Montana XVII

 

 

W całym domu śmierdziało spalenizną.
Jakim cudem to się rozeszło w takim tempie nie mam pojęcia, ale było nie do wytrzymania.
Otwarte okna nie za wiele dawały, bo i tak mogłam otwierać je na krótko i tylko kiedy było jasno. Smród mi przeszkadzał, ale bardziej bałam się nieproszonych gości. Łoś może by i nie wszedł, ale wszystko od niego mniejsze to i owszem. I nie chciałam nawet myśleć co przy moim pechu może być tym mniejszym intruzem.
Zresztą wietrzenie i tak za wiele nie mogło pomóc. Nie miałam złudzeń, że część tynków jest do skucia, kilka desek w podłodze do wymiany, a sam kominek chyba też trochę oberwał.
- Ty tylko kilka dni. Nie przesadzaj. – Powtarzałam sobie, gdy jednak mnie kusiło, żeby jednak nie czekać. Ale znałam siebie i na wszelki wypadek wolałam nie robić nic sama. W sumie zostało mi to dosyć wyraźnie zakomunikowane.
Dexter złożył dużo mówiącą deklarację, że „tym się też zajmie”, okraszoną stwierdzeniem „tylko nic nie ruszaj”.
Powinnam pewnie czuć się urażona, ale przy tym natłoku wszelkiej maści atrakcji po prostu nie miałam na to siły.
Czyli ocena i ewentualne usunięcie szkód nastąpią w dniu przywiezienia mebli.
I długo oczekiwanych drzwi.
A na to musiałam poczekać jeszcze kilka dni.
Poza drobnymi przerwami na wietrzenie i przygotowywanie jedzenia, postanowiłam poczekać na ratunek zamknięta w sypialni – z książką.  I postanowiłam sobie chodzić jeszcze na spacery. W sumie zaliczyłam dwa.

Za pierwszym razem piękne słońce wyciągnęło mnie z domu, z którego zresztą skutecznie przepędziły mnie zapachy.
Nieuciążliwy mróz, śnieg i niesamowity spokój.
Tego potrzebowałam.
Pochodziłam po swoim terenie, znalazłam nawet chwilę by usiąść i po prostu cieszyć oczy rozpościerającym się przede mną widokiem.
Na chwilę odeszły ode mnie wszystkie zmartwienia, kłopoty czy komplikacje. Zrozumiałam wtedy, że to jest jednak moje miejsce i cała ta surowość, dzicz, są dokładnie tym czego mi potrzeba.
To jest teraz mój dom i dam radę. Nawet budzący niepokój szeryf przestał być tak demoniczną postacią, a stał się sfrustrowanym desperatem.
Wróciłam „wybiegana”. Stwierdziłam, że mi to robi dobrze i chcę tak częściej i więcej.

Postanowiłam to powtórzyć. Spodobało mi się. Zwłaszcza, że w domu nadal panowała gęsta atmosfera.
Witanie każdego dnia słowami:
- Chryste Panie! – było powoli normą. Rankiem po otwarciu drzwi sypialni, specyficzny zapaszek atakował ze zdwojoną mocą. Potem już się przyzwyczajałam, ale poranne wyjście z sypialni należało zaliczyć do niezapomnianych doznań.
No i wyszłam drugi raz.
Pełna energii i nastawiona na kolejny miły spacer, podeszłam do drzwi, otworzyłam je i jeszcze szybciej zamknęłam.
Najpierw telefon do DJ’a. Komórki nie odbierał. Jedyne co mogłam zrobić, to nagrać wiadomość. Tylko, że nie mogłam czekać aż ją odsłucha. Sprawa należała do tych z gatunku emergency.
Miałam jeszcze jedną osobę do której mogłam zadzwonić.
- Cholera jasna! – Zajęty. Kiedy w końcu się przebiłam, poziom mojego zdenerwowania zaczynał przekraczać punkt krytyczny.
- Denise, na litość boską! Przyjedź natychmiast. Łoś usiłuje znowu wepchnąć mi się do domu.

