Montana XXIII

Obsługa była perfekcyjnie wyszkolona.
Kieliszek został ponownie napełniony musującym alkoholem.

Miałam zajęcie dla dłoni – i wymówkę by się nie odzywać, jeśli ktokolwiek by do mnie zagaił.
Na szczęście nikomu nie wpadło to do głowy.
Niezręczną ciszę przerwała Kimberly, dopytująca się matki, ile może przeznaczyć na licytację.
I robiąca jednocześnie dziwnego zeza w moją stronę.

Chryste, jeszcze jedna zagorzała fanka tego prostaka.

Wróciłam do szampana, a sąsiadami postanowiłam się chwilo nie przejmować. Zresztą stanowili w tej chwili mój najmniejszy problem.

Ciało tym samym było zajęte, ale umysł skoncentrował się na analizie ostatnich wydarzeń.
Jakim cudem znowu doprowadziłam do takiego rozwoju sytuacji?
Gdy tylko znalazłam się obok tego człowieka, wszelkie postanowienia szlag trafiał. Waliło się niebo i ziemia pękała.

A teraz?
Wydawałoby się, że spotkanie na neutralnym gruncie, w tak (jakby nie było) szlachetnym celu nie doprowadzi do konfliktu. Że będzie się kontrolował – a przynajmniej spróbuje.
Ale nie!
Sam mnie prowokował, wystawiając na próbę moją i tak chwiejną cierpliwość.
Miało wyjść dobrze, a skończyło się jak zwykle.
Zamiast zamknąć się i schować dumę do kieszeni, poniosło mnie i wsadziłam kij w mrowisko.

Czy jemu kiedykolwiek to się znudzi?

I wtedy burmistrz zrobił próbę mikrofonu, a ja spojrzałam w kierunku podium.
Zbieg okoliczności?
Ostatnio moje życie było jednym wielkim zbiegiem okoliczności – nic dziwnego, że dołożył swoje pięć groszy i tym razem.
Obok burmistrza – promieniejącego i zadowolonego stała gorąca szóstka kawalerów przeznaczonych na rzeź. Równie uroczo szczerząca uzębienie w zachęcającym do przyszłej licytacji uśmiechu.
Z jednym wyjątkiem.

Mallroy.

Wyprostowany, patrzący mi prosto w oczy i wściekły jak wszyscy diabli.
I wtedy zrozumiałam, że nie ma mowy.

Ten człowiek prędzej odgryzie własną rękę niż odpuści.
Struje mi życie.
Jakakolwiek chwila oddechu, względnego spokoju będzie służyła tylko i wyłącznie temu bym na chwilę się uspokoiła. A potem dokopie mi ze zdwojoną mocą

To był koniec.
Ja, w tym miejscu nie miałam już prawa bytu.

Ale do cholery odejdę na własnych warunkach. I zapamięta tę chwilę do końca swojego zakichanego życia.
Może wojnę przegram, ale ta bitwa należy do mnie!

Było mi trochę żal DJ, ale z drugiej strony doskonale wiedział z jakim ryzykiem wiąże się ta zabawa.

Wyprostowałam się i zmarszczyłam brwi.
Pełen satysfakcji uśmiech rozjaśnił mi usta.
Całą sobą mówiłam
- Pożałujesz!

Malujące się na jego twarzy zwątpienie, powoli zastępowane przez narastającą furię warte było tego wszystkiego co przeżyłam i jeszcze przeżyję zanim wyjadę z Bozeman.

Powoli odstawiłam kieliszek i wtedy dotarło do mnie, że dookoła panuje dziwne zamieszanie.
Szepty, ukradkowe spojrzenia rzucane na mnie i w kierunku podium.
No tak. Naiwnością byłoby mieć nadzieję, że ta widowiskowa wymiana spojrzeń przejdzie niezauważona.
Zaczynało robić się ciekawiej.
Denise pochyliła się w moją stronę, ale nie było czasu na wyjaśnienia.
Przedstawienie się zaczęło.

Pierwszy pod młotek poszedł jakiś młokos.
Burmistrz zachowywał się jak profesjonalista. Po przedstawieniu „towaru” i „randki” rozpoczął licytację.
Trochę ponad pięć tysięcy dolarów.

Drugi mężczyzna poszedł za podobną sumę.
Nie było co się oszukiwać. Olbrzymia część planujących „kupno”, czekała na dwie ostatnie pozycje na liście.

Miałam tylko nadzieję, że kolejność będzie właściwa.

Drgnęłam usłyszawszy nazwisko szeryfa.
Stanął obok burmistrza.

- Boże jaki on piękny. – Szept Kimberly mimo iż nie miał, dotarł do moich uszu.
Czy on tak działa na wszystkie kobiety?
Nawet ja.
Chociaż już nie.
Jego magnetyzm zgasł.

Burmistrz wspiął się na wyżyny swoich zdolności krasomówczych.
Romantyczna kolacja przy świecach w domku myśliwskim skusiłaby anioła.

Uśmiech ponownie zagościł na mojej twarzy.
- Zagotuj się gnojku. Nie będziesz w stanie myśleć o niczym innym, tylko o tym co ja znowu kombinuję.

Wachlowałam się kartą, którą należało zasygnalizować przebicie. A ktoś u góry mnie wysłuchał.
Mallroy nie był w stanie oderwać ode mnie wzroku.

- Szanowne panie. Zaczynamy licytację. Cena wywoławcza, to tysiąc dolarów.

Machnęłam kartą.
Mallroy drgnął.
Kontynuowałam leniwe wachlowanie twarzy.

- Dwa tysiące. – Córka burmistrza podniosła rękę ostro do góry.

- Trzy. – Machanie i krzyk za nami oznajmił, że kandydatek do kolacji i może śniadania z szeryfem jest więcej.
Uśmiechnęłam się i dałabym sobie rękę uciąć, że Joshua poczuł dławienie w gardle.
- Pięć. – Kolejna kobieta włączyła się do aukcji.

Uśmiech z mojej strony i … to by było na tyle.
- Piętnaście. – Kimberly nie odpuszczała.
Joshua już nawet nie udawał, że patrzy kto go licytuje. Obserwował uważnie każdy mój ruch.
- Dlaczego on patrzy się na Annę? – Jak zwykle subtelny George zadał pytanie, na które odpowiedź chciała chyba usłyszeć spora grupa ludzi.
Nie było mi dane zareagować, bo tuż obok rozległ się rozpaczliwy krzyk.
- Dwadzieścia siedem tysięcy! – Burmistrz pozieleniał, bo to jego latorośl złożyła właśnie deklarację bardzo hojnego datku.

Jasne było, że dziewczyna prędzej puści ojca z torbami niż odpuści taką szansę.
- Sprzedany! – Gdyby nie okoliczności towarzyszące, to rozpacz malująca się w głosie McKenzy’ego byłaby komiczna.

Dopiero gdy podbiegła do niego rozradowana zwyciężczyni, Josh otrząsnął się z dziwnego letargu.
Spodziewał się … no właśnie. Czego on się spodziewał?

Sięgnęłam znowu po kieliszek.
Byłam nadal za trzeźwa by odstawić to co zamierzałam.

- Tylko nie patrz w jego stronę. – Dla pewności powtórzyłam to sobie kilka razy, po czym skoncentrowałam uwagę na podium.
- Szanowne panie. Naszego ostatniego kawalera nie trzeba chyba przedstawiać. Dexter Callahan. Znany przedsiębiorca i filantrop. – Burmistrz oddał mikrofon Dexterowi. W sumie słusznie, bo DJ opisał swoją propozycję po mistrzowsku.
- Drogie panie, abyście były bardziej skore wesprzeć szczytny cel jakim jest dzisiejsza zbiórka funduszy chciałbym zdradzić co zaplanowałem. Zaraz po wygranej licytacji zabieram damę na lotnisko. W drodze do Denver będziemy raczyć się na pokładzie mojego samolotu szampanem. Na miejscu pierwsze kroki skierujemy do opery. A po uczcie duchowej czeka nas równie wspaniała uczta dla podniebienia. Palace Arms będzie tylko do naszej dyspozycji. Ta która wygra nie będzie żałować. Oddam się cały w jej ręce.

Odpowiedział mu gromki śmiech. Wszystko ładnie przedstawione, ale nikt nie miał wątpliwości, ze deklarację DJ należy brać dosłownie.
Podobnie jak w przypadku Josha, licytacja rozpoczęła się od tysiąca dolarów.
Dwa.
Trzy.
Pięć.

Odezwałam się dopiero, gdy usłyszałam dwadzieścia.
Nastał czas, by wejść do gry.
Podniosłam leniwym gestem dłoń i powiedziałam:
- Trzydzieści.

Szum przycichł. Nie przesadzajmy. W końcu to nie był majątek.
McKensey wybałuszył oczy.
Pewnie nie tylko on, ale nie zawracałam sobie głowy drobiazgami.
- Że co? – Ledwie powstrzymałam parsknięcie.
I nie wytrzymałam. Powtórzyłam trochę głośniej.
- 30 tysięcy amerykańskich dolarów.

Po czym z czystą słodyczą rozbrzmiewającą w moim głosie dodałam
- Po raz pierwszy.

Boże, jakie to było wspaniałe uczucie.

- A tak, tak. – Burmistrz się ocknął. -  Nasza nowa mieszkanka daje za kawalera 30 tysięcy dolarów. Czy jest ktoś kto przebije ofertę. Szanowne panie. Taka randka trafia się tylko raz w życiu.

- Żebyś wiedział – pomyślałam. – I trafia raz w życiu i jest spora szansa, że będzie również moją ostatnią.

- Po raz drugi. – Huk młotka zbiegł się z krzykiem z tyłu:
- Trzydzieści jeden. – Nawet się nie ruszyłam. Nie było takiej potrzeby. Burmistrz nie zdążył potwierdzić zalicytowanej przed chwilą kwoty, gdy odezwałam się po raz kolejny:
- Czterdzieści. – Sama się zdziwiłam słysząc swój głos. Taki spokojny.

- Czterdzieści jeden. – Pisk z tyłu mnie przelicytował. Cholera, tak mogłyśmy się bujać w nieskończoność

Znowu nie czekałam na reakcję burmistrza.
- Pięćdziesiąt tysięcy.

Tym razem piskowi towarzyszył protest. Chyba w licytację włączył się czyjś tatuś. Niestety ze skutkiem zerowym.

- Pięćdziesiąt jeden. – Wysokie tony zaczynały mnie irytować.

Burmistrz spojrzał trochę oszołomiony dookoła.
- 51 tysięcy po raz pierwszy. – Stuknięcie młotkiem raz.
- Po raz drugi.

Odetchnęłam głębiej.
W tej chwili był to teatr jednego widza i nie był nim Dexter.

Gdzie jest Josh?
Stał tuż obok podium.
Cudownie.

Jego oczy śledziły każdy mój ruch.
Idealnie.

Niczego nie możesz przeoczyć.
Chcesz wiedzieć czym jest chaos i jak powstaje?
No to patrz.

Spektakl czas zacząć.
Westchnęłam głośno.
Każdy kto mnie usłyszał mógł to zinterpretować tylko w jeden sposób – sytuacja przestawała ją bawić.

Po czym wypowiedziałam dwa słowa.
- Sto tysięcy.

Cisza. Absolutna cisza.
Tyle ludzi na sali. Jakim cudem nie było nic słychać?

Nagle rozległ się dziwny dźwięk. To mikrofon wyłapał ruch. Burmistrz rozluźnił muszkę przy szyi. Potem sięgnął po szklankę i duszkiem wypił całą wodę. Otarł czoło i powiedział do siebie:
- Panie. Będzie rekord. – Po czym dodał głośniej.- Sto tysięcy po raz pierwszy.

I wtedy za moimi plecami rozpętało się piekło.
Dziewczyna wpadła w histerię.
Nie odwróciłam się. Nie interesowało mnie to.

Całą uwagę skupiłam na jednym człowieku.
Nie robiłam żadnych dziwnych min.
Nie stroiłam grymasów.
Po prostu patrzyłam mu spokojnie prosto w oczy.

- 100 tysięcy po raz drugi … – Mallroy wyglądał na zagubionego. Już go takiego widziałam. Gdy siedzieliśmy razem przy kominku.

I wtedy zdarzyło się kilka rzeczy na raz.

Ja przypomniałam sobie co się stało później.
Spojrzenie Josh’a zaczęło lodowacieć.
I wszyscy na sali usłyszeli głos zdesperowanej wariatki krzyczącej:
- 101 tysięcy. – Jej ojciec pewnie zaliczył zawał. W sumie mu się nie dziwię. Ponad 100 tysięcy za randkę z playboyem, który niczemu w spódnicy nie przepuścił to nie jest szczyt marzeń rodzica.

- Usłyszałem 101 tysięcy? – Burmistrz, gdyby mógł to by zaczął skakać.
- 101 tysięcy po raz pierwszy. To jest niesamowite. Po raz drugi.

Koniec.
Zaczęłam ten cyrk i czas go skończyć. Tylko żeby mi się głos nie załamał.

- Pół miliona. – Szach. Mat. Koniec gry. Chociaż bardziej przypominało to zwolnienie ostrza gilotyny.
Burmistrz nie czekał aż oprzytomnieję.
- Po raz pierwszy. Po raz drugi. Sprzedany!!!

To co się rozpętało później przypominało piekło.
Z miejsca otoczyli mnie ludzie.
Ktoś mi gratulował. Ktoś o coś pytał.
Nic nie rozumiałam. Umysł zaprzątała jedna myśl – gdzie jest Mallroy?

Podskoczyłam czując dotyk męskiej dłoni na szyi.
Ulga, gdy spojrzałam w zielone oczy DJ była tak ogromna, że osunęłam się na ziemię.

Oprzytomniałam w samolocie.

Roześmiany Dexter nalewał szampana.
- Jesteś genialna. W życiu bym sam tak tego nie ustawił. – Podał mi kieliszek i kontynuował. – Ale mina tego dupka bezcenna. Obstawiam wszelkie możliwe kontrole skarbowe. Mallroy niestety też ma znajomości. Przetrzepią mnie na lewo i prawi, ale wiesz co? Było jasna cholera warto.
To było piękne. Tańczył, jak mu zagrałaś. Patrzył na ciebie jak pies, któremu zabrano kość. – Zaaferowany kontynuował monolog, a do mnie powoli docierało co tak naprawdę się stało. – Teraz wszyscy są przekonani, że byliście kochankami, ale się posprzeczaliście. A Ty nie dość, że na złość go nie wylicytowałaś, to w dodatku wydałaś majątek na mnie. To, że będziemy dzisiaj uprawiać dziki seks jest już wisienka na torcie.

 

 

** ** ** ** ** ** ** **

Montana – część XXII

Montana – część XXIV

Polubienia 10
Wyświetlenia 1043

Podobne wpisy:

  • Pingback: Skrywane Pragnienia | Montana XXII()

  • Sylwia.

    Aniu, nawet nie wiesz jaką radość mi sprawiłaś publikując Montanę. Może i jestem monotonna w moich komentarzach, ale uwielbiam Twój styl, to jak budujesz napięcie, którego rozładowania nigdy nie mogę się doczekać. Dlatego zawsze po jakiejś dłuższej przerwie, gdy zobaczę, ze znów wracasz do gry to skaczę z radości. Dziękuję

    • Ja widząc, że się Wam podoba skaczę z radości. Lubię swoje teksty, ale jest mi naprawdę dobrze ze świadomością, że komuś jeszcze sprawiają przyjemność.
      Mam nadzieję, że już teraz takiej przerwy nie będzie

      To ja dziękuję!

    • Ja widząc, że się Wam podoba skaczę z radości. Lubię swoje teksty, ale jest mi naprawdę dobrze ze świadomością, że komuś jeszcze sprawiają przyjemność.
      Mam nadzieję, że już teraz takiej przerwy nie będzie

      To ja dziękuję!

