej szyby.

Zerwałam się z materaca i w panice zaczęłam rozglądać za czymkolwiek, co względnie nadawałoby się do obrony.
- Anna! – Co jak co, ale Denise miała donośny głos. I w dodatku darła się jak opętana. – Anna!

Opatuliłam się kocem i na bosaka zeszłam na dół.

Rozwalona szyba w drzwiach na patio, śnieg i stojąca przy kominku rozhisteryzowana kobieta.

Zobaczyła mnie i wtedy się zaczęło.

 

Krzyczała, wrzeszczała i z potoku słów wyłowiłam kilka informacji.

Całe miasteczko huczało od plotek.
Oczywiście chodziło o wydarzenia na posterunku.
Margaret nie puszcza pary z ust, szeryf zniknął, a do mnie nie można się dodzwonić.

Wzruszyłam ramionami.
Pewnie, ze nie można było się dodzwonić, bo pierwszą rzeczą jaką zrobiłam po po powrocie do domu było wyciągnięcie kabla z telefonu.

- Nie rób dziwnych min. Natychmiast mów co się stało. – Przez chwilę się wahałam, ale komuś musiałam o tym powiedzieć. Denise była chyba w obecnej sytuacji najlepszym o ile nie jedynym słuchaczem, a wątpiłam czy szeryf zapomni o tym co się stało.
Ja bym na jego miejscu nie zapomniała.
- Cały dzień czy fragmenty? – Denise zrozumiała mój przekaz.
- Cały dzień. Obawiam się, że fragmenty nic mi nie dadzą.

Wzięłam głębszy oddech i cofnęłam się do wczorajszego poranka.
Brwi Denise rozpoczęły wędrówkę do góry w momencie, gdy wspomniałam o biedaku, który przeżył moje hamowanie.
Poszły jeszcze wyżej przy wizycie w sklepiku Callahana.
Ale pod grzywkę zniknęły, gdy dotarłam do wydarzeń na posterunku.

Nie zdecydowałam się przyznać do wszystkiego i chyba dobrze skoro jej reakcja na okrojoną wersję wydarzeń była tak żywiołowa.

- Że co?! – Nie wytrzymała, a ja prawie straciłam słuch. Zrezygnowana powtórzyłam ostatnie słowa, znowu nie wspominając o drobiazgu jakim było spoliczkowanie szeryfa i ucieczka z posterunku połączona z pozostawieniem wszystkich moich dokumentów.
- Nazwałam szeryfa chamską szowinistyczną świnią. I powiedziałam, że jest kawałem gnojka. Mam kłopoty, co?

Najgorsze było to, że Denise pokiwała głową.

- Jak jego fanki się o tym dowiedzą to cię utopią. Albo otrują. Albo wszystko na raz. Zupełnie nie pojmuję co się stało. Josh to taki sympatyczny mężczyzna. Taki szarmancki. To jest do niego niepodobne. To jakieś nieporozumienie. Musiałaś go na pewno źle zrozumieć. Jest może czasami szorstki w obyciu, ale on tak po prostu się zachowuje. Muchy by nie skrzywdził.

Spojrzałam na nią jak na wariatkę.
Co ona bredzi? Jakie nieporozumienie?!

A potem do mnie dotarło, że stoję na przegranej pozycji. Jeśli Denise w ten sposób tłumaczy szefa policji, to nikt mi nie uwierzy, ze ten człowiek zachował się w taki a nie inny sposób.
I się zamknęłam. Jakiekolwiek próby przekonywania, ze było inaczej mijały się z celem.
Zwłaszcza, ze Denise kontynuowała.

- Och! To na pewno niedługo się wyjaśni. Nie masz o co się martwić. Ostatnio u nas jest spokojnie, to wymyślają głupoty. – Ostatnia uwaga zapewne odnosiła się do mieszkańców Bozeman. – Ale lepiej powiedz co z tymi meblami.

 

Czułam się jak w ukrytej kamerze.
Przed chwilą powiedziałam, że szef policji zasugerował, że sama zatłukłam męża, a dla niej bardziej interesujące jest kto mi robi meble?!

 

- DJ Callahan mi je zrobi. Co w tym dziwnego? – Naprawdę nie rozumiałam o co jej chodzi. Stolarz to stolarz. O co ten cyrk?

- Myślałam, że żartujesz, ale ty naprawdę przyciągasz kłopoty. – Nadal mi to nic nie powiedziało. Powoli traciłam cierpliwość.
- A konkretniej? – Denise odpowiedziała konkretniej, a teraz dla odmiany ja słuchałam.
Odebrało mi mowę.

