Cała rodzinka zwykła była mi powtarzać, że zapalczywość i niepohamowanie w gniewie kiedyś mnie zgubią. Ameryki nie odkryli.
Byłam aż nadto świadoma, że gdy się wścieknę to działam zero-jedynkowo i tylko samobójca albo ci ze słabym refleksem stawali mi wtedy na drodze i byli koszeni niejako przy okazji. Za sobą pozostawiałam zgliszcza i trupy – również też przypadkowe. Po fakcie było mi przykro i to bardzo, szczerze przepraszałam przypadkowe ofiary, ale co oberwali to ich.
Starałam się unikać, albo raczej nie doprowadzać do sytuacji w których kolejnym ruchem było wyciągnięcie przeze mnie siekiery – i nie należało tego traktować jako przenosi.
Ale czasami przydarzało się coś tak mocnego, albo ilość nagromadzonych we mnie negatywnych emocji była tak ogromna, że zdrowy rozsądek i chyba myślenie jako takie, znikały.
Zostawała za to czysta i niczym nie skrępowana furia, głucha na jakiekolwiek argumenty.

Nie tak dawno doświadczył tego były już materiał na męża i towarzysząca mu flama.
I myślałam, że mam spokój na najbliższy okres, bo ostatnia akcja okazała się nad wyraz wyczerpująca psychicznie, a miałam bardzo szczerze dosyć podobnych zdarzeń, w które byłabym tak silnie zaangażowana. Błądzić a tym bardziej mylić się jest rzeczą ludzką i w tym względzie nie stanowiłam wyjątku.

31 października, środa. Godzina 19:38

To co się działo obecnie było zadziwiającą mieszanką stresu, nerwów, niepokoju i najzwyczajniejszego w świecie wkurzenia. Przez krótką chwilę pojawiła się nawet myśl, że tak gwałtowna reakcja jest też chyba tak najbardziej spowodowana moim niedopatrzeniem, ale tak szybko jak mi to przemknęło przez głowę tak w równie ekspresowym tempie się oddaliło.
Za to coraz mocniej utwierdzałam się z zamiarze usadzenia dziada tak by zapamiętał raz na zawsze, że przy dzieciach się nie przeklina.
Tych kilkanaście metrów, które dzieliły mnie od pięknie oświetlonych drzwi pokonałam błyskawicznie. W sumie to nawet nie pamiętam za bardzo jak.
Miałam to gdzieś.
W tej chwili liczyło się tylko jedno – by to gospodarz we własnej osobie otworzył mi drzwi. Miało pójść szybko i zdecydowanie nieprzyjemnie.

Nie bawiłam się w subtelności, wyciągnięty paluszek oparł się o dzwonek i tak sobie tkwił przy akompaniamencie coraz bardziej irytującego dźwięku.
Na początku wypełniła mnie dzika satysfakcja. Upiorny dźwięk był zdecydowanie bardziej uciążliwy niż to co chwilę temu zafundował im mój bratanek.
Satysfakcja powoli zmieniła się w zdziwienie, a później w niepokój.
Nikt o zdrowych zmysłach by tego nie wytrzymał, a przynajmniej nie w takiej ilości jaką miał teraz zapodaną.

Odliczyłam do trzydziestu. Potem pokusiłam się o dodatkową dwudziestkę. A potem doszłam do wniosku, że co jak co, ale palec mnie już boli.

Najpierw pomyślałam, że pojechał gdzieś w cholerę i go najzwyczajniej w świecie nie ma. Co prawda nie widziałam śladów opon na pojeździe – nawet gdyby były to dzięki cudownym soczewkom i tak bym ich nie zobaczyła, ale oświetlenie domu w środku i na zewnątrz w połączeniu z otwartym obejściem pozwalały myśleć, że jednak ktoś w środku jest.

I nagle jęknęłam.
jak coś się temu piernikowi stało?
Nie żebym mu aż tak źle życzyła, ale wypadki chodzą po ludziach. Stary, to pewnie niedołężny. Wystarczyło, że się zachwiał nie w tym miejscu, jeden stopień za dużo i leży martwy. Albo połamany.
A jeśli miał zawał?
Albo doskonale mnie słyszy tylko nie jest w stanie odezwać się głośniej?
– Niech jasna cholera weźmie. Jeszcze mi go przyjdzie reanimować. – Lekko mną wstrząsnęło. – Co za cholerny pech.

W pierwszej chwili wściekłam się na siebie i swój charakter. Gdybym odpuściła, to po prostu by mnie tu nie było i facet by sobie w spokoju umarł. A tak będę musiała go macać.
Zawstydziłam się w tej samej sekundzie, w której ta myśl się sformułowała. I chyba dlatego tak gorliwie ruszyłam na pomoc.
Nie chcąc narazić się na niepotrzebne kłopoty, które mimo wszystko mogłyby wyniknąć gdybym od razu rozbiła szybę, na wszelki wypadek nacisnęłam klamkę.

Zdecydowanie i mocno, tak jak zwykł to był robić człowiek znajdujący się pod wpływem dużego stresu.
Kompletnie nie byłam przygotowana na to, że drzwi ustąpią i tym samy z impetem wleciałam do środka o mało co prawie się przy okazji nie zabijając. Doprecyzowując: góra poszła do przodu – nastawiona byłam bowiem na silny opór stawiany przez zamknięte drzwi i pchnęłam to ustrojstwo nad wyraz solidnie, a dół został sobie tam, gdzie był.

– Merde! – nie zapanowałam nad odruchem i ciszę, która po odpuszczeniu przeze mnie ataku na dzwonek brzmiała dosyć dziwnie wdarło się nad wyraz głośno wypowiedziane przekleństwo.

Cudem odzyskałam równowagę, ale zanim weszłam do środka zerknęłam przez ramię. Spore skupisko bachorów tkwiło karnie w wyznaczonym im miejscu. Była szansa, że słowa dotarły zniekształcone, a to co do nich doleciało zostanie szybko zapomniane.
Zaniepokoiła mnie odrobinę towarzysząca im cisza – znałam już swojego bratanka i jego kolegów i koleżanki na tyle, że byłam doskonale świadoma, iż to jest oznaką niesamowitego skupienia.
Z drugiej strony miało to swoja zaletę, było bowiem bardziej niż pewne, że bachory w oczekiwaniu na widowisko stulecia nie ruszą się na milimetr.
– Halo? Jest tu ktoś? – powiedziałam donośnie. Idiotyzm! Oczywiście że musiał ktoś być inaczej drzwi nie stałyby otworem.
– Halo! – Powtórzyłam głośniej tym razem wchodząc do środka. Mimo, iż przywitały mnie pozapalane wszystkie możliwe światła poczułam się nieswojo. 
Odpowiedziała mi cisza.

I pewnie w normalnych warunkach bym odpuściła, ale obecne się do takich nie zaliczały.
Przyszło mi jeszcze do głowy, że Kuba też dołożył swoją cegiełkę do zdenerwowania u seniora. A jak okaże się, że zdenerwował się za bardzo i z tego wszystkiego zaliczył zawał albo ciśnienie mu tak skoczyło, że padł?
A znając ciążącego nade mną pecha to nie dość, że jest tu dobry monitoring to w dodatku nagra pięknie i Kubusia i mnie wparowującą do środka, a potem wszystko to sobie ładnie obejrzy policja i prokurator i dopiero zobaczę co to znaczy mieć problemy.

Jasny gwint!
I jeszcze te bachory, które na razie stały spokojnie, ale to należało traktować w kategorii cudu.

Koniec myślenia, czas działać! Dom na szczęście w środku był dokładnie tak samo mocno oświetlony jak na zewnątrz, więc pomijając drobiazg w postaci tego, że rzeczy były trochę zamazane to z grubsza widziałam, gdzie i co jest. Albo leży.
W każdym razie człowieka nie miałam szans przeoczyć.

Systematycznie, szybko i co chwilę wołając „halo? Czy ktoś tu jest” zbadałam najpierw parter.
Skoncentrowana byłam co prawda na poszukiwaniach ciała, ale nie mogłam pozostać obojętna na to co mnie otaczało.
A było co podziwiać.

Może właściciel domu był starym piernikiem, ale gustu nie można mu było odmówić. Podobnie jak wyobraźni.
Co tu dużo mówić, sama z przyjemnością bym tu zamieszkała. Co prawda przestrzeń była trochę za duża i gdzieś m tam mignęło, że to jeszcze trzeba ogarnąć – bo samo to się nie posprząta i nie ogrzeje, ale niestety albo stety to nie był mój problem.

– O rany boskie. – Zamarłam na widok biblioteki. Albo gabinetu. A może to był salon.
Chociaż jaki salon? Z taką ilością książek?
Gdyby to było moje, to nikogo bym tu nie wpuściła. Zamknęłabym się, przeczytała wszystko co tu jest a potem mogłabym umrzeć. Nie wiem jak ten facet to zrobił, ale w tym miejscu można było odsiadywać dożywocie. Kusiło jak diabli by przyjrzeć się tym cudom bliżej, ale już i tak bolało mnie serce. Gdybym przyjrzała się im bliżej to tylko bolałoby bardziej. Westchnęłam, bo nie dla mnie takie rarytasy i ruszyłam dalej.

Okazało się, że to nie koniec niespodzianek.

Na pierwszy rzut oka kolejne pomieszczenie było ogromne i białe. Trochę mnie to zdezorientowało i dopiero po chwili zorientowałam się jakie jest jego przeznaczenie.
Sterylnie wręcz czysta i całkowicie pusta kuchnia z wyspą i olbrzymim stołem, przy którym można było śmiało gościć 10 osób.
– Co jak co, ale tu nie gotują. Prędzej ktoś by zabił niż zbezcześcił tę nieskalaną czymś tak przyziemnym jak garnek przestrzeń– Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak byłam blisko prawdy. Otworzyłam kolejne drzwi i to co się wyrwało z moich ust nawet mnie zadziwiło.

Gotowali tu. I tu widać było rozmach i fantazję kucharza.
Nie przejmował się drobiazgami i szeroko rozumiana żywność i jej resztki w opakowaniu lub bez wiodły tu beztroski żywot.

Co prawda nie czułam żadnego dziwnego zapachu, więc musiał być to względnie świeży bajzel, ale z ręką na sercu to w życiu czegoś takiego nie widziałam. Od produktów spożywczych po narzędzia zbrodni w postaci ogromnej ilości brudnych naczyń, wliczając w to garnki i patelnie.
Dałam na wsteczny, ale okazało się, że urzędujący tu kucharz ma rozmach i na podłodze też znajdują się niespodzianki.
Trafiłam stopą na coś co pod naciskiem dziwnie chrupnęło. Ostatnio coś takiego słyszałam, gdy mój były rozczłonkowywał kurczaka bez użycia noża. Obrzydliwy dźwięk – zarówno wtedy jak i teraz. Za wszelką cenę starałam się z tego czegoś zejść i trafiłam jeszcze gorzej.

Rozlany olej?

Diabli wiedzą co to było, ale właściwości smarne miało genialne. uzyskałam tyle, że straciłam równowagę i odruchowo schwyciłam to co miałam najbliżej.
W normalnych warunkach złapałabym się blatu i spionizowała, ale tak by było, gdyby blat był czysty.
Nie był.
Podłoga też nie była.
Coś ślisko lepiącego. W normalnych warunkach pewnie by się nic nie stało, ale od tego było tu daleko. 
Gruchnęłam ostro o podłogę, szczęśliwie nie uszkadzając poważniej niczego poza własną godnością, bo nie tylko upadek sam w sobie był niestosowny, ale i sposób w jaki w końcu wstałam pozostawał wiele do życzenia. 
I pewnie bym ruszyła na dalsze poszukiwania potencjalnego poszkodowanego, gdybym nie spojrzała w dół.
W pierwszej chwili zamarłam z przerażenia.
Niewyraźnie może i widziałam, ale tu wyraźne widzenie nie było potrzebne.
Moje dłonie, ręce, suknia – wcześniej śnieżnobiałe pokryte były krwią. Tego szkarłatnego koloru nie da się pomylić z niczym innym. Boże! Dopiero teraz do mnie dotarło, że te ciemne plany pokrywają nie tylko blat, ale i podłogę. W dodatku gramoląc się jak pijana krowa w gorsecie rozmazałam to wszędzie ze sobą włącznie. Wyglądało jakby ktoś chciał zarżnąć stawiającą ostry opór istotę. Krew została tylko ciała nie było widać.

On tu gdzieś leży. Musiał się uderzyć, rozciął sobie głowę albo diabli wiedząc co jeszcze, stracił przytomność, a sądząc po tej ilości krwi dawno już się wykrwawił.

Już miałam wrzasnąć, gdy dotarł do mnie zapach.
Wciągnęłam ponownie powietrze nosem, dla pewności jeszcze raz i z niedowierzaniem, ale i lekką nadzieją przysunęłam dłoń do twarzy.
– Co za świnia! – Mówiąc te słowa miałam na myśli gospodarza domu, a opis idealnie wpasowywał się w to co o nim myślałam.
W każdym znaczeniu tego słowa.

Ten kretyn rozlał sok. Po zapachu oceniając wiśniowy.
Chyba go z czymś wcześniej rozcieńczył, bo nie miał aż tak lepkich właściwości jakie powinien mieć oryginał i oprócz wiśni była wyczuwalna.

W momencie, gdy zaczęłam analizować co mógł dodać, bo chyba nie wodę, dotarło do mnie jakie kretyństwo popełniam.
Biegam po pustym jak widać domu staruszka, który może i ma ciekawe zainteresowania, ale jednocześnie jest w stanie funkcjonować w chlewie jakiego wcześniej nie widziałam. Co prawda chlew jest ukryty, ale jednak jest.
Skoro jest w stanie coś takiego ogarnąć to tym samym ogarnie również i siebie i mnie tu nie trzeba.
A na zewnątrz czeka gromada dzieciaków, która zaraz przestanie czekać.

– Chrzanić to. Nie będę ogarniać tej kuwety. – Obróciłam się, nie bacząc, że suknia wykonując ze mną obrót nawiązuje tym samym jeszcze bliższą znajomość z czymś co kiedyś było nierozcieńczonym sokiem wiśniowym i ruszyłam do wyjścia.
Ulga?
Chyba tak można nazwać to co poczułam na widok karnie czekającej gromadki.

– Ciocia! Jesteś epicka. – pełen zachwytu głos Kuby wybił się ponad dziwne jęki jego towarzyszy. Zignorowałam szepty dzieciaków, wychodząc z założenia, że podziwiają starą ciotkę, która ustawiła do pionu jeszcze starszego piernika. 
Nie wyprowadzałam ich z błędu, bo ostatnią rzeczą na jaką miałabym ochotę byłoby wywołanie lawiny pytań. A co jak co, ale na dzisiaj to już miałam zdecydowanie dosyć wrażeń.
Jakichkolwiek.

– Wystarczy zdobyczy? Możemy wracać? – Chyba niebiosa zdecydowały się zrekompensować mi wcześniejszy stres, bo dzieciaki bez żadnych zastrzeżeń potwierdziły, że złupiły okolicę w stopniu więcej niż zadowalającym i więcej nie mają chęci posiadać.
Trochę mnie zdziwiło, że mimo wszystko nie dopytują się o przebieg pogromu złośliwego staruszka, ale widocznie albo temat już ich nie interesował, albo uznały go za więcej niż załatwiony więc tym bardziej nie widziały sensu by do niego wracać.
Poza tym dziecięca logika jest specyficzna i już dawno przestałam się jej dziwić.

To już był prawie koniec tego upiornego dnia.
Czekała mnie jeszcze tylko jedna przeprawa. Z moim braciszkiem.

Nie było szansy, bym z takim wyglądem uniknęła kazania.
Co prawda miałam nadzieję, że może jakimś cudem rozejdzie się to po kościach, bo jednak nad chęć zrównania mnie z ziemią Misiu przedkładał swój wizerunek.
A gości był u niego dostatek.
Byliśmy coraz bliżej, a ja jak mantrę powtarzałam w myślach jedno zdanie:
– Niech tylko Misiu będzie zajęty.

Po czym otworzyły się drzwi wejściowe i szlag trafił pobożne życzenie.
Może nie do końca.
Spełniło się, a jakże – tylko, że w trochę pokręcony sposób.
Powitał nas bowiem krzyk nie mojego braciszka, a jego szanownej małżonki.

Małgorzata też dbała o to jak ją widzą, ale czasem na przeszkodzie stawał jej gwałtowny charakter. Albo ja. Teraz chyba nastąpiło zderzenie obu tych czynników i doszło do niekontrolowanego wybuchu.
– Zwariowałaś?! Ile masz lat?! Musiałaś się tak oblewać farbą? … – Wyrzucała z siebie kolejne słowa z prędkością karabinu maszynowego.
– … Wyglądasz jakbyś tarzała się na podłodze w rzeźni!

Dzikie wrzaski gospodyni ściągnęły przebywających w domu gości.
Takiej atrakcji nie można było zignorować.

Dodatkowa widownia tylko bardziej rozjuszyła bratową i przełożyła się błyskawicznie na podniesienie poziomu agresji wypowiedzi.
Przede mną szalała teraz harpia.
I może w normalnych warunkach bym to zignorowała, zresztą dokładnie tak samo jak to zwykłam była robić wcześniej.
Ale znowu od normalnych warunków to obecnej sytuacji było daleko.

Poza tym naprawdę byłam zmęczona i obolała i naprawdę nNie miałam siły tego słuchać.
Marzyłam tylko o powrocie do domu, zrzuceniu z siebie tego całego ustrojstwa, szybkim prysznicu i przytulnym łóżku.

Małgorzata zachłysnęła się, chyba od nadmiaru szalejącej w niej furii i chwilę tę wykorzystał nie kto inny tylko Kuba.

– Mamusiu. To nie farba. To ten srający pieniędzmi zagraniczniak. – Zapadła cisza jak makiem zasiał.

Bratowa zastygła z szeroko otwartymi ustami. Musiała naprawdę szeroko otworzyć szczękę, skoro nawet ja byłam w stanie to zauważyć.
Nikt nie miał wątpliwości, że dziecko samo z siebie nie wymyśliło takich określeń i musiało gdzieś to usłyszeć.
Najpewniej w domu.
Od mamusi i tatusia.

Misia też musiało chwilowo sparaliżować, a goście zamarli nie chcąc zakłócić tego doskonałego spektaklu.
Jakikolwiek dźwięk czy ruch mógł przerwać to przedstawienie, a wyglądało na to, że będzie ciąg dalszy.
I był.

Kuba skorzystał z okazji i otworzył swoje złote usta ponownie.

O ile wcześniej mnie to zaczęło bawić, tak dobry humor przeszedł mi jak ręką odjął.
Bowiem bratanek z nieskrywaną satysfakcją i dumą ogłosił wszem i wobec:

 

– Ciocia urwała mu łeb.

 

 

** ** ** ** ** ** ** **

Pogromca Wampirzycy – część II

Pogromca Wampirzycy – część IV

 

Tablica z pomysłami na Halloween: „Halloween ideas

Podziel się:
10 polubień
633 Views

Poczytaj więcej

10 komentarzy

  • AgnesKwiecień 13, 2019 at 7:35 am

    Uśmialam się zdrowo bo po takiej demolce to chyba musiała się zmęczyć. Ciekawe skąd przybędzie rycerz na białym koniu. Dzisiaj dalszy ciąg

    Odpowiedz
    • Anna ValettaKwiecień 13, 2019 at 8:16 am

      Cześć. Na zdrowie – śmiechu nigdy dość. Jeśli przyczyniłam się do poprawy nastroju, to cała przyjemność po mojej stronie.

      Co do publikacji to nie wiem. Szczerze. Na tapecie jest Montana (i nie ukrywam, że z powodu Diabła), Zła decyzja i Azyl. Zobaczymy.
      Obawiam się, że publikacja będzie jak zwykle w godzinach nocnych. Jednak wtedy mam największy spokój.

      Odpowiedz
  • AaaaaMaj 14, 2019 at 4:50 am

    Droga Aniu.
    Gdzie sie podziewasz?
    Co sie dzieje?
    Nadal Cie nie ma i nie ma.
    A my tu czekamy na twoje teksty i tęsknimy.
    Daj znac co i jak.

    Odpowiedz
  • JulkaMaj 23, 2019 at 4:41 pm

    Codziennie wchodzę na stronę z nadzieją że będzie coś nowego. Mam nadzieję że wszystko z Tobą w porządku. Trzymaj się 😉

    Odpowiedz
    • Anna ValettaMaj 25, 2019 at 8:51 am

      Cześć Julka
      Będzie nowe – musi być bo zwariuję, a Wy razem ze mną.
      Nie ukrywam, że od dłuższego czasu czytam opublikowane już teksty, by odetchnąć i chociaż na chwilę zapomnieć o tym co się dzieje.
      Będzie dobrze – musi być, prawda?

      Odpowiedz
  • MartynaMaj 24, 2019 at 4:57 pm

    Również tęsknię.
    Pogromca wciąga, pewnie humorem.
    Już sama nie wiem czy wolę abyś skończyła Montane czy jednak niesamowita ciocię wampirzyce 😂
    Czekam, jak zwykle, z niecierpliwością

    Odpowiedz
    • Anna ValettaMaj 25, 2019 at 8:54 am

      Cześć Martyna,
      dziękuję za ciepłe słowa. Montana się bardzo pisze.
      Pozdrawiam i do przeczytania

      Odpowiedz
  • marchewCzerwiec 2, 2019 at 7:37 pm

    Droga Aniu, bardzo za Tobą tęsknimy 😭

    Odpowiedz
    • Anna ValettaCzerwiec 5, 2019 at 7:22 pm

      Mam teraz zły okres. Czasem za dużo złych rzeczy przytrafia się w jednej chwili.
      Wrócę – muszę usiąść w ten weekend i poświęcić przynajmniej jeden dzień na pisanie i uciec od tego wszystkiego.

      Odpowiedz

Zostaw komentarz

Please enter your name. Please enter an valid email address. Please enter message.