Montana X

 

 

Nabrałam głęboko powietrza by wyrzucić z siebie to wszystko, co kotłowało się we mnie od kilku dni i wtedy zakręciło mi się w głowie.
Nie przewidziałam jednego.
Że odetchnę również nim.
Jego zapach i aromat tak zbiły mnie z tropu, że dałam radę tylko westchnąć.

I to był koniec.

Koszmarna pustka w głowie – spotęgowana przez dziwne drżenie, którego nie czułam od dawna.
Nie rozumiałam tego, co się ze mną działo.

Do cholery!
Wcale tego nie chciałam!

 

Coraz bardziej zdezorientowana zrobiłam najpierw jeden krok do tyłu, potem kolejny,

Nic się nie zmieniło.
Może oprócz tego, że go rozbawiłam.
Nie ruszył się z miejsca. Nie musiał.
Widział, że wyprowadził mnie z równowagi i zaciekawiony czekał na moje kolejne posunięcie.
Jedyne co mnie względnie ratowało to fakt, że najprawdopodobniej nie wiedział dlaczego tak, a nie inaczej się zachowuję.
Albo wydawało mu się, że wie – bo wszystko złożył na karb mojego wcześniejszego zachowania, a zdenerwowanie wytłumaczył sobie obawą przed konsekwencjami urządzonego przeze mnie cyrku.

Joshua nadal tylko mnie obserwował. I wszystko byłoby teoretycznie w porządku gdyby nie ten wkurzający uśmieszek wykrzywiający jego wargi.

Otworzyłam usta i znowu je zamknęłam.

Zdawałam sobie sprawy, ze coś powinnam powiedzieć bo tak postoimy sobie do zakichanej śmierci, ale nie przychodziło mi nic do głowy.
Zupełnie nic.

 

Sapnęłam. Skonsternowana zmarszczyłam brwi.
I wtedy – z ogromnym opóźnieniem – dotarło do mnie to, co powiedział zaraz po wniesieniu mnie do domu.

Że przepraszam – co sobie niby musimy wyjaśnić?
I co on zamierza zrobić?
Zdyscyplinować mnie?!
Usłyszę moralizatorskie kazanie na temat tego jak powinnam się prowadzić, zachowywać i Bóg wie co jeszcze?
Wcześniejsze postanowienie by nie pakować się w żadne problemy szlag jasny trafił.
Jednym słowem mój charakter wygrał.

Perspektywa ustawiania mnie do pionu i pouczania przez tego barana zadziałała lepiej niż kubeł zimnej wody.
Prychnęłam, wzruszyłam ramionami, odwróciłam się na pięcie i skierowałam się w stronę schodów – tym samym całkowicie ignorując i mając w głębokim poważaniu tego idiotę.
Co jak co, ale tego się zupełnie nie spodziewał.

Niestety charakter miał nie gorszy od mojego.

- Gdzie? – Rozjuszony ryk był muzyką dla moich uszu.
- Prysznic, paciorek i spać. – Jakoś tak mi się samo powiedziało. Zachichotałam przy tym jak blondynka. Na usprawiedliwienie mam tylko to, ze nadal była pijana. Może nie tak jak jakiś czas temu, ale jednak.
Uznałam to za dobry dowcip i kontynuowałam wspinaczkę na piętro.

Odblokowało go, gdy byłam w połowie schodów. Chyba na poważnie się zdenerwował, bo wystartował ostro w moją stronę.
Pewnie powinnam się kajać, zmieszać albo cokolwiek innego.
I pewnie ktoś inny by tak zrobił. Ale facet miał pecha i trafił na mnie.

 

A potem …

Tym razem nie usprawiedliwiało mnie nic. Zadziałał odruch, brak wyobraźni i procenty. To u mnie.
U niego chyba złość przyblokowała logiczne myślenie.

Połączenie tych dwóch elementów nie było najszczęśliwsze.

Słysząc łomot na schodach bardzo blisko siebie, wykonałam z całej siły wykop nogą do tyłu.
I trafiłam.
Szeryfa.
Centralnie w klatkę piersiową.
Bardzo mocno.

Tego nie spodziewało się żadne z nas.

Ja miałam w głowie raczej wizję spowolnienia go i przestraszenia.
On zdaje się chciał ustawić do pionu krnąbrną babę. Trafiła mu się rozwierzgana dzikuska.

Poleciał ostro do tyłu, odruchowo łapiąc się tego co miał najbliżej.
A najbliżej była moja stopa.
W efekcie na dół – z pominięciem udziału schodów pomknęliśmy oboje i jęknęło wszystko.
Podłoga, Joshua i moje cztery litery z całą resztą ciała.

Spadając, uderzył z całej siły o deski w salonie, a później dobiłam go ja – dosłownie lecąc jego śladami. Tylko, że zamiast mojego bliskiego spotkania z podłogą nastąpiło bliskie spotkanie z szeryfem.
Zamroczyło mnie i to ostro, ale sam upadek zamortyzowało ciało mężczyzny.

Przez dłuższą chwilę tkwiłam w bezruchu.
Nie zabiłam się to pewne – bolało mnie wszystko.

Dopiero po chwili powoli zsunęłam się na bok i uklękłam na podłodze, usiłując opanować koszmarne zawroty głowy.
Świat wokół mnie ostro wirował, widziałam niezbyt wyraźnie, ale chyba nic nie złamałam ani poważniej nie uszkodziłam. Tkwiąc nieruchomo w dosyć dziwnej pozie oddychałam głęboko usiłując względnie dojść do siebie.
Ale przede wszystkim odwlec moment, kiedy spojrzę w stronę szeryfa, a on wtedy mnie zabije.
Na inne zakończenie tego cudownego wieczoru nie było szans.
Ostatni oddech i odwrócenie w bok głowy.

A potem zrobiło mi się słabo.

Przez cały czas nikt nie zapalił światła. Może nie widziałam szczegółów, ale jednego byłam pewna.
Joshua leżał tak jak zleciał i nie poruszył się na milimetr.
Pomny jego wcześniejszych reakcji, powinnam już mieć broń przystawioną do głowy.

Jeśli się nie ruszył mogło to oznaczać tylko jedno.
Zabiłam go.
Ta cholera zleciała ze schodów i skręciła kark.
Mój jęk przerwał ciszę.
Nikt mi nie uwierzy, że to był przypadek. Nie po tym co się zdarzyło.
Wszyscy będą przekonani, ze sama go zepchnęłam.

Jęknęłam znowu.
Cholera!
Ja go rzeczywiście zepchnęłam.
A może jest tylko nieprzytomny? I połamany?
Uczepiłam się desperacko tej myśli jak rzep psiego ogona.
Wobec perspektywy trupa w salonie, drobiazg w postaci połamanego i wkurzonego jak diabli mężczyzny był jak wygrana w loterii.

W tak ekstremalnych sytuacjach przypominają się dziwne rzeczy.
Jak obuchem w głowę dostałam wspomnieniem z kursy pierwszej pomocy i instrukcji jak sprawdzić czy ktoś oddycha.
Za to dlaczego w głowie jako jedyny utkwił mi ten sposób? Diabli wiedzą i to dosłownie.
Czułam, że coś chyba jest nie tak, ale zablokowałam się i nic innego nie przychodziło mi do głowy.

Usiadłam okrakiem na mężczyźnie i drżącymi rękami zaczęłam rozpinać mu kurtkę i koszulę.

Umysł działa dziwnie.
Z jednej strony strach, że zabiłam człowieka mieszał się z rejestracją takich elementów jak koszula w kratę zamiast munduru, imponujące owłosienie na klacie, ciepło skóry, która mnie parzyła, gdy przyłożyłam ucho do męskiego ciała by usłyszeć czy bije serce.

Ulga jaką poczułam była nieporównywalna z niczym innym.
Nie zabiłam go!
Serce biło. Powoli, ale mocno.
Tkwiłam tak z policzkiem przyciśniętym do łaskoczących mnie powoli włosów, szczęśliwa i nagle spokojna.

I wtedy Joshua jęknął.
Przestraszona drgnęłam, ale poza tym pojedynczym dźwiękiem nic nie przerywało ciszy.