Jakim cudem znowu pakuję się w takie problemy?
Chciałam tylko odpocząć. Znaleźć spokojne miejsce i schronienie.
A tymczasem okazało się, że drę koty z szeryfem.
Meble ma mi robić jakiś miliarder, który chciał wcześniej wykupić to ranczo ale nie zdążył.
Traktujący prace stolarskie jako hobby i nie robiący nic na zlecenie.
Ranczo należało do byłych teściów szeryfa.
Wszyscy, a przynajmniej znakomita większość mieszkańców jest zainteresowana moim życiem bardziej niż by wypadało i tylko czekać, aż zaczną obstawiać zakłady.
W dodatku pech chciał, ze w Bozeman były dwa samce alfa ostro rywalizujące ze sobą o wszystko.
Już wisienką na torcie był fakt, że obaj panowie byli stanu wolnego, co wiązało się ze sporym gronem wielbicielek jednego i drugiego.

- Już masz pod górkę z kilkoma pannami. – Mruknęła Denise tylko potwierdzając moje obawy. – Szeryf z tobą rozmawiał. Sam na sam. Teraz ta cała tajemnica wokół wydarzeń na posterunku. Ty siedzisz cicho, szeryfa nie ma, a Margaret która wszystko widziała i słyszała milczy jak zaklęta i nie chce nic zdradzić. Ale jak się dowiedzą, ze DJ będzie ci robił łóżko to masz nagrabione.

To, że mam nagrabione wiedziałam i bez jej pomocy.
Pytanie czy tymczasowo czy na stałe?

Rozważania przerwało życie – a dokładniej zimniejszy podmuch wiatru. Dziurę w drzwiach załatałyśmy tymczasowo jakąś dyktą i uszczelniłyśmy szmatami.
- George ci to naprawi. I może na razie nigdzie się nie ruszaj. – Niczego więcej nie potrzebowałam, a nakarmiona wiadomościami Denise w końcu pojechała.

I tak zostałam sama.

Ruszać się nie ruszałam, ale uruchomiłam telefon i zadzwoniłam.

Chyba chciałam iść za ciosem.
W końcu jak miałam mieć pecha to konsekwentnie i do końca.
I miałam.

Ktoś odebrał połączenie.
Zdążyłam się przedstawić i tyle mojego.

Męski głos był zachrypnięty, a mnie dopiero po niezbyt przytomnym:
- I? – Oświeciło, że może źle się wstrzeliłam i przeszkadzam.

Mimo tych przeczuć brnęłam dalej. Starałam się krótko wyjaśnić o co chodzi, ale ponownie mi przerwano.
- Pojutrze o 7 rano. – I facet się rozłączył.

Normalnie bym się zdenerwowała i przejęła.
Na szczęście dla siebie, osiągnęłam już maksymalny poziom stresu i po prostu to po mnie spłynęło.

Miałam się umówić z fachowcem na rozmowę i obmiary?
To się umówiłam.
A że w tak dziwny sposób to co ja za to mogę.
Przecież się z tego powodu nie powieszę.

Zresztą zaraz zajęłam się bardziej przyziemnymi rzeczami.
Na dole było jednak zimniej niż przypuszczałam. Próby uszczelnienia drzwi nic nie dawały.
Musiałam ewakuować się na górę.
A tam nie za bardzo miałam co robić.
Do Bozeman wolałam nie jechać. Zresztą Denise i tak na razie mi to odradziła.

Wpakowałam się więc z powrotem do mojego prowizorycznego łóżka – tym razem zabierając ze sobą książkę.
Wstawałam kilka razy – a to po coś do jedzenia, wodę czy do łazienki, przy okazji odruchowo patrząc w okno.
I w pewnym momencie coś mi mignęło.

Za pierwszym razem myślałam, że mi się przewidziało.
Przy kolejnych upewniłam się, że tam coś jest i to się rusza.

Względnie spokojna byłam do momentu, w którym nie usłyszałam głuchego łoskotu z dołu.
Zupełnie jakby ktoś wypychał dyktę usiłując dostać się do środka.
- Bo wypycha! – Podskoczyłam nerwowo, ale tym razem od złapałam rurę, która miała być zamontowana w garderobie i zbiegłam na dół by przywalić bezczelnemu złodziejaszkowi.

Tak jak zleciałam na dół, tak ledwo wyhamowałam.

Było zimno jak jasna cholera, częściowo rozerwana a częściowo wypchnięta dykta leżała na podłodze a ja patrzyłam na przeżuwający coś powoli pysk łosia.

A konkretniej na fragment łba, który się zmieścił przez otwór w drzwiach.

 

 

** ** ** ** ** ** ** **

Montana – część IV

Montana – część VI

Polubienia 29
Wyświetlenia 1635

Podobne wpisy: