Tabu I

Cholerny akumulator!
Nie!
Cholerna ja!

Coś mi się wczoraj wydawało, że słyszę jakiś dziwny dźwięk.
Tym dziwnym dźwiękiem było ni mniej ni więcej tylko pikanie, które wydaje mój samochód, gdy zapomnę wyłączyć światła.
Pikanie zignorowałam, świateł nie wyłączyłam – w efekcie rano wsiadłam do środka, przekręciłam kluczyk w stacyjce i na tym sobotni wyjazd na zakupy się skończył.
- Dupa jasna! – Zaklęłam, z hukiem zatrzaskując drzwi.

Cichy śmiech dochodzący zza żywopłotu uświadomił mi, że świadkiem mojej porażki jest ktoś jeszcze.

Facet!
Sąsiad?
Jaki sąsiad?!

Z tej strony mój dom graniczył z posesją nobliwej staruszki, o której można było powiedzieć wszystko, tylko nie to, że hasa o poranku przy płocie i w dodatku jej głos ma taką niską, męską barwę.

Byłam wściekła i zła jak osa – w tym wszystkim chyba najbardziej na siebie. I ostatnią rzeczą, na jaką miałam ochotę było sprawdzanie, kogo tak rozbawiłam.
Zamknęłam garaż, weszłam do domu i otworzyłam lodówkę zastanawiając się, czy z tymi resztkami przeżyję czy nie.

W sumie pal licho jedzenie.
Samochodu tak naprawdę i na gwałt potrzebowałam na poniedziałek.
To, że rozładowałam akumulator wiedziałam bez niczyjej pomocy.
Nawet nie próbowałam tego ustrojstwa ruszyć – nie miało to najmniejszego sensu, bo i tak na widok tych kabli, zamknęłabym ją równie szybko.
Skrzywiłam się na samą myśl o tym, co muszę zrobić.
W perspektywie miałam telefon do męża.
A dokładniej od 4 miesięcy – byłego męża.

Przyjedzie i pomoże – ależ oczywiście.
Jak zwykle bardzo chętnie i szybko wydobędzie mnie z kolejnych tarapatów, dając jednocześnie do zrozumienia, że czas najwyższy bym przyznała się do błędu i do niego wróciła.

Bo rozwód dla niego był moim błędem.

Dla mnie ostatnią szansą by odzyskać siebie.
Miałam się dzięki niemu uwolnić od Marka, ale jak zwykle do teoria wyglądała dobrze, gorzej wyszło z wykonaniem.

Rozwiedliśmy się kilka miesięcy temu, a ja nadal musiałam polegać na nim, przy co poważniejszych problemach.

Z mniej poważniejszymi starałam sobie dawać radę sama – co prawda z różnym efektem, ale jednak.

W akcie desperacji odpaliłam komputer, spojrzałam na wyniki wyszukiwania i równie szybko zamknęłam całe to ustrojstwo. Nie miałam ani koniecznych kabli, papieru ściernego – a już na pewno nie miałam na stanie innego sprawnego samochodu.

 

- Wpadłaś jak śliwka w kompot. – Mruknęłam do siebie. – Ten idiota pomyśli, że specjalnie rozładowałaś ten cholerny akumulator, żeby go tylko zobaczyć.
Sąsiadów nie chciałam prosić o pomoc.
Już nie.
Po rozwodzie raz popełniłam ten błąd i skończyło się to dosyć nieprzyjemnie. Nie owijając w bawełnę – sąsiad dostał w twarz, bo założył, że prośbę o pomoc w przetkaniu rynny można też zinterpretować w inny sposób.
Były małżonek miał tę zaletę, że pomagał, ale nie oczekiwał w zamian loda.
Prychnęłam.
Jakie nie oczekiwał?!
Owszem, przyjąłby z przyjemnością i to wielką, ale okazywana wstrzemięźliwość była jednym ze stosowanych wobec mnie środków wychowawczych.
- Chciałaś dziewczynko rozwodu? To masz. Ale przypomnij sobie jak nam razem było cudownie. Jak wrócić do mnie ładnie i grzecznie przeprosisz, to będzie tak znowu.
Spojrzałam na komórkę i zrobiło mi się niedobrze.
Nie chciałam dzwonić do Marka, ale zdaje się nie miałam wyjścia.
Odwlekając ten moment jak mogłam, sięgnęłam po zabłąkane w lodówce piwo i z butelką w dłoni usiadłam na tarasie.
Pierwszy łyk i myśl, od której starałam się uciec tak samo jak od konieczności wykonania telefonu do byłego.
Kiedy moje życie tak się pokręciło?
W sumie to zaczęło się całkiem zwyczajnie.
Studentka pierwszego roku i student ostatniego.
Marek wypatrzył mnie na jednej z imprez dla pierwszoroczniaków, gdzie – jak później się dowiedziałam- starsze roczniki miały przegląd i dostęp do świeżego mięsa.
Pewnie wpadłam mu w oko. Możliwe, że chciał się tylko zabawić i przelecieć – może nawet kilka razy, jeśli przypadłabym mu bardziej do gustu.
I mu się nie udało.
Byłam trochę zdziczała, dyplomacja była mi jeszcze obca i dosyć gwałtowanie zareagowałam na niezbyt subtelny podryw wstawionego już Marka.
Po prostu chlusnęłam mu w twarz zawartością trzymanej w ręku szklanki.
Towarzystwo się oburzyło, a Marek dla odmiany zdziwił.
No bo jak to?!

Miałam wpaść mu w ramiona, a tu napotkał na ostry opór nieobliczalnej i trochę dzikiej dziewuszki.
A ja?
Doświadczenia damsko-męskie zdobywałam na cudzych błędach, nie pozwalając sobie jeszcze na własne.
A widząc powszechne rozpasanie, tylko się upewniałam w przeświadczeniu, że coś takiego i w takiej formie nie jest dla mnie.
Marek w pierwszej chwili mi się spodobał, ale jego zachowanie już nie.
Chciałam czegoś innego.
I nieoczekiwanie sama stałam się czymś innym dla Marka.
Przystojny brunet chyba po raz pierwszy usłyszał nie.
Traktując moją odmowę, jako zwykłe przekomarzanie się, przystąpił do bardziej aktywnych działań, a ja najzwyczajniej w świecie przyłożyłam mu wtedy w twarz.
I wyszłam zostawiając własnemu losowi zarówno ten cały kocioł, który się wtedy rozpętał jak i oniemiałego Marka .
Całkiem możliwe, że to wtedy zdecydował, że idealnie nadam się na żonę.
Jeszcze niezepsuta, bez niewygodnych i męczących nawyków wyrobionych pod wpływem innych mężczyzn. Zapewne stwierdził, że przy odrobinie starań i uwagi po prostu wychowa sobie idealną kochankę, matkę swoich dzieci i strażniczkę domowego ogniska w jednym.
I co jak co, ale zabrał się do tego genialnie.
Najpierw przyjęłam takie zachowanie z niedowierzaniem. Zwłaszcza, że na uczelni krążyły o Marku legendy. Pomijam, że na wydziale zawrócił w głowie większości dziewczyn, to w dodatku nic nie robił bezinteresownie.
Poza jednym wyjątkiem – mną.

Z rozbawieniem słuchałam jego wynurzenia o kolejnych nietrafionych podbojach i marzeniach związanych z domem.
- Czemu ja trafiam na takie kobiety? – Żalił się, a ja ze śmiechem odpowiadałam, że po prostu przyciąga takie egzemplarze.
Cokolwiek się zepsuło – zjawiał się on i naprawiał.
Problem? Nie ma żadnego problemu, wszystko da się załatwić.
Czegoś nie mogłam dostać? Chwilę później otrzymywałam potrzebne mi rzeczy z bonusem w postaci uśmiechu.

A Marek był obok. Był moim cieniem. Podporą. Pocieszał mnie.
Mówił, że coś będzie i tak było.
Po prostu zawsze był.
I stała się rzecz najgorsza z możliwych – uzależniłam się od niego.

Trzymałam go na dystans trochę ponad dwa lata.
Marek przejął od ojca firmę i miał mniej czasu, ale i tak mogłam na niego liczyć.
On, mimo młodego wieku zaczął się idealnie sprawdzać w roli managera.
Szkoda tylko, że nie widziałam tego, że równie sprawnie zarządza mną.

A potem się zakochałam i dostał zielone światło.
Gdy po pierwszej wspólnej nocy okazało się, że jest ona pierwsza także i dla mnie, Marek dostał na dobre fioła na moim punkcie.
Byłam w takim stanie, że rzuciłabym dla niego wszystko – w tym studia. Ale on nie był głupi, miał plan i konsekwentnie go realizował.
Zbyt dużo osób próbowałoby mi przemówić do rozsądku, a tak doprowadził wszystko pięknie do samego końca.
Cierpliwie czekał. Obroniłam się, wyszłam z uczelni z pięknym papierem, a miesiąc później z urzędu stanu cywilnego z obrączką na palcu.
Wszyscy łącznie ze mną byli zachwyceni.
Ukończone studia, przystojny, zaradny i kochający mąż – świat stal przede mną otworem.
Tylko nie wiedząc kiedy znalazłam się w złotej klatce.

Najpierw budowa naszego gniazdka, połączona z dynamicznym rozwojem firmy Marka.
Oczywiste dla mnie było zdjęcie mu z głowy rzeczy związanych z domem.
W końcu tak ciężko pracował, by zapewnić nam przyszłość i godziwy byt.
Chciałam zapewnić mu miejsce, do którego będzie chciał wracać. Szkoda tylko, że w tym wszystkim zapomniałam o sobie.

Pierwszą rysą były łóżkowe upodobania mojego byłego męża.
Bo Marek, skoro miał kobietę chciał z niej korzystać zgodnie ze swoimi preferencjami.
To, że nie uprawiałam wcześniej seksu nie oznaczało, ze z teorii też byłam kiepska.

Gdy się poznaliśmy kładłam to na karb niecierpliwości związanej ze zbyt długim oczekiwaniem. Każde zbliżenie było dla mnie i tak cudowne – w końcu robiłam to z człowiekiem, którego kochałam.
Potem pośpiech tłumaczyłam kradzionymi chwilami przed i stresującą, ciężką pracą Marka po ślubie.
A później uznałam to za normę w naszym związku.

W końcu nie każdy słodzi kawę, czy też piją ją z mlekiem. Tak samo może być z miłością.

A Marek żył ostro i intensywnie i tak samo lubił się kochać.
Wchodząc do domu, często rzucał wszystko gdzie popadnie, pchał mnie na ścianę i wbijał się we mnie bez żadnego przygotowania. Ostre rżniecie i spuszczenie we wnętrzu – tak wyglądało powiedzenie „kochanie, wróciłem” w jego wykonaniu.
Na szczęście był od tego wyjątek. Fellatio.
Tu było powoli i długo.
Uwielbiał gdy rozkoszowałam się każdą minutą dotyku i pieszczot. Gdy eksperymentowałam i bawiłam się jego rozkoszą.
Z czasem stałam się mistrzynią w doprowadzaniu go na skraj, wycofywaniu się w ostatniej chwili by dać mu ochłonąć i finalnie w doprowadzaniu go do mega orgazmów.
Skłamałabym gdybym powiedziała, że mi to nie odpowiadało.
Kręciło mnie to jak jasna cholera.
Nie ma nic bardziej podniecającego niż mężczyzna, który tak pragnie swojej kobiety, że nie może zapanować nad swoim pożądaniem.
I nic bardziej podniecającego niż kobieta doprowadzająca swojego partnera do orgazmu ustami.

Ładnie to sobie tłumaczyłam – nie ma co.
Jakaż ja byłam głupia!

Głębsze rysy na idealnym związku zaczęły pojawiać się po kilku latach.
Nie mogłam zajść w ciążę – zdarza się. Nie zrobiłam przecież tego specjalnie.
Ale dla Marka to był problem – w końcu coś szło nie po jego myśli i niezgodnie z założeniami.
Przełknął to, ale było to raczej wynikiem bilansu zysków i strat, który sobie zrobił a nie uczucia do mnie.
Seks stał się mechaniczny.
Z czasem wolałam zaspokajać go ustami, a siebie dłonią – w samotności.
Tak było lepiej.

I niezależnie od wszystkiego liczył się tylko Marek.
On, jego wizerunek, potrzeby, pragnienia i wygoda.
Ja byłam tylko po to by mógł to bez przeszkód realizować.
Wizytówka – idealna żona idealnego męża. Znająca swoje miejsce w jego poukładanym świecie. W tej roli sprawdzałam się genialnie. Do czasu.

Bzyczenie nad uchem wyrwało mnie na chwilę ze wspomnień.
Pociągnęłam łyk piwa i się skrzywiłam. Ciepłe.
Coś obrzydliwego.

Odłożyłam butelkę obok i ponownie wróciłam myślami do tego co się stało przed rozwodem.

Po szesnastu latach małżeństwa obudziłam się dosyć gwałtownie, ale za to od razu z ręką w nocniku.
Na kolejnej pokazowej imprezie u jego znajomych zaszyłam się na chwilę w ogrodzie.
Miałam już dosyć tego ćwierkania i stroszenia piórek całego towarzystwa.
Najnowszy samochód.
Najlepsza inwestycja.
Genialny biznes.
Mdliło mnie. Chciałam pobyć sama.

I nagle obok mnie przypętała się para. Nie widzieli mnie. To było takie banalne.
Dźwięk gorączkowych pocałunków, jęki kobiety i głos mojego męża:
- Nie mam prezerwatywy. Weź do ust.
Wtedy coś we mnie pękło.
Jak automat rejestrowałam kolejne, charakterystyczne dźwięki.
Po kilku minutach Marek mruknął.
- Tak nie dojdę. – Odpowiedzią był zduszony pisk. Szamotanie się. Odgłos dławienia, gdy wcisnął członek do samego końca.
Jęk Marka. Łapczywe próby złapania tlenu i kaszel kobiety, gdy w końcu wyciągnął kutasa z jej ust.

Nie poruszyłam się. Poczekałam aż skończą.
Wróciłam do środka długo po nich.

W pierwszej chwili chciałam przyjrzeć się paniom obecnym na przyjęciu. Może wyłapię, którą z nich wypieprzył właśnie w usta mój szanowny małżonek?
Ale gdy doszłam do wniosku, że tak właściwie to mnie to nie obchodzi …. wtedy zrozumiałam, że to koniec naszego małżeństwa.
Doszłam do granicy i nie dam rady dłużej udawać, że jest dobrze.
Nie było dobrze.
Ja już prawie nie istniałam i zostając z nim świadomie skazałabym siebie dalszą bezmyślną wegetację.
Miał mnie obok, bo akurat miał taką wizję siebie.
Byłam przedmiotem. Jednym z wielu w życiu mojego męża.
Nikim więcej.

Poczekałam do powrotu do domu.

I wtedy oznajmiłam Markowi, że chcę się rozwieść.

Czy było łatwo?
Było koszmarnie.

Byłam bez pracy i jakiegokolwiek doświadczenia zawodowego, całkowicie zależna finansowo od męża, całkowicie skoncentrowana na nim i na jego potrzebach.
Ta decyzja nie była jak wejście we mgłę. To było samobójstwo w czystej postaci.
Ale już nie miałam siły wegetować i funkcjonować tak dalej.
Przy okazji wywołałam towarzyskie trzęsienie ziemi.

Dla znajomych i rodziny byliśmy małżeństwem idealnym.
O tak – Marek dbał o to, by nas widziano w ten sposób.
A tu nagle taka wiadomość.

To ja byłam tą złą.
Nawet moja matka krzyczała, że mi odbiło. Mąż się stara, nie zwraca uwagi na to, że nie mogę mu dać dzieci, zarabia na mnie i mi najzwyczajniej w świecie woda sodowa uderzyła do głowy.

A z Markiem …

- Jeśli nie przemyślisz tematu i nie odwołasz tych głupot, puszcze cię z torbami. Będziesz na klęczkach błagać bym cię przyjął z powrotem. – I wtedy zrozumiałam, że nie mam nic do stracenia.
- Nie. – Sama siebie zaskoczyłam spokojnym i zdecydowanym tonem. – Rozwiedziemy się bez orzekania o winie, dom przepiszesz na mnie i na początek zapewnisz alimenty. Dajmy na to na dwa lata. Potem stanę na nogi sama.

Spojrzał na mnie z niedowierzaniem, a potem zaczął się śmiać. Wzięłam głęboki oddech i zagrałam va bank.
- Nagrałam cię. Na ostatnim przyjęciu w ogrodzie. Sam dźwięk, ale wystarczy. Można doskonale rozpoznać twój glos. Co prawda kobiety nie, ale po jękach słychać, ze to nie byłam ja. Nie puszcze cię z torbami, ale dużo stracisz na takiej wojnie.  Twoja reputacja, nieposzlakowana opinia. Uważasz, że warto? Naprawdę tego chcesz?
- Nie wierze! – Nie dziwiłam mu się. Każda normalna kobieta przyłapując męża w takiej sytuacji, usiłowałaby … no właśnie, co by usiłowała? Przerwać? Zrobić awanturę? Próbować wyjaśnić?
Jak widać okazało się, że nie byłam normalną żoną, bo zastawszy swojego męża w takiej sytuacji, sięgnęłam po komórkę.
O tym, że nic takiego nie posiadam wiedziałam tylko ja. Ale też nie miałam nic do stracenia.

- Nie musisz mi wierzyć. To już nie mój problem. – Wzruszyłam ramionami. – Odtworzę to przy tobie w czasie rozprawy. Nie wcześniej. Albo rozstaniemy się we względnej zgodzie, albo oberwiemy oboje. Nie zamierzam cię oskubać. Zresztą chyba za tych kilkanaście lat wiernej posługi i służby coś mi się należy. Nie mam nic do twoich interesów, samochodów, lokat czy innych nieruchomości. Chcę tylko tego.
- Tylko?! – Poczerwieniał tak, że przez chwilę bałam się, że go trafi apopleksja. Zaczął krzyczeć, wrzeszczeć, wymachiwać rękami. Co mogłam zrobić? Nic. Czekałam spokojnie aż skończy odstawiać ten cyrk. I chyba właśnie moje zachowanie w obliczu takiego napadu szału, utwierdziło Marka w przekonaniu, że jednak to nagranie mam.

I tak dostałam dom z wyposażeniem (w swojej łaskawości nie opróżnił go do zera), rozwód bez orzekania o winie, zdezelowanego garbusa i gwarancję dwuletnich „alimentów”. Żaden szał- wystarczało na opłaty i podstawowe rzeczy, ale dla mnie to było zbawienie, bo zarówno oszczędności jak i dochodów nie miałam żadnych. Zyskiwałam dzięki temu dwa lata na poradzenie sobie – cokolwiek to miało znaczyć.

Marek za to został bohaterem.
Niewdzięczna suka – to jedno z najłagodniejszych określeń jakimi mnie nazywano. Znudziła się dbaniem o męża, obrosła w piórka, odbiło jej i postanowiła zakosztować życia na wolności.
Nie dość, ze ułatwił żonie rozwód, to jeszcze nie odwrócił się od małpy.

I to w tym wszystkim było chyba najgorsze. Dla mnie.

Gdy to wszystko się już przewaliło, to wtedy tak naprawdę dotarło do mnie co zrobiłam.
Zresetowałam swoje życie – musiałam zacząć oddychać sama i nauczyć się na nowo chodzić.
Wygodnie i bezpiecznie funkcjonowałam przez wiele lat pod ochronnym parasolem i na własne życzenie spod niego wyszłam.

Pierwsze zderzenie z prawdziwym życiem nastąpiło szybciej niż się spodziewałam.
Coś tak trywialnego jak awaria pieca. Wizyta dwóch fachowców zakończona niezbyt uprzejmym wyproszeniem ich za drzwi – gdy jeden chamsko mnie podrywał, a drugi próbował chyba sobie dom zbudować moim kosztem.
Zrobiłam jedno co mi przyszło wtedy do głowy – schowałam do pudełka dumę i zadzwoniłam do Marka.
Przyjechał błyskawicznie, a jakże. Coś wcisnął, przełączył i ten cholerny piec załapał.
Uprzejmie się pożegnał, zadeklarował pomoc na przyszłość w podobnych przypadkach i pojechał.

Pół dnia plułam sobie w brodę, ale dobił mnie wieczorny telefon od matki. Własna rodzicielka utrzymywała coraz cieplejsze i intensywniejsze kontakty z byłym zięciem niż z własną córką.
- I co? Widzisz? Spałaś w puchach, nic ci nie brakowało, coś ty sobie ubzdurała? Tak mu namieszałaś w życiu, a on ci nadal pomaga. Idź wreszcie po rozum do głowy i do niego wróć. Przyjmie cię. Nie dasz sobie rady sama. Nie potrafisz.

Odłożyłam słuchawkę, ale nie mogłam się pozbyć z głowy jednej myśli.
Czy zrobiłam dobrze?

