– Zabiłaś go! – Usłyszałam krzyk i drgnęłam.

Cholera!

Wydawało mi się, że jestem sama i jednak nikt tego nie zobaczy. Piskliwego tonu nie dało się pomylić z niczym i nikim innym.
Za plecami musiała stać moja siostra.

To, że widok odciśnie się trwale na jej psychice było bardziej niż pewne.
Bardzo się tym przejęłam.
Sama nie lubiłam jadać tego świństwa, więc nie ruszało mnie, że jeszcze ktoś dołączy do tego grona.
Młodej się nic nie stanie, a życie jest brutalne.
Niech się przyzwyczaja.

Gorzej, że jej wrzask zaskoczył mnie w trakcie zamachu, a nie dałam rady już go wyhamować.
Ręka mi się troszkę omsknęła i nie dość, że uderzyłam nie tam gdzie chciałam, ale w dodatku nie tak jak zamierzałam.
Tym samym łazienka zaczęła przypominam scenerię z horrorów klasy „c”. Jednym słowem rzeźnik dał upust swoim sadystycznym skłonnościom.

Kolejny pisk siostry wymusił natychmiastową reakcję.
– Takie są skutki pchania się tam gdzie nie wolno. Mówiłam wyraźnie. Nie wchodzić do łazienki! – Jeszcze tego mi brakowało tylko jej wynurzeń przy świątecznym stole jakiego mamy potwora w rodzinie. – Jak powiesz cokolwiek przy kolacji, stękniesz i nie będziesz chciała tego zjeść to pożałujesz do końca życia. Masz z uśmiechem na ustach wciągnąć wszystko, co dostaniesz na talerz! A teraz wynocha. Już!

Podskoczyła jakbym jej tymi zwłokami w głowę walnęła.
Zamknęła buzię, wycofała się błyskawicznie i tym samym zostałam sama.
Tym razem z truchłem biednej ryby, ale finalnie właśnie tak wyglądało moje życie. 
Westchnęłam tylko, bo na więcej czasu za bardzo nie miałam.

Rozejrzałam się, ale cudu nie było. Krew – i w sumie nie tylko- trysnęła imponująco na kafelki, lustro, ręczniki.
Aż mną wstrząsnęło. Wyciągnęłam szyję. Tak, kosmetyki na półce też oberwały.

Cholera ciężka!
I to by było na tyle z posprzątanej wcześniej łazienki.
Kto do cholery ciężkiej pucuje pomieszczenie, w którym będzie się zabijać ryby?!
Moja matka!
Do całej listy czekających na mnie atrakcji dołożyłam kolejny punkt – nie było szans, by ten bajzel przeszedł mi ulgowo.

W sumie nie powinno mnie dziwić, że coś znowu poszło nie tak.
Od dłuższego czasu wszystko szło nie tak.

Zerknęłam do wanny.
Ryba się nie wyłamała. 
Nie tak powinien wyglądać ubity karp, ale zamierzałam go najpierw ogłuszyć, a nie zrobić taką breję.
Zaczęłam ratować resztki, licząc że jeśli pójdę o krok dalej i przygotuję dzwonka, to jakoś ucieknie, że z jednej z ryb została tylko połowa.
I gdy tak oprawiałam tego biedaka dotarło do mnie, że gdy tylko ojciec z matką przywiozą babcię z lotniska i ta weźmie mnie w obroty, to będę wyglądać tak samo.
Przemieli mnie i nawet nie pisnę. A matka przeżuje resztki.

I po raz pierwszy od dawna nie wytrzymałam.
Usiadłam na podłodze mając w nosie, że brudzę kolejne rzeczy w tym siebie i się rozpłakałam.
Znajdowałam się w ślepym zaułku i nie miałam już jak uciec. A wcale nie tak dawno temu wydawało się, że po raz kolejny wyjdę z tego cyrku obronną ręką.

 

* * * * * *

 

Kilka dni wcześniej byłam szczęśliwa. A przynajmniej tak mi się wydawało.
Był piątek i skończyłam pracę mając po raz pierwszy od dawna pozamykane wszystkie tematy i w perspektywie ponad dwutygodniowy urlop.

Przede mną było długo wyczekiwane wolne i nieco mniej wyczekiwane święta z rodziną.
Nie, żebym ich nie kochała.
Kochałam i to bardzo.

Problem był inny. A dokładniej problemem była moja matka i jej zapatrywania, że tkwię sama jak taki kołek w wielkim mieście i koncentruję się tylko na pracy.

Trochę to było wszystko skomplikowane.
Kochałam moją rodzicielkę. Naprawdę! Bardzo mocno!
Ale równie mocno doprowadzała mnie do szału i czasami jednak jej nie lubiłam.

Problemem było to, że szczytem moich marzeń nie była rodzina, mąż i dzieci.
Chciałam być po prostu i tylko szczęśliwa i tu był pies pogrzebany.
Lubiłam siebie i nie nudziłam się spędzając czas sama ze sobą. Nie widziałam sensu wikłania się z kimś w związek tylko po to by nie być samej.
Tylko, że ona widziała to inaczej.

Sama miała trójkę dzieci.
Marek – czterdziestoletni syn. Spełnienie jej marzeń. Ceniony dentysta, ojciec dwójki chłopczyków (tak na marginesie diabły wcielone).
Julia – 17 letnia córcia, oczko w głowie.
I ja, czarna owca. 35-letnia karierowiczka, rujnująca marzenia matki o gromadzie wnucząt.

Na początku były to delikatne sugestie.
Potem przeszło to we frontalny atak. Umawianie z synami przyjaciółek, oraz pytania. Niekończące się pytania i pretensje.

Wyprowadzka z domu po studiach pomogła tylko na chwilę.
Nadal żyłyśmy w tym samym mieście. Jeśli nie odbierałam telefonów, mogłam spodziewać się jej wizyty jeszcze tego samego dnia.

Każdego kolegę czy znajomego oceniała pod kątem przydatności i potencjału.
Na początku czy się nadawał na jej zięcia, a potem to już miała chyba tylko dwa kryteria – mężczyzna i stanu wolnego.
A mi powoli brakowało tlenu.

Najśmieszniejsze było to, że nie mogłam sobie z nią poradzić.
Nie umiałam.
Nie potrafiłam zapanować nad drobną kobietą.
 Gorzej, ja się jej najzwyczajniej w świecie bałam!

Efekt był jeden. Uciekłam.
Może nie dosłownie, ale inaczej nie da się nazwać przeprowadzki do innego miasta.

Uważam, że i tak wytrzymałam długo, bo zwiałam dopiero teraz.
Oferta pracy w Warszawie spadła mi dosłownie jak z nieba.
W dodatku sami mnie znaleźli. Inaczej pewnie nigdy bym nawet nie pomyślała, że mogę się starać o to stanowisko. Na szczęście oni uważali inaczej.

I tym sposobem właśnie w grudniu mijało 10 miesięcy, od kiedy przeprowadziłam się do stolicy.

Owszem, brakowało mi tego co znałam, spotkań ze znajomymi i generalnie życia w mieście, w którym mieszkałam od urodzenia.
Nie da się ukryć, że Warszawa rządziła się i rządzi innymi prawami.
Inne tempo życia, inni ludzie, ale to wszystko rekompensowały mi dwie rzeczy.
Rewelacyjna praca i wspaniali ludzie w firmie, oraz ograniczenie kontaktów z matką.

Telefonu mogłam zawsze nie odebrać, albo mogłam rozmawiać tylko krótko. Na szczęście to działało – Warszawa była w wystarczającej odległości od Poznania, żeby odpuściła sobie odwiedziny. 
Za daleko jak dla niej na jazdę samochodem, a pociągów nienawidziła.

I chyba z tego szczęścia mi odbiło i żeby już finalnie ją uciszyć wpadłam na wyjątkowo kretyński pomysł.
Oj, żeby nie było – wtedy wydawał mi się genialny.
A mianowicie, wymyśliłam sobie faceta.

Podeszłam do tematu jak do bitwy i przygotowałam się nad wyraz solidnie.

Zawód na tyle dobry, by moja matka się zamknęła i nie marudziła, że debil, idiota i kretyn, albo że mało zarabia. Lub nie daj boże zawód jakiś taki niewydarzony. Przy okazji musiałam wiedzieć co nieco o tym jak może wyglądać jego praca. Wyszło mi, że lekarz będzie idealny. 
Kilku znałam, więc ewentualnymi przypadkami z pracy, czy perypetiami mogłam w razie czego sypać jak z rękawa. Chirurg.
 A co sobie miałam żałować.

Nad stanem cywilnym też chwilę się zastanawiałam, ale wyszło mi że bezdzietny rozwodnik będzie najlepszy.
Kawaler w wieku 41 lat byłby podejrzany. Żonaty też nie mógł być – taki by nie przeszedł.
I obowiązkowo bez dzieci.
Przytomnie doszłam do wniosku, że moja matka poszłaby za ciosem i po pierwsze chciałaby je poznać, a po drugie zaczęłaby kupować dla nich prezenty i ubrania. Tego moja psychika by nie strawiła.

Lekarz, rozwiedziony, bez dzieci zadowolił moją matkę na tyle, że odpuściła.
I bardzo dużo odpuszczała przez dłuższy czas.
Mogłam się tylko domyślać, że nie cisnęła, żeby nie zapeszać.
W końcu taka partia dla takiej starej panny! Istny cud!
 Wymodlony chyba.

Przeszły tak ulgowo jej urodziny, rodzinny objazd po grobach na 1 listopada i tak się przeturlałam do tych cholernych świąt.

Wiedziałam, że z Bożym Narodzeniem może być problem, ale szłam już siłą rozpędu.

Po raz kolejny złożyłam sobie gratulacje za wybór takiego, a nie innego zawodu mojego fikcyjnego adoratora.
I przezornie zostawiłam telefon do mojej matki na ostatnią chwilę.

W ten wydawało się idealny piątkowy wieczór zamknęłam komputer.
Spakowałam się już rano, a wyładowany po brzegi moimi ubraniami i prezentami dla rodziny samochód spokojnie sobie stał na służbowym parkingu. Gotowy do drogi i czekający tylko na kierowcę.
Oczywiście prezenty były ode mnie i Piotra.
W końcu jak kłamać to konsekwentnie i przede wszystkim z głową.

Sprawdziłam po raz dziesiąty, czy wszystko jest ogarnięte lub oddelegowane i patrząc na zaśnieżoną Warszawę zadzwoniłam do matki.
Co jak co, ale widok z okien mojego biura miałam zabójczy.

– Hej, będę się powoli zbierać. Trochę pada śnieg, więc pojadę dłużej. Powinnam być do północy w domu. – Chyba nie dotarła do niej liczba pojedyncza.
– Uważajcie. Niech Piotruś ostrożnie prowadzi! Już się nie mogę was doczekać. – O żesz w mordę. Odetchnęłam głębiej i rzuciłam się na główkę w przepaść.
– Mamo, jadę sama. Piotr właśnie zadzwonił, że cofnęli mu urlop. Musi być w szpitalu. Prosił, żeby przeprosić. Jest mu bardzo przykro. Ja też jestem zawiedziona, ale taką ma pracę. Wiedziałam, że tak będzie, ale nie myślałam, że jego praca zacznie tak mocno wpływać … – I stało się to na co liczyłam. U mojej matki zapaliła się lampka “bronić Piotrusia za wszelką cenę”.
– Kochanie, jak przykro. No, ale ma tak odpowiedzialną pracę. Ratuje ludzkie życie, pewne rzeczy są najważniejsze i bezcenne … – Uff. Najgorsze było za mną. Po raz kolejny mi się upiekło. Poczułam taką ulgę, że trochę przestałam jej słuchać, więc jak grom z jasnego nieba spadło na mnie zdanie.

– Mam nadzieję, że się nie gniewasz. – Rany boskie. O czym ona mówiła? Za co mam się gniewać? I co to jest skoro moja matka mnie przeprasza? Ona nigdy nie przeprasza!
– Możesz proszę powtórzyć? Miałam jakieś zakłócenia na linii. – Moja matka, zdegustowanym już tonem kontynuowała. Wróciła cała ona.

– Przecież mówię, że babcia w końcu zdecydowała się przyjechać. Już jej mówiłam o tobie i też się ucieszyła, że pozna wreszcie Piotrusia. Tyle jej o nim opowiadałam.  A ponieważ tata odbiera ją z lotniska w Berlinie, to ktoś musi oprawić ryby. Wiesz, że Mareczek jest zajęty i nie da rady. A przecież Juleczki nie poproszę. Ja się brzydzę, a poza tym jadę z ojcem. Wiesz jak jego trzeba pilnować. – Biedny tatuś. Trochę mi się go żal zrobiło jak pomyślałam, co przejdzie jadąc z matką jako pasażerem, ale w końcu widział co brał. Zaraz mi jednak to współczucie przeszło jak zrozumiałam co mnie czeka. – Tata miał je zabić wcześniej, ale jeździł z Juleczką w poszukiwaniu sukienki i nie zdążył. Chciałam poprosić Piotrusia, w końcu lekarz to powinien wiedzieć jak zabić biedne zwierzę by nie cierpiało. Ale skoro nie przyjedzie, to może ty? Jesteś taka zdecydowana to poradzisz sobie z kilkoma rybkami.

Chryste! Nawet nie wiem jak się z nią pożegnałam.
Siedziałam lekko ogłuszona usiłując zapanować nad narastającą we mnie paniką. Zabicie karpii czy cokolwiek miałam zrobić z tymi biednymi rybami było niczym w porównaniu z tym co zrobi ze mną moja babcia.
To będzie katastrofa!

Kobiecina była stara, niesamowicie energiczna, kochana i każde służby wywiadowcze powinny chcieć ją zwerbować. W sumie nie zdziwiłabym się, gdyby się okazało, że zwerbowały.
Wykazywała się tak bezbłędną intuicją i umiejętnością przesłuchiwania, że żaden sekret nie był przy niej bezpieczny. Normalnie byłabym wniebowzięta, że ją zobaczę, ale teraz nie było normalnie.

 Nic nie było normalnie!

Po dwóch pytaniach w sprawie mojego fagasa będzie wiedziała, że to bujda na resorach!

Dopóki siedziała w Exeter było w miarę w porządku.

Przez telefon nie rozmawiałam z nią o sprawach sercowych, a ona się zbytnio nie wypytywała. Nie wątpiłam jednak, że moja nakręcona matka sprzedała jej temat w taki sposób, że gdy mnie zobaczy poruszy go szybciej niż mi się wydaje.

Jednym słowem tkwiłam po uszy w szambie – i to na własne życzenie.

** ** ** ** ** ** ** **
Święta z piekła rodem – część II

Kilka pomysłów na święta Bożego Narodzenia

Podziel się:
7 polubień
825 Views

Poczytaj więcej

2 komentarze

  • AgnesGrudzień 28, 2019 at 11:22 pm

    Jaki prezent!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

    Odpowiedz
    • Anna ValettaGrudzień 29, 2019 at 11:20 am

      Lubię ten tekst – mam nadzieję, że też Wam przypadnie do gustu.
      Jest taki skomplikowano-lekko-mój.

      Odpowiedz

Zostaw komentarz

Please enter your name. Please enter an valid email address. Please enter message.