- Skup się do cholery! To, ze go nie załatwiłaś wcześniej nie oznacza, że nie zejdzie teraz. – Zaczęłam do siebie mówić. Dziwne bo dziwne, ale działało. Własny głos na mnie samą działał zawsze kojąco i uspokajająco.
Tak było i teraz.

Po pierwsze sprawdzić czy nie krwawi i nie jest połamany. Delikatnie go obejrzałam. Nie jęczał, żadnych widocznych urazów. Szlag go nie trafi tak od razu.

Teraz musiałam go czymś okryć. Sama drżałam z zimna, ale składałam to na karb stresu i zdenerwowania. To samo mogło być z Joshem. Albo gorzej, jeśli ma jakiś wewnętrzny uraz. Nie dość, że zleciał ze schodów to dodatkowo zamortyzował mój upadek. A do wiotkich panien nie należałam nigdy.
Załatwiłam to od razu ściągając w tempie przyspieszonym koce z piętra.

Gdy szeryf był plus minus zabezpieczony przed zimnem mogłam działać dalej.
Teraz pomoc z zewnątrz.
Telefon.
Złapałam mój „lądowy” aparat i się zawiesiłam. Brak sygnału? Ale jak to brak sygnału?
Cud nie nastąpił – wciskanie przycisków na chybił trafił nie pomogło.
- Tylko nie teraz! – Jęknęłam. Poszukiwania torebki, w której była moja komórka zakończyły się fiaskiem. Gdy już prześwietliłam cały parter i zajrzałam do wozu szeryfa zrozumiałam, że torebka pojechała w siną dal w fordzie.
Obaj mężczyźni zakupy powyciągali, a drobiazg w postaci mojej mini walizki uciekł im obu.

Zajrzałam do szczęśliwie otwartego wozu szeryfa – było mi już wszystko jedno jakie zdanie będzie miał na ten temat Joshua.
Jedno przestępstwo mniej czy więcej nie robiło mi już różnicy.

I nic.
Może nie nie do końca nic. W środku było radio. Zwał jak zwał – czarna skrzynka z mikrofonem na kablu.
Już w akcie desperacji zaczęłam wciskać wszystko jak popadnie licząc, że jakimś cudem uruchomię to diabelstwo i nawiążę kontakt z kimkolwiek.
Limit szczęścia został jednak wyczerpany. Jedyne, co zrobiłam to powciskałam sobie guziczki.
Machnęłam w końcu ręką na to ustrojstwo.

Było coraz zimniej
Wróciłam do domu, nacisnęłam włącznik prądu i powietrze przeszyło głośne.
- Kurwa jasna! – Prądu niet.

Nie wiedziałam co się stało. Równie dobrze szlag mógł trafić jakąś linię jak i coś u mnie w domu.
Denise wcześniej pokazywała różnego rodzaju agregaty, ale w głowie z tego nie zostało mi nic.

Powrót do domu i coraz zimniejsze wnętrze jasno zasygnalizowało, że uczucie chłodu nie było jedynie kwestią odpuszczenia adrenaliny.
Istniała szansa, że do rana temperatury w środku i na zewnątrz się wyrównają.

- Oby dociągnąć do poranka. – Zaczęłam sama sobie tłumaczyć sytuację, bo powoli ogarniała mnie panika. – George rano wróci odstawić forda. Pewnie z Denise, bo musi jakoś wrócić. Zobaczą samochód szeryfa. Będą wiedzieć, że coś jest nie tak. Będziemy uratowani. Czyli musimy dotrwać do rana. W cieple. Kominek!

Przecież to było tak oczywiste. Idiotka! Że tez nie pomyślałam o tym wcześniej.
Rozpalenie ognia zajęło chwilkę. Szeryfa bałam się ruszać, ale na szczęście jedno od drugiego nie znajdowało się daleko.
W duchu pogratulowałam sobie za taką a nie inną lokalizację schodów.
Joshua zlatując w dół finalnie zatrzymał się jakieś trzy metry od paleniska.
Rzeczywiście idealna lokalizacja.
Zaczęłam się śmiać, bo to już był szczyt wszystkiego. Dla mnie samej był to sygnał, że jest ze mną źle. We wnioskach wspinałam się na szczyty absurdu.
Nie było czasu.
W tempie – bo mogłam sama paść w każdej chwili, doniosłam kilka kłód drewna i zniosłam na dół dodatkowe poduszki i kołdrę.
W biegu zmieniłam jeszcze ubranie. Nawet ledwo żywa nie umiem w domu funkcjonować w domu w ubraniach zewnętrznych. Wyjątków nie było nigdy – również i teraz.

Zmachana padłam w końcu obok Josha.
Oddychał spokojnie, ale nadal był nieprzytomny.

Zmarszczyłam brwi.
Ciepło było tylko przy tym koszmarnym kominku. Nie miałam złudzeń, że sam ogień nie wystarczy i musimy się okryć wszystkim, co naznosiłam.
Przykryłam jego, przykryłam siebie i wytrzymałam może kilka minut.

Za zimno.
Wzruszyłam ponownie ramionami.

Byłam na najlepszej drodze, by do rana zamienić się w sopel lodu. Ciągnąć tego barana ze sobą do grobu niejako przy okazji.
Bez przesady. Co jak co, ale schodzić z tego świata w tak kretyński sposób nie zamierzałam.

- No niedźwiedziu. Szykuj się. Mam nadzieję, że docenisz moje poświęcenie. – Monolog urozmaicał zmianę legowiska. Chwilę to trwało, ale w końcu zamknęłam oczy leżąc pod stosem koców i ściśle przytulona do olbrzyma. – No dobrze. To jeszcze mała modlitwa do anioła stróża i śpimy. Dobranoc ty złośliwy baranie.
Zamknęłam oczy i nagle zaczęłam drżeć.
Zapomniałam o jednym – o tym, jak reaguję na szeryfa. Ciepło bijące od mężczyzny, jego zapach – to wszystko uderzyło mnie ze zdwojoną mocą.
Jęknęłam wściekła na siebie jak nigdy wcześniej.

Byłam dorosłą kobietą, a zachowywałam się jak płochliwa dziewica niepotrafiąca zapanować nad swoim ciałem.

Irytowała mnie już ta słabość i brak kontroli.
I wkurzało mnie, że do takiego stanu doprowadza mnie taka kreatura jak Joshua Mallroy.

Wystarczy!

- A w dupę! – Zdaje się, że to też powiedziałam na głos. Miałam to w nosie. Osiągnęłam właśnie limit własnej głupoty, nieprzemyślanych decyzji i porywczych działań. I nie było miejsca na więcej.
Zdaje się, że takiego podsumowania własnych działań potrzebowałam, bo zasnęłam błyskawicznie.

Budziłam się kilka razy w ciągu nocy. Za każdym razem dorzucałam do ognia, ale to Joshua grzał jak piec.
Zasypiałam ponownie natychmiast po zakopaniu się w koce i przytuleniu do jego gorącego ciała.

I nie śniło mi się nic.
Do czasu.

Znowu byłam się w lesie.
Biegłam.
Uciekałam.
Słyszałam swoje kroki i oddech, a za mną znajdowało się coś dużego, mrocznego.
I było coraz bliżej.

Nagle znalazłam się w swoim domu.
Na podłodze.

To coś mnie dopadło i przygniotło do ziemi.

Traciłam oddech.
Dusiłam się.

Wtedy stało się coś dziwnego.
Byłam przerażona, ale czułam coraz mocniejsze podniecenie.

Ciemność mnie otoczyła i ukąsiła w szyję.
I wtedy obudziłam się przygnieciona przez szeryfa.
Rozgorączkowany mężczyzna przygniatał mnie całym sobą.
Silne dłonie przytrzymywały wijące się ciało, a usta wpiły w skórę raniąc ją do krwi.
Zaczęłam się szarpać, ale to nic nie dawało. Był nieprzytomny, działał jak w amoku  najwidoczniej nie zamierzał przestać.

- Nie! – Wrzasnęłam tak głośno, że sama prawie się ogłuszyłam.

Zadziałało.
Otworzył oczy.

Przez chwilę nie ogarniał gdzie jest i co się stało. A potem po kolej dokładał kolejne elementy do układanki.

Mój wieczorny występ na komisariacie.

Incydent na schodach.

To gdzie się znajdował.

