Zacisnęłam wargi by przypadkiem nie rzucić wiązanki. Dzieci zawsze chłonęły takie rzeczy jak gąbka, a te nie stanowiły wyjątku.

– Ciocia! Ale super! Jeszcze trochę i więcej nie zmieścimy. – Stałam na środku ulicy, a raczej uliczki i robiłam za dekorację, a bachory oblatywały każdy dom, którego mieszkańcy byli mnie w stanie zobaczyć.
Dobiegające mnie co chwilę wrzaski:
– Cukierki albo wypuszczamy wampira … – jasno informowały, że się nie patyczkują i chcą wysępić jak najwięcej słodyczy.
Jakie „cukierki albo psikus”?
Wampir bił rekordy i zamierzały wycisnąć z niego wszystko co się da. Zwłaszcza, że szansa na powtórzenie przeze mnie takiej głupoty w przyszłym roku była zerowa.
Stado przeleciało obok mnie. Niby sześcioro dzieci, a hałasowały jakby było ich przynajmniej pięć razy tyle:
– Uważaj, bo wysypujesz!
– Gdzieś to trzeba schować, bo nam zabiorą.

Dzięki Ci Panie!
Im więcej słodyczy tym szybsza szansa na koniec. Miałam już dosyć. Bardzo dosyć.

A jak się w to wpakowałam? Ano, jak zawsze.

To było ulubione stwierdzenie moje i otaczających mnie ludzi. Jak zawsze czegoś nie przewidziałam albo o czymś nie pomyślałam. W tym przypadku dotyczyło to dwóch drobiazgów związanych z moją charakteryzacją.

Pierwszy wiązał się ściśle z fizycznym cierpieniem. Kostium był równie efektowny co niepraktyczny. To było przebranie z gatunku „powinno się w nim siedzieć i to krótko”, a nie „chodzić, a raczej próbować nadążyć za bandą dzieciaków”.
Wszystko mnie uwierało, aczkolwiek ściskający talię do granic możliwości gorset wychodził zdecydowanie na prowadzenie.
Chociaż nie – miał ostrą konkurencję w postaci butów.
Pięknych i posiadających bardzo cieniutką podeszwę, dzięki której czułam każdy kamyczek czy nierówność w terenie. Co jak co, ale Borówiec w tym przodował. Było wszystko – asfalt, wysypane żwirem albo tylko ubite piaszczyste boczne uliczki. Im gorsze tym lepsze – z punktu widzenia dzieci. Tam stały wypasione domy, a w domach byli ludzie, którzy mogli dać im równie wypasione słodycze.
Ból przy każdej próbie zaczerpnięcia oddechu i ogromny dyskomfort towarzyszący każdemu ruchowi nasilał się coraz bardziej.

Drugi drobiazg bił jednak wszystko na łeb. Cudowne i niesamowite soczewki. W ferworze przygotowań zarówno na mnie jak i na Kaśkę spadła zasłona skutecznie blokująca logiczne myślenie. Liczył się efekt i tu akurat trzeba przyznać rację, że był. Nie dało się przejść do porządku dziennego nad moim przebraniem, ale niestety miało to swoją cenę. O ile w domu braciszka względnie, bo względnie i jak przez mgłę, ale jednak coś tam widziałam – to po wyjściu na zewnątrz o wiele więcej mi się wydawało niż faktycznie było.
Dotyczyło to wszystkiego – zarówno rzeczy, których nie było jak i tych, których być nie powinno.
Pierwsze zderzenie z rzeczywistością nastąpiło kilka metrów od domu. Skończył się chodnik z kostki, a mi się wydawało, że płyty płynnie przechodzą w grunt. Nie przechodziły. Trafiając bezbłędnie stopą w uskok runęłam jak długa przed siebie.
Szczęście w nieszczęściu, że towarzyszyły mi dzieci a nie dorośli. Smarkacze przeszli nad upadkiem do porządku dziennego, bo stara jestem to i mam prawo nie trzymać pionu.
Szczęśliwie powstrzymałam się od komentarza. Zresztą gdybym była w ich wieku to też zaliczałabym się do grupy „starych i zramolałych”.
Po upadku kostium lekko się sfatygował i przestałam być tak nieskalanie biała i doskonała. Po kilku krokach, gdy w ostatniej chwili zatrzymałam się przed jakimś idiotycznym słupkiem zrozumiałam, że mamy problem.
Dzieciaki też.
W szaleństwie tkwi metoda, a gdy człowiek stoi nad krawędzią to nagle zaczynają się otwierać właściwe zapadki w mózgu.
– Kuba, albo mi pomożecie albo wracam do domu. – Może nie zagrałam do końca fair, ale perspektywa utraty wampira zadziałała na te głodne słodyczy potworki bardzo motywująco.
I tak zamiast oblatywać cały stary i nowy Borówiec skupiliśmy się na w miarę najbliższej okolicy, a w zdobywanie słodyczy byłam zaangażowana bardziej pośrednio.
Była szansa, że dam radę.

Żeby to miało tylko jakieś ręce i nogi i wyglądało na zaplanowaną akcję, a nie ratowanie starej ciotki, zastąpiliśmy „cukierek albo psikus” wersją z wampirzycą i poszło.

Najśmieszniejsze było to, że pomysł zadziałał.

Dzieciaki mogły bez przeszkody w mojej postaci plądrować okolicę i koszyczki ze słodyczami, a ja nie musiałam pokonywać w przyspieszonym dodatkowych metrów.
Tylko od czasu do czasu majestatycznie się obracałam wokół własnej osi. Jeśli ulica była oświetlona to stałam sama, ale w mroczniejszych zakątkach towarzyszył mi ochotnik z latarką. Nie był pokrzywdzony, bo od początku ustaliliśmy, że wszystko i tak trafia do jednego worka, z którego rozdzielimy zdobyczne słodkości pomiędzy wszystkich uczestników wyprawy.

Zasada była tylko jedna – nie mogą się oddalać. Miałam ich słyszeć i przynajmniej widzieć zarysy postaci.
Po jakimś czasie straciłam czujność. Moja wina – za bardzo zaufałam, że dzieci nic nie skusi i będą się trzymać reguł. Wszystko szło gładko i według planu.
I wtedy Kuba się skusił.
A było – pomijając moje dolegliwości – tak spokojnie.

Najpierw doleciało do mnie coś małego i wyjącego dość żałośnie,  co prawie mnie wywróciło.
Gdy odzyskałam równowagę poznałam, że to Jakub. Ryczący i zasmarkany, ale przynajmniej cały. Gdy przestał wyć, zaczął zdawać relację z tego co się stało.
Po chwili dowiedziałam się wszystkiego.
No prawie, bo łkające dziecko nie mówi zbyt wyraźnie.

Szło im tak dobrze, że skusił się na samotną wyprawę. Boczna uliczka, a w sumie ślepy zaułek, na końcu którego stał dość spory dom. Zawsze go omijali, bo był pusty, ale on od taty usłyszał, że niedawno ktoś tam przyjechał.
– Tata mówił mamie, że tam się wprowadził ktoś kto ma kasy jak lodu. – Znowu zacisnęłam usta. Mój popierniczony brat powinien w końcu zacząć się leczyć. – I pomyślałem, że skoro ma tak dużo pieniędzy to też będzie miał dużo słodyczy.

Dobrze, tylko spokój mnie uratuje. Kuba nie wyglądał na specjalnie poszkodowanego. Na tyle na ile mogłam zobaczyć ubranie miał w jednym kawałku. Straty były jedynie w słodkościach, bo gdzieś mu przepadł koszyk z całą zawartością. Jego łkania zwabiły na szczęście całą bandę, która zachłannie wsłuchiwała się w każde słowo ocalałego. Przynajmniej jedną rzecz miałam z głowy – wszyscy znajdowali się na wyciągnięcie ręki.
– I co się stało? – Nic nie podpowiadałam, ale aż ściskało mnie w gardle. Przez moją nieodpowiedzialność któremuś dziecku mogła stać się krzywda. W dupie miałam reakcje innych, bo sama bym siebie za coś takiego zabiła.

– Brama była otwarta to wszedłem do środka. A potem dzwoniłem. I dzwoniłem. I nikt nie otwierał to dzwoniłem dalej. – O żesz w mordę! Znając bratanka to stojąc pod drzwiami napierniczał w dzwonek jak nawiedzony.
– A potem taki strasznie stary człowiek wyszedł i zaczął okropnie krzyczeć. Mówił podobnie jak ty ciociu czasem mruczysz, kiedy myślisz, że tata nie słyszy. Ale ja słyszę. Ale on krzyczał. Bardzo krzyczał. Ale nic nie rozumiałem. On mówił coś o la ważce i jakimś merdzie. I burdelu. A potem uciekłem i zgubiłem swój koszyk. Mój udział!!! – I nagle okazało się, że ten nawiedzony kretyn znika w obliczu najpoważniejszego problemu świata jakim w tym momencie była utrata cukierków. Albo więcej. Wiecie jakiego hałasu i jazgotu potrafi narobić grupa dzieci, które usiłują mówić w tej samej chwili? Bardzo dużego.
– Cisza!!! – Od bardzo dawna tak się nie wydarłam, ale zdało egzamin. Wszystko się zamknęło, z jakimś szczekającym w okolicy psem włącznie. Korzystając z chwilowej przewagi, bo taki stan długo nie mógł trwać, zarządziłam:
– Za chwilę sprawdzimy, ile zebraliście i czy idziemy dalej. Ale najpierw podejdziemy pod ten dom i sobie porozmawiam z właścicielem. Poczekacie przed domem. Jasne?

Było jasne. Raczej nie byłam w tej chwili osobą, z którą można było się nie zgodzić.

Byłam wkurzona i to bardzo. Kuba w swojej próbie dostania się do środka był pewnie bardziej niż namolny, ale to w końcu tylko dziecko. Halloween rządzi się swoimi prawami, a jak się chciało zachować prywatność to trzeba było zamknąć bramę i wyłączyć bezpieczniki od domofonu czy dzwonka.
Nikt by temu zgorzkniałemu starcowi nie przeszkadzał!

