Montana XXIV

 

Patrzyłam na Dexter’a usiłując zapanować nad odruchem wymiotnym.
Najgorsze, że wcale nie była to reakcja na jego słowa.
Błędnikowi po prostu nie przeszkadzał fakt, że do tej pory byłam nieprzytomna.

Jako pasażer, w samochodach i samolotach wymiotowałam zawsze i najzwyczajniej w świecie uznał, że nie ma powodu by tym razem zrobić wyjątek.
Byłam w samolocie, zaliczyłam start i nie wiadomo jak długi lot. Do tego doszedł alkohol.

Wszystkie kryteria zostały spełnione.

W panice spojrzałam na Dextera, bo byłam o krok od przekroczenia linii, za którą robiło się niesmacznie.
Chciałam zapytać o łazienkę. Zaczęłam podnosić się z fotela i pochylona do przodu otworzyłam usta.
Wtedy rozpętało się piekło.

Niby zjadłam mało, pomijając szampana nie piłam nic, a mogłabym śmiało stanąć w castingu do „Egzorcysty”.
Zaliczyłam podłogę, ścianki, fotel vis-a-vis, Dextera chyba też.
Zawartość żołądka w końcu się skończyła oraz podejmowane przez niego wysiłki by z siebie wszystko wyrzucić niestety nie.
Miałam wrażenie, że zaraz wypluję wnętrzności.
Silne wymioty wywołały ból głowy. Łzy rozmazały makijaż i teraz płakałam nie tylko dlatego, że tak mnie bolała głowa, ale w dodatku zaczęły piec oczy.

Ktoś, nie zważając na moje łkania i dziwne dźwięki, pociągnął mnie za rękę.

Po chwili dotykałam dłońmi zimnego marmuru, a twarz – w przerwach pomiędzy kolejnymi uzewnętrznieniami – miałam przemywaną lodowatą wodą.
- Jezu. – Wyszeptałam.
Gdyby nie to, że byłam jednocześnie podtrzymywana i oparta o umywalkę, usiadłabym na podłodze.
W nosie miałam gdzie jestem. Brakowało mi sił.

 

- Wystarczyło powiedzieć, że nie chcesz się ze mną przespać. – Głos Dexter’a był nadzwyczaj spokojny.
Jak dobrze, że byłam tak wycieńczona.
Nie miałam nawet siły by się zdenerwować czy zawstydzić.
Puściłam pawia w samolocie za ponad 20 milionów dolarów.
Nic nie poradzę, że przypomniało mi się hasło reklamowe jednego z producentów jogurtu.
„ Oddaje tobie co kryje w sobie”.
Jęknęłam. Wzięłam to za dosłownie. Oddałam wszystko co miałam w sobie – z polotem i rozmachem.
- Czy ty … ? – Nie skończyłam. Jak miałam się zapytać czy o też oberwał?
Moja podpora zaczęła się trząść. Ze śmiechu.

- Przestań bo robi mi się niedobrze. – Szept jak szept, ale treść sprawiła, że posłuchał.

- Nie. Jestem cały. Mam refleks. Ty też. Ale w twoim przypadku to chyba przyzwyczajenie i praktyka. No. Może nie do końca jest idealnie. Suknia jest cała, ale twarz … hm … w tej chwili jesteś bardzo naturalna.

Otworzyłam w końcu oczy, ale nie odważyłam się spojrzeć w lustro.
Spojrzałam za to na DJ’a. Nie krzywił się, nie patrzył z odrazą.
Raczej nazwałabym to troską.
Ale gdy na pytanie jak wyglądam odpowiedział.
- Ślicznie. – Stwierdziłam, że komuś odbiło i na pewno nie jestem to ja.
Dyskretne pukanie do drzwi.
No tak. Przecież nie byliśmy tu – pomijając pilotów, sami.
I chyba dobrze, bo okazało się, że ten bałagan, który udało mi się zrobić został w miarę ogarnięty. Musieliśmy co prawda zająć inne siedzenia i wnętrze w najbliższym czasie musiało przejść solidne czyszczenie, ale dało się przeżyć.
- Są dyskretni, nie martw się. – Czytał mi w myślach? Skąd wiedział, że zaczęłam się zastanawiać czy informacja o tym incydencie pójdzie dalej w świat?
Odpuściłam, bo miałam inny problem na głowie.
Znowu czułam to dziwne ściskanie w przełyku. To nie był czas na subtelności i dyplomację.
- Długo jeszcze?

Było długo, ale wystarczająco krótko byśmy zdążyli wylądować. Cudem chyba bez żadnych dodatkowych atrakcji z mojej strony.
Dawno takiej ulgi i przyjemności nie sprawiło mi lodowate zimno.
W tej chwili kochałam Denver za zimę.
Zatrzymałam się i głęboko oddychając powoli odzyskiwałam kolory.

Wydawało się, że jest dobrze.
W dodatku świadomość, że czeka mnie „Cyganeria” pozytywnie wpłynęła na szybkość rekonwalescencji.
Szkoda tylko, że po kilkunastu minutach jazdy, żołądek postanowił o sobie przypomnieć.

Nie czekałam, aż mnie wykręci.
Rozpaczliwy krzyk:
- Stop! – Zatrzymałby umarłego, a co dopiero kierowcę limuzyny. Miałam w nosie to gdzie stoimy, musiałam wysiąść i pooddychać świeżym powietrzem.
Nie wiem, ile to trwało i miałam to gdzieś.
Wsiadłam do samochodu dopiero gdy przestało mi się kręcić w głowie, a w gardle przestałam czuć to dziwne coś.

Ruszyliśmy.
Bardzo powoli i wydawało się, że bezpiecznie.
Tym razem spokój trwał kilka minut.

Żołądek się wkurzył i teraz zareagował gwałtowniej.
Nie krzyczałam. Krzyk oznaczał wolność dla zawartości ust.

Odblokowałam klamkę.
Szofer po pierwszej akcji bacznie mnie obserwował. Jego reakcja była błyskawiczna..

Tym razem Callahan wyskoczył za mną.
- Przecież już nic tam nie masz! – Wzruszyłam ramionami. Bardzo delikatnie. Każde zbyt gwałtowne kiwnięcie mogło mieć taki sam skutek co jazda samochodem.
Tym razem ustabilizowanie zajęło o wiele więcej czasu. Dopiero wtedy odwróciłam się w jego stronę.

- I myślisz … – czknięcie – …, że to jest jakiś argument. Jeśli uważasz, że nie może być gorzej to wsiadamy zaraz do samochodu i jedziemy do opery bez przystanków.
- Ty na poważnie? – W każdej innej sytuacji niedowierzanie malujące się w jego oczach byłoby komiczne. Tylko, że mi nie było do śmiechu.
I to nie z powodu erotycznych zakusów sympatycznego, bo sympatycznego ale jednak playboya.
Dotarło do mnie, że czeka mnie jazda samochodem do opery, potem na kolację, potem na lotnisko, lot samolotem i powrót do domu.
Przecież ja tego nie przeżyję.
Tak szybki nawrót przypadłości potwierdzał moje obawy, że wcale mi nie przeszło, ale mdłości wywołane przez zaburzenia błędnika tylko czasowo ucichły.
Same chęci nie wystarczą.
Potrzebna chemia.

- Chodź. Wyjaśnisz mi w samochodzie. – Dexter złapał mnie za dłoń i chciał zaciągnąć z powrotem do wozu. Na chęciach się skończyło.

Wyrwałam dłoń i ostro zaprotestowałam. Nie zamierzałam fundować sobie powtórki z rozrywki, a że to nastąpi było więcej niż pewne.
Rozwaliłam go? Co jak co, ale takiej randki za pół miliona się nie spodziewał.
Przemarznięty do szpiku kości toczył bój z wymiotującą co chwilę kandydatką na kochankę.

Gdy wsiadł do samochodu, przez chwilę myślałam, że mnie zostawi w cholerę.
Ma ochotę na „La Bohème”, kogoś przy okazji zarwie – nie będzie się przecież ze mną szarpał jak idiota.
Okazało się, że będzie.