Zostawiając parter na pastwę losu, zabunkrowałam się w sypialni.
Byłam przerażona. To nie jest normalne, gdy wychodząc z domu napotykasz w odległości kilkudziesięciu centymetrów od swojej twarzy pysk tak ogromnego bydlaka.
Naczytałam się o nich. I nasłuchałam. Niebezpieczne i agresywne.
Nie miałam czasu na rozmyślania.
Przemieszczałam się jak oszalała pomiędzy oknem i drzwiami na zmianę nasłuchując, bądź wypatrując. Łosia albo pomocy.
Nie wiem, ile czasu upłynęło od telefonu, ale dla mnie to była wieczność.
Głośny łomot do drzwi był muzyką dla duszy. Denise!
Zbiegłam błyskawicznie na dół i tym razem stanęłam oko w oko z szeryfem.
Strach, przerażenie i adrenalina. To trzymało mnie w pionie do tej pory.
Gdy go zobaczyłam wszystko to odpuściło i zostało tylko okropne zmęczenie.
Po co przyjechał?
Nie zatrzasnęłam mu drzwi przed nosem. Sama się sobie dziwię.
Dwa kroki do tyłu i tylko objęłam się ramionami. Samo z siebie się tak zrobiło.
Czekałam co powie.
- Denise zadzwoniła. – Oschłym głosem wyjawił przyczynę wizyty. I sam z siebie dodał coś więcej.
- Powiedziała, że masz problemy. Obejrzałem okolicę. Rzeczywiście tu krążył łoś.

Krążył? Dotychczas byłam przekonana, że po prosto podszedł pod dom, ale tym razem z innej strony. A teraz się dowiaduję, że ta cholera zrobiła sobie rekonesans.
- Co ja mam z tym bydlakiem?! – Zmarszczone brwi mężczyzny i nagle mnie olśniło. Wziął to zbyt dosłownie. – O łosia chodzi. Przypętał się. Już raz mi próbował wejść do środka. To on zdemolował drzwi w salonie.
Spojrzenie mężczyzny zmieniło się z rozłoszczonego na sceptyczne.
- Łosie nie pchają się do domów. – Prychnęłam.
- Nie pchają? Nie pchają?! Ta przerośnięta krowa wsadziła mi łeb do środka, rozwalając przy okazji pół salonu. Teraz prawie go staranowałam. To mu do cholery wyjaśnij, że łosie się tak nie zachowują!

Byłam przygotowana na wszystko tylko nie śmiech. Szczery, głęboki śmiech.
Rozgrzewający wnętrze. Powodujący, że sama miałam ochotę do niego dołączyć.
A potem się odezwał i mi przeszło.
- Jakżeby inaczej. Przy tobie nawet zwierzętom odbija.

Nigdy nie byłam tak bliska przywalenia komuś w twarz.
Znowu. Bo przy tym człowieku miałam na to ochotę i robiłam to nadzwyczaj często.

Przyjazd Denise i George’a udowodnił istnienie anioła stróża. Nie zdążyłam zrobić nic, powiedzieć też nie.
A potem stałam się biernym obserwatorem, bo zarządzono mną w całości. Dokładniej to Denise zarządziła.
Dom otrzymał etykietkę „czasowo niezdatny do zamieszkania”.
Spakowano mnie.
Załadowano do samochodu.
Po czym odjechałam razem z Denise i Georgem do ich domu – zostając tym samym „słomianą bezdomną”, za to pozostawiając samotnie na rancho dziwnie milczącego szeryfa.

Wzięto mnie z zaskoczenia. Owszem.
W połowie drogi oprzytomniałam i wydobyłam z siebie jedno słowo:
- Ale … – I to był błąd.
Zostałam zalana falą informacji, spośród których wyławiałam fragmenty w stylu:
Trzeba wszystko naprawić.
Josh sobie poradzi.
Będzie ci u nas dobrze.
Omówimy od razu aukcje.
Co założysz na bal?
Teraz sobie wypoczniesz.
Po tym wszystkim potrzebujesz spokoju.

