Montana XV

- Jak mogłaś myśleć, że uda ci się prowadzić spokojne i nudne życie? – Mamrotałam pod nosem. Zwolniłam przed kolejnym skrzyżowaniem. Ostatnia rzecz na jaką miałam w tej chwili ochotę to wypadek, a co za tym idzie konfrontacja z przedstawicielem prawa.
Jakimkolwiek!

Pusto.
Kierunkowskaz i skręciłam w lewo.

- Szlag jasny by to trafił! Taki porządny facet! Ciacho! Towar eksportowy Bozeman! No po prostu szczęście niebywałe! – Prychnęłam po raz kolejny, jakby to cokolwiek mogło zmienić.
Wizytę u Alice skróciłam do niezbędnego minimum, starając się w międzyczasie nie odzywać, nie robić dziwnych min i nie prowokować wzrokiem. W sumie starałam się też za bardzo jej nie słuchać. A już na pewno nie pytać co dokładnie ma na myśli mówiąc o 50% mieszkańców za.
Bo co? Pozostała połowa chce mnie spalić na stosie?!

Było źle, a będzie pewnie jeszcze gorzej.
W cichości ducha liczyłam tylko na cud, że może jakoś da się to wszystko odkręcić. Bo jak nigdy naprawdę nie chciałam zamieszać, narozrabiać, a już na pewno żeby ktokolwiek wysunął takie wnioski jak wysunął.

I gdy znalazłam się z powrotem w samochodzie to mnie olśniło.
Denise!
Gdyby rzeczywiście coś było na rzeczy i całe miasto huczało od plotek to ona byłaby pierwszą do tego by zadzwonić i dowiedzieć się więcej.
Uczepiłam się tej myśli jak rzep psiego ogona. Skoro nie było telefonu od niej, to znaczy, że może tylko zdenerwowane są tylko wybrane jednostki, a nie 50% populacji tej plotkarskiej mieściny. Delikatnie odetchnęłam widząc światełko w tunelu – mając nadzieję, że to jednak wyjście, a nie nadjeżdżający pociąg.

W tym wszystkim jakoś umknęła mi osoba samego szeryfa – chciał nie chciał jednego z głównych bohaterów przedstawienia.
Ale zdaje się, że po prostu było tego za dużo na raz.

Lekko ogłuszona dopiero co usłyszanymi nowościami, mimo wszystko postanowiłam zrobić zakupy.
Na pierwszym miejscu znajdowało się wino. Albo cokolwiek z procentami, bo czułam, że na trzeźwo mam jednak marne szanse w starciu z rzeczywistością.

- Spokojnie. Powolutku. Napijesz się. Zrelaksujesz. Przestaniesz przejmować pierdołami. Wszystko się wyjaśni. Tylko się nie denerwuj. – Prowadząc obłędny monolog i zestresowana jak stado norek, jechałam przed siebie usiłując nie spowodować wypadku, nie wpaść na żaden radiowóz, nie skasować nikogo i znaleźć sklep przed którym będzie mało samochodów, w środku względnie mało ludzi i na pewno będzie alkohol.
Czułam, że dokładnie ta kombinacja będzie dla mnie w tym momencie najbardziej odpowiednia.

Bingo!

Zauważony w ostatniej chwili sklep, kusił ogromnym szyldem zawieszonym tuż nad wejściem.
Wdepnęłam ostro hamulec dochodząc do wniosku, że taka okazja drugi raz się nie powtórzy i nie ma co marnować szansy

- Witaj Montana Whiskey. – Sapnęłam, gramoląc się z mamuta. Taki napis widniał nad drzwiami i przyjęłam to za dobrą monetę.
- Zaraz przytulimy butelkę albo dwie… – zdecydowanym krokiem weszłam do środka i dokończyłam – … albo więcej.

Był mały problem.
A dokładniej dwa.

Po pierwsze w środku mieli wszystkiego bardzo dużo, ale na sprzedaż z wynosem – że tak elegancko to ujmę, był tylko jeden rodzaj alkoholu. Burbon z lokalnej destylarni o jakże wdzięcznej nazwie „Montana Whiskey”.
A po drugie znajdował się w butelkach wręcz nikczemnych rozmiarów. 750 ml? Co ja z tym zrobię? Przepłuczę sobie zęby?

Poziom stresu ulegał cały czas podwyższeniu i w zestawieniu z nim ilość 750 ml była … nazwijmy to niewystarczająca.
Wiedziałam, że potrzebuję więcej.
Może nie wypiję, ale muszę mieć na podorędziu. Na wszelki wypadek.
Sił na dalsze poszukiwania już nie miałam, więc ignorując zdziwione spojrzenie zarówno pijących na miejscu jak i obsługującego mnie mężczyzny, zdecydowałam się zakupić 6 butelek.

Dwa razy upewniał się czy na pewno chcę tyle kupić.
Idiota.
Zresztą wyjątkowo powolny. Ruszał się jak mucha w smole.
Zapłaciłam zawrotną sumę 400 dolarów licząc, że kosmiczna cena przełoży się na jakość trunku. Za burbonem nigdy nie przepadałam, ale jak się nie ma co się lubi to się nie wybrzydza.

Musiałam przeczekać jeszcze proces pakowania.
Każda butelka została starannie owinięta, po czym wszystkie umieszczono w specjalnym kartonie. Chyba bomba byłaby słabiej zabezpieczona w transporcie niż mój najnowszy nabytek.
Mogłam wracać do domu.

Nie wyjechałam jeszcze z Bozeman, gdy nagle rozległ się za mną taki charakterystyczny dźwięk.
Zupełnie jakby ktoś puścił na chwilę syrenę.
Myślałam, że mi się coś przewidziało, ale po chwili to się znowu powtórzyło.
Jechałam przepisowo, nikomu nie zajechałam drogi, to i nie zareagowałam.

A potem ostro wcisnęłam hamulec, bo policjant w radiowozie za mną chciał jednak zatrzymać mnie. W dodatku był zdecydowany zrobić to za wszelką cenę.
Wyprzedził mnie gwałtownie i zatrzymał się tuż przed maską.
To, że go nie staranowałam należy rozpatrywać w kategoriach cudu.
Który zresztą szybko szlag trafił, bo ujrzałam kto wysiada zza kierownicy.
Szeryf we własnej osobie.

Czyli limit szczęścia się wyczerpał.
Witamy w piekle.

- I co mam teraz zrobić? Wysiąść? – Nie mogłam się zdecydować, więc nie zrobiłam nic. Potem pomyślałam, że jakie szczęście, że alkohol położyłam na podłodze, a nie siedzeniu obok.
A później trochę dziwnie mnie odblokowało.
Dziwnie, bo przypomniało mi się zdarzenie, którego byłam świadkiem na Florydzie.
Policjant zatrzymał samochód do rutynowej kontroli. I debil – znaczy się kierowca, zamiast grzecznie czekać postanowił wysiąść z samochodu przed podejściem policjanta. Zwykła kontrola zamieniła się w konfrontację nieposłusznego obywatela ze złym gliną, gdzie pchnięcie faceta na maskę i brutalne przeszukanie należało do subtelniejszych działań podjętych wtedy przez policję.

Wyprostowałam się.
O nie!
Nie ze mną te numery!

Wiedziałam, że Josh był na mnie wściekły. Co prawda nie zawiniłam, ale ktoś musiał odpowiadać za to co się stało.
Wcześniej byłam to ja, więc najprawdopodobniej również i teraz zostałam obsadzona w głównej roli.

Zatrzymał mnie to niech sobie teraz sam radzi.

Obie dłonie położyłam na kierownicy – tak by było je widać i bez słowa czekałam na to co dalej nastąpi.
Szeryf stał przy wozie i też czekał.
Totalny impas.
Był tylko mały, maluteńki problem.

Ten impas trwał na głównej ulicy Bozeman.
Był środek dnia, a takie zatrzymanie nie należało chyba do powszechnie stosowanych. Tu się ktoś wychylił ze sklepu, tam jakaś grupa osób zamiast wejść do baru stała na chodniku i prowadziła ożywioną dyskusję, mając jednocześnie doskonały widok na dwa samochody tarasujące jedną nitkę jezdni.
Starałam się za bardzo nie rozglądać, ale chyba nie było za dobrze. Jeśli ktokolwiek miał wątpliwości, że coś jest na rzeczy między mną a tym prostakiem, to teraz raczej się ich pozbędzie.

Nie wiem do jakich wniosków doszedł Josh, ale najwyraźniej podobnych.

Odczepił się w końcu od radiowozu.
Gest wykonany dłonią jednoznacznie pokazywał co powinnam zrobić.
Uchyliłam szybę w samochodzie.

- Pojedziesz za mną. Musimy porozmawiać. – I nie wiem czy aż tak bardzo było widać co się ze mną dzieje, ale dodał coś. Coś co zaskoczyło go chyba bardziej niż mnie. – Tylko porozmawiać.
- Niech to się skończy. – Modliłam się w myślach, jadąc w bezpiecznej odległości za Joshem. Za sobą zostawiliśmy Bozeman, za to z każdą minutą byliśmy coraz bliżej mojego domu.
Jechaliśmy do mnie?

Wątpliwości rozwiały się wraz z wjazdem na rancho.
Radiowóz zaparkował tak, bym mogła bez przeszkód wjechać do garażu.
I gdy sięgnął po karton olśniło mnie.
Wiedział gdzie i co kupiłam. Ten ślimak ze sklepu dlatego był taki wolny. Josh nie trafił na mnie przypadkiem tylko wiedział, że jestem w mieście. Potrzebował tylko trochę czasu by mnie zatrzymać.

