Montana VIII

 

 

 

I co?
I nic!
Rycerz na białym koniu się nie zjawił.
Żaden cud nie nastąpił.
Za to ja tkwiłam w niezłym bagnie.

Bez dokumentów, bez niczego do obrony, z topniejącymi zapasami jedzenia i solidną konstrukcją z desek zamiast drzwi tarasowych.

Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że właśnie ta rzecz mi najbardziej przeszkadzała i doprowadzała do szału.

Nie wiem dlaczego przyjęłam, że skoro DJ zabezpieczył wejście, to i je naprawi.
Samo mi się jakoś przyjęło.
I nie wyprowadzałam siebie z błędu.
W dodatku postanowiłam być cierpliwa.
Przyjechał, naprawił, pojechał, wróci.
Kobieca logika. Nic innego.

Trochę to trwało zanim się zirytowałam.

W sumie nałożyło się kilka rzeczy na raz, ale jako pierwszy ruszyłam temat nieszczęsnych drzwi.
Nie wytrzymałam i zadzwoniłam do Dexter’a.
Dokładniej to dwa razy i każdy telefon kończył się nagraniem na automatyczną sekretarkę prośby o kontakt.
Kolejnych podejść z mojej strony nie było. Brak odpowiedzi był dla mnie sygnałem, że facet albo umarł, albo mnie miał czasu albo miał mnie w głębokim poważaniu.
Każda z tych opcji skutkowała tym, że zostawałam z dechami na ścianie i bez mebli.
Problem dech postanowiłam rozwiązać przy wykorzystaniu George’a  – w końcu to jego żona dokonała zniszczenia. Pomijam, że dopiero wtedy przypomniało mi się, że właściwie to taką deklarację już mi złożono.
Co do samych mebli to jakoś obyłam się bez nich do tej pory, to dam radę pociągnąć jeszcze trochę. W końcu coś znajdę.

Gorzej, że nie mogłam równie szybko rozwiązać pozostałych kwestii.
Tematy broni, dokumentów i legalizacji mojego pobytu postanowiłam odłożyć w czasie. Zwłaszcza, że pierwszą rzeczą, która musiałabym zrobić była wizyta na komisariacie. A znając mojego pecha to również osobista rozmowa z szefem policji

Na samą myśl o Mallroy’u przebiegł mnie dreszcz.
Nie!
Na tego człowieka nie byłam jeszcze gotowa.
Zdecydowanie to odsuwamy w czasie!

Niestety nie było już możliwości by odwlec wizytę w samym miasteczku. A dokładniej w jakimkolwiek sklepie z jedzeniem.
W lodówce było tylko światło, a ja sięgnęłam dna jedząc jakieś dziwne płatki z rodzynkami zalane wodą.
Papka w konsystencji i smaku przypominała rozpuszczony papier. Rodzynki – których na marginesie nienawidzę, wyglądały w tym wszystkim jak królicze bobki.
W przypływie lekkomyślności po pierwszej łyżce, zjadłam i drugą. Prawie mi się to cofnęło i wtedy powiedziałam dość.
Ukrywam się jak jakiś głupek a przecież nic takiego nie zrobiłam.
No, może poza nazwaniem szeryfa męską, szowinistyczną świnią.
Ale skoro nikt tu jeszcze nie przyjechał, żeby mnie podpalić to jest szansa, że jednak wieści się nie rozeszły.
Uczepiłam się tej myśli jak rzep psiego ogona.
Za jednym zamachem postanowiłam załatwić temat George’a oraz nieszczęsnej prowizorki i jeszcze przed wyjazdem zadzwoniłam do Denise.
Wcześniej się do niej nie dobijałam, bo jednak w czasie poprzedniej rozmowy byłam zbyt szczera i trochę za bezpośrednio poprosiłam, by wszyscy dali chociaż przez chwilę mi święty spokój. Amerykanka to Amerykanka, a ja użyłam prostych, żołnierskich słów. Bardzo żołnierskich.

Zaskoczenie numer jeden – złapałam ją.
Zaskoczenie numer dwa – Denise wcale nie była zła. Uważała, że powinnam wypocząć po takich atrakcjach jak wizyta DJ’a.
Nie wyprowadzałam ją z błędu jak to dokładniej wyglądało, ale też nie pozwoliła mi dojść do słowa.
Zostałam poinstruowana gdzie mam podjechać, przekazano mi pozdrowienia od Alice i to by było na tyle, bo moja rozmówczyni po prostu się rozłączyła uznając temat za zamknięty.

Odetchnęłam z ulgą, bo łatwo poszło.
Byłam przekonana, że swoim zachowaniem najzwyczajniej w świecie ją obraziłam i uraziłam, a tu taka niespodzianka.
W doskonałym nastroju wsiadłam do samochodu i ruszyłam do Bozeman, totalnie ignorując moje wcześniejsze doświadczenia w podobnych przypadkach.
Z reguły mi za łatwo przyszło, to z jeszcze większym hukiem zmieniało tor lotu.
Zostawiając za sobą dom i niepokój zajęłam się czymś o wiele bardziej przyjemnym – co kupię do jedzenia.
Jadąc odmówiłam sobie jeszcze w duchu trzy zdrowaśki za dobrze rozpoczęty i oby równie pozytywnie kończący się dzień, po czym wparowałam do Safeway’a głodna jak wilk.
I na tym mój umiar się skończył.
Uśmiechając się uroczo do mijanych ludzi wrzucałam do wózka wszystko, co do mnie wołało, na co miałam apetyt albo było na liście składników moich ulubionych potraw.
W efekcie obracałam trzy razy, tłumacząc przy okazji kasjerce, że przygotowuję powitalne przyjęcie.
Dopiero to ją względnie uspokoiło – nie dziwię się, bo ilość zakupionego jedzenia była co najmniej imponująca.
Dziękując w duchu za tak duży wóz, ruszyłam pod podany przez Denise adres. Pomny faktu, że nie mam przy sobie żadnych dokumentów – bo wszystko zostało u tego koszmarnego człowieka, jechałam bardzo powoli. Żeby broń boże nie złamać jakichkolwiek przepisów.
Już widzę, jak chcącemu mnie wylegitymować funkcjonariuszowi prawa wystarcza moje słowo honoru, że wszystkie dokumenty mam, tylko są teraz w posiadaniu jego szefa.
I tylko dlatego, że jechałam jak krowa zauważyłam machająca do mnie z przejęciem Alice.
Zanim się zdążyłam zatrzymać już otwierała drzwi i wtarabaniła się do środka.
- Witaj kochaniutka. No to jedziemy. Denise zaraz będzie.
To, że mnie ogłuszyła było niedopowiedzeniem. Nie zadając żadnych pytań jechałam tak jak mi kazała.
- Stan tu złotko, bo dalej nie będzie miejsc. – Posłusznie zjechałam na pobocze i cudem wcisnęłam się między stojące dosyć dziwnie auta.
Nie do końca mając wyjście podążyłam za Alice. W sumie wyjście bym miała, ale wcześniej musiałabym uwolnić rękę z dosyć silnego uścisku.

- Taka mała, a taka silna. – Tyle zdążyłam pomyśleć, po czym otworzyły się jakieś drzwi i ogłuszyło mnie dosłownie.
Takiego jazgotu w jednym miejscu dawno nie słyszałam. W środku były same kobiety.
Na protesty nie było miejsca. Zostałam wciągnięta do baru, a po sekundzie byłam klepana w plecy, całowana w policzki i wyściskiwana.
Alice dzieliła się mną częściowo, pociągnęła mocniej i w końcu wylądowałam na krześle przy boku Denise.
- Co to jest? – Ryknęłam jej prosto do ucha. Hałas była taki, że ledwo usłyszałam odpowiedź.
- Babki wieczór u Copper’a.
- Co tu się robi? – Drugie zdanie a mnie już bolało gardło.
- Pije!
Wzruszyłam ramionami. W sumie dlaczego nie.
Co prawda coś kołatało mi z tyłu, że chyba nie powinnam pić, ale zanim zdążyłam doprecyzować dlaczego, wylądował mi przed nosem kufel z piwem.
Głodna byłam, ale spragniona również.
I tak jak nienawidzę piwa, tak z ręką na sercu nic lepszego nigdy wcześniej nie piłam.
Obawy odstawiłam, sięgnęłam po drugą szklanicę.

Alice z Denise trajkotały jak najęte. Jakim cudem słyszały siebie nawzajem nie mam pojęcia. Co chwilę coś mówiły do mnie, ale nawet nie próbowałam zrozumieć, o co im chodzi. Za każdym razem uśmiechałam się i pociągałam kolejny łyk alkoholu.
Muzyka grała – zresztą ktoś chyba śpiewał na żywo.
Po chwili na stole wylądowały burgery i frytki. Piwo oczywiście też.
Babki się śmiały. Ja jadłam i piłam.
Po czym nagle nie wiedzieć jak pojawił się George.

Jedno trzeba przyznać – trzeźwa to już nie byłam.
Piwo w ilościach hurtowych w dodatku na pusty żołądek – bo burgery pojawiły się dużo później, zrobiło swoje.
Wiedziałam, że mi lekko szumi w głowie, ale jak to zwykle bywa uważałam, że jestem o wiele bardziej trzeźwa niż byłam w rzeczywistości.

Na widok George’a odblokowała mi się zapadka z tematem numer jeden.
- Łoś! – Ryknęłam dosyć głośno. Na tyle by usłyszał mnie zarówno mąż Denise jak i kilkanaście stojących bliżej kobiet.

Mąż Denise był już w temacie i był trzeźwy, czego nie da się powiedzieć o rozchichotanych paniach.

Zresztą mężczyzna został błyskawicznie zagarnięty przez Denise do naszego stolika, a nerwowymi uśmieszkami nikt z naszej czwórki sobie głowy nie zawracał.
Denise trzeźwa też nie była skoro ochoczo podłapała hasło. Niestety równie głośno.
- George! Trzeba Annę zabezpieczyć, bo jej dziurę bardziej rozerwie. Takie dzikie zwierzę to może strasznych szkód narobić. Natychmiast jedź do niej. Trzeba to zatkać. Przetkać. Wetknąć. Zresztą wiesz. – Za wszelką cenę usiłowała dopasować właściwe słowo.

Z kolej ja miałam w głowie wizję desek i zatkanie dziury było dla mnie jednoznaczne ze wstawieniem właściwej ościeżnicy i ramy.
To, że nie miało to najmniejszego sensu było dla mnie najmniej istotne.

- Tak George. Natychmiast. Dzikie zwierzę. Jak wpadnie to potem ciężko go wypchnąć. Jest tak duży, że ostatnio się zakleszczył. I utknął! –  Oznajmiłam z pełnym przekonaniem, mając w głowie wspomnienie łba łosia w dziurze.

- A co było jak się zakleszczył? – Alice o łosiu nic nie wiedziała, o dziurze też nie, ale to akurat w niczym nie przeszkadzało.
Jej ani nikomu, kto był u Copper’a. Zdaje się, że dawno na babskim wieczorze nie było tak cicho.

Na szczęście Denise miała cały czas w głowie wizję pobojowiska, które zostawiła po sobie, więc nie marnowała czasu na snucie opisów co się robi z dzikim zwierzem zakleszczonym w dziurze.
Bez zbędnych słów wypchnęła mnie i George’a z baru na ulicę. Wyszliśmy sami – aczkolwiek oniemiałym wzrokiem odprowadzali nas wszyscy.
- Już. Natychmiast! Masz jechać do Anny i to naprawić. – Mroźne powietrze orzeźwiło mnie odrobinę.
- Mój samochód. Moje zakupy. Ja musze to zabrać.
George swoją żonę znał lepiej niż ja i wiedział, że nie należy się jej sprzeciwiać nigdy – nawet gdy jest pijana.
Nie pojechanie do mnie nie wchodziło w grę.
Jednocześnie ja zaparłam się jak dziki osioł, że bez mojego wozu się nie ruszę.
Mając z jednej strony ukochaną aczkolwiek groźną małżonkę, a z drugiej upartą oślicę, która nie mogła prowadzić, podjął męską decyzję, że pojedzie do mnie moim samochodem, wypakuje zakupy, zobaczy co z tą dziurą, a potem się coś wymyśli.
Jego samochód stał tuż przed barem, mój trochę dalej – logicznym więc było, że najpierw wyciągnął to co najpotrzebniejsze ze swojego wozu.
Czyli skrzynkę z narzędziami i strzelbę.
Na widok broni odblokowały mi się zapadki numer dwa i trzy.
Pozwolenie na broń, a co za tym idzie odzyskanie moich dokumentów od komendanta.
Kiedy znaleźliśmy się w fordzie wydałam nie znoszącym sprzeciwu tonem polecenie.
- George. Mam jeszcze do załatwienia dwie sprawy. Jedziemy na główny posterunek. Teraz!

Odpowiedział mi jęk, który zignorowałam słusznie uznając, że i tak nic nie wnosi.
- Chryste! Za jakie grzechy!

 

 

 

** ** ** ** ** ** ** **

Montana – część VII

Montana – część IX

 

Polubienia 16
Wyświetlenia 1758

Podobne wpisy:

  • Anonim

    Nareszcie. I więcej!

  • Gosia

    Już „widzę” akcję w komisariacie.
    Dzięki za poprawę nastroju – po jelitówce „czuję się” jak zwłoki.

  • Antek

    Kiedy ciąg dalszy? Zlituj się.

  • Takie prawdziwe. O Boże, Baby… zrozumiałam aluzje dziwnie zaparkowanych samochodów lekko później jak na blondynkę przystało. Kurczę, chciałabym być w takim świecie.
    Akcja łosiowa przedstawiona w iście rozbrajającym stylu hah

  • Pingback: Skrywane Pragnienia | Montana IX()

  • Pingback: Skrywane Pragnienia | Montana VII()