Było tego za dużo.
Znów po krótkiej chwili spokoju straciłam czujność. Rozluźniłam się i zafundowany niedawno stres narobił więcej szkód, niż gdybym była spięta i gotowa na to, że coś może zaraz się skomplikować.
Jazgot w samochodzie mnie wykańczał. Nadawała głównie Denise, nie dopuszczając do głosu prowadzącego samochód George’a. Wyszłam ze słusznego założenia, że najgorsze co można zrobić to jej przerwać. Tym bardziej, że mimo natłoku informacyjnego, nawet jednym słowem nie nawiązywała zarówno do plotek jak i niefortunnej rozmowy z szeryfem przeprowadzonej na środku ulicy.
Za to kilka razy złapałam przechwyciłam jego spojrzenie w lusterku.
I to było co najmniej dziwne, bo wyglądał jakby miał koszmarne wyrzuty sumienia.

Ulokowano mnie w pięknym pokoju gościnnym z własną łazienką.
Denise zachowywała się jak kwoka.
- Po takim stresie jesteś pewnie wykończona. Połóż się i zdrzemnij kochanie. Obudzimy cię na kolację. – Po czym cichutko zamknęła drzwi i zostałam sama.
Dokopał mi kominek, szeryf, łoś i jazda samochodem. Niekoniecznie w takiej kolejności.
Drzemka?
Byłam bałam bardziej niż za.
Zmęczenie to jedno, ale śpiąc nie będę myśleć. O niczym i o nikim.
Zwłaszcza o mężczyźnie, który został sam w moim domu.
Nie chciało mi się myć, ani tym bardziej przebierać w coś wygodniejszego do spania. Spanie w bieliźnie nikogo jeszcze nie zabiło.
Tylko chciało mi się pić.
Otworzyłam drzwi, chcąc zejść do kuchni po sok, ale zatrzymałam się w progu.
Mimo iż Denise starała się mówić cicho, słyszałam ją doskonale.
- Ale co ty mówisz? Ja się wcale nie bawię w swatkę? Tu tylko trzeba każdym z nich delikatnie pokierować i reszta to czysta formalność.

 

** ** ** ** ** ** ** **

Montana – część XVI

Montana – część XVIII

 

Polubienia 21
Wyświetlenia 1417

Podobne wpisy:

  • Miłego czytania.
    Jeśli zauważycie błędy to proszę o sygnał – nie dałam już rady zrobić korekty właściwo- krytyczno – tnącej .

  • Pingback: Skrywane Pragnienia | Montana XVI()

  • Aaa

    Miał być dłuższy kawałek i ? Pomarudziłabym więcej, ale za dużą frajdę mam czytając kolejny kawałek by narzekać.:P

    • Miał być, ale nie powiem co zrobiłam z tekstem. A w sumie powiedzieć mogę – zaczęłam robić korektę, potem coś zmieniać, potem zmieniłam prawie wszystko, potem mi się nie spodobało, a na koniec zostałam z połową strony A4 i to w dodatku po północy…

  • Aaa

    Jeszcze się spytam bo mnie męczy. Co to znaczy „słomiana bezdomna”? Aaa

    • Też mnie dzisiaj objechano, tak się nie da, ale to jest logiczne (aczkolwiek chyba stworzyłam nowy związek frazeologiczny .. jakby co, zastrzegam prawa :D )
      A na poważnie. Już Krasnowolski w „Przenośniach mowy potocznej” pisał, iż słomianym wdowcem nazywa się „człowieka, który wcale nie jest wdowcem, lecz tylko chwilowo został rozłączony z żoną.

      A nasza bohaterka nie jest bezdomna, tylko chwilowo została rozłączona z domem. „Słomiana bezdomna” jak w pysk strzelił i inaczej być nie chce

  • Kasia

    Nareszcie! Co prawda zarwałam poranek, ale było warto. Montana jest świetna, ale nie mogę doczekać się Złej decyzji.

    • A tak. oba teksty wlecą. W tym tygodniu minimum jedna „Montana” i jedna „Zła decyzja”.
      Może się uda więcej, ale sił brak. Nie wiem czy u Was też jest taka dziwna zawiesina, która zabiera tlen i powoli dusi. Koszmar

  • No nie….czysta formalność mnie urzekła ;)

    • Wiesz … nie takie przypadki oczy me widziały. Nic nie przebije fikcji lepiej niż prawdziwe życie :)

  • Zgodnie z harmonogramem do niedzieli wskoczą jeszcze dwa wpisy. Jeden na pewno w niedzielę, a drugi …. a zobaczymy.

  • Tony F.P.

    Tak po prawdzie, to nie wiem, kto gorszy – Denise, czy szeryf? Z dwojga złego chyba bym już wolała szeryfa:) „Czysta formalność” – he, he – może Ania powinna jej z detalami opowiedzieć o każdym spotkaniu z porządnym szeryfem?

    Prawdy życiowe, Aniu, w tekście zawarłaś: „A potem się odezwał i mi przeszło” – o tak, przeszło mi nie raz i nie dwa, „Zmęczenie to jedno, ale śpiąc nie będę myśleć. O niczym i o nikim” – taaa… szkoda tylko, że podświadomość zrobi swoje i myślenie w sen wepchnie.

    Chciałabym zobaczyć minę szeryfa, gdyby mu Ania tekstem o „sfrustrowanym desperacie” rzuciła – oj, byłaby to chwila bezcenna:)

    „Przy tobie nawet zwierzętom odbija” – szeryf wie o czym mówi, bo jemu odbiło gruntownie, tylko się do tego przyznać (sam przed sobą) nie chce. Ale to nic – Denise pomoże mu się odnaleźć:)

    „Słomiana bezdomna” zdecydowanie do mnie przemawia.

    Tak sobie myślę o aukcji… hmmm… licytacja będzie zażarta… Ania na brak pieniędzy raczej nie może narzekać, ale mam nadzieję, że nie wpadnie w amok i nie zapłaci za szeryfa niczym za obraz van Gogha:) Może i szeryf jest miły dla oka, ale bez przesady:)

    • Lalpaula

      Witaj. Strasznie cieszę się że po tak długiej nieobecności znów zdecydowałaś się dodać kolejne rozdziały. Z ogromną przyjemnością czytam każdy z nich i juz nie mogę doczekać się kolejnego. Twoje opowiadania są naprawdę świetne. Pozdrawiam i życzę weny.Lalpaula.

      • Hej.Niestety przerwa wymuszona i miejmy nadzieję, że się nie powtórzy.
        Dziękuję – uwielbiam pisać i równie olbrzymią radość sprawia mi fakt, że Wy lubicie te teksty czytać.
        Zaraz weekend, a to oznacza .. pisanie i publikowanie :D :D :D

        • Lalpaula

          Już nie mogę się doczekać. .. Pozdrawiam. Lalpaula

    • No żesz … i co ja Ci mam teraz napisać? Popełniłam wyjątek ( a co – można popełnić zbrodnię to i wyjątek ujdzie) i gdzieś tam na facebooku uchyliłam rąbka tajemnicy. Masz rację – ktoś wpadnie w amok.

      Jak dobrze, że koniec tygodnia się zbliża to będę mogła w weekend ulubionej rozrywce się oddać :D
      Piątek, sobota, niedziela i jak dobrze pójdzie poniedziałek. A co!

      • Tony F.P.

        W największy amok, to wpadłby Diabeł, gdyby zobaczył swoją Anię przy boku innego mężczyzny:) Szeryf raczej wyrywny do licytowania nie będzie, szczególnie, że jego pensja znacznie odbiega od „pensji” milionera. Chociaż, kto wie? Zważywszy, że w towarzystwie Ani poczytalność szeryfa ulega znacznemu ograniczeniu, to wszystko może się zdarzyć. Oj, będzie jazda! Chowaj się kto może:)
        Jak się bawić, to się bawić – nie ma co sobie poniedziałku żałować:)

  • Pingback: Skrywane Pragnienia | Montana XVIII()