I najgorsze ze wszystkiego – z kim był.
Klik! Wrócił Joshua Mallroy a ja poczułam jak strach zaczyna zaciskać pętlę wokół mojego gardła.

Furia, która pojawiła się w oczach mężczyzny przebijała wszystko, co widziałam kiedykolwiek wcześniej.

 

 

** ** ** ** ** ** ** **

Montana – część IX

Montana – część XI

 

Polubienia 29
Wyświetlenia 1978

Podobne wpisy:

  • Alexza

    Aż mnie dreszcze przechodzą jak pomyślę, co jeszcze szykujesz dla swoich czytelników i głównej bohaterki :D

    • A co ja mam powiedzieć?
      Pierwotny scenariusz był zupełnie inny. Gdy zaczęłam pisać okazało się, że cokolwiek zrobię szeryf leci ze schodów. W końcu się poddałam :)

      • Alexza

        Z przeznaczeniem nie wygra nikt – nawet szeryf :D

  • Pingback: Skrywane Pragnienia | Montana IX()

  • anonimek

    Pogromca Wampirzycy, chyba na dobre wyleciał z harmonogramu :(

    • och … nie wyleciał …
      troszkę się przesunął :D

  • Nie powinnam tego czytać…kwintesencja zjechanego dnia wczorajszego. Zmęczona, zarobiona wyposzczona….usiadłam do komputera z myślą „och 30 kwiecień…to trzeba szybko PIT online wysłać”…siebie to zabijać potrafię najbardziej… Gdzie jest ten cholerny czas, że mi ucieka. Najlepsze – półprzytomna poczułam taką ochotę na nowy gadżet…kto normalny wypełniając urzędasowe rubryczki kupuje jeden z wielu przedmiotów niezależnej współczesnej kobiety…ba..to jest szybsze niż wypełnienie papierków.
    To nawet nie jest głód na książki, czy nową szmatkę, podniecenie mi mózg uciska, no i wpadam do Ciebie…chce taki kawał mięsa, nawet na podłodze, może nawet mnie przygryzać… Ile Znasz Sposobów Zabijania zbzikowało na wiosnę…zacznę szukać męża hah
    Jej, mam nadzieję, ze mój wywód trochę Was „pocieszy” i w nagrodę Anna nam coś skrobnie…chociażby i ze śmiechu nad moimi szyframi dorzuci jakiś rozdział dla wygłodniałych hah.

    • Anna faszeruje się teraz nową porcją antybiotyków i z przerwą na wizytę u lekarza przespała cały dzień .. i noc.
      Czas ucieka? To pocieszę Cię informacją, że czas jednak tak zapierdala, że zaraz będzie Boże Narodzenie.
      AD 2017

      Oj … nie wiem czy takiego męża byś chciała. Po raz pierwszy … a zresztą co będę zdradzać co siedzi mi w głowie.
      Idę spać dalej. Może gorączka zejdzie to dokończę to co jest i wrzucę. Tak sobie planowałam, że przy tym weekendzie majowym opublikuję minimum jeden tekst dziennie a przyplątało się świństwo i zamiast puścić to rozwija skrzydła.

      PS. jeśli po zaspokojenie głodu wpadłaś do mnie … hm .. w nosie mam temperaturę. Będę pisać Najwyżej brednie wyjdą i się usunie :D

      • anonimek

        Ach ten diabeł….

      • Zagłuszanie czekoladą… czekolada zawsze pomaga…a raczej najlepsze mus pomarańczowy z 1000% czekolady w czekoladzie…tak też można się zaspokoić w ciągu dnia :)

        To majówka konkretna…odpukać, mam naturalnie powiększone usta spadkiem odporności, żeby to chociaż od całowania było…leczenie zimnym ciemnym piwem trochę bardziej na samozaparcie, ze pomoże :)

        Powróciłam dziś do słuchania muzyki, jakby mi Hunter mruczał do ucha, jak mało do szczęścia trzeba.

        Sama stwierdzam, ze kobiety są nieobliczalne…zobaczymy co jeszcze nasza mała diablica zrobi panu szeryfowi, mogła by znać jakieś zapaśnicze chwyty…na poprawę ;)

  • Pingback: Skrywane Pragnienia | Montana XI()