Montana XVIII

 

 

- Chryste Panie. – szepnęłam, cicho zamykając drzwi.  Jeszcze tego mi brakowało. Nie wątpiłam, że Denise jest pełna dobrych zamiarów i tak naprawdę to chce dla wszystkich jak najlepiej, ale takimi chęciami to piekło jest wybrukowane.

- Tylko spokojnie. Oddychaj i pomyśl logicznie. Przecież to, że komuś coś się ubzdurało nie znaczy, że tak będzie. Nie mogę nawet patrzeć na szeryfa, nie mając ochoty go udusić. A on dopiero ma na mnie uczulenie. Nawet gdyby Denise stanęła na głowie, to z tego nic nie będzie. – Stał się cud, bo rzeczywiście się uspokoiłam. Zamiary Denise – zamiarami, ale my z Joshem naprawdę się nie trawiliśmy. Logika wygrała.

- Para? – Parsknęłam – Nigdy w życiu!

Trochę co prawda zaniepokoiło mnie, że jednak jak na niechętnego mi człowieka za dużo pomaga.
W końcu kto go do cholery prosił o to by dzisiaj przyjechał?
I został?

Ale zaraz przyszło mi do głowy, że po pierwsze to najprawdopodobniej Denise poprosiła go o pomoc, a po drugie to chyba za bardzo nie chce afiszować się ze swoimi uczuciami.
To, że najchętniej by mnie zatłukł jest jego prywatną zachcianką, a wobec wszystkich gra rolę sprawiedliwego i szlachetnego przedstawiciela prawa.
– Niech go cholera. – Jęknęłam. Dawno nikt tak mnie nie irytował.
– A weź się wypchaj. – Kierując życzenia bezpośrednio po adresem Mallroy’a wsunęłam się do łóżka i zasnęłam prawie natychmiast.

 

Obawiałam się, że subtelne swatanie w wykonaniu Denise będzie wyglądało jak szarża słonia w składzie porcelany, ale się zdziwiłam.
Cholernie się zdziwiłam.
Była sobą – i owszem.
Pełna energii – ze słowotokiem, przez który trudno się było przebić, ale tak było i wcześniej.

Trochę nad aktywna, ale który agent nieruchomości taki nie jest?
Gdyby nie to, że na własne uszy słyszałam wypowiadane przez nią słowa, w życiu bym nie podejrzewała, że coś jej chodzi po głowie.

No bo cóż dziwnego jest w informacji, że zostanę u nich przez kilka dni. Tyle ile jest potrzeba na usunięcie szkód i upewnienie się, czy incydent z łosiem się nie powtórzy?
Między innymi to zostało mi przekazane w czasie kolacji, która o dziwo toczyła się w bardzo kameralnym gronie.
Tylko gospodarze i ja – bez żadnych niespodziewanych i niezapowiedzianych oczywiście gości.

- Ale … – Wbrew wcześniejszym postanowieniom, że nie sprowokowana będę siedzieć cicho próbowałam wbić się w słowa pani domu.
Pan domu z zapałem pochłaniał kolejną porcję znakomitej sałatki, przyzwyczaiwszy się już chyba do tego, że żony się słucha, a nie z nią rozmawia. A już na pewno nie dyskutuje.
I pewnie bym postąpiła tak samo, ale po usłyszeniu nowości powstał problem.
A dokładniej dwa.
Dexter i łoś.

 

Po tym czego się właśnie dowiadywałam wychodziło na to, że milioner niechcący został wystawiony do wiatru. Z moim remontem oczywiście. Mógł zareagować równie – zwłaszcza, że usługi remontowe nie należały pewnie do tych powszechnie przez niego świadczonych. Prawie się zaśmiałam, ale natychmiast mi przeszło, gdy pomyślałam o numerze dwa.
Tu było gorzej.
Informacja, że Josh został u mnie by upewnić się, że incydent z łosiem się nie powtórzy pozwalała mi przypuszczać, że ewentualnie komplikacje będzie chciał rozwiązać raz i ostatecznie. Najprawdopodobniej z użyciem broni.
Łoś mógł mnie nachodzić.
Mógł być teoretycznie niebezpieczny.
Ale tego, że ktoś go chce zastrzelić nie mogłam ścierpieć. To był w końcu mój osobisty straszak!

Delikatne próby wbicia się w monolog nie dawały rezultatu. Odpuściłam dyplomację.
- Gdzie jest Joshua i co chce zrobić z moim łosiem?!

Gdybym była przewidziała reakcję Denise. Ale nie przewidziałam.
Zamiast się zdenerwować tym, że jej przerwałam – albo chociaż obrazić, usłyszała to co chciała.
A dokładniej imię swojego ulubieńca.

- Właśnie! Nie wiem co się u niego dzieje. – Trochę tym mnie ogłuszyła. A już było tak dobrze.

Zrezygnowana obserwowałam jak energicznie wstaje od stołu i kieruje swoje kroki w stronę telefonu. Wybrała numer raz. Potem ponownie.  Zmarszczone czoło – bo nieodebrane połączenia nie były zgodne z jej planem działania.
Sięgnęła po komórkę.

Wypiłam do końca wino, George przeżuwał kolejny kęs – tym razem wołowiny na zimno. I oboje patrzyliśmy co będzie dalej.
- Kochanie. Jak dobrze, że jesteś … – Potrzebowałam więcej alkoholu. Nie miałam wątpliwości kto jest tym „kochaniem” po drugiej stronie kabla. Cholera! Nie do końca mi o to chodziło.

Ale jak mawiają – nigdy nie jest tak źle, by nie mogło być gorzej.

Po kilku minutach monologu Denise zaczęła słuchać, przerywając raz na jakiś czas słowa rozmówcy słowami, mającymi oddać targające nią emocję. – … ale kiedy? … żartujesz! … nic nie mówiła!.
Przy „nic nie mówiła” prawie przestałam oddychać. Raczej nie miałam wątpliwości, że to chodzi o mnie. Tylko o czym ja nic nie powiedziałam?!
Powaga sytuacji dotarła nawet do George’a. Taki styl rozmowy musiał być niepodobny do Denise, skoro przestał żuć i też zaczął z zainteresowaniem oczekiwać kolejnego okrzyku.

- Ale się porobiło. – Rzucony po zakończeniu rozmowy komentarz nic nie wyjaśnił. Ale to co zrobiła później było jeszcze gorsze.
Usiadła z rozmachem przy stole, nalała cały kieliszek wina i zdrowo chlapnęła, wypijając go do dna.

Postanowiłam wykorzystać okazję.
Coś ją nieźle wyprowadziło z równowagi i była szansa, że powie więcej niż normalnie by zdradziła.
Stosując zasadę „im prościej tym lepiej” zapytałam po prostu:
- Co się stało?

A potem z każdym kolejnym zdaniem otwierałam szerzej oczy.

Szeryf pozostał u mnie czekając na łosia. Słusznie założył, że jeśli zwierzę rzeczywiście ma takie ciągoty by pchać się do środka domu, to spróbuje znowu.
Tak sobie czekał, czekał i się doczekał.
Tylko, że nie łosia, a mojego uroczego i chętnego ratować damę z opresji sąsiada.
Wolałam sobie nie wyobrażać miny żadnego z mężczyzn na widok tego drugiego. A co mogli w dodatku pomyśleć przekraczało chwilowo granice mojej wyobraźni.

W dodatku Mallroy trochę za bardzo wrzucił na luz – wychodząc najwidoczniej z założenia, że załatwi wszystko po kolej, a nie będzie szalał ze wszystkim na raz.
Stawiając łosia na pierwszym miejscu, zaniedbał kwestię usunięcia szkód.
Nawet nie pofatygował się by podzwonić – dotychczas wszyscy byli od razu na jego wezwanie, więc nie widział zamówić coś wcześniej.
A tu zjawił mu się przygotowany do remontu szkodnik i niejako wypchnął go z terenu.
- Już był w ogródku, już witał się z gąską. – Prawie się uśmiechnęłam na samą myśl jak tym idiotą trzepnęło, ale zaraz mi przeszło.
Świadomość, że dwa samce alfa są na rancho skutecznie pozbawiły mnie dobrego samopoczucia.

Mallroy trzymał się jak osioł łosia, a Dexter zadzwonił po wsparcie i zaczął robić remont w salonie.
Czy dom to wytrzyma?

Podskoczyłam słysząc swój własny głos.
- A łoś? – Powinnam była bardziej zainteresować się wizytą DJ, ale Denise zmartwiona niespodziewaną przeszkodą kompletnie nie zwróciła na to uwagi.
- No nie ma. Nie pokazuje się. – Uśmiechnęłam się w myślach. Dobrze wiedziałam co to znaczy. Nie ma łosia to i obecność Josh’a u mnie nie ma uzasadnienia.

Okazuje się, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło.
Denise skoncentrowała wszystkie myśli i siły na jednym – jak najszybszym wyeliminowaniu DJ’a z najbliższego otoczenia.
Siedziałam cicho ciesząc się, że całą uwagę ma skierowaną na kogoś innego niż ja.
Dexter był dużym chłopcem, poradzi sobie.

Nie wiem czy George był podobnego zdania, ale na pewno z działalności żony był zadowolony. Też miał zapewniony święty spokój.

 

Tych kilka dni upłynęło jak z bicza trzasnął, bo oprócz działań dywersyjnych Denise musiała pracować i była bardziej niż zajęta przygotowaniami do corocznego balu.
Co jakiś czas zresztą – niejako przelotem pomiędzy jedną czynnością a drugą, coś tam napomykała o tym wydarzeniu, ale ja jak to ja. Szczęśliwa, że cyrk mnie omija słuchałam jej jednym uchem i natychmiast zapominałam co do mnie mówi.
Z uprzejmości potakiwałam – bo co mi szkodziło. Trochę mnie dziwiło, że Denise nie prosi o pomoc, ale z drugiej strony to nie był mój problem.

Tak sobie żyłam półpasożytniczo – bo poza przygotowywaniem posiłków by chociaż w ten sposób odwdzięczyć się za gościnę, obijałam się skandalicznie.
I z jednej strony było mi dobrze, bo jedynym problemem było wymyślenie co mam ugotować, ale z drugiej trochę już tęskniłam.
Za moim mamutem, pechowym kominkiem, fortepianem, kuchnią … no dobrze, za domem tęskniłam.
Wiadomość, że remont skończony i mogę wracać była jak trafiony prezent na urodziny.
Co prawda gdzieś tam przemknął z tyłu cień szeryfa, ale postanowiłam na razie nie zaprzątać sobie tym głowy.
Podobnie jak poznanie szczegółów towarzyszących przywróceniu rancha do stanu BJ. Before Josh.

Stwierdziłam, że DJ pojawi się prędzej czy później to mi wszystko powie – a widocznie nie miał z niczym problemów skoro przez ten cały czas się ze mną nie kontaktował.

Do domu miał mnie odwieźć George.
I tego dnia George wyglądał dziwnie – mieszanina spłoszenia i poczucia winy. Denise za to – w chwilach gdy ją przyuważyłam, bo nadal miała od groma pracy  – przypominała bardziej kota, który dorwał się do śmietany.

To, że coś wykombinowała było więcej niż pewne.
Nie wiedziałam tylko czy przeżyję to bez uszczerbku na zdrowiu, czy jednak nie.

Planowanie ma to do siebie, że się sypie na całej linii. Nie tylko u mnie. Tak było i tym razem.
Spakowana czekałam na transport. Teoretycznie miał to być szanowny małżonek samozwańczej swatki, ale coś czułam, że mocno się zdziwię widząc swojego kierowcę.
I się zdziwiłam.
- Cześć DJ. – Denise była akurat w domu i wyglądała jakby ją miał szlag jasny trafić. Chociaż z drugiej strony apopleksja tak szczupłych osób nie tyka.
Dexter kompletnie ignorując tak dziwną reakcję przywitał się, rzucił kilka zdań na temat pogody, wziął moją torbę i wyszedł.
Nie mając za bardzo wyjścia, szybko pożegnałam się z nadal czerwoną Denise i wybiegłam za moim bagażem.

W milczeniu wsiadłam do samochodu i dopiero gdy wyjechaliśmy z Bozeman zapytałam.
- Co to do cholery było? – Miało zabrzmieć groźnie i stanowczo, ale nie wyszło. Trudno ziać ogniem, gdy człowiek ledwie powstrzymuje się od śmiechu. Nie miałam już wątpliwości, że to nie George a Josh miał mnie zawieźć do domu – a Dexter po raz kolejny rozwalił system.
- Zawiedziona? – Wyglądał jak łobuz, któremu po raz kolejny się upiekło.
- Zapomnij. – Rozmieściłam się wygodnie na siedzeniu i rozkoszowałam jazdą.
- Ej, a łoś? – Jednak coś było w stanie mnie poderwać do pionu. Odpowiedział mi dziki chichot.
- Nie. Bydlak nie przyszedł. Ma jakiś radar na naszego kochanego szeryfa.

 

Spodziewałam się wszystkiego, ale nie tego co zobaczyłam po wejściu do domu.
Wiedziałam, że DJ przywrócił do stanu poprzedniego ścianę, podłogę i kominek.
W skrytości ducha liczyłam na drzwi.
Ale nie byłam przygotowana na meble.

- Rany boskie. – Nic innego nie mogło mi przejść przez usta.
Salon nie był już pusty. Ale stojące w nim stół i krzesła nie mogły nosić miana mebli. To by je obrażało. Były idealne.
Sprawiały wrażenie surowych, topornych, ale oddawały charakter tego wnętrza, uzupełniały je, były jego integralną częścią. I pasowały do rancha. Pasowały do mnie.

- To nie wszystko szanowna pani. – Szept rozległ się tuż przy uchu. – Zapraszam na zwiedzenie piętra. Pani pierwsza.

Słowa, które w innych ustach zabrzmiałyby wulgarnie. Ale to nie był Mallroy.
Odwróciłam się i spojrzałam wprost w roześmiane oczy.
- No nie! Jakim cudem zdążyłeś? – Nie czekając na odpowiedź pognałam na górę. Musiałam to zobaczyć jak najszybciej!
Wparowałam do sypialni i ledwo wyhamowałam.

Na samym środku stało olbrzymie łóżko. Piękne. Duże. Moje!

Prawie się popłakałam ze wzruszenia. Nareszcie będę spała jak człowiek.
Dexter dołączył do mnie dopiero po chwili.
- Do kompletu masz materac – No tak. Jak zwykle nie zwracałam uwagi na drobiazgi w swoim otoczeniu to i umknął mi oparty o ścianę olbrzym. W rozmiarze – bagatela, king-size.
- Nie wiedziałem, czy będziesz zamienić. Zabierze się po prostu ten niepotrzebny.

Mój stary materac leżał na łóżku.
- Solidne. – Dexter z zadowoleniem patrzył na swoje dzieło. – Można po nim skakać i nic się nie stanie.

- Poważnie? – Byłam tak szczęśliwa, że jestem już u siebie i w końcu spędzę noc dosłownie we własnym łóżku, że zebrało mi się na głupie żarty. – I co? Jak teraz poskaczę i coś trzaśnie to mogę reklamować?
- A sprawdzaj. – Roześmiał się głośno. – Ale wiesz. Gimnastyka jednej osoby nawet kupionemu w sklepie nie zaszkodzi. To jest mocniejsze.

Zdążyłam już ściągnąć buty i wskoczyć na łóżko. Stół sprawiał solidne wrażenie. Podobnie jak i nowy mebel w sypialni – ale diabli wiedzą. Kichnę nie tak i się zapadnę.
Żarty żartami, ale co mi szkodziło sprawdzić? Zwłaszcza, że położony na ramie materac i tak był do wymiany.

- Ja pierniczę. – Po kilku podskokach stwierdziłam, że pewności nabiorę tylko przy próbie z większym obciążeniem. Solidnie już zasapana wykrzyczałam pomiędzy podskokami.
- Bądź … człowiekiem … i … wskakuj… do … cholery…

Najwidoczniej świnia podłożona szeryfowi, może naprawdę udane meble – a najpewniej mix tych obu rzeczy sprawiły, że poważany i najbogatszy obywatel Bozeman ściągnął buty i zaczął skakać jak opętany razem ze mną.

- Chyba … cię … pogięło.. – krzyczał – w taki … sposób … testować … łóżko… wariatka …
Nic nie widziałam przez łzy. Mój stolarz chyba też nie. Ze śmiechu bolał mnie już brzuch.
- Sam … kazałeś … – wyskok do góry no i nie zobaczyłam, że tuż obok mnie właśnie ląduje DJ. Przywaliłam mu z główki prostu w brodę.
Musiałam go ostro walnąć, bo nawet nie jęknął, tylko zwalił się na mnie całym ciężarem.
- Moja głowa  – Jęknęłam po chwili. Myślałam, że czaszka mi pęknie.
Dexter mi zawtórował i bardzo powoli przetoczył się na plecy, jednocześnie uwalniając mnie spod siebie.

- Nie ruszaj się. – Mógł mówić, więc chyba szczękę miał całą.

- Nie mam zamiaru. – Naprawdę nie miałam. Żadne ruchy poza niezbędnym minimum, do którego zaliczało się tylko oddychanie, nie wchodziły w grę.

Chwilę zajęło zanim ból z ostrego zamienił się w ćmiący.
Mimo wszystko wolałam się nie ruszać. Do takich samych wniosków doszedł leżący obok mnie mężczyzna.
- Myślisz, że gdybyśmy padli tak konkretnie to jakby w końcu znaleźli nasze zwłoki to komuś by przyszło do głowy, że tylko testowaliśmy solidność wykonania?  – Parsknęłam i zaraz tego pożałowałam.
Ból skroni wrócił ze zdwojoną mocą.

- Zabijesz mnie. – Jęknęłam.

Dziwny ruch zmusił mnie do otwarcia oczu.
I nagle zrozumiałam, że ból jest moim najmniejszym problemem.
DJ nie leżał już obok.
Pochylony nade mną wyszeptał:

- Nie. W tej chwili mam ochotę zrobić coś zupełnie innego.

 

 

 

 

** ** ** ** ** ** ** **

Montana – część XVII

Montana – część XIX

Polubienia 19
Wyświetlenia 2116

Podobne wpisy:

  • Pingback: Skrywane Pragnienia | Montana XVII()

  • Zaspałam. Mogłam była wrzucić tekst w planowane posty.
    No ale nie wrzuciłam i teraz mogę sobie popłakać nad rozlanym mlekiem.
    A ponieważ niedzielę przespałam (w większych lub mniejszych częściach) to i Złej decyzji nie dokończyłam. Będzie albo rano – jeśli uda mi się wcześnie wstać, a jak nie to wleci późnym popołudniem (po pracy).
    Za przytomna to ja nie jestem, błędy poprawię później, idę spać dalej. Wybaczcie proszę jakieś dziwne pomyłki

    Dobrej nocy bez koszmarów sobie i Wam z całego serca życzę.

  • Pandziorka

    Och w taki momencie hah nie mogę się doczekać co z tego wyniknie :)

  • aaa

    Ciekawe co szeryf powie na taki zwrot akcji. Zdaje się, ze ma syndrom psa ogrodnika. Sam nie chce, ale z daniem innemu może mieć problem.
    Z niecierpliwością czekam na następny kawałek. I nie przejmuj się bo coś ostatnio i mnie zmęczenie bierze. Przesilenie pewnie :)

    • Ewidentnie ma problem – sam nie chce, ale innym (a konkretniej innemu) też nie da.
      Ale wiesz … jak ktoś zbyt długo zwleka z podjęciem decyzji to czasem okazja przechodzi koło nosa.

      PS. Zaspałam do pracy – w sumie zaczynam wykazywać się konsekwencją :D.
      Wyskoczyłam z łóżka tuż przed ósmą, a powinnam była wstać o 6-tej. Porażka.

  • Sagitarius

    Już był w ogródku i zamiast gąski znalazł drugiego alfa. Już nie mogę doczekać się ciągu dalszego. Kiedy dodasz kolejną część? Kiedy? :D

    • W tym tygodniu. Dzisiaj wpadnie „Zła decyzja”.
      Zaraz zabiorę się za jej wykańczanie :)

  • Tony F.P.

    Powtórzę za Denise: „Ale się porobiło.” Od siebie dodam ze trzy wykrzykniki: „!!!” :) Spotkanie dwóch samców alfa oko w oko to musiało być COŚ! Cud, że od stężenia testosteronu nie rozpierniczyło rancza. Szeryf niepotrzebny, szeryf nieprzydatny, oj, joj:) Ciekawe, czy wciąż mu się podoba scenariusz uwiedzenia Ani przez Dextera i pozbycia się jej w ten sposób z miasta.

    A Dexter, spryciarz, umiał wykorzystać sytuację. Mam nadzieję, że przy Ani jego spryt to za mało. I ani ułatwienie mu sytuacji przez szeryfa mu nie pomoże.

    Cholerka, zaczynam sekundować szeryfowi! Anno, Ty czarownico! :)

    Mam pewne podejrzenia co do tego, na co zgodziła się Ania uprzejmym potakiwaniem na gadanie Denise i bardzo jestem balu ciekawa:)

    Ps. W kwestii zaspania, to witam w klubie – zasypianie do pracy, to już u mnie stan chroniczny.

    Ps2. Wilki przepiękne!

  • Pingback: Skrywane Pragnienia | Montana XIX()