Pierwsza myśl:
– Znalazł mnie!

A potem kolejne napłynęły jak fala, niosąca chaos i zniszczenie i której nie można zatrzymać.
– Krzyknąć? A może zaatakować z zaskoczenia? – Zanim zdążyłam podjąć decyzję i w międzyczasie zejść na zawał, do delikatnego skrobania dołączyło miauknięcie.

– Chryste Panie! – Jęknięcie nie pozostało bez odpowiedzi. Kitek wszedł w fazę „wpuść mnie człowieku”.
Jak widać miałam za mało kłopotów i do szczęścia brakowało mi jeszcze cudzego kota. Bo że był czyjś, wątpliwości żadnych nie miałam. Jakoś nie miałam też złudzeń, że futrzak, który tak uporczywie chce dostać się do środka jest tym samym, który dokonał nieodwracalnych zniszczeń o poranku.
Futerko miał zbyt czyste, o zmianierowano-despotycznym usposobieniu – mimo młodego wieku, nie wspominając. Dzikie koty takie nie są. Ten miał właściciela, a raczej wiernego sługę, którym rozporządzał jak chciał.
Nie, zdecydowanie cudzy kot to ostatnia rzecz na jaką miałam ochotę.

Najpierw postanowiłam go zignorować licząc, że w końcu się zmęczy i sobie pójdzie, ale kot okazał się lepszy.
– Wyj sobie, wyj. Na tym pustkowiu nikt cię nie usłyszy. – Kitek radę wziął do serca, ale po kilkunastu minutach coraz bardziej żałosnego nawoływania, zaczął chrypieć.
I nagle przyszło mi do głowy, że może wcale nie poszedł sobie na spacer i nie robi rekonesansu. Przecież jesteśmy pośrodku niczego. Nikt normalny tu nie mieszka, a nikt nie przyjeżdża.

– A jeśli się zgubił? Albo co gorsza ktoś go porzucił? Nikt go nie chce? – Przy nikt go nie chce otwierałam okno. Kot głupi nie był i do środka wparował od razu, po czym ignorując wszystko ze mną włącznie, ułożył się wygodnie na środku posłania. Niestety dla mnie miejsca już na nim nie było.
Po raz kolejny złożyłam broń – kłaść się już nie było sensu, ogarnęłam pozostawiony w dniu przednim bajzel, a gdy skończyłam okazało się, że kot się zdematerializował.

Kolejny dzień upłynął znowu na dalszych porządkach chaty i najbliższego otoczenia, po czym okazało się, że wraz z nadchodzącym wieczorem znowu mam gościa.

I tak zaczęła się dziwna wspólna egzystencja.

Kitek pojawiał się i znikał w najmniej spodziewanych momentach. Bywał ze mną dłużej lub krócej – zarówno w ciągu dnia jak i nocy. Uporczywie mnie ignorował, aczkolwiek nie do końca nazwać by to można było w ten sposób.

Niby miał mnie gdzieś, w sumie nie „niby” bo na poważnie syczał, gdy próbowałam do niego podejść bliżej – a o takim bluźnierstwie jak pogłaskanie go nie wspomnę.
Zauważyłam jednak, że może i demonstruje swoją niezależność, ale gdy już przychodzi to zawsze, ale to zawsze ma mnie w zasięgu wzroku. Dotknąć się jednak nie pozwalał.

Na początku mnie to martwiło, potem irytowało, a potem stwierdziłam że po prostu tak ma i nie ma powodu by to zmieniać.
Tak na dobrą sprawę byłam jednak temu futrzakowi wdzięczna.
Nie byłam na tym pustkowiu zupełnie sama.
Dosyć dziwna obecność niesamowicie zmanierowanego kota ratowała mnie przed paranoją.

Tak sobie funkcjonowaliśmy razem przez kilka dni i na zmianę byłam zajęta ogarnianiem otaczającej mnie przestrzeni albo ogarnianiem otaczającej mnie przestrzeni w towarzystwie kota.

Nic nie trwa wiecznie, w końcu skończyłam robić to co zrobić się dało. Z tą ruderą i przylegającym do niej gruntem oczywiście.
Przez pierwsze dwa dni po prostu się obijałam, na zmianę opalając się, śpiąc w każdej chwili kiedy naszła mnie ochota na drzemkę czy po prostu odpoczywając po dość wyczerpującej i intensywnej fizycznie pracy.

Niestety potem zaczęłam myśleć. Proces sam w sobie niebezpieczny nie jest.
Gorzej jeśli jednocześnie występują takie czynniki jak nadmiar wolnego czasu doprawiony olbrzymią ilością uzasadnionych obaw.
A moje były uzasadnione.

Gdzie tak naprawdę jestem?
Kiedy ktoś się w końcu zorientuje, że nie wiem co robić?
I coś, co odsuwałam od siebie uporczywie, ale w końcu musiałam stawić temu czoła.
Co zrobię kiedy wszystko zjem?

Mam coś zacząć zbierać? A może próbować się dostać prowadzącą do chatki ścieżką, by dotrzeć do jakiejś cywilizacji?
Od tego ostatniego powstrzymywały mnie dwie rzeczy.
Pierwsza – wręcz drobiazg. Nie miałam ze sobą żadnych pieniędzy. W czasie ogarniania i szalonych porządków przejrzałam wszystko. Zarówno w moich rzeczach jak i nigdzie na miejscu nie było ani jednej monety czy banknotu.
Ale to było niczym w obliczu drugiego hamulca. Bałam się przez bezmyślne działania zdradzić miejsce swojego pobytu.

Możliwe, że była to kryjówka doskonała. Musiałam jednak w końcu się przyznać do tego, czego zaczęłam się najbardziej obawiać
– A co jeśli to jest równie doskonała trumna?

 

 

 

** ** ** ** ** ** ** **

Azyl – część III

Azyl – część V

 

Podziel się:
3 polubień
182 Views

Poczytaj więcej

1 Response Comment

  • MariTHListopad 23, 2019 at 12:27 am

    Ufff jak dobrze, że odświeżyłam stronę przed pójściem spać 🙂 opowiadanie w dalszym ciągu owiane jest tajemnicą, już nie mogę się doczekać co będzie dalej

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Please enter your name. Please enter an valid email address. Please enter message.