- Pojedziemy bardzo wolno. Wytrzymasz kilka minut? Niedaleko jest centrum handlowe. Kupimy coś na twoją … – zamilkł na chwilę szukając odpowiedniego słowa- … przypadłość i odetchniemy.

Przenikliwe zimno też mi dokopało. Futru futrem, ale nie miałam żadnej czapki, a na nogach zamiast porządnych butów znajdowały się delikatne szpilki.
Ale przede wszystkim miałam serdecznie dosyć tych sensacji.

Kierowca jechał jakby wiózł nitroglicerynę.

W sumie wiózł.

 

Szofer ruszył na łowy farmaceutyczne. Dexter poszedł ze mną do restauracji.
- Zjesz coś? – Ręce mi opadły. Tak jest, oczywiście. Mój zmaltretowany żołądek potrzebuje uzupełnić zapas amunicji.
Mina wystarczyła.
Skończyłam ze szklanką wody z cytryną.

Statyczna pozycja zrobiła swoje.
Poczułam się lepiej na tyle, że przestałam zajmować sobą, a zwróciłam uwagę na otoczenie.

Najdroższa randka w historii Bozeman wyglądała trochę dziwnie.

Kupiony kawaler siedział obok.
Bez marynarki i z podwiniętymi rękawami. Było to uzasadnione, bo aktualnie zajadał się żeberkami i jego dłonie były tak ubrudzone, że wyglądały jak przedłużenie talerza.
Zamiast La Bohème, do moich uszu docierały dźwięki reklam, przetykane co chwilę muzyką.
A ludzie dookoła nas? Trochę dziwnie patrzyli.

Nie wiem czy to łapczywość Dexter’a – swoją drogą jakim cudem miał apetyt, czy mój brak makijażu robił swoje, ale nie da się ukryć, że przyciągaliśmy uwagę.
Zanim zdążyłam zapytać się mojego towarzysza o co może chodzić, przybył szofer ze skarbem.
Papierowa torba zawierała czerwono- żółte opakowanie. Malutka pomarańczowa tabletka.
- Uprzedzam, że są mocne. – Amerykanie i to ich mocne. Puściłam uwagę mimo uszu.
Nie bawiłam się w czytanie ulotki. Porównywalne z Aviomarinem? To łyknęłam od razu dwie.

Szofer, w pełnym uniformie i z czapką w dłoni stanął w niewielkiej odległości od naszego stolika.
Teraz nie dało już się nie zauważyć, że jednak wzbudzamy sensację.
- O co chodzi? – Szepnęłam, śledząc jednocześnie wzrokiem małą dziewczynkę z matką.
Dexter miał pełne usta i nie odpowiedział od razu, ale po chwili się okazało, że nie musiał.
Dotarło do mnie zadane przez małą pytanie:
- Mama, a to jest księżniczka? Ona uciekła z balu?

Chryste Panie.

- I co teraz? – Pytanie było jak najbardziej na miejscu. Randka dzięki mojemu skromnemu wkładowi, całkowicie legła w gruzach.
- Jak co? – Uroczy chłopiec wrócił. – Jedziemy do opery. Minęło trochę czasu, czujesz się lepiej?
O dziwo tak.
Rzeczywiście lekkie zawroty głowy przeszły. Prochy zaczęły działać.

Skandalicznie spóźnieni dotarliśmy na miejsce.
Ignorując spojrzenia co poniektórych widzów zajęliśmy swoje miejsca.

Dzielnica łacińska – mój ulubiony akt właśnie się zaczynał.

To było niesamowite.
Wcześniejsze szaleństwo – mimo iż trwało z półtorej godziny, z perspektywy czasu wydawało się być wiecznością.
Opera, kolacja – trwające łącznie kilka godzin, zakończyły się o wiele za wcześnie. Gdyby wyłączyć specyficzną arogancję, z Dexter’a byłby naprawdę świetny facet.
- To co? Wracamy do piekła? – Zbladłam.
Naprawdę zapomniałam o tym co zdarzyło się przed wylotem z Bozeman.
- Nie przejmuj się, zobaczymy co zastaniemy na miejscu i coś się wymyśli.

