Gdy się czegoś boimy, to właśnie strach wytycza granice i wpływa na nasze zachowanie.
Boimy się różnych rzeczy. Tego, że nie podołamy zadaniu, poniesiemy porażkę lub że dopadną nas demony przeszłości.
W moim przypadku chodziło o to ostatnie.

Ale niezależnie od powodu, to strach pozwala nam zdobyć się na coś, co zwykle daleko przekraczałoby granice naszych możliwości.
I robić coś, na co w normalnych warunkach nigdy byśmy się nie zdobyli.
Z czasem jednak złe wspomnienia blakną i tracą moc w obliczu otaczającej nas rzeczywistości. Zwłaszcza jeśli to przed czym uciekaliśmy jest daleko, a rzeczywistość stoi nam ością w gardle.
Strach ma swoje granice i przychodzi moment, gdy w końcu do nich docieramy.

Dokładnie tak było i w moim przypadku.

Ileż razy można podskakiwać, gdy dobiegnie nas nietypowy hałas albo coś stuknie nie tak jak powinno? Gdy po raz pięćdziesiąty pierwszy sprawdziłam, że dziwny łomot nie jest niczym innym niż nie do końca dobrze zamocowaną okiennicą, która poddaje się podmuchom wiatru albo po raz kolejny podskoczyłam słysząc nietypowy huk, którego przyczyną był kot, zrzucający wadzący mu kubek, w końcu do mnie dotarło, że wystarczy.

W dodatku musiałam w końcu pogodzić się z rzeczywistością i przyjąć do wiadomości, że mieszkam obecnie w ruderze, a towarzyszy mi wybiórczo kot, który czasem uważa jak idzie, a czasem nie i wtedy zachowuje się jak słoń w składzie porcelany.

I może jeszcze miałabym jakieś wątpliwości, ale kropką nad i był uroczy poranek, kiedy ze snu wyrwało mnie jęczenie połączone z przerażającym zawodzeniem.

Nie ma co, pobudka w iście hitchcockowskim stylu.
Zanim zdążyłam zejść na zawał, zobaczyłam koszmarnego sierściucha, który znowu jakimś cudem dostał się do wnętrza domu i podrygiwał w konwulsjach na środku pomieszczenia.
Rzuciłam się w kierunku kota, chcąc mu jakoś pomóc – mimo iż nie miałam zielonego pojęcia co mu jest i co mogę zrobić, gdy nagle go odetkało.

– Chryste Panie! Kłaczek.

Zestawienie agonii, której byłam pewna z prozaiczną czynnością, którą futrzak wielokrotnie powtarzał wcześniej i pewnie zamierzał robić to dalej było ponad moje siły. Zamurowało mnie tak, że byłam w stanie tylko go obserwować, a sam kot, po pozbyciu się nadmiaru futra z przewodu pokarmowego ziewnął i wyszedł.
Obowiązek spełniony, teren zasyfiony, nic tu po nim.

I wtedy osiągnęłam limit swoich strachów. Dotarło do mnie, że wystarczy tego ulegania emocjom i życia w ciągłym napięciu.
Koniec!
Byłam w tak całkowitej i zapadłej dziurze, że nikomu kto znał mnie chociaż pięć minut nie przyszłoby do głowy, że byłabym tu w stanie przeżyć dłużej niż 30 sekund.
Jakie przeżyć?! Moja noga powstałaby tutaj po moim trupie!

– Uważaj czego sobie życzysz. – Mruknęłam w przypływie jasnowidzenia, ale szybko odepchnęłam niezbyt atrakcyjną wizję.

Poza tym może i z niechęcią, ale musiałam przyznać, że w tym szaleństwie była metoda i firma, którą wynajęłam spisała się koncertowo. Ukryła mnie tak, że nikt nie znajdzie, a w dodatku nikt mnie tu nie będzie szukał.
Ani mój ojciec, ani matka, a już na pewno nie on.
Aż przeszedł mnie dreszcz na samą myśl o tym człowieku i nie było to przyjemne odczucie. Ale to już było za mną, a przynajmniej nie dotyczyło mnie teraz.
Mogłam w końcu odetchnąć i dojść do siebie, nawet kosztem spędzenia kilku tygodni w tych spartańskich warunkach.

I dać również czas rodzicom, by oprzytomnieli.
Teraz pozostało tylko przeżyć tych kilka tygodni, a jeśli wszystko ułoży się zgodnie z planem to wrócić na łono rodziny.
W tej chwili pozostało mi po prostu czekać.

Ale przynajmniej na razie nie musiałam podskakiwać za każdym razem, gdy kot kichnął, ptaszek ćwierknął, a chałupa rozleciała się trochę bardziej.
Wstyd przyznać, ale incydent z kłaczkiem był zdarzeniem przełomowym.
Trochę mnie odblokowało, a wiadomo, że jak człowiek nie jest już sparaliżowany przez strach to zaczyna myśleć i dostrzegać rzeczy prozaiczne.

W moim przypadku była to rzecz bardzo prozaiczna – koniec czystych ubrań.
Przyzwyczajona byłam do pełnej garderoby i nieograniczonego dostępu do pralki, suszarki i bieżącej wody.
Jednym słowem do cywilizowanych warunków.
Zawsze czysta i pachnąca. Ja oczywiście.

Tu z kolej miałam do czynienia z dziewiczym, niezanieczyszczonym myślą techniczną środowiskiem.
W połączeniu z intensywnym wysiłkiem fizycznym związanym ