Montana XX

Inicjator i główny pomysłodawca intrygi w końcu stwierdził, że dosyć oryginalną wizytę czas zakończyć.  I tak zostałam sama – z doprowadzonym do ładu domem, rozwiązaniem problemu podanym na tacy, morzem alkoholu i toną naczyń do zmywania.
Powinno być normalnie, prawda? A nie było.
Nie umiałam tylko doprecyzować o co tak naprawdę chodzi i co jest nie tak.

- Głupoty … – mruknęłam do siebie. Ostatnio monologi weszły mi w krew. – … czujesz się dziwnie, bo w końcu wszystko się układa. W głowie ci się poprzewracało od tych intryg i kiedy w końcu jest normalnie to ci odbija i szukasz dziury w całym. Tu dziury nie ma i nie będzie. Jest nudno, normalnie i zwyczajnie. Amen!
Przyczepiłam się do tego jak rzep do psiego ogona, zagłuszając inne myśli. Samo przyczepienie nie wystarczało- trzeba było jednak je wspomóc.
Nie szalałam, skądże. Pomny ostatnich wydarzeń zrezygnowałam ze spaceru, aczkolwiek przebijanie się przez śnieg najbardziej odpowiadałoby moim aktualnym potrzebom. Nie mogąc zrobić czegoś co zmęczy moje ciało, zajęłam się czymś co wkurzy mój umysł. Nienawidziłam prasować, ale aż tak zdesperowana nie byłam. Pomijam, że najpierw musiałabym zrobić pranie, bo ostatnio jakoś się nie składało. Szczebel niżej od prasowania znajdowało się zmywanie i wycieranie naczyń.

A do zmywania było dużo, bo DJ formę trzymał, ale w czasie wizyty zjadł tyle ile wynosi norma dzienna przypadająca na trzech drwali. Pożarł to co zrobiłam wcześniej, potem sam zanurkował w lodówce i przy okazji ujawnił kolejny ze swoich talentów.
Milioner, przystojny, błyskotliwy, inteligentny, to i gotować umie. Oczywista oczywistość.
Brudne naczynia produkował jednak na akord.

Poszło dobrze. Ze zmywaniem oczywiście.
Poczułam się lepiej.
Lżej.
I spokojniej.

W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku poszłam na piętro.
Szczęśliwa, bo w końcu miałam spać jak człowiek. Uśmiechnęłam się na samą myśl o czekającej mnie nocy, ale przestałam, gdy weszłam do sypialni.
Nowy materac stał oparty o ścianę. Szczegół w postaci jego wymiany na właściwy zniknął w obliczu testów, jednorazowego wyskoku Dextera i rodzącego się spisku.
- Dupa. – Podsumowałam może zbyt bezpośrednio, ale cóż innego mogłam powiedzieć.
Sił na szarpanie się z tym ustrojstwem już nie miałam, a zmęczenie dawało o sobie znać coraz bardziej.
Machnęłam ręką na drobne niedogodności i zasnęłam może dwie sekundy po wskoczeniu do łóżka.

Obudziłam się wyspana i oślepiona.
Nawet trochę nadwyrężony materac spełnił swoje zadanie, ale pierwszy poranek w sypialni uświadomił mi, że bez zasłon się nie obejdzie.
Piękne duże okna, wychodzące na wschód – słońce nie miało żadnych problemów, by mieć do mnie swobodny i niczym nie ograniczony dostęp.

Zaraz po obudzeniu za przytomna nie jestem, a ten poranek do wyjątkowych nie należał. Zwlekłam się z łóżka, dowlekłam do okna i zawiesiłam.
Było pięknie, choć trochę za jasno jak na moje możliwości. Promienie słoneczne w połączeniu z czystą bielą śniegu trochę zbyt oślepiały, ale widok był wart chwilowego dyskomfortu.
Nadal nie do końca przytomna podziwiałam świat na zewnątrz. To co znajdowało się za oknem było moje. Ziemia, strumień, widniejące w oddali drzewa, szeryf.
Piękne!

Powlekłam się do kuchni marząc o kofeinie.
Dopiero gdy sięgałam po kubek umysł przetworzył wizję. Huk rozpryskującej o podłogę porcelany zagłuszył tupot stóp.
W życiu tak szybko nie biegłam po schodach.
Zdyszana dopadłam okna i już nieco przytomniej ogarnęłam roztaczający się z niego widok.
Ziemia, strumień, drzewa.
I nic więcej.
Jeszcze raz.
No nie ma. To znaczy nie, że nic nie ma – tylko szeryfa nie ma.
- A niech cię cholera i diabli razem wzięte Mallroy! – Przeklęłam pod nosem.
Nie miałam wątpliwości, że mi się wydawało. Za przytomna w momencie podziwiania widoków to ja nie byłam. Oślepiająca biel zrobiła swoje. Pomijam, że „główną” zasługę takich halucynacji przypisałam sobie.
Za często szeryf pętał mi się po życiorysie … i głowie. I oto mamy efekty!
Okazuje się, że furia ma swoje dobre strony. Musiałam coś zaatakować. Cokolwiek. Szybko.  Zamiana materacy na właściwe okazała się formalnością.
Pomogło. Te cholery były naprawdę ciężkie i nieporęczne.
Na tyle, że po zamianie zabrakło mi już sił na wypchnięcie z sypialni starego materaca. Machnęłam ręką, bo przynajmniej ten właściwy znajdował się w należnym mu miejscu.

Tym razem poranną kawę wypiłam prawie w spokoju. Prawie, bo jednak porannej halucynacji ani nie udało mi się zapomnieć, ani ignorować.
- A gdyby tak naprawdę tam stał? – I się oplułam, bo przypomniała mi się wygłoszona przez Dextera teoria co tak naprawdę kieruje szeryfem i wpływa na takie a nie inne zachowanie.
- Tak, pewnie. Jak błędny rycerz, krąży wokół wieży w której zamknięto panią jego serca … ups.. pardon … damę mającą kluczyk do jego rozporka.
Bzdury. Facet mnie po prostu nie trawi – możliwe, że nawet w większym stopniu niż ja jego. Trzeba po prostu trzymać się od niego jak najdalej.
- Weź pomyśl wreszcie logicznie. Władowujesz mu się do spokojnego i uporządkowanego życia. – Raczej nie miałam wątpliwości, że miałam i mam skłonności do powodowania zamieszania i ładowania się w kłopoty. Samo się tak jakoś robiło. – W dodatku kupujesz dom, w którym mieszkali jego teściowie, a wnioskując z tego jak zna rancho to chyba sam tu pomieszkiwał. Żona doprawiła mu rogi. Ja mu życia nie ułatwiam. Jakie bzyknąć? Prędzej to on ma ochotę mnie udusić.
I wtedy to dziwne coś szalejące we mnie wcześniej odpuściło.
- On wcale mnie nie pożąda, tylko najzwyczajniej w świecie go wkurzam i działam mu na nerwy jak mało kto.

Logiczne? Tak!
I zrobiło mi się lżej na duszy.  Nie wiem dlaczego teraz – może pomogło to, że powiedziałam sobie wszystko na głos. Ale zadziałało.
Uspokojona postanowiłam zająć się rzeczami dnia codziennego.

Zwłaszcza, że nowe meble już do czegoś zobowiązywały. Wcześniej mogłam sobie funkcjonować po partyzancku, z częścią rzeczy nadal przechowywanych w kartonach i skrzyniach.
Teraz wypadało jakoś ogarnąć ten kurnik.

Piękna pogoda, brak łosia i przede wszystkim sprawnie posuwająca się praca wprawiły mnie w rewelacyjny nastrój.
Trochę się bałam, że teoria nie pójdzie razem z praktyką i jednak zajrzy do mnie ktoś niezapowiedziany. Szeryfowi na szczęście jednak nic nie odbiło – bo to jego odwiedzin bałam się najbardziej. W dodatku im było później, tym związane z nim obawy były mniejsze.

I poczułam się tak jak powinnam poczuć się na początku i jak powinnam czuć się zawsze.
U siebie, bezpieczna, wyciszona.
Było mi po prostu dobrze.
Bez szaleństw, ale już żadnych nie chciałam.
Zresztą od poranku zdążyłam kilkadziesiąt razy solennie sobie przyrzec, że w żadną dziwną awanturę się już nie wdam. I że będę grzeczna, cierpliwa i nie będę rzucać głośno żadnych dziwnych uwag.
Ani nie będę ładować się w żadne kłopoty.

Po prostu będę sobie spokojnie żyć, nie będę wchodzić nikomu w drogę.
Potrzebowałam tylko spokoju i wtedy wszystko będzie się układać.

Niestety w życiu jest coś takiego jak równowaga.
Dźwięk dzwoniącego telefonu wypełnił wnętrze salonu. Roześmiana odebrałam.
- Halo? – Po czym usłyszałam rozmówcę i diabli wzięli cały dobry nastrój.

 

** ** ** ** ** ** ** **

Montana – część XIX

Montana – część XXI

 

Polubienia 16
Wyświetlenia 1039

Podobne wpisy:

  • Bez dopisywania

  • Sylwia

    Jupiii, wreszcie ❤ Tak sie stęskniłam… Oj Aniu jak Ty potrafisz poprawić nastrój.

    • Dziękuję … aż rumieniec zabarwił lico me

  • Aaas

    Bejbe, udusić Cię to mało. Zadbaj wreszcie o siebie.

  • Tony F.P.

    „Normalnie”? Z „morzem alkoholu i toną naczyń do zmywania”? Hmmm… tak w sumie, to bardzo lubię zmywać, a i za kołnierz nie wylewam. „Co jest nie tak”? Przede wszystkim, to chęć niesienia pomocy przez Dextera jest nie tak i aż po oczach bije swą nienormalnością. Anka, obudź się! Milioner robi ci meble, gotuje, proponuje pomoc… chyba nie łudzisz się, że on taki dobrotliwy jest i dobre uczynki przed co piątkową spowiedzią zbiera?! On chce tego samego co szeryf, a jak to dostanie, to cię wykopie. Z dwojga złego wolę szeryfa. A że szeryf się Ani nie przywidział, to ja jestem 100% pewna – stał tam niczym żona Lota i gapił się na śpiącą Anię, a zarazem wypatrywał czy się gdzie spod kołdry Dexter nie wynurzy. I myślę, że się totalnie rozmaślił na widok Ani w pościeli, a wyobraźnia mu się uruchomiła, co by mógł na tym wielkim łożu uskuteczniać, a potem się wnerwił – wpierw na siebie, a potem (jak zwykle) zrzucił winę na Anię, że mu takie bezeceńskie myśli do głowy przychodzą.

    No i pytanie: „Kto dzwonił?” Gdyby „Ktoś” z przeszłości, to raczej nie nastrój wchodziłby w grę i Ania zemdlona padałby przy telefonie , więc nasuwa mi się tylko jedna osoba: Szeeryyffff! Albo Denise… albo jej mąż….
    Bosko się to czyta:)

    • Za dobrze wyciągasz wnioski :P
      PS. też się bosko czyta

  • Jo Winchester

    Cudowne! Dbaj o siebie, a później o nas! Zdróweczka!!!

  • Bardzo dobrze się czytało ten tekst:)