Łatwo mu było powiedzieć. Jego tak szybko nie zatłucze. Co do mnie, może być tak, że nic go przed tym nie powstrzyma.
Wolałam przywitać czekającą mnie rzeczywistość nie zarzygana. Dla pewności, zanim opuściliśmy Palace Arms, połknęłam jeszcze dwie Dramamine.
Podróż na lotnisko obyła się bez żadnych sensacji.
Zaczynałam być senna.
Nic dziwnego, tyle emocji.

Trochę oprzytomniałam podczas wchodzenia do samolotu. Ale potem cisza zakłócana jedynie pomrukiem silników i wygodny fotel zrobiły swoje.
Zamknęłam oczy.
- Anna? – Zaniepokojony głos DJ’a nie był powodem dla których miałam je otworzyć. – Anna!
- Pozwól mi spać. – Mruknęłam.
Nie pozwolił. I się nie dziwię. Nie zachowywałam się normalnie.

Pomyślał. Sięgnął do mojej kopertówki i wyciągnął ulotkę lekarstwa.
- Cholera! Ileś ty tego połknęła?!
Co on tak marudzi. Spać! Na odczepnego podniosłam dłoń i pokazałam 4 palce. Naprawdę nie chciało mi się odzywać.
- Tyś to przedawkowała! – Krzyknął.
I wtedy zasnęłam.
Śnił mi się Mallroy. Zawsze mam durne sny.
Znowu licytacja. Ale tym razem wygrałam go ja.
Pełna satysfakcji stanęłam naprzeciw tego barana i powiedziałam.
- Szeryfie Mallroy, należysz do mnie.
A potem poszło coś nie tak, bo usłyszałam.
- Tak? Ciekawe.

Wybudziliście się kiedyś, błyskawicznie otwierając oczy? Przyczyną mógł być nietypowy dźwięk, szmer, stukot. Dzieje się coś co zmusza ciało by się ocknęło i zareagowało na zbliżające się zagrożenie.

Tak było teraz.
Pstryk.
Podniosłam powieki.
Mallroy opierał się dłońmi o oparcie fotela, trzymając mnie tym samym w potrzasku.

Twarz mężczyzny była oddalona tylko o kilkanaście centymetrów od mojej.

 

Wyraz jego oczu i mroczny pomruk sprawiły, że zamarłam z przerażenia.

 

 

 

** ** ** ** ** ** ** **

Montana – część XXIII

Montana – część XXV

Polubienia 11
Wyświetlenia 471

Podobne wpisy:

  • Położyłam się na pięć minut i efekty są jakie są.
    Wybaczcie. Jedyna dobra rzecz to taka, że chyba się wyspałam :)

  • Kasia

    Nie mogę przestać się śmiać. Zamiast dzikiego seksu trafił się dziki paw. Ale za koniec Cię uduszę. Jak tak mogłaś? Kiedy kolejna Montana?

    • Nie mogłam sobie podarować – wybaczycie?
      I mówię zarówno o pawiu, jak i wprowadzeniu szeryfa do akcji.

      • Adriana Chamielec

        no nie….jak moglas taka akcja i koniec? hhhmmm kolejna czesc bedzie napewno ciekawa po takim zakonczeniu :)

      • Kasia

        Jestem za Montaną bo osiwieję zanim dasz kolejny kawałek

        • Słowo się rzekło … itd.
          Azyl – siadam do pisania. Niby miałam gotowy tekst, ale wrzucam do szuflady. Historia idzie nową drogą.

  • Pandziorka

    :O no co ty w takim momencie przerywasz serio ? czuje się niespełniona jak kol wiek to brzmi :D

  • Joanna Maziarek

    W takim momencie??? Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeee!

    • Gdybym kontynuowała musiałabym wrzucić o wiele więcej tekstu

      • Joanna Maziarek

        Ja tam bym się nie pogniewała :D

  • słowianka

    W poprzednich odcinkach latała śmigłowcem, przyleciała do Stanów, jeździła samochodem i jakoś dopiero na randce przypomniała sobie o chorobie lokomocyjnej?

    • A czytałaś uważnie? :D
      I w których latała śmigłowcem? Tu latała? Aż taką sklerozę mam? Będę wdzięczna za dokładniejszą informację.

      Wszędzie gdzie była jako pasażer – albo prochy albo alkohol wchodziły w grę (raz nie zaskoczyła z błędnikiem w czasie jazdy z posterunku do domu i zdaje się jak jechała z George’m ale to był bardzo krótki dystans – od Coppera na główny posterunek jest kawałeczek).
      Tak dla Twojej wiadomości – niestety te zaburzenia wzięłam z autopsji. Jak prowadzę i latam sama jest względny spokój. Ale jako pasażer mam przerąbane we wszystkim – z pociągami włącznie. Wyjątkiem jedynym jest transport morski. I oby tak zostało.

      Jeśli coś jest nie tak to proszę o konkrety. Zaraz sprawdzę.

      • słowianka

        Zakładając, że Montana to ciąg dalszy „Diabła” to już w pierwszym odcinku nie ma ani słowa o problemach bohaterki z lataniem. Szczegółowo opisałaś co robiła od momentu pojawienia się na lotnisku do momentu zaśnięcia na pokładzie i łykania Aviomarinu nie dostrzegłam. Owszem, udawała mdłości, ale jako pretekst na pójście do wc. Dopiero potem dostała coś na sen od porywaczy.

        W czasie ostrej jazdy terenówką zrobiło jej się słabo, ale ton opowiadania sugerował raczej nerwy niż chorobę lokomocyjną.
        Tym bardziej, że podczas wyprawy do sklepu z Tarą żadnych, nawet maleńkich sensacji nie miała.

        W „Montanie” była całkiem przytomna w czasie lotu i potem w czasie jazdy z Denise, jak na kogoś otumanionego Aviomarinem łączonym z alkoholem pitym na pokładzie samolotu.
        A przecież w „Diable” zjedzenie Aviomarinu spowodowało u niej senności.

        A jeśli założymy, że alkohol działa u niej jak aviomarin, to nie powinna mieć mdłości, bo piła na licytacji.

        Po prostu widzę pewny brak konsekwencji i robienie z choroby bohaterki raczej wybiegu fabularnego, niż faktycznej przypadłości powodującej problemy w życiu codziennym.

        • Ty chyba nigdy nie mialaś choroby lokomocyjnej :D
          Wybacz, że pojadę personalnie ale dotyka mnie to od 6 roku życia i w sumie czuję się tak jakbyś niewidomej osobie wyjaśniała jak to jest nie widzieć.
          Ale może się nie znam :)

        • Anka Budniok

          W „Diable” każda podróż była na Aviomarinie (nieraz zapewne bez wspominania o tym), a podczas szalonej jazdy na plażę miała mdłości przez chorobę lokomocyjną, nie nerwy. Diabeł chciał tak sprawdzić, czy nie kłamała na temat swojej przypadłości. Ale zrzucam winę na pamięć, nie złe chęci wytknięcia na siłę błędów ;)

        • Uff . dopiero teraz dotarłam do domu i mogłam sprawdzić o co chodzi.
          Zaprzestałam na drugiej części Diabła bo do tej miałam wątpliwości (bo może rzeczywiście miałam zaćmienie i jednak coś mi uciekło). Okazało się, że przypadłość wypaliła trwałe znamię na mej osobowości i nie dało się od niej uciec.
          http://skrywanepragnienia.pl/2014/01/diabel-ii/ (printscreen poniżej – tak na wszelki wypadek)

          A co do choroby lokomocyjnej i środków na nią to na wszelki wypadek oznajmiam, że:
          1. tryb „pawia” włączył mi się w wieku bodajże lat 6-ciu (albo coś koło tego), kiedy razem z rodzicami i psem dziadków wracaliśmy z letnich wakacji. Na tylnym siedzeniu był pies i ja, zaczęliśmy rzygać oboje na raz. W czasie jazdy. Bardzo współczuję do dziś moim rodzicom. Nie wiem kto zaczął, ale to już nie ma znaczenia. Zarzygane było wszystko z moimi rodzicielami włącznie. Pies niestety nie żyje, a mi przypadłość została
          2. Haftuję we WSZYSTKICH środkach lokomocji:
          a. z wyłączeniem wszelkiego rodzaju łodzi, jachtów, statków (zarówno śródlądowe jak i morskie)
          b. tak – tramwaje i pociągi też. samoloty również (kiedyś gdy byłam dzieckiem motorniczy był na tyle uprzejmy i zatrzymał się pomiędzy przystankami na Winogradach. Uparł się, że poczeka, więc siłą rzeczy wszyscy pasażerowie też czekali i patrzyli jak matka trzyma uzewnętrzniające się dziecko. Jeśli ktoś Wam kiedyś opowie, że kiedyś o czymś takim słyszał, albo widział to mówi prawdę.
          Mój aktualny rekord w tramwaju wynosi od Ronda Śródka do pl. Cyryla Ratajskiego. Wysiadałam zielona.
          c. kiedy sama prowadzę albo pilotuję (szybowce! nie mam innej licencji) to czasami haftuję, czasami nie. Nie wiem od czego to zależy i już się poddałam. I wtedy mam gdzieś gdzie jestem. W powietrzu mam zapas worków, gdy jadę samochodem to się zatrzymuję.
          d. nie działa na mnie nic innego niż aviomarin i dramamine (ale ta z największą dawką). Ale uwaga! jeśli jest bardzo zły dzień to cholerstwo też nie działa. Wtedy się uzewnętrzniam.
          I to nie zwyczajnie – kiedy macie wrażenie, że żołądek wypłynie Wam przez gardło a ciśnienie w czaszce rozsadza ją od środka … to tak mniej więcej ja się wtedy czuję.
          Lokomotiv próbowałam – NIGDY WIĘCEJ! Myślałam, że umrę.

          Teoretycznie powinno się brać jedną tabletkę specyfiku, ale tu mam problem:
          - 1 tabletka = znajduję się na granicy ryzyka, będę w miarę przytomna, ale bezwzględnie potrzebuję kilkukilogramowy zapas landrynek bo bez wspomagania będzie dramat
          - 2 tabletki = nie ogarniam wszechświata, duża szansa, że zadziała. Wtedy też gadam wszystko byleby się ode mnie odczepili i pozwolili spać. Jak nie zadziała to … nie chcę wspominać.

          I tak od kilkudziesięciu lat.
          Więc jeśli (tak wiem, nie zaczyna się zdania od „więc”), dołożyłam bohaterce tę moją cechę, to na litość boską czy da się o takim koszmarze zapomnieć?
          Albo gdzieś go na siłę wcisnąć. Ja nic nie muszę na siłę wciskać. Powiedziałabym, że może nawet łagodzę.

          Temat chyba wyczerpałam.
          PS. Słowianka – zapraszam do kontaktu mailowego/ albo jeszcze chętniej telefonicznego w celu dalszego wyjaśnienia ewentualnych nieścisłości, bo jednak padam :)

          Serdeczne pozdrowienia od siedzącej dzisiaj za kółkiem bez skutków ubocznych autorki :D
          Anna

          https://uploads.disquscdn.com/images/e626a69d83899336ea98b57a949c34e4d110e25d188ef9ed8059156df9cf2337.png

          • Adriana Chamielec

            Jako kierowca przejechalam tysiące kilometrów i wszystko super…jadąc jako pasażer parę km, robi mi się słabo i niedobrze bo mam chorobę lokomocyjna…

          • Współczuję.
            Naprawdę! To jest męczące, kłopotliwe i wkurzające, bo nie masz kontroli nad własnym organizmem.
            Trzymaj się i oby jak najmniej komplikacji związanych z podróżami!

          • słowianka

            To twoje opowiadanie, więc robisz w nim co chcesz.
            Ja jestem czytelnikiem i po prostu piszę, jak je odbieram.

            Może wynika to z niechęci do bohaterki, bo jest irytująca. W Diable mdlała częściej od bohaterek egzaltowanych romansów, a w Montanie w zasadzie jest rozhisteryzowaną początkującą alkoholiczką.

          • Można ją zawsze ubić :)

          • Nie do końca rozumiem. Wychodzi na to, że od ponad dwóch lat śledzisz losy kogoś kto Cię wkurza.
            Nawet nie będę próbowała zrozumieć czym się kierujesz. Mimo wszystko powodzenia.