Rozpakowanie butelek chwilę trwało, ale z drugiej strony nie za bardzo mi się spieszyło do tej rozmowy.
Zresztą chyba jemu też nie.
Zaraz po wejściu do domu poszedł do salonu, znikając mi tym samym z oczu.

W sumie byłam mu za to wdzięczna. Było go za dużo, za blisko i zupełnie nie byłam przygotowana na jakąkolwiek rozmowę z tym człowiekiem.
Cisza w części kuchennej zakłócona była tylko szelestem papieru i brzękiem szkła.

Mimo, iż wiedziałam, że nie będzie nic pił to alkohol i tak nalałam do dwóch szklanek.
Poprawka.
Pociągnęłam jeszcze dwa solidne łyki prosto z gwintu, cudem się nie krztusząc.
Chwila przerwy nie spowodowała, że byłam gotowa na rozmowę, ale odrobina alkoholu mogła ją ułatwić.

Mogłam iść do salonu.

Zaskoczył mnie.
Spodziewałam się wszystkiego tylko nie tego, że będzie siedział na podłodze. I kiedy zdążył rozpalić w kominku?
Nic nie słyszałam.

Postawiłam jego szklankę na podłodze i sama usiadłam obok.

- Ja nic nie zrobiłam. – Cisza.

Potrzebowałam wsparcia. Wypiłam duszkiem burbona i wtedy go odblokowało.

- Jesteś najbardziej wredną babą jaką ostatnio spotkałem. – Subtelne. Nie ma co. – Jesteś wkurzająca, kłamiesz … – wolałam nie protestować, bo co jak co, ale nie kłamałam. Wkurzać mogłam, ale nie kłamałam. – … rozrabiasz jak pijany łoś! Oboje wiemy, że się nie trawimy i coś z tym trzeba zrobić.

 

 

** ** ** ** ** ** ** **

Montana – część XIV

Montana – część XVI

 

 

 

Polubienia 23
Wyświetlenia 1864

Podobne wpisy:

  • Pingback: Skrywane Pragnienia | Montana XIV()

  • Aaa

    Jęczę, bo mało. Ale plus za wpis :)

    • Litości … jakie mało. Toż to 4 strony A4 były :D

  • Oooch. Jak miło. Mała dawka lekarstwa na nikczemny dzień wczorajszy. Chciałabym któregoś z Twoich facetów, serio. Realia jakoś bardziej załamują. A jak widać my nie chcemy idealnych. Ostatnio poznałam takiego „na miarę bohaterskiego”, hmmm, oderwanego prawie szeryfa….szkoda,że tak często kłamie jak i pociąga.

    • Oni są idealni? :D Ha! Przypomnę Ci to pod koniec Montany … ale pewnie taki szeryf ujdzie, nawet z tym … a zresztą przeczytasz.
      Co do ideałów to NIE istnieją – wszelkie zalety są wyrównywane przez wady. Ale z drugiej strony jeśli we wszechświecie jest równowaga to jest to w takim razie stan właściwy.
      Na miarę to obawiam się, że w dzisiejszych czasach możemy trumnę zamówić, albo sukienkę dać uszyć.
      I z tym optymistycznym akcentem wracam do pisania – Montana powstała co prawda kilka lat temu, ale bohaterowie w międzyczasie mi bryknęli w bok i ich poczynania muszę spisywać raz jeszcze …

      • :) to chyba cała nasza radość z tego, że z czasem się wszystko zmienia i przewraca do góry nogami. Nie wiesz co Cię spotka, a jak myślisz,że umiesz zareagować na każdą sytuację to się dowiadujesz, że może różnie się potoczyć,przy tym odkryjesz w sobie tą „inną”. Tak, pod skórą mamy wiele twarzy, tylko sytuacji brak by je wszystkie wyciągnąć.

        • Ano masz rację jak stąd na Księżyc i z powrotem – o przewidywalność i przygotowanie na wszystkie możliwe scenariusze oczywiście chodzi.
          Dawno się przestałam nastawiać … przygotowywać … im bardziej byłam czegoś pewna, z tym większym hukiem się sypało, albo działo się coś … eh … podejść do tego trzeba z dystansem i nie denerwować się zbytnio.
          A co do twarzy .. u mnie jest jedna, tylko masek dużo .. niestety

  • Tony F.P.

    No, proszę! Szeryf przemówił ludzkim głosem:) Wprawdzie milusi nie był, ale przynajmniej nie wpadł w furię – to już plus. Ciekawa jestem, co on knuje – skoro wie kim był mąż Ani, to przecież tak łatwo nie odpuści. Nie chce mi się wierzyć, że już nie chce się jej pozbyć z Bozeman. Poza tym, wie, że się jej podoba. Oj, mocno podejrzane to przemówienie ludzkim głosem:)

    • A przecież to nie Wigilia :D Podejrzane, podejrzane …

  • Pingback: Skrywane Pragnienia | Montana XVI()