Z każdym kolejnym krokiem nakręcałam się coraz bardziej. Zły charakter przydaje się w takich chwilach jak teraz, bo bardziej byłam skoncentrowana na tym co powiem temu psychopacie niż na własnej niewygodzie czy ograniczeniach wzrokowych. Coś tam widziałam – tak bardzo ubezwłasnowolniona nie byłam, a dla moich potrzeb wystarczało to w zupełności. Plus napędzała mnie rosnąca z sekundy na sekundę furia.

Pięknie oświetlona i wyremontowana uliczka, na której końcu stał zwyczajny dom. Wszystko takie spokojne.
– Zaraz przestanie. – Pomyślałam mściwie idąc dalej. Dzieciaki bez słowa sprzeciwu grzecznie podążały za mną. I w tym momencie dotarły do mnie dwie rzeczy.
Po pierwsze uzmysłowiłam sobie co ten stary cap mówił. Przy moim bracie przeklinałam tylko po francusku. A ważka i merda nie mogło być niczym innym niż la vache czy bordel de merde.
Niby niemożliwe, ale ciśnienie mi podskoczyło jeszcze wyżej, a potem zobaczyłam cały czas otwartą bramę. Tego dupka waliło co się stało!

– Stop. Tu czekacie! Dalej pójdę sama. – Wolałam nie mieć żadnych dodatkowych świadków na to co miałam ochotę zrobić. A już na pewno nie będące pod moją opieką dzieci. – Nie wolno wam się ruszyć na krok, a jak ktoś obcy będzie chciał czegokolwiek od was to macie zacząć wrzeszczeć tak, że sam diabeł ma was usłyszeć w piekle. Możecie gryźć i kopać! Jasne?
– Jasne ciociu – Wszystkie bachory odpowiedziały zgodnie i bez zająknięcia. Wyglądało, że wypadek Kuby stał się mało istotnym incydentem w obliczu tego co było im dane teraz zobaczyć. Taaaaa, ciotka rozwinęła skrzydła i Kraken wyszedł na wolność.

– Ciociu? A co mu zrobisz? – Odwracając się od stłoczonego karnie stadka mruknęłam pod nosem i naprawdę byłam przekonana, że tego nie usłyszą.

– Ogryzę mu ten durny łeb.

 

 

 

** ** ** ** ** ** ** **

Pogromca Wampirzycy – część I

Pogromca Wampirzycy – część III

 

 

Tablica z pomysłami na Halloween: „Halloween ideas

Podziel się:
10 polubień
1367 Views

Poczytaj więcej

10 komentarzy

  • AgnesGrudzień 30, 2018 at 11:53 am

    Ale niespodzianka!!!!!!!!!! Czekam na więcej bo ta część jest zdecydowanie za krótka.

    Odpowiedz
    • Anna ValettaGrudzień 30, 2018 at 10:46 pm

      Wiem, wiem. Pisałam tekst na nowo i miałam do wyboru opublikować to, albo przeciągnąć jeszcze bardziej. Wybrałam mniejsze zło … powiedzmy 😀

      Odpowiedz
  • JulkaGrudzień 30, 2018 at 3:35 pm

    Super że wróciłaś 😉
    jednak czekam cierpliwie na kontynuację Montany bo jakoś mnie bardziej wkręciła historia Anny 🙂
    Pozdrawiam

    Odpowiedz
    • Anna ValettaGrudzień 30, 2018 at 10:48 pm

      Dziękuję!
      Oj za Montanę to mnie powiesicie albo urządzicie sobie polowanie. Na wszelki wypadek zdradziłam jednej osobie co się stanie – muszę mieć świadka, który w razie czego potwierdzi, że to co się stanie było zamierzone i zaplanowane od samego początku.

      Odpowiedz
  • MagdaGrudzień 30, 2018 at 11:48 pm

    Wspaniały prezent na koniec roku !!
    Mam nadzieję, że będzie można szybko poczytać o jej krwawych dokonaniach

    Odpowiedz
      • Martyna MogaLuty 12, 2019 at 11:14 pm

        A tak liczyłam na To dzisiaj 😍 mam nadzieję że wszystko w porządku 👊🤞 do usłyszenia!

        Odpowiedz
  • AaaaaStyczeń 6, 2019 at 11:08 am

    Kiedy kolejna część??

    Odpowiedz
  • JustynaKwiecień 12, 2019 at 5:41 am

    Witam, codziennie odświeżam stronę a tu nic. Kiedy zostanie dodana kolejna część? Ciężko tak żyć w niewiedzy

    Odpowiedz
    • Anna ValettaKwiecień 12, 2019 at 4:21 pm

      Cześć Justyno. Sprawdź proszę pocztę.
      I dziękuję 🙂

      Odpowiedz

Zostaw komentarz

Please enter your name. Please enter an valid email address. Please enter message.