Montana XI

 

 

 

 

Po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, słynący z opanowania Joshua Mallroy zamarł.
Najzwyczajniej w świecie odebrało mu oddech.

 

A zapowiadało się kolejne, nudne spotkanie.

Wizyta u Denise była związana tak naprawdę ze zbliżającym się balem charytatywnym.
Skłamałby gdyby tylko.
Był przekonany, że uda mu się coś wydusić na temat nowej mieszkanki Bozeman.

Dotychczas zajęty innymi sprawami, zyskał wreszcie odrobinę oddechu i mógł się zająć również tym tematem.

Już wcześniej sklasyfikował go, jako „warto wiedzieć”, ale nie „pilne”.
A już na pewno nie „ważne”.
Tym niemniej lubił mieć wszystko pod kontrolą.
Zresztą i tak wszystko działo się dokładnie tak jak zaplanował, albo zgodnie z jego wolą.

Z jednym wyjątkiem – uśmiechnął się krzywo na samo wspomnienie o byłej żonie.
Suka.
Wymknęła mu się na chwilę. Ale tylko na chwilę.
W końcu dostała to, na co zasłużyła.
Temat licytacji został już omówiony.
George zaczął coś wspominać o planowanym festynie, ale przestał go słuchać.
Teraz miał coś innego w głowie.
A dokładniej kogoś.
Przyszedł czas na tajemniczą lokatorkę rancza przy Bridger Canyon Road.

Nawet nie musiał zbytnio się wysilać, by odpowiednio pokierowana Denise wpadła „sama” na genialny pomysł i połączyła przyjemne z pożytecznym, a konkretniej nieformalne zapoznanie szefa policji z nową mieszkanką, a jednocześnie swoją klientką.
Oczywiście kryła się wielce zadowolona z wymyślonej intrygi, ale działała jakby pod jego dyktando.

Rozentuzjazmowana i wręcz ćwierkająco-słodka gospodyni, przekazana słuchawka telefonu, zwyczajowa formułka powitalna z jego strony, a potem strzelił w niego piorun.
Spodziewać się mógł wszystkiego, ale nie tego, że lekko ochrypły kobiecy głos zadziała na niego tak jak nie powinien.

Tylko i wyłącznie ogromnej samodyscyplinie zawdzięczał to, ze się nie skompromitował.
Zareagowała na nią jak nastolatek.
Chwilę to zajęło zanim się ogarnął.

- Proszę podjechać do mnie jutro. Znajdę chwilę czasu i pomogę z dokumentami. – Krótka i rzeczowa rozmowa, równie krótki pobyt u Richardsów i po chwili był już w drodze do domu.

Jazda go wyciszała.
Z reguły.
Tym razem był dziwnie niespokojny.

To, że kolejny dzień był jednym wielkim pasmem nieszczęść  – dla jego współpracowników …  byłoby niedopowiedzeniem.
Jakby sam diabeł w niego wstąpił.
Zjechał Jack’a za luki w grafiku dyżurów, młodemu Stevensonowi oberwało się za zarysowanie radiowozu.
Nawet Margaret dostała za braki w dokumentacji.

Po godzinie pobytu szeryfa na posterunku wszyscy wiedzieli, że jest wyjątkowo nie w sosie i należy go unikać za wszelką cenę.
Nikt tylko nie miał pojęcia, co go doprowadziło do takiego stanu.
A on szczerze mówiąc miał to gdzieś.
Może nie do końca.
Spoglądał, co chwilę na zegarek i im było bliżej trzeciej tym był bardziej wkurzony.

Nie zamierzał precyzować, co doprowadza go do takiego stanu i nie wiązał tego z zapowiedzianą wizytą dopóki nie zadzwoniła Denise z informacją, że przyszła do umówiona interesantka.

I wtedy go olśniło. Zobaczył jednak tylko to, co chciał widzieć.
To jej wina.
Nowej mieszkanki.
Bogatej i niezależnej.
Pewnie taki sam typ zimnej i wyrachowanej dziwki, jaką była jego żona.
Pojawiła się nie wiadomo skąd.
Gorzej! Kupiła od jego byłych teściów dom.
I teraz będzie się panoszyć po jego mieście.
Niedoczekanie!
Trzeba będzie jej jasno i wyraźnie pokazać, kto tu rządzi i że ma się podporządkować.
Inaczej nie będzie tu dla niej miejsca.

Mściwy uśmiech zagościł na jego twarzy.
Miał problem i właśnie go rozwiązał.
Kompletnie zignorował to dziwne coś. Co spowodowało wczoraj zamęt i poruszyło coś, co było uśpione od dawna. Bardzo dawna.

Może i nie trawił tej baby, ale pracę wykonywał rzetelnie.
Będzie chłodny i profesjonalny.
Albo się dostosuje, albo wykurzy babę z miasta.
Złapał przygotowany wcześniej plik dokumentów i ruszył na dół.

Zamiast zamkniętych drzwi ujrzał plecy Margaret.
I zdziwiony usłyszał jej pełne troski pytanie.
- Wody? – A potem zobaczył, kto na niego czeka w środku i szlag trafił wszystkie wcześniejsze postanowienia.

Zatrzasnął drzwi tuż przed nosem Margaret, tym samym zostając sam na sam ze sprawczynią swoich problemów.

Nie podobała mu się.
Gustował w smukłych i szczupłych blondynkach.
A tego na pewno nie dało się powiedzieć o czekającej na niego kobiecie.
Była przeciwieństwem wszystkiego, co go w kobietach podniecało i tym bardziej nie rozumiał tego, co się z nim działo.
I nie miał zamiaru zrozumieć.

A to co się potem stało … wolałby o tym zapomnieć.

Może i baby nie trawił, ale nigdy wcześniej nie pozwolił sobie na coś takiego.
Ale trafiła się ona.
Siedząca vis-a-vis niego.
Zdzira w skórze niepozornej owieczki.
Bogata lalunia wyglądająca jak dziewczyna z sąsiedztwa.
Z tymi rozpuszczonymi i potarganymi przez wiatr włosami.
Z tą niechęcią widoczną w jej błękitnych oczach.
Z tym niemym wyrzutem, który pojawił się o pierwszych kilku słowach rozmowy.
I wyzwoliła w nim taką agresję, że przestał widzieć i myśleć.

Było mu już wszystko jedno i otworzył usta tylko w jednym celu – powiedzenia takich rzeczy, które zranią ją do żywego.

Monolog przerwał, gdy dostał w twarz.
Całkiem solidnie.

Huk drzwi i już jej nie było.

A on wcale się nie uspokoił.
Nadal krew się w nim gotowała.
Najchętniej złapałby ją za kark, przełożył przez kolano i solidnie wlał.
Najlepiej na goły tyłek, żeby bardziej bolało.

Głupia kretynka!

Złapał wszystkie leżące papiery i kompletnie ignorując stojącą w progu oniemiałą Margaret, skierował się do wyjścia.

Koniec dnia.
Mógł równie dobrze wyjść już teraz i zamierzał to zrobić.
W nosie miał to, w jakim stanie zostawił swój gabinet.

Nie żegnając się z nikim wsiadł do samochodu i odjechał.
To, że nigdy tak się nie zachowywał nie było dla niego argumentem.

Nie dzisiaj.

Musiał pobyć sam.

Wieczór spędził sam ze szklanką whisky… kilkoma szklankami.

Starał się nie myśleć o niczym.

Obserwował ogień płonący w kominku.

Podziwiał czystą barwę alkoholu.

I bardzo uważnie przeczytał wszystkie dokumenty, które zostawiła Anna.

 

 

 

** ** ** ** ** ** ** **

Montana – część X

Montana – część XII

Polubienia 19
Wyświetlenia 1893

Podobne wpisy: