Montana XXI

 

 

- Mallroy. – Nie zraziło go, że zamiast powitania usłyszał swoje nazwisko. Nastroszyłam się w oczekiwaniu na najgorsze i dostałam czego chciałam.
- Rozmawiałem z Denise. – Wiedziałam, że temat balu wypłynie prędzej czy później, ale nie spodziewałam się, że to będzie tak wyglądało.
- Będziesz tam, prawda? No to posłuchaj dziewczynko. Jeśli coś zmalujesz, cokolwiek – to cię żywcem obedrę ze skóry!

Sygnał, połączenie zostało zakończone.
Nie przeze mnie.
Ja nadal stałam ze słuchawką przy uchu.
 Powoli odłożyłam ją na miejsce i zaczęłam analizować, czy ta szopka, którą zamierzamy odstawić z DJ’em podpada u szeryfa pod kategorię „zmalować”.
Ale po chwili nastąpiła refleksja.
Kim do jasnej cholery on jest i za kogo się uważa, że śmie mi dyktować co i jak mam robić.

Może powinnam się była zdenerwować. Może nawet zmodyfikować uknuty z Dexter’em plan. To ostatnie przemknęło mi przez myśl, ale było jak podmuch wiatru muskający skórę. Ledwie się pojawił, a już go nie było.
Chyba już za dużo gróźb od tego człowieka usłyszałam.
Nastąpił przesyt materii? Przyzwyczaiłam się?
Zwał jak zwał, ale wizja Mallroy’a ścigającego mnie z nożem w celu oskórowania była równie realna co szanse, by na moim ranczo wylądował samolot.
Technicznie się da – gorzej z realizacją.
- Bufon! – Podsumowałam konwersację i zajęłam się sprawami życia codziennego.

A było czym.

Lista zadań była spora, ale na pierwszym miejscu był dom. To co się przez niego ostatnio przetoczyło można było przyrównać do małego tornado, a chciałam jednak w końcu odetchnąć.
Teoretycznie prace remontowe skupiły się na parterze, ale nie byłam pewna kto i gdzie wchodził i czego dotykał. Musiałam odświeżyć i ogarnąć wszystko.
Koszmarna praca dla jednej osoby. I bardzo dobrze. Miałam zajęcie – a tym samym nie myślałam za dużo, nie kombinowałam i nie ładowałam się w kolejne kłopoty.

Ze zdziwieniem zauważyłam, że kolejne rzeczy z listy realizują się same.
Dosłownie.

Martwiłam się, że moje papiery są cały czas w posiadaniu Mallroy’a.
I pewnego pięknego dnia zawitała do mnie Margaret. Z ciastem domowej roboty w jednej dłoni i teczką z moimi dokumentami w drugiej. 
Podjęta dobrą herbatą sama z siebie zaczęła tłumaczyć proceduralne zawiłości, które przyczyniły się do takiego przedłużenia wszystkiego w czasie.
Nie wnikałam w dosyć mętne wyjaśnienia, a już na pewno nie pytałam się czy przyjechała sama z siebie czy jednak wysłał ją szeryf.
Bo i po co?
Najważniejsze, że wszystko zostało zgłoszone a ja odzyskałam z powrotem swoją własność.

Denise była na szczęście zajęta przygotowaniami do imprezy roku. A już zupełnie odpuściła po uzyskaniu deklaracji, że się zjawię na balu i będę siedzieć z nią i Georgem przy stoliku. 
Podejrzewałam, że coś knuje, ale dla świętego spokoju potwierdziłabym, że będę tam i z nimi – nawet gdyby miał nam towarzyszyć sam diabeł.

Plotki też jakoś się wyciszyły i zyskałam coś na czym mi zależało – święty spokój.
W tej chwili psa z kulawą nogą nie interesowało co robię i dlaczego. Mogłam spokojnie jeździć do Bozeman na zakupy nie wzbudzając sensacji i ogólnego poruszenia.
 Aczkolwiek zdawałam sobie sprawy, że to ostatnie jest stanem tymczasowym. Po prostu z braku pożywki i wody na młyn, lokalni wichrzyciele zajęli się innymi tematami.
Po balu im przejdzie.
A konkretniej w trakcie balu.
Chociaż z drugiej strony może nie będzie tak źle?
Zdawałam sobie co prawda sprawę, że to co ukartowałam z Dexter’em za ulgowo nie przejdzie, ale … no właśnie. Liczyłam, że i tak wszystkie oczy zwrócą się w stronę szeryfa.
Sama Denise ogromnie rozemocjonowana złapała mnie w czasie jednego z wypadów do miasta i sprzedała news.
Szeryf ostatecznie zgodził się wziąć udział w licytacji – i to bynajmniej nie jako licytujący.
Wiele panien – w sumie mężatek też, ostrzyło na niego pazurki, więc nie było opcji, by przepuściły taką okazję. Była zatem więcej niż szansa, że to on zostanie gwiazdą wieczoru. I to właśnie o nim będzie się głównie mówić.

Autosugestia działa cuda. Przekonałam się o tym na własnej skórze.
Z dnia na dzień byłam coraz bardziej spokojniejsza i przestałam podskakiwać słysząc nietypowe dźwięki.
W wolniejszych chwilach grałam na czarnym potworze i tak się pławiłam w luksusie, odliczając dni do wielkiego balu.
Nawet łoś zniknął.
Przez chwilę zrobiło mi się trochę żal, że już nie miewam tak nietypowego gościa. Tęsknota przeszła błyskawicznie, gdy tylko przypomniałam sobie o towarzyszących jego wizytom atrakcjach.
Innych dziwnych wizyt – co ja mówię, wiadomo że o szeryfie myślałam, nie miałam i od tej przewidywalności w głowie chyba zaczęło mi się przewracać.

 

Powinnam była wiedzieć, że równowaga w przyrodzie była, jest i jak najbardziej będzie.
I jeśli zbyt długo wokół mnie panuje ład i harmonia, to potem trafiam na coś co spokojnie można nazwać kumulacją.

Pierwsze sygnały pojawiły się na kilka dni przed imprezą.
Ilość telefonów od Denise zaczęła przekraczać normę uznawaną za przyzwoitą i weszła w coś co można śmiało nazwać nękaniem.
 Miałam wrażenie, że co odłożyłam słuchawkę, to prawie natychmiast ją podnosiłam.
Pierdoły. Inaczej tego nie można było nazwać.
- Przyjdziesz sama czy z kimś?- Po chwili kolejny telefon.
- Bo wiesz, jest określona ilość miejsc przy stolikach. – Zacisnęłam zęby.
- Ale będziesz u nas przed balem? – Dziesięć, dziewięć, osiem … .
- U nas się przebierzesz, prawda? – Sto, dziewięćdziesiąt … .
- A co założysz? – Chryste! Cierpliwości!

Resztkami sił powstrzymałam się od poinformowania, że w bikini i kaloszach.
Ale dopiero gdy na dzień przed wydarzeniem wparowałam do Bozeman, zrozumiałam o co jej chodziło.
Pomroczność jasna? Nie wiem jak to inaczej nazwać, ale ilość kobiet odbywających pielgrzymki po sklepach – i to nie tylko lokalnych, przekraczała jakiekolwiek normy.
W czasie lunch u Copper’a nasłuchałam się – a wcale nie chciałam bo to te koszmarne baby tak głośno rozmawiały, co, gdzie i za ile która kupiła.
Niektóre wybyły na zakupy aż do Denver.
Biorąc pod uwagę wszystko powyższe zrozumiałam obawy Denise. W obliczu tego zakupowego szaleństwa jedyną kobietą, która nie robiła żadnych zakupów związanych z balem byłam ja.
Nie musiałam. Chyba.

Cholera! Byłam tak pewna, że coś znajdę wśród tych wszystkich przywiezionych ze sobą rzeczy, że nawet mi nie przyszło do głowy by wcześniej przejrzeć garderobę.
Zanim zdążyłam się ewakuować z knajpy dopadła mnie Denise.
Uroczy uśmiech na twarzy i pełne troski zainteresowanie czy mam rzeczy odpowiednie na taką galę wywołały lekkie poczucie winy, które po kolejnych wypowiedziach – o tym jak ta impreza jest ważna, zmieniło się w konkretnego kaca moralnego.

Koniec końców resztę dnia i wieczór spędziłam na przekopywaniu stosów ubrań w domu. Czasu na zakupy już nie miałam.
- Cholera! Znowu wszystko na ostatnią chwilę! – Mruczeć sobie pod nosem mogłam. Jak zwykle było to bardzo pomocne.
Czas biegł trochę za szybko. Znowu?
Gorsze było jednak coś innego.
Wszystkie ubrania przerzucałam kilka razy, ale finalnie w ścisłej czołówce – a doprecyzowując, jedyną kandydatką do miejsca pierwszego, była nieszczęsna suknia od Oscara de la Renty.
Wszystko inne wydawało mi się zbyt zwyczajne na taki bal.
Po kolejnej próbie wyłonienia opcji B, poddałam się.
W końcu o co chodzi? To tylko wspomnienia. Zwykły kawałek materiału.

Nie szalałam z dodatkami. Suknia broniła się sama – poza tym nie było moim zamiarem wchodzenie w paradę żeńskiej części Bozeman.
Otrzymany kiedyś komplet od Winstona byłby idealny, ale chyba by mnie za niego zabiły. Co ja mówię – sama bym za niego zabiła.
Na wszelki wypadek nie zostawiłam do dnia następnego przygotowania całości. Zresztą cóż to było? Suknia, bielizna, pończochy, rękawiczki, buty i etola. W ostatniej chwili dołożyłam kopertówkę.
- Umiar kochanie. Umiar to podstawa. – I wtedy mi się przypomniało, że mówienie do siebie to jedna z oznak obłędu.

Noc upłynęła bez niespodzianek. Tak jak zasnęłam, tak się obudziłam.
Nikt się w nocy nie włamał.
Łosia nie było.
Nie zaspałam.
Dziwne. Może to moje nastawienie?
Ja się uspokoiłam to i życie mi się unormowało?
Lekko oszołomiona jak to można normalnie żyć zajęłam się pakowaniem, po czym o odpowiedniej porze i w doskonałym nastroju ruszyłam w drogę do Bozeman.
Wylądowałam w tym samym pokoju gościnnym co poprzednio po czym George niezwykle uprzejmie mnie poinformował, że mam pół godziny a potem w nosie ma w jakim będę stanie. Wywlecze mnie za włosy prosto do samochodu – nie zważając w jakim stanie będę, bo bardziej się boi swojej żony.
A co jak co, ale spóźnić się nie mogliśmy.

Odetchnęłam z ulgą.
Zawsze, ale to zawsze w czasie każdej z imprez musiała mi się przydarzyć jakaś wpadka. 
Brak prądu, utopienie tortu weselnego koleżanki, zatrzaśnięcie gościa honorowego w toalecie – i tym podobne drobiazgi. 
Pogróżki George’a uznałam za tradycyjny blamaż i uspokojona, że dziwne atrakcje mam z głowy zaczęłam szybko się przebierać. 
Makijaż i uczesanie zajęły najwięcej, ale zmieściłam się w czasie.
Nie czekając na nerwowe nawoływanie gospodarza zeszłam na dół – a przynajmniej próbowałam.
- Rany boskie. – George’a zatkało. Osłupiały, z szeroko otwartymi ustami wpatrywał się we mnie. Najgorsze było, że poza tymi dwoma słowami nie wydał żadnego dźwięku.
Przegięłam? A może co gorsza jestem ubrana nieodpowiednio? Za skromnie? Albo futro powinno być sztuczne?
Taki sam okrzyk wydany przez stojącą za mną Denise bynajmniej nie polepszył sprawy. 
- Aż tak źle? – Nic nie poradzę, że zabrzmiało to żałośnie.
Chociaż w sumie i dobrze, bo przynajmniej ich odblokowało.
Trochę z niedowierzaniem przyjęłam zapewnienia, że wyglądam przepięknie, cudownie, oszałamiająco.
Niedowierzanie przeszło w lekki stres, gdy zaczęli – na głos oczywiście, zastanawiać się kogo mam zamiar dzisiaj wyprowadzić z równowagi.
Nie odzywałam się.
Oboje byli zbyt blisko prawdy.

Czego ja się spodziewałam po balu charytatywnym w takiej mieścinie jak Bozeman?
Na pewno nie czerwonego dywanu prowadzącego do budynku, obsługi pomagającej gościom wysiąść i odstawiającej samochody na parking i Dexter’a w smokingu.
Będący w centrum zainteresowania milioner wydawał się być w swoim żywiole. 
W sumie nie wydawał się być, bo był.

Witał się ze wszystkimi.
Gdy przyszła kolej na naszą trójkę poczułam wsuwany w moją dłoń zwitek papieru.
Czek? Oszalał?
Mam za niego … a nie, przepraszam – za randkę z nim, zapłacić jego własnym czekiem?
Pogięło go!
Dyskretnie sprawdziłam jednak co to jest.
Karteczka papieru. Z wypisaną kwotą.
Już miałam ją wyrzucić, gdy mnie cofnęło.

Ile????
Umawialiśmy się na mniej. O jedno zero mniej!

Minę miałam jednoznaczną. DJ nie śmiał nie zareagować.
- Pozwolicie, że odprowadzę gościa? W końcu muszę zdobywać punkty u płci przeciwnej. Zamierzam przebić Mallroy’a, który dzięki naszej niezastąpionej Denise – co za wazeliniarz – bierze udział w tej jakże szczytnej rywalizacji.
- Licytacji kochany, licytacji chciałeś powiedzieć. – Rozpłomieniona Denise poprawiła DJ’a, a ja pomyślałam, że ten idiota wcale się nie przejęzyczył. Im większa kwota tym większe notowania kawalera. I w tym momencie zrozumiałam w jaki cyrk sama, z wrodzonym talentem się wpakowałam.
W obliczu wcześniejszych zapędów Denise trochę dziwny wydawał mi się jej brak reakcji na takie „zawłaszczenie” przez kogoś innego niż szeryf, ale w tej chwili większym problemem był dla mnie DJ. A dokładniej absurdalna suma jaką na siebie przeznaczył.

Uśmiechając się do mijanych osób i ignorując taksujące spojrzenia pań, szepnęłam.
- Czyś ty zwariował? Mówiliśmy o mniejszej kwocie! – Szczerząc zęby odpowiedział.
- Mówiliśmy, mówiliśmy. Ale przed chwilą usłyszałem jak córka szefa straży pożarnej się chwali, że mnie kupi i dojdziemy do trzeciej bazy. Znasz mnie, jeszcze ulegnę pokusie a potem się nie wykpię. Strzeżonego i tak dalej. Wolę nie ryzykować. A tak? Same korzyści. Przyzwoity datek dla pogotowia lotniczego, twoja cnota bezpieczna, mój stan cywilny bezpieczny. Fajna randka. I zapomniałbym o najważniejszym – wkurzony szeryf.

- Ale tyle pieniędzy? – Wiem, że się powtarzałam, ale to nie było już kilka tysięcy dolarów.
- Uspokój się. Stać mnie. 
- Mogłam tylko westchnąć.

- Ale nie nie wiem, czy mnie stać. Czy tu już kiedyś zadźgano kobietę po licytacji? – Zaczął się śmiać.
- Jeszcze nie, ale wszystko przed nami. – Czy o tak wyrachowanych mężczyznach zwykło się mówić zimny drań?

- Pięknie wyglądasz Susan. – Dziewczę, do którego zagaił Dexter miało mały problem. Z jednej strony chciało się wdzięcznie uśmiechnąć do stojącego obok mnie mężczyzny, a z drugiej zabić mnie wzrokiem. Ciekawe połączenie. Wyszło coś dziwnego.
- Sama rozumiesz. – Szepnął. – Uwaga! Nadciąga huragan.

Nie musiał nawet mówić kogo określił tym mianem.
Joshua Mallroy!
Baran, patafian i cholerny dupek w jednym.
Amen.

Odwróciłam się i zamarłam.
Olbrzymia sala. Kilkaset osób. Kilkadziesiąt stolików. Parkiet. 
I to wszystko zniknęło, przestało się liczyć.
Całe pomieszczenie wypełnił on.
Wysoki, barczysty – w smokingu prezentował się tak, jakby się w nim urodził.
Dopiero silny uścisk Dexter’a, wyrwał mnie z tego dziwnego stanu.
Niezbyt przytomnie spojrzałam na stojącego obok mnie mężczyznę.
- Trzymaj się. Już niedługo i będziemy mieć problem z głowy.

 

Cokolwiek miał na myśli, żadne z nas nie spodziewało się tego co nastąpiło.

Dexter odprowadził mnie do stolika, przy którym miałam siedzieć z Denise i George’m.
Większa ilość miejsc nie wzbudziła mojego niepokoju. 
Podobnie jak informacja, że dołączą do nas burmistrz z żoną i dwiema córkami.
Nadal pozostawało jeszcze jedno wolne miejsce.

Zanim skończyłam myśl
- Ciekawe kto jeszcze z nami usiądzie? – Usłyszałam głos, który postawił w stan alarmu każdą moją komórkę.

- Cóż za urocze towarzystwo. Wieczór zapowiada się interesująco, nieprawdaż?

