Montana XXVII

Stres, lęk, absurdalność tego co się właśnie działo?
Nie wiem co tak naprawdę było powodem, ale zapadłam w nicość.

Mój umysł zbuntował się i wyparł to co się stało wcześniej i działo teraz.

Nie zostałam odizolowana na całkowitym pustkowiu.
Nie znalazłam się tu z najbardziej nienawidzącym mnie człowiekiem w Bozeman.
On nie leży na mnie.
Dłonie mężczyzny nie błądzą gorączkowo po moim ciele.
Jego usta nie zgniatają moich warg.
Język nie wbija się w moje wnętrze.
To było jak sen. Bardziej koszmar.
Tak abstrakcyjny, że nie umiałam sobie z tym poradzić.
Nie chciałam.
To się nie działo! Nie mogło się dziać!

Z jednej strony czułam. Jego ciężar, dotyk, oddech.
Czułam smak.
Ból. Szorstkość.
A z drugiej strony to dziwne odrętwienie. Paraliż. Uniemożliwiające reakcję.
Nie mogłam się ruszyć, odezwać.

Tak jakbym była obserwatorem, a nie uczestnikiem.

Tak było lepiej.
Bezpieczniej.
Bo gdyby to działo się naprawdę chyba bym zwariowała.
Wtedy ciężar zelżał i stało się coś co mnie odblokowało.
Joshua podniósł się trochę, ale tylko po to by wsunąć dłoń pomiędzy nasze ciała. A ja usłyszałam charakterystyczny dźwięk rozsuwanego zamka błyskawicznego.

Jakby mnie poraził prąd.

Ocknęłam się.
On mi to robił naprawdę!

- Nie! – Szarpnęłam się ostro. I to by było na tyle.

Jęknęłam, gdy ponownie przygwoździł mnie do podłogi.
Opadł na mnie całym ciężarem ciała, skutecznie uniemożliwiając mi jakąkolwiek ucieczkę.
Nie byłam w stanie ruszyć się na milimetr.

Był tak ciężki, że ledwie mogłam oddychać.

- Puść. – Szepnęłam. Nie krzyczałam. Nie próbowałam się wyrywać. Podniosłam wzrok wyżej i zadrżałam.
Patrzył na mnie. A przynajmniej jego oczy były skierowane na moją twarz. Źrenice rozszerzone tak bardzo, że przykrywały tęczówki. Zmarszczone czoło i brwi.
Zaciśnięte usta – tak mocno, że utworzyły wąską linię.

- Joshua. – Jakim cudem zachowałam spokój?
- Josh.

Nie wiem czy to moje słowa, czy podmuch lodowatego powietrza który wpadł przez cały czas otwarte drzwi, ale coś się zmieniło.
Jego wzrok.
Zobaczył mnie.

Ulga jaką poczułam, gdy się podniósł i ruszył w stronę otwartych drzwi – tego nie da się porównać z niczym.
Musiałam się okryć. Założyć na siebie coś więcej niż flanelową koszulę.
Podniosłam się i ruszyłam w stronę sypialni – a przynajmniej chciałam to zrobić. Upadek, walka, to co się działo spowodowały, że zatoczyłam się i pewnie bym poleciała na podłogę, gdyby nie Joshua.

Sekunda i znalazłam się w jego silnych ramionach.
Nie byłam spokojna.
Krzyknęłam i zaczęłam uderzać na oślep.
- Ciii… – Tylko to powiedział. I nie bronił się. Tylko trzymał bardzo mocno.

Ile można okładać kogoś pięściami i jednocześnie płakać?
Długo. Bardzo długo.

Dla mnie to była wieczność.
Niekończące się sekundy, gdy nie dotykałam ziemi i czułam jego uścisk.
Gdy każda kolejna łza odbierała mi siłę.
Gdy każde kolejne uderzenie mające sprawić mu ból, dawało mi takie same cierpienie.

W końcu został sam szloch.
Na nic innego nie miałam już siły. Piekące łzy zamazały mi świat.

I wtedy poczułam dotyk.
Zupełnie jakby wtulił twarz w moje włosy.

A potem zimno i pustka.
Położył mnie na łóżku.
Oddalające się kroki.
Zostawił mnie w spokoju.

Tego chciałam prawda? Tylko dlaczego było mi teraz tak cholernie źle?

Nie wyszedł. Zamknął cały czas otwarte drzwi, a chatę wypełnił dźwięk krzątaniny.
Po chwili odwróciłam się tak, by móc widzieć co robi.
A przynajmniej tyle, na ile pozwalały mi uchylone drzwi sypialni.

Sprzątnął roztopiony już śnieg. Coś wnosił.
I konsekwentnie trzymał się z daleka od pomieszczenia, w którym się znajdowałam.

Zamknęłam oczy tylko na chwilę. Gdy je otworzyłam zapadał zmierzch. Wszystko było pogrążone w półmroku i … ciszy. Zwątpiłam.
Czyżby wyjechał?!
Zanim zdążyłam się poderwać, zakląć – jednym słowem zrobić cokolwiek dobiegło mnie chrapnięcie.

Materac drgnął, gdy leżący obok mnie mężczyzna zmienił pozycję.
Joshua Mallroy leżał na plecach prawie nagi, przykryty jedynie kawałkiem zsuwającego się coraz bardziej koca.
Może i dobrze, że w pierwszej chwili odebrało mi głos.
Pewnie bym zrobiła coś głupiego.

Zdenerwowała się, może wykopała z łóżka. Zamiast tego nakryłam go własną kołdrą.
I wtedy popełniłam błąd. Musnęłam dłonią nadzwyczaj ciepłą skórę.

Odsunęłam się błyskawicznie i położyłam, zamykając oczy, ale to nic nie dało.
Im więcej czasu upływało tym czułam się dziwniej.
Było mi coraz bardziej gorąco.
Brakowało mi powietrza.
I czułam coraz mocniejszy ucisk w dole brzucha.

Nie było sensu się oszukiwać. Moje ciało reagowało na obecność tego konkretnego mężczyzny.
Ale dlaczego teraz?
Wcześniej się broniło. Nie chciało. Co się zmieniło?

Bo wcześniej mnie chciał zmusić?
Bzdura.

Jak tylko ta śnieżyca się skończy, odwiezie mnie do domu.
Potem wyciszy się to niefortunne zdarzenie na balu i wyjadę.
I wtedy pomyślałam, że może zjawił się teraz nie dlatego, że się martwił, czy jestem sama, ale już sobie poradzili z wyciszeniem mini skandalu. I że będę mogła już wyjechać.
I zostawić za sobą Bozeman ze wszystkimi jego wadami i zaletami, a przede wszystkim pozbyć się raz na zawsze szeryfa.
Nie będę musiała słuchać jego moralizatorskich wykładów, znosić irytującej obecności. Oglądać tej paskudnej gęby.
Oczu.
Ust.
Dłoni.

Cholera!

- Josh. – Szepnęłam, ale to było silniejsze ode mnie. Nie zareagował. Spał głęboko.

Wtedy przestałam myśleć.

Nie wiem co mnie pchnęło do tego bym przysunęła się bliżej.
Może pewność, że jeśli nie teraz to nigdy.
Już raz czułam nieodpartą potrzebę, by zanurzyć dłoń w jego włosach, by go dotknąć.
Tak samo było teraz. Niedające się opanować pragnienie. Tak mocne, by zdecydować się na ruch i wtulić twarz w tors mężczyzny.
Poczuć go przynajmniej w taki sposób
Miał bardzo ciepłą skórę. Parzył. Włoski łaskotały delikatną twarz.
A mi zrobiło się dobrze.
Głupie słowo. Nie oddaje tego co czułam, a jednocześnie oddaje wszystko.

Delikatnie uniosłam kołdrę. Chciałam więcej.
Przytuliłam się cała i po chwili zatonęłam w jego cieple i zapachu.

Było kojąco i podniecająco. Dziwne, bo nienawidziłam tego człowieka każdą komórką ciała. Za to kim był, jak się zachowywał. A teraz czułam coś, czego nie powinnam. A już na pewno nie przy nim.
Byłam jednak zbyt wykończona ostatnimi wydarzeniami, by myśleć logicznie.
Chciałam poczuć to co przed chwilą jeszcze mocniej, jeszcze intensywniej.
Zabójcza mieszanka, powodująca zawrót głowy i dziwne oszołomienie.
Zamknęłam oczy, rozkoszując się ogarniającym mnie ciepłem.
Tylko na chwilę.

Wcześniej tak groźny mężczyzna leżał nieruchomo nie stwarzając tym samym żadnego zagrożenia.
Ale nie mogłam tak zasnąć.
Z żalem podniosłam się i już miałam wrócił na swoją połowę łóżka, gdy mnie coś opętało.

Zamiast się odsunąć, podciągnęłam się wyżej.

Jeden raz.
Ten jeden raz sprawdzę, jak smakują jego usta, bez domieszki nienawiści.

Nic nie widziałam.
Czułam.

Zaskakująco łagodny zarost.
Tak samo jak usta, poddające się dotykowi moich warg.

O Boże.
Jeszcze tylko raz. Tylko trochę dłużej. Odrobinę.

To było jak danie wody rozbitkowi. Każdy kolejny łyk wzmagał pragnienie.

Nieśmiałe muśnięcie języka, pozostawiło wilgotny ślad.
Zawrót głowy.
Oszołomienie smakiem i dotykiem.

Nawet nie wiem, kiedy podniosłam się i usiadłam na nim okrakiem.
Nie opanowałam jęku, gdy jego ciało dotknęło mnie w tak boleśnie pulsującym teraz miejscu.

Pragnęłam jeszcze.
Pochyliłam się, ale tym razem jego wargi czekały na mój dotyk.

** ** ** ** ** ** ** **

Montana – część XXVIII

Montana – część XXVI

Polubienia 16
Wyświetlenia 824

Podobne wpisy:

  • Pingback: Skrywane Pragnienia | Montana XXVI()

  • Kasia

    Brak mi słów. Bo i cieszę się, że coś dodałaś i mam ochotę udusić. Jak mogłaś przerwać w takiej chwili??????? Jutro kolejna część???

    • Joanna Maziarek

      Dokładnie czuję to samo!

      • Kasia

        Teraz mi jeszcze przyszło do głowy że Anna da dzisiaj Montanę tylko coś innego a nie ciąg dalszy. Zadławię się chyba!

        • Joanna Maziarek

          Po wcześniejszej części myślałam, że nie można czuć większego niedosytu, ale po wczorajszej jest gorzej

          • Dziewczyny, a co ja mam powiedzieć. To wszystko kotłuje się w mojej głowie. Siadam, kończę pisać i publikuję.

  • Powinien to gdzieś zgłosić…napastowanie przez kobietę :)
    Wilczy, głodny zew dziś(wczoraj) mnie wzywał, szczere rozmowy wyzwalają wulkan emocji…cóż, aby nie wpaść do tego wulkanu…chociaż…. ;)
    Pozdrawiam

    • jaki on biedny. straszne. trzeba go będzie pocieszyć :P

  • Aaaaa

    Czuje bardzo duzyyyy niedosyt. Jak mogłaś skończyć w takim momencie. Szybciutko dodawaj kolejną część bo nie mogę się już doczekać…

    • Hm… bo było po 2 w nocy, a miałam opublikować tekst ponad dwie godziny wcześniej?

      Chyba to tak leciało.
      Mam nadzieję, że kolejna część nie rozczaruje.

  • Tony F.P.

    O Jezu! Już byłam w strachu, że szeryf się nie ogarnie! Ten facet zdecydowanie ma problem z samokontrolą. Ja rozumiem, że ten problem pojawia się tylko przy Ani, i jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale może szeryf powinien udać się do specjalisty? Było, nie było, jest stróżem prawa, a to zobowiązuje.
    Idealne wyczucie co do zrobienia przerwy w opowieści – oczekiwanie wzmaga apetyt i pobudza wyobraźnię:) Tak trzymaj, Aniu:)
    Co do napastowania, to myślę, że zbytnio ubolewać szeryf nie będzie:)
    Nie jestem roszczeniowa i wiem, że historia, bohaterowie żyją własnym życiem, mając w głębokim poważaniu plany autora, ale cichutko i nieśmiało proszę o odsłonę ludzkiego oblicza szeryfa. Może wtedy zacznę myśleć o nim „Josh/Joshua”.
    A tak w ogóle i przede wszystkim, to cieszę się, że jesteś Aniu i mam nadzieję, że żywioły przyrody dały się okiełznać i nie poczyniły wielkich szkód. Cholerka, ubolewam wielce, bo ze względów bezpieczeństwa musiałam wyciąć sosnę, a dni świerka są policzone. Wpierw się człowiek cieszy, że się przyjęło i rośnie, a potem musi… zabić.

    • Może tak – co do tekstu się nie wypowiadam :) A już na pewno nie co do szeryfa.
      Z jednym się zgadzam – szeryf krzywdy nie dozna.
      A ja walczę ze skutkami głupoty lekarza. Wyeliminowałam przyczynę, lekarza jeszcze nie, tak samo jak skutków. Pożyjemy zobaczymy.

      Niestety też będę rżnąć. Świerk i brzozy. Brzozy zaraz walną, a świerk mimo zabezpieczeń chwieje się jak dziki. Przerósł dom i niestety stanowi realne zagrożenie. Aczkolwiek świerk planujemy przyciąć. Szkoda go, ale będzie gorzej jak kogoś trzaśnie w łeb.
      Mam pytanie z innej beczki – ale dotyczące świerku. Czy u Ciebie też jest taki wysyp szyszek? W dodatku żywica ścieka po nich jak oszalała. Wszystko już w niej jest. Dom, chodnik, inne rośliny, płot. A ostatnio do domu wrócił oblepiony kot.
      Trochę za dużo tego jak na moje możliwości. (kota też).

      • Tony F.P.

        Wcale się nie dziwię, że na temat szeryfa wolisz się nie wypowiadać:) Obawiam się, że jedyną osobą, która może mu pomóc jest Ania i gdyby wzięła go w opiekę, to żaden specjalista nie byłby potrzebny. Doskonale dobrana ilustracja – dwie błyskawice: Anka i Josh:)
        Lekarza odstrzelić, żeby innym nie szkodził.
        Też myślałam o przycięciu, ale to mi nic nie da – świerk jest za wielki i za blisko domu. Jak poleci w najmniej odpowiednim kierunku, to będę miała dwa domy, tyle że nie za bardzo nadające się do użytkowania. Z szyszkami u mnie wręcz odwrotnie – w tym roku wyjątkowo mało leci.A żywica sączy się jedynie z pnia po sośnie i bardzo mnie ten widok przygnębia – jakby drzewo krwawiło. Biedny kotek:(

  • Pingback: Skrywane Pragnienia | Montana XXVIII()