  • Pandziorka

    O ja piękna zemsta tak się śmiałam że aż się popłakałam, genialne aż nie wiem co napisać :D

  • Luc

    Ale jazda! Weź rzuć wszystko, wyjedź w Bieszczady i pisz?

    • Nie mogę?
      Ale szczerze żałuję. Pisanie to jest to co Anna lubi najbardziej.

      • Luc

        Możesz? Poważniejąc to naprawdę by było fajnie gdybyś pisała więcej. Czytelnicy na pewno by skorzystali. Uzależniasz od swoich opowiadań!

    • Nie mogę?
      Ale szczerze żałuję. Pisanie to jest to co Anna lubi najbardziej.

  • Zjadłaś nas wszystkich! Mistrzostwo popełniłaś Ty :)

  • aaaa

    Cudownie. Ciekawa jestem co w tej chwili przeżywa szeryf. No i te ostatnie słowa Dextera no no bedzie sie działo. Nie moge sie juz doczekać kolejnej częsci.

  • Aaaaa

    Spóźnione życzenia imieninowe. Dużo zdrowia i uśmiechu.

    • Dziękuję za pamięć i życzenia.
      Mi samej zawsze trzeba przypominać bo nie wiedzieć czemu zawsze wydaje mi się, że mam 25-ego, a nie 26-ego

  • Joanna Maziarek

    Jeszczeeeeeeeeeeeeeeee!

    • 28 lipca będzie jeszcze. Uprzedzam, że jestem pewna czy wrzucę Montanę. Zła decyzja czeka w kolejce.

      Tylko proszę weź poprawkę na moje zwyczaje.
      Czas na pisanie i publikację mam w nocy – a mentalnie jest dla mnie zawsze ten dzień w którym wstałam.
      Ale postaram się zmieścić w piątku.

      • Joanna Maziarek

        Postaram się być cierpliwa :)

  • Tony F.P.

    Oj, sporo grosików bym dała, żeby wiedzieć co działo się w głowie szeryfa – podejrzewam, że istne tsunami złożone z wściekłości, rozczarowania, zazdrości i pożądania. Ależ się facet zapętlił – kto pod kim dołki kopie… czyżby nie znał pan tej maksymy, szeryfie? Wyobrażanie sobie jego miny przy trzecim uderzeniu młoteczka, gdy o to, ku jego ogromnego zdumieniu, Ania go nie kupiła, jest jeszcze smakowitsze niż w mej pierwotnej wersji, gdy go wrzuciła do koszyka. Kurczę, powiem Wam, że żal mi się go zrobiło. Mimo, że mnie wnerwia i nie potrafię o nim myśleć czy pisać: Joshua/Josh tylko tak oficjalnie i funkcyjnie: szeryf. No ale, sam sobie na to zapracował.
    A Dexter to się chyba trochę zagolopował i mam nadzieję, że Ania w tym całym galimatiasie i szoku nie zapomni się aż tak, żeby pójść z nim do łóżka. Następny bardzo pewny siebie – został kupiony zgodnie z intrygą, a już się z łapami na szyję pcha i zdaje mu się, że jest i tortem, i wisienką:) Hola, hola!
    Część absolutnie boska – uśmiałam się przednio:)
    Ps. Bardzo jestem ciekawa reakcji Denise – dobrze jej tak:) Swatka od siedmiu boleści. George, jak zwykle, bezkonkurencyjny:)

    • Chaos … zarówno w tekstach jak i w życiu zdecydowanie wychodzi mi to najlepiej

  • Tony F.P.

    Jełopa ze mnie – zapomniałam o życzeniach:
    „Co Cię w życiu rozwesela,
    Czego pragnie serce Twoje,
    Niech Ci dobry los udziela.
    Takie są życzenia moje!”

  • Anka Budniok

    Prosimy o więcej!

    • Cześć! Wszystkiego najlepszego :)
      Dostaniecie więcej.
      Zaraz wracam do domu i usiądę do pisania

  • Pingback: Skrywane Pragnienia | Montana XXIV()