Śnieżyce mają to do siebie, że lubią je tylko dzieci.
Dla nich oznaczają dobrą zabawę, albo zamknięte szkoły.
Dla wszystkich pozostałych są zmorą, bo ich konsekwencją jest paraliż komunikacyjny czy kłopoty związane choćby z odśnieżaniem. Jednym słowem dla dorosłych są synonimem wielkiej katastrofy.
Okazało się, że zawsze są wyjątki i akurat tym wyjątkiem w przypadku śnieżycy byłam ja.

Lekko padający śnieg, który rozpoczął mój urlop był drobną zapowiedzią tego co nadeszło.Przystępując do walki z rybami byłam świadoma, że pada i rodzicom może ta podróż trochę się przeciągnąć.
W duchu dziękowałam za to niebiosom i wszystkim świętym, bo tym samym istniał cień szansy, że dam radę nie tylko oprawić ryby, ale i spróbować posprzątać łazienkę na tyle, by nawet nie na pierwszy, ale i na drugi rzut oka nie można było stwierdzić, że narozrabiałam tu bardziej niżbym chciała.

– Mama dzwoniła. – Dochodzący zza drzwi głos Julci zastał mnie przy ścieraniu resztek karpia z płytek nad wanną. Tylko na początku próbowałam na logikę ogarnąć miejsca, gdzie tej ryby, a raczej jej resztek było najwięcej. Okazało się, że jest chyba wszędzie. Pomijam już, że nie mogłam zrozumieć jakim cudem jest tego aż tyle. Potem logikę odstawiłam w kąt i metodycznie czyściłam łazienkę centymetr po centymetrze.
– Czego? – Nie miałam już siły na uprzejmości. Resztek dobrego wychowania pozbawił mnie powoli paraliżujący mnie strach, że oto zbliża się mój koniec i cała ta mistyfikacja wyda się z hukiem i przy świadkach. I to z takim rozmachem, że będzie mi się odbijać czkawką do końca moich dni.
– Mówiła, że czekają na babcię bo śnieżyca jest taka, że nie wiadomo czy samolot wyląduje. Zadzwoni jak już ją przejmą, ale tata będzie i tak jechał bardzo powoli więc mamy na nich nie czekać. – O rany boskie! Czyli chyba zdążę. Nieważne już kto mnie wysłuchał, ale biały pogrom był mi bardziej niż na rękę.
– Dzięki młoda. Potrzebuję jeszcze chwili. – Dobre wieści uruchomiły we mnie ludzkie uczucia. Młode to i głupie, ale nie trzeba od razu eliminować, a przynajmniej nie ostatecznie.

Skończyłam sprzątać, zabezpieczone ryby wylądowały w spiżarni i dopiero wtedy doczekaliśmy się telefonu od wściekłej matuli.
Na szczęście rozmawiała z nią Julcia, bo przy niej się względnie hamowała.
Chyba ktoś postanowił nadrobić utraconą magię świąt i oddać cały zaległy z lat poprzednich śnieg za jednym zamachem.
Nie rozdrabniając się w prawie całej Europie.
Z jednej strony to było śmieszne, bo święta zapowiadały się wyjątkowo białe, ale z drugiej trochę to pomieszało wszystkim plany z lądowaniami samolotów włącznie.

Jakim cudem samolot babci zamiast wylądować w Berlinie trafił do Kopenhagi tego nie wiem. Na lotnisku cały czas informowano o opóźnieniu, ale już nie podawali szczegółów.
Na logikę babcia powinna albo kontynuować podróż i jednak trafić do Berlina, albo uprzeć się jak osioł i wpakować do samolotu lecącego bezpośrednio do Poznania.
Staruszka miała siłę przebicia i potrafiła zdziałać cuda.
Tym razem coś nie styknęło, albo babcia straciła moc i okazało się, że owszem, leci. Tylko, że teraz do Warszawy.

Tym samym rodzice tkwili jak takie kołki kilka godzin w Berlinie – w sumie to się przejechali, posiedzieli na lotnisku i wrócą. A babcia nie dość, że sobie lata po Europie to w dodatku wyląduje kilkaset kilometrów dalej niż wszyscy planowali.
– Jakby nie patrzeć to cały czas 300 kilometrów od nas tylko w drugą stronę. – Mruknęłam pod nosem. Młoda na szczęscie już się z matką rozłączyła, bo jednak nie opanowała histerycznego chichotu. Gorzej, że potem dodała coś od siebie:
– Ty wiesz jaka ona będzie wściekła? – Jakoś żadna z nas nie miała wątpliwości o kim moja siostra mówi. W dodatku to, że będzie wściekła na babcię nie jest złą nowiną dla staruszki tylko dla nas. Moja mamusia swojej teściowej się bała i niezależnie od tego co babcia zrobiła nic by jej nie powiedziała. Ale my już nie byliśmy chronieni, a ktoś będzie musiał oberwać.

W najgorszych koszmarach żadna z nas nie przewidziała tego co nastąpi, a 23 grudnia zapowiadał się tak uroczo.

Święta i śnieżyca plus dwa wypadku na autostradzie. Jeden by wystarczył, ale co się mieli ograniczać. Wpłynęło to na nich na tyle, że odpuścili kretyński pomysł jazdy z Berlina przez Poznań do Warszawy po babcię. Nie było na to ani czasu ani warunków. Wracali do Poznania. Tym samym na razie miałyśmy z głowy rodziców – z babcią w samolocie nie było cały czas kontaktu.
Julcia rzuciła tylko w przestrzeń komentarz, który wywołał u mnie chwilową blokadę mózgu:
– Skoro tak konsekwentnie się wszystko komplikuje to ciekawe, czy babcia w tej Warszawie wyląduje.

Chryste Panie. Kiedy prosiłam o to, żeby święta przeszły ulgowo – myśląc o spokoju i braku męczenia mnie o moją fikcyjną połówkę, to miałam na myśli spokojne święta, tylko i wyłącznie.

Rodzice w końcu dojadą, a babcia się odezwie. Jak doleci wtedy się pomyśli jak ją ściągnąć do domu. Wymyślanie planów awaryjnych na zapas nie miało sensu – marnotrawienie czasu zwłaszcza, że luźna uwaga rzucona przez Julcię mogła być prorocza.
Mareczka spacyfikowałyśmy – pomóc za bardzo ze swoją żoną nie był w stanie, ale mógł przynajmniej nie przeszkadzać.

Mama zaplanowała co prawda tradycyjne ubieranie choinki i wspólne przygotowania do wigilii, ale na to nie było już czasu.
Zgodnie z planem mieliśmy to zacząć robić kilka godzin temu.
Jednym słowem święta zaczęłyśmy szykować same.

Nagle okazało się, że obu nam się nie tylko rewelacyjnie pracuje, ale przede wszystkim fajnie to robi razem. Od ubrania choinki i ozdobienia domu, po robienie sałatki czy gotowanie barszczu.
Spać nam się nie chciało – zwłaszcza, że i tak wolałyśmy poczekać na powrót rodziców. Niby ojciec jeździł jak z bombą – i to nie była przenośnia, ale jednak trochę się denerwowałyśmy czy dojadą cali. A skoro i tak nie spałyśmy, to mogłyśmy wykorzystać ten czas na maksa.
Dźwięk podnoszącej się bramy garażowej zastał nas przy pakowaniu kupionych przez rodziców prezentów.

Matka wyglądała jak zwłoki. Ojciec też.
Oboje szli już chyba siłą rozpędu.

Rodzicielka była naprawdę wykończona, skoro widok udekorowanego domu i stopień przygotowań w kuchni ją ucieszył.

Od babci nie było żadnego sygnału.
Telefon miała wyłączony, na lotnisko nie można się było dodzwonić, infolinia Lufthansy zajęta, a serwery widocznie padły, bo online też nie dało się sprawdzić czy ten cholerny samolot wylądował czy nie.
TV namiętnie pokazywała przepiękne ujęcia białych ulic i stojących na wszystkich drogach samochodów. O katastrofie lotniczej żadnej wiadomości nie było, słusznie więc założyliśmy że samolot jest w jednym kawałku tylko nie wiadomo gdzie.

Hasło rzucone przez rodziców dało nam zielone światło na sen. W końcu jak starowinka się odnajdzie to da znać – nic nie wymyślimy, a w razie czego martwić się będziemy jutro.
Albo o poranku, bo jednak jakby nie było 24 grudnia już od jakiegoś czasu trwał.

– Niunia, pobudka. – Julcia z kawą. Dosyć łagodna pobudka, którą zakłóciły dochodzące z parteru podniesione głosy.
– Co jest? – Usiadłam na łóżku i z wdzięcznością przyjęłam kubek aromatycznego napoju.

Siostra nadal w koszuli nocnej zakopała się pod kołdrą w nogach łóżka.
– Babcia się znalazła. – Nadstawiłam uszu, ale słyszałam tylko rodziców. Podniesiona brew uruchomiła monolog.
– Wylądowała jednak w Berlinie i teraz jedzie do nas pociągiem. Już objechała ojca, że nie mogła się do niego dodzwonić bo miał najpierw cały czas zajęty, a potem wyłączony telefon. – Cholera, nic dziwnego. Matka rozładowała telefon gadaniem, a potem się okazało, że jednak ojciec nie naprawił gniazdka w samochodzie i nie mieli jak go naładować.  A później jak przyjechali to owszem, podpieli telefon do kabla, tylko tata zapomniał o jednym drobiazgu – by go uruchomić.  Zrobił to dopiero jak wstał, zobaczył ileś nieodebranych połączeń od swojej matki i wpadł w panikę.
– A nie mogła sms’a wysłać? – Julcia zachichotała. – Wysłała, owszem. Całe trzy słowa. Cytuję „mam syna debila”.

Nie wytrzymałam i dołączyłam do niej, ale ta dzika wesołość szybko mi przeszła.

Wyglądało to wszystko zabawnie, ale jak dołożymy do tego moją rodzinkę to szykowały się nam święta z piekła rodem.
Czy my to przeżyjemy?

Delikatnie zamykane drzwi i charakterystyczny stukot wydawany przez bramę garażową jasno zakomunikowały, że należy stawić czoło brutalnej rzeczywistości.
– Tata jedzie po babcię, musimy zejść na dół.

I stał się cud.
Nie wiedziałam dlaczego i szczerze mówiąc guzik mnie to obchodziło, ale moja matka była miła.

Najpierw pomyślałam, że jednak się nie obudziła i że nadal śnię.
Ale okazało się, że nie.
Uśmiechnięta, zadowolona. Za uśmiechnięta!
– Mamuś, wszystko ok? – Julcia nie bawiła się w dyplomację.
– Bardzo dobrze dziewczynki.- Jakaś dziwna nuta satysfakcji w jej głosie była co najmniej niepokojąca. – No szykujcie się powoli. Czekają nas niezapomniane święta.

Pięknie to zabrzmiało, tylko dlaczego zabrakło mi tchu?

******

Koniec na dziś. Wyłączył komputer i dopił zimną kawę.
Dopiero teraz poczuł jak bardzo jest wykończony. Najchętniej wyszedłby stąd od razu po operacji, ale niestety szczegółowe raporty i dokumentacja były częścią jego pracy. Niezbyt za tym przepadał, ale starał się nie mieć tu zaległości.
Wolał nieprzyjemne rzeczy załatwiać szybko i tym samym mieć je z głowy.

I dotyczyło to każdej dziedziny jego życia.

Dlaczego znowu o tym pomyślał?

Może to ta wyjątkowa cisza, niezbyt typowa dla tego miejsca?
Noc?
Albo nadchodzące święta, które tym razem zdecydował się spędzić sam? Może jednak to był błąd?
Nie! Nie był!
Trochę za dużo kosztował go rozwód i dzika nadopiekuńczość ze strony wszystkich – od rodziców po znajomych, aby zrezygnował z tej rzadkiej chwili luksusu, by pobyć przez chwilę w ciszy i spokoju.
Rozpoczynał się właśnie długo wyczekiwany urlop. Znikał wszystkim z oczu na 2 tygodnie.
Oficjalnie wyjeżdżał na narty, a tak naprawdę to jeszcze nie wiedział co zrobi. Musi tylko unikać ludzi. Miał ich ostatnio bardziej niż dosu

Zgasił lampkę przy biurku, ale w pomieszczeniu i tak, za sprawą świecących na dziedzińcu latarni, było jasno.
Gdy wyjrzał za okno zrozumiał dlaczego aż tak bardzo.
Wszystko było pokryte śniegiem i w dodatku było go coraz więcej. Padał jakby chciał nadrobić zaległości z lat poprzednich i pokazać czym są magiczne święta.
– Rychło w czas.

Nigdzie mu się nie spieszyło, nikt na niego nie czekał, nikt niczego od niego nie chciał.
Chociaż nie. Twarz wykrzywiła mu się w dziwnym grymasie będącym mieszanką rozbawienia i irytacji.
Jakie nikt i nic.

Do rozstania z Anną nie chciał wracać.
Chociaż właśnie to zrobił.
Wiedział, że praca go pochłania, ale była przecież świadoma na co się pisze. Związki z lekarzami, a już zwłaszcza takiej specjalizacji nie są spacerkiem. Dawał z siebie tyle ile mógł, ale jego praca też wymagała wyrzeczeń.
A to, że był dobry w tym nie pomagało. Kropką nad i bylo docenienie go w środowisku międzynarodowym. Konsultacje, konferencje i sympozja na stałe wplotły się w ich życie.
I pewnie nie byłoby tak źle, gdyby się przenieśl, a on mimo wszystko nie chciał na stałe pracować w Polsce. Uparł się jednak, że skoro uczył się tu, to będzie też tu pracować. Że tu też potrzebni są dobrzy specjaliści.
Operacje, konsultacje, wyjazdy plus małżeństwo.
Coś musiało się zepsuć.
Ten jeden razy stwierdził, że nie będzie samolubny i wrócił wcześniej.
Wszedł do domu, zostawił bagaże i wyszedł.
Wrócił, gdy zobaczył kochanka żony wsiadającego do stojącego kilkanaście metrów od ich domu samochodu.

Nawet nie było jej przykro. Chyba nawet jej ulżyło, że już nie musi udawać. Ludzie w złości mówią różne rzeczy. Dużo się wtedy dowiedział. Albo może wiedział to, ale w końcu od kogoś usłyszał.  Najgorsze, że część z tego była prawdą.

Był w domu gościem, traktował ją jak kucharkę, praczkę i sprzątaczkę.
Jego kariera była najważniejsza. Przestała być dla niego żoną, a była meblem, który czasem mu pasował, ale coraz częściej nie.
Gdy mówiła zdał sobie sprawę, że tak na dobrą sprawę od dawna był z nią z przyzwyczajenia. O tym co Anną kierowało nie chciał myśleć.
W ich związku nie było już miejsca dla pasji i namiętności. Nie było w nim miłości. Był zły, ale nagle go olśniło. Nie wściekał się bo jakiś facet pieprzył jego żonę, tylko dlatego, że robił to w jego łóżku.
To był koniec.

Nie miał ochoty na pranie brudów w sądzie. Poszedł na rozwód bez orzekania o winie, ale pod jednym warunkiem. Nie było mowy o alimentach.
W nosie miał mieszkanie. Zresztą pozostanie w nim oznaczałoby gruntowny remont i wywalenie wszystkiego.

Tym sposobem kilka miesięcy temu został kawalerem z odzysku, z wynajętym mieszkaniem i toną kartonów w tymczasowym magazynie.

I jedyną mądrą rzeczą, którą w tym czasie zrobił było w miarę obiektywne spojrzenie na siebie.
Doszedł do niezbyt pochlebnego wniosku – był niezłym kawałem chuja.
No cóż, jak pieprzyć życie to tylko sobie.

Tym sposobem stał się odporny – a przynajmniej robił wszystko co w jego mocy, na ataki rekinów.
Zdawał sobie sprawę, że może się podobać.
Wysoki i zdaniem wielu przystojny lekarz jest kuszącym kąskiem. Wcześniej trochę chroniła go obrączka.
A teraz? Ryba została z powrotem wrzucona do basenu pełnego głodnych drapieżników
W dodatku z krwawiącym sercem – jakim cudem ludzie się dowiedzieli, że po pierwsze jest po rozwodzie, a po drugie to jednak Anna zawiniła? Nie miał zielonego pojęcia.
I wolał nie pytać.
Na początku rzeczywiście tego nie zauważał. Potem jednak tych dziwnych podchodów i akcji rodem z naiwnych romansów nie dało się nie zauważyć.
Na szczęście był chirurgiem, a tu trzeba było się naprawdę namęczyć by do niego trafić. Ale dla chcącego nic trudnego.
Zwłaszcza, że rodzina też stanęła na wysokości zadania.

Myślał, że są jakieś granice, ale cyrk jaki odstawiła jakaś jego daleka ciotka z córką swojej przyjaciółki we Wszystkich Świętych przebiła wszystko.
W sumie oddała mu przysługę. Świadkiem akcji byli rodzice i gdy oznajmił, że musi naładować bateria i Boże Narodzenie chce spędzić sam z daleka od wszystkich, przyjęli to ze zrozumieniem.
Może i był dupkiem, ale jednak ich dzieckiem.

Ziewnął i ponownie podszedł do okna. Na co liczył? Że śniegu ubędzie?
Podskoczył na dźwięk telefonu.
Ta melodia w dyżurce lekarskiej i o tej godzinie nigdy nie oznaczała nic dobrego.

– Dobry wieczór, tu Asia z dyżurki. – W ostatniej chwili powstrzymał jęknięcie. Ta też? Niski uwodzicielski głos miał na niego zadziałać? – Panie doktorze, przepraszam, że przeszkadzam, ale dzwoni jakaś starsza pani i chyba pana szuka.
– Że co? – Całe dobre wychowanie poszło w diabli. – Jak mnie chyba szuka?
– Bo widzi pan, ona szuka chirurga o imieniu Piotr, który jest związany z jej wnuczką, Anią. Ale nie pamięta nazwiska. I ja pomyślałam, że przecież pana żona, to znaczy pana była żona przecież ma na imię Anna i może to coś pilnego. Bo przecież o tej godzinie? To już wigilia.

Rzeczywiście. Było po północy. Rozpoczął się cholerny, 24 grudnia.

Czy babcia jego byłej jeszcze żyje? Ona miała tak skomplikowane relacje rodzinne, że samych dziadków miała trzech. Z tego co wiedział obie babcie były już pochowane, ale może miała jeszcze jakąś przyszywaną?

Powinien to zignorować.
Wszystko w nim krzyczało, żeby jak najszybciej skończyć tę rozmowę. Powiedzieć pielęgniarce, że to pomyłka, że ma się rozłączyć, spławić kobietę i powiedzieć, że ktoś taki tu nie pracuje.
Po czym powiedział:
– Połącz ją.

** ** ** ** ** ** ** **

Święta z piekła rodem – część I
Święta z piekła rodem – część III

Kilka pomysłów na święta Bożego Narodzenia

Podziel się:
9 polubień
822 Views

Poczytaj więcej

8 komentarzy

  • Ani13Grudzień 30, 2019 at 10:54 am

    Cudo!!!
    Jak zwykle niespodzianka. Ojjj…… będzie się działo:-)
    Moja Droga! Życzę Ci wszystkiego najlepszego w Nowym Roku, zdrówka, bo najważniejsze, spokoju, bo ten jest nie do przecenienia i świetnych pomysłów chodzących stadami:-)
    Ściskam.A.

    Odpowiedz
    • Anna ValettaGrudzień 30, 2019 at 11:40 am

      Dziękuję za życzenia! Będę się starała jak mogę – jak zdrowie będzie to cała reszta się ułoży.
      Zresztą nadchodzący rok zapowiada się na wyjątkowo … zwariowanie i szalenie. I tego też Ci życzę!
      Zdrowia, szalonych pomysłów i ich realizacji!

      A co do tekstu – hahahaha … proszę bardzo 😀
      Też mi się spodobało, a swoje musiał odleżeć. Zapowiedź wskoczyła zdaje się w 2014 roku, ale nie miałam jak tego spisać. Co święta to gorszy koszmarek, ale oby za mną i nigdy przede mną!

      Pomysły chodzą stadami – hodowla królików, lemingów i kaczek w jednym. Dużo ich! 😀
      Tylko czasu mi brak (plus jest albo raczej mam nadzieję, że było kilka innych przeszkadzaczy). Ale postaram się coś z tym zrobić.

      Odpowiedz
  • Mrs M.Grudzień 31, 2019 at 12:04 am

    Ania wrocilas!!!! I to z taka petarda! Az sie poplulam przy koncowce 😀 oj bedzie ciekawie 😀

    No to czas na zyczenia noworoczne – zaznaczam, ze dobra w tym nie jestem – zdrowka, spelnienia marzen I ogrom szczescia a takze weny I czasu na nia, Bo chce czytac Cie wiecej (tak, tak, wiem, zachlanna jestem).
    Wszystkiego co najlepsze Anus 😉

    Odpowiedz
    • Anna ValettaGrudzień 31, 2019 at 3:09 pm

      Szalona!!!!!
      I bardzo dobrze.

      Dziękuję! I bardzo mocno wzajemnie

      Odpowiedz
  • IwonaStyczeń 11, 2020 at 7:15 pm

    Czekam na następne części ” święta z piekła rodem”, super się czyta.

    Odpowiedz
    • Anna ValettaStyczeń 11, 2020 at 7:56 pm

      siedzę właśnie nad tym tekstem.
      I dziękuję. Mogę zdradzić, że też świetnie się to pisze

      Odpowiedz
  • sonyStyczeń 26, 2020 at 8:17 am

    Mało…uprzejmie proszę o dalsze części…proszę…

    Odpowiedz
    • Anna ValettaStyczeń 30, 2020 at 7:17 am

      Wiem, będzie więcej.

      Się znowu rozłożyłam 🙁
      Teraz wejdzie Azyl, a Święta niedługo (musi bo wchodzi też tematycznie na Walentynki)

      Odpowiedz

Zostaw komentarz

Please enter your name. Please enter an valid email address. Please enter message.