Pierwsze dwa miesiące szłam siłą rozpędu, nie za bardzo pamiętając co się w tym czasie działo. Ale to akurat nie było nic dziwnego bo zdaje się nie robiłam nic.
Z jednym wyjątkiem. Wizytami u naszej … ups … mojej sąsiadki zza płotu. Ona, jako jedyna nie stanowiła dla mnie zagrożenia.
Osiemdziesięcio-letnia staruszka, która niejedno w życiu widziała. Już kilka razy wcześniej mówiła mi, ze powinnam przejrzeć na oczy, bo umrę na kolanach, albo sprzątając albo robiąc dobrze mojemu mężowi.
Zbywałam ją wtedy żartami.

Teraz ratowała mi psychikę.
Zaczęło się od drobnej pomocy przy domu. Potem w zakupach.
A później w nawyk weszły codzienne popołudniowe herbatki, urozmaicane od czasu do czasu innymi dobrami.
W czasie jednej z takich herbatek, opróżniłyśmy wspólnie jej zapasy nalewek.
Ja, odwieczna i wierna entuzjastka chardonnay, rozsmakowałam się w słodkiej malinówce.
- Dobrze dziecko. Nie ma tak, że nic nie umiesz. A coś lubisz robić?
Ostrość widzenia trochę mi się rozmijała z rzeczywistością. Malinówka była jak należy, na spirytusie.
Po kolejnym łyku i chwili zastanowienia odparłam.
- Oj tak. Ale to jest coś głupiego i niepoważnego. Pisać lubię pani Helenko.
Trzeźwa już nie byłam – inaczej bym się do tego nie przyznała.
- Ale co? Jakieś artykuły? Poradniki? – Westchnęłam, bo wydobyłam na wierzch moją najskrzętniej skrywaną tajemnicę, o której nie wiedział nawet Marek. Było mi już jednak wszystko jedno.
- Nie. Aż tak mądra to ja nie jestem. Coś głupiego. Jak się nudziłam to wymyślałam sobie różne historie i pisałam do szuflady. – Widząc jeden wielki znak zapytania w jej oczach, dodałam. – Takie babskie romansidła w stylu porwał ją uwiódł i żyli długo i szczęśliwie.
- A coś z tym robiłaś? – Teraz w jej oczach pojawiło się zaciekawienie, a ja dla odmiany parsknęłam wyobrażając sobie miny innych osób, a dokładniej Marka gdyby się o tym dowiedział.
- W życiu się nie przyznam, że coś takiego stworzyłam. Kto by ogóle chciał cos takiego czytać?! Tak sobie piszę. Chyba najbardziej dla siebie.

I na tym temat się urwał.

Coś nie dawało mi jednak spokoju.
Sama, jeszcze na początku mojej znajomości z Markiem zaczytywałam się w takich niepoprawnych romansidłach, z wypiekami na twarzy przeżywając losy bohaterów.
A gdyby tak jednak spróbować?

Efektem rozmyślań była rozmowa z jedną ze znajomych.
Niewidzianą od kilku lat koleżanką ze studiów, która aktualnie pracowała w jednej z firm wydawniczych.
Rozmowa dziwna, pokręcona i pełna niedomówień.
Już sam telefon ode mnie był sporym zaskoczeniem, ale pobiłam chyba wszystkie rekordy usiłując wyjaśnić o co mi chodzi bez podania jakichkolwiek konkretów.
I udało mi się coś na co zupełnie nie liczyłam. Byłam umówiona z nią na poniedziałek.
Cud. Po prostu cud.
Może ją oszołomiło i się zgodziła niejako z rozpędu, ale miałam to gdzieś.
Dostałam szansę.

Cud szlag trafił wraz z awarią samochodu.
Istniała spora szansa, że nie będę miała jak do niej dotrzeć – bo to ani pojazdu, ani pieniędzy na dosyć daleką podróż. Ostatnią deską ratunku był jego świętobliwość Marek.
A przełożenie spotkania może skutkować odzyskaniem przez znajomą zmysłów i …

- A w cholerę z tym wszystkim! – Przestałam wspominać.
Zapomniałam się, sięgnęłam po piwo, wzięłam łyk.
Błyskawicznie wyplułam wygazowaną, ciepłą ciecz, parskając przy okazji na lewo i prawo.

Męski śmiech ponownie wdarł się w mój świat.
- Przepraszam, że przeszkadzam, ale mogę się o coś zapytać?

Polubienia 35
Wyświetlenia 6617

Podobne wpisy:

  • 2:0 dla słowa „cholera” :)
    Musze unikać przy kolejnym tekście

  • BB

    Yupi. Zapowiada się ciekawie i nie żebym narzekała, ale pozostałe opowiadania skończysz?

    • o tak … to co jest publikowane na pewno będzie miało zakończenie .. prędzej czy później, ale będzie.

  • Pandziorka

    :) ciekawe ciekawe czekam ma dalszy rozwój zdarzeń. A co z Montana? Zaczynam tęsknić :P

    • Nie mogę przecież od razu wykopać wszystkich trupów .. po kolej.

      PS> w tajemnicy zdradzę, że też lubię ten tekst

  • Magda

    Zapowiada się bosko. Miła odmiana, że główna bohaterka nie jest porwana :D
    A co dalej z Pechową ósemką ?

    • Hahahah … o żesz. Czyli, że w Złej Decyzji wejdę w schemat? :D
      Na Pechową przyjdzie czas :)

      • Magda

        Może troszkę ;p Ale kto powiedział, że to złe ? Dzięki temu twoje bohaterki pokazują swoje „łagodne” charakterki ;)

        • dobrze chociaż, że Montanie nie mam porwania w planach .. i w Pechowej… i w Kurze też nie, Wampirzyca podobnie … uff.. nie jest tak źle :D

          • anonimek

            Ach ta Niezdrowa Fascynacja…

          • ups … się zarumieniłam.
            Czyli „Grzechy i grzeszki…. ” jako jeden z tekstów w newsletter’ze jest bardziej niż aktualny

  • Szprewa

    Skojarzyło mi się na początku z Pechową :D pewnie przez tego byłego męża ;d
    Czekam na więcej czegokolwiek ! :D Pozdrawiam <3

    • Babeczka

      Mnie z Kurą Bojową :-) Pewnie przez niewiernego męża i uzależnienie od „ogniska domowego”…

      • Śmiem twierdzić, że Tobie z Kurą Bojową kojarzy się u mnie wszystko.
        Powiem „rosół” i też Ci wyskoczy „Kura”

        • Babeczka

          Ale daję słowo, że cierpliwe zaczekam, choćby i ze sto lat… Sama wiem jak to jest z tą weną ;-)

          • Z Kurą wenę mam :D

            Kura idzie w świat jako książka.
            Nie usuwam tego co już jest na blogu, ale nic więcej nie dodam i nie naniosę poprawek.
            Jeden egzemplarz z dedykacją pójdzie do Ciebie .. spokojnie

  • Zakochana

    Kiedy możemy się spodziewać ‚Montany’? :) Cholernie(!) tęsknie za tym kawałkiem :p :)

    • Hej
      Wstępnie planowałam dzisiaj, ale po konferencji jestem tak padnięta, że sił starczyło mi na prysznic .. nawet kolacji nie chce mi się jeść. Mykam spać.
      Jutro powtórka z rozrywki. Ale postaram się nie później niż do poniedziałku.

      PS. Sama już mam apetyt na ciąg dalszy

  • zapowietrzyłam się czytając
    muszę zacząć od początku
    wrzucam Cię w ulubione
    p.s. dziękuję, ze Cię poznałam :)

    • To ja dziękuję :D
      Miłej lektury

      PS. a tak niewinnie wyglądam, hm?

      • no własnie nie wyglądasz ;) masz w oczach coś, co przeczy pozorom ;)

  • e.

    Kiedy obiecany newsletter? ;)

    • Uciekły mi trzy miesiące .. uwierzysz?
      Z newsletter’em jest tak, że kiedy ruszę to już będzie wydawany ( co miesiąc).
      Muszę więc mieć materiał na dwa wydania do przodu, bo jak mnie znowu coś zaskoczy to nie chcę dać plamy z brakami/ opóźnieniami.

  • Zakochana

    Kiedy do nas wrócisz?? :(

    • Jak nikt mnie nie zabije to dzisiaj :)

      • Nikola

        Czyli ktoś Cie zabił? :O ZNAJDZIEMY DRANIA!!

        :D:D

        Wracaj kochana, chce czytać „Montana”! :(

  • Już tak, dziękuję.
    Pozdrawiam z upalnej Polski :)

  • Zakochana

    Czy możemy liczyć w ciągu najbliższych dni na jakiś tekst? :)

    • Przepraszam.. teraz zobaczyłam komentarz.
      Zrobię co w mojej mocy

  • Alicja K.