          • Magd

            Tak sobie czytam te komentarze i nie za bardzo rozumiem z czym masz problem. Chociaż wygląda na to że ze wszystkim. Najpierw wytykasz błędy w opowiadaniach nie podając konkretów. Przyparta do ściany przez Annę, piszesz farmazony, a gdy sami czytelnicy piszą i udowadniają że nie masz racji to nagle problem nie leży w błędach tylko w bohaterze. A może w powietrzu? Jeszcze możesz się przyczepić długość tekstów. Polecam najpierw pojechać po Annie że pisze je za krótkie. I zaraz jak ci odpisze ze nie i pewnie poda konkretne przyklady to zjechać ja za to ze są stanowczo za długie. Jak dla mnie jesteś klasycznym przykładem internetowego trolla któremu frustracja zadek ściska.
            Nie każdemu się musi podobać to co Anna pisze ale jeszcze sie taki nie urodzil co by kazdemu dogodzil. Na razie to wolny kraj – nie lubisz to nie czytaj.

          • słowiankas

            Napisałam – bohaterka spokojnie sobie bez sensacji lata nad Stanami. Gdyby brała Aviomarin, nie powinna pić alkoholu – a pije na pokładzie. Ten kto regularnie bierze, chyba czyta ulotki?
            Na dodatek Aviomarin u bohaterki wcześniej działał nasennie (jej zachowanie na przyjęciu po locie śmigłowcem) a potem potrafiła być całkiem przytomna (lot nad Stanami, jazda z Denise do Bozeman).
            W Diable bez sensacji żołądkowych pojechała samochodem z Tarą do miasta.
            Dla mnie to brak konsekwencji w opisie choroby i dlatego to skomentowałam.

            Nie rozumiem tego wtrącania się do rozmowy między mną a autorką bloga.
            Dlaczego jakakolwiek wypowiedź krytyczna kończy się idiotycznym „nie podoba się, nie czytaj”?
            Krytyka nie służy hejtowaniu, tylko wrażeniu opinii.
            Nigdzie nie napisałam, że mi się nie podoba. Przecież gdyby było złe, nie przebrnęłabym przez tyle odcinków. Lubienie bohaterki nie jest obowiązkowe do rozkoszowania się lekturą.
            Chyba za mało czytacie i nie miałyście nigdy kontaktu z irytującymi lub faktycznie negatywnymi, nie wzbudzającymi sympatii bohaterami literackimi :)

          • Dziewczyny – wszystkie! Proszę, stop!
            Rozmowa i dyskusja są w porządku, ale przepychanki – NIE!
            To miejsce ma służyć relaksowi i wszyscy mają się tu czuć dobrze. Z szacunku do Was tych komentarzy, które już są nie usunę, ale proszę też uszanować zarówno innych czytelników jak i mnie i nie kontynuować rozmowy w tym tonie.

            Słowianka – przykro mi to mówić, ale w tych wszystkich naukowych opisach chorób brak jednej rzeczy.

            Czynnika ludzkiego.

            I ten czynnik włączyłam, bazując na sobie. Może się to komuś nie podobać, ale męczę się z tą przypadłością ponad 30-lat … można mi mówić „mistrzu”.
            Człowiek nie jest skonstruowany jak maszyna – jeśli zepsuje się część A, to objawy są X, Y i Z. Po raz ostatni – bo mi się już głupio robi, piszę czy pisałam jak jest. Wiem, że może się to wydawać dziwne, ale pretensje proszę kierować do stwórcy.
            Co do różnic w zachowaniach – wszystko zależy od:
            –> dawki lekarstwa
            –> czy było połknięte na czczo, czy po tłustym posiłku
            –> od ciśnienia, pogody, samopoczucia
            –> czy wcześniej była migrena
            –> jak pachnie w samochodzie/ innym środku transportu
            –> jak prowadzi kierowca
            –> czy przed wejściem do pojazdu spojrzałam na podłogę (poważnie! – bo jeśli spojrzałam to przerąbane)
            –> a czasami nic nie zależy od niczego i można się pociąć – rzygam jak kot, logiki brak.

            Ponadto
            –> jestem człowiekiem i niestety zdarza(ło) mi się mieszać lekarstwa z łykiem alkoholu (albo dwoma). Niech rzuci kamieniem ten kto karnie przestrzega wszystkich nakazów :)
            –> wyjątki: NIE kiedy biorę jeden lek. Po nim i alkoholu trumna gwarantowana – na razie nie chcę.

            Natomiast jedno mogę Ci obiecać – jeśli coś piszę to (pomijając fantasy, które się pojawi), wiem co robię :) I o czym piszę. I, że coś takiego może się zdarzyć. I że wiem jak to zrobić.
            Aczkolwiek jestem człowiekiem i mogę się pomylić. Wtedy proszę pisać :D

            Bateria na 10%.
            Kończę życząc spokojnej nocy, bez burz (dosłownie) z gradobiciem i w spokoju.

            PS> co do innych irytujących i negatywnych komentarzy pozwolę się nie wypowiadać. Bo są i pewnie niestety będą. Ale jest ich tak mało, że nie ma co sobie nimi zawracać głowy.

            !:
            Mam niesamowite szczęście do Was i cieszę się, że tu jesteście.
            Lubię to miejsce takim jakim jest – spokojne, takie moje … i takie Twoje… i Twoje. Gdzie można wszystkie troski odłożyć na bok i chociaż przez chwilę odetchnąć. Nie wiem jak Wy, ale ja za każdym razem gdy tu wchodzę się uśmiecham ( no prawie :P)

  • Na początku się śmiałam jak wariatka, potem zamarłam razem z nią :) jak mi tego brakowało :) nam brakowało Ciebie i Twoich literek. Super, że jesteś wiesz.

    • Jeśli napiszę „dziękuję” to może się wydawać mało, ale z tym słowem połączony jest ogromny ładunek radości. Lubię te teksty. I cholernie cieszę się, że Wy też.

  • Tony F.P.

    Ta część osładza mi koniec tygodniowej laby na łonie natury (żadnego wi-fi) i neutralizuje traumę ośmiogodzinnej podróży pociągiem. He, he, boska randka za pół bańki – podoba mi się jak diabli:) Oczywiście, żal mi Ani, bo wiem z doświadczenia, że choroba lokomocyjna to wredna przypadłość, ale chyba lepszego numeru nie mogła Dexterowi wykręcić. Taki był pewien dzikiego seksu, a tu… żeberka:) Szeryfowy akcencik na końcu wielce obiecujący. Czyżby milioner przestraszył się, że mu Ania zejdzie w samolocie z tego świata i wezwał posiłki? Wyszło na to, że Anna, z wrodzonym jej wdziękiem, w jeden wieczór zakasowała dwóch samców alfa – takich rozrywek to się panowie na pewno nie spodziewali. Przyznam, że ja też nie:) Nogami przebieram: co dalej, co dalej?
    Teoretycznie mogłoby się wydawać, że szeryf jest górą, bo niejako uzyskuje pewność, że Ania go chce, ale często-gęsto rzeczywistość bywa bardzo przewrotna, więc lepiej niech się wstrzyma z dzieleniem skóry na niedźwiedziu:)

    • U mnie zawsze było tak, że teoria swoje, a praktyka stawiała wszystkie moje plany na głowie.
      Obawiam się, że teksty przejęły złe zwyczaje.

      • Tony F.P.

        Jakie: „obawiam się”? Jakie „złe zwyczaje”? Przecież to wariant najlepszy z możliwych! Oby tak dalej! :) To, że praktyka za Chiny nie chce odzwierciedlać teorii to norma – nie dziwi nic. Komuś się to udaje?

        • Znam kilka sztuk. Aczkolwiek chyba androidy nie weszły jeszcze do powszechnego użytku.
          Dobra – wskoczyłam na chwilę, żeby sprawdzić czy ktoś cierpi. Wracam do pisania – nie będę taka i potwierdzę. Wlot zrobi „Montana”

  • Pingback: Skrywane Pragnienia | Montana XXV()