 

 

** ** ** ** ** ** ** **

Montana – część XX

Montana – część XXII

Polubienia 15
Wyświetlenia 640

Podobne wpisy:

  • Pingback: Skrywane Pragnienia | Montana XX()

  • Dobrej nocy.
    A dla ciekawskich – jeśli się zastanawialiście kiedyś jak się pisze. Ano tak się pisze:
    https://www.facebook.com/skrywanepragnienia/videos/1519312051465923/

  • Cóż…to chyba podświadomość nie dawała mi spać tej nocy. Bestia przeczuwała :)
    Witaj wśród żywych!
    Jak zawsze narobisz smaku, gdzie chce się jeszcze hah

    • jestem, jestem. Złego tak łatwo nie … :)
      Ależ ja się stęskniłam.

  • Luc

    Nareszcie! Czytam wszystko jeszcze raz, ale błagam nie szalej już i dodawaj kolejne kawałki częściej. Pliiiiiis

  • aaaa

    Bardzoooo dziękuję. Ciesze się że wróciłaś do nas. Teraz obyś została jak najdłużej. <3

    • Ja też. Nawet nie wiesz jak. I mam nadzieję, że tym razem przerwy będą o wiele krótsze

  • Tony F.P.

    A to ci niespodzianka! Nader miła, oczywiście:) Miło znów Cię „widzieć” Aniu.
    Tak się zastanawiam, czy głos szeryfa postawiłby w stan alarmu każdą komórkę ciała Anny? Czy też pojawił się fundator jej sukni? Obstawiam tak pół na pół:) Dexter chce pozbyć się Ani z Bozeman, doprowadzając ją do bankructwa? Oj, zdaje się, że będzie piękna awanturka. Byleby trup nie ścielił się zbyt gęsto:)

    • Nigdy nie zakładaj się z kimś, kto korzysta z Diabła pisząc tekst :D
      Ale trup będzie. Starałam się go wyrzucić, bo w pierwszej wersji tekstu pojawił się trochę z hukiem i dość znacząco wpłynął na rozwój akcji … ale potem stwierdziłam „I??”/ No i trup został.
      Co do bankructwa to raczej nie, bo w końcu kasa jego. A i na biedną nie trafiło. W ostateczności sprzeda naszyjnik – o ile kogoś będzie stać na jego zakup :)

      PS. „Ogarniając” przedmioty, zwróciłam uwagę na ładne i jak sądziłam dyskretne cudo od Winstona. Z ciekawości sprawdziłam cenę. Poszło za ponad 1 200 000 USD. Taaak. Biedna. :)

      • Luc

        Szeryf przeżyje? Bufon i idiota, ale go polubiłam.

        • hm … nie powiem

        • Tony F.P.

          Podzielam Twe odczucia Luc – „bufon i idiota” to nader trafne określenia, ale żal by mi było szeryfa. Z dwojga złego wolałabym trupa Dextera:)

      • Tony F.P.

        Po lekturze „Siewcy Wiatru”, gdzie Lucyfer przez przyjaciół zwany jest Lampką, myślę, że nie taki Diabeł straszny jak go malują:) Trup czasem bardzo się przydaje, więc szkoda by się go było pozbywać:) Poza tym, w tym konkretnym przypadku „trup”, którego mam na myśli, na pewno i zdecydowanie wpłynąłby na rozwój akcji. Podejrzenie mam, że Dexter próbowałby się wykręcić od wyłożenia kasy. Cudo, rzeczywiście, baaaardzo (cenowo) dyskretne i obawiam się, że ze znalezieniem kupca mogłyby być problemy. Jezu, jak w ogóle nosić coś tak potwornie cennego?!

        • Oj trup wpłynął na rozwój akcji i to bardzo. Dlatego zastanawiałam się, czy jednak tych zwłok nie usunąć. Ale nie ukrywam, że z nimi zrobi się o wiele ciekawiej.
          Tak na marginesie zastanawiam się, czy ktoś odgadnie …

          Co do naszyjnika to sama się zdziwiłam, że aż tyle. Obstawiałam trochę mniej. A nabywca zapłacił za niego trochę ponad 1202k USD.

  • Bon appétit … i zapraszam dzisiaj w nocy / ewentualnie jutro rano.
    Coś wychodzi, że tradycją zostanie nocne pisanie, gdy następnego dnia muszę wstawać o tak skandalicznej godzinie.

  • Pingback: Skrywane Pragnienia | Montana XXII()