    Boziu… widzisz i nie grzmisz!!! Już przeszło dwa miesiące ciszy! Jak można nas tak katować? No jak?!? Mam nadzieję że u Ciebie wszystko ok? Wracaj do nas bo tęsknimy…

    • Hej Alicja
      Przepraszam.
      Nie piszę Wam bo i po co? Sami macie na głowie masę zmartwień i problemów życia codziennego – moich kłopotów Wam już nie trzeba.
      Najgorszemu wrogowi nie życzyłabym połowy tego co mi spadło na głowę. Cieszyłam się, że lipiec się kończy to może i te koszmary jakoś miną – zwłaszcza, że w zeszłym tygodniu miałam kumulację .. na dobicie chyba. A wczoraj ..
      miałaś kiedyś tak, że siedziałaś patrząc w ścianę … będąc kompletnie bezsilna .. nie wiedząc co możesz inaczej zrobić, bo jakakolwiek decyzja wiąże się z czymś złym?
      Byłaś zmuszona do zrobienia czegoś co nadal – po 22 latach, wywołuje w Tobie wymioty i bunt każdej komórki ciała?
      Byłaś tak wyczerpana bólem, że chciałaś to wszystko wyciąć w cholerę, a kiedy w końcu minął to bałaś się głębiej odetchnąć by to nie wróciło?

      Odbijam się co chwilę od tego piekła i łapię drobiazgi … jakiś komentarz znajomego na FB – cokolwiek co pozwala mi zapomnieć chociaż na chwilę … a uśmiechać się trzeba bo bez tego byłoby już bardzo źle.
      Kiedy kilka dni temu wszystko wydawało się w porządku .. a raczej wydawało mi się, że zapanowałam nad sytuacją … dlatego napisałam, że wrzucam teksty.
      Wiecie, że kocham pisać. .. to jest dla mnie jak słońce, tlen … woda. Bez pisania mnie nie ma.
      Proszę – zrozumcie. Jeśli nie piszę, to znaczy że jest u mnie źle.

      PS. Usunęłam komentarz od Rosie .. na jad i bezmyślną nienawiść nie mam siły… nie tutaj.. przynajmniej to jedno miejsce niech będzie dla mnie bezpieczne.

      Pisze Babeczka, Mika pisze – czytajcie je. Ja wrócę .. mam nadzieję, że szybko. Historie są, pomysłów trzy tysiące … tylko muszę jeszcze trochę powalczyć ze smokami.

      • Alicja K.

        Kochana nie mam pojęcia co się wydarzyło u Ciebie,ale nawet nie zamierzam mówić że wiem co to za ból i bezsilność,bo na szczęście nie wiem. I wolałabym żeby tak zostało… Jednak mam nadzieję że wszystko sobie poukładasz i rozwiążesz wszystkie problemy jak najszybciej się da i będzie już tylko lepiej. Przecież do jasnej cholery wszystkie smoki muszą kiedyś wyginąć! ;-) wróć do nas jak będziesz już na to gotowa. Ja zaczekam. Ściskam Cię mocno i życzę powodzenia! Buziaki :-*

        • Złego diabli tak łatwo nie biorą, ale niech je trafi bo stają na głowie i naprawdę się starają.
          :)

      • Kochana.
        Życzę Ci, byś poskromiła te smoki, jak filmowa Daenerys.
        Żeby smoki stały się mniejsze, niż ten na jej ramieniu.
        Później zamkniesz je w jajkach, a te zakopiesz..
        Trzymam kciuki.

  • Rosie

    To takie miłe i kochane, że tak o nasz zapominasz raz za razem i raz za razem okazujesz zupełny brak szacunku do czytelników. Miłego wieczoru.

  • Roman Sidło

    Przeczytałem, dotrwałem nawet do końca, ale jakoś nie zrobiło to na mnie większego wrażenia.

  • Fabuła mnie wciągnęła. Wielki plus. Poczytam sobie też inne teksty.
    Czekam na ciąg dalszy. Kto się pojawił u niej i co z tego będzie? Napiszesz chyba?

    • Napiszę Aniu :)
      A raczej opublikuję po przeredagowaniu i korekcie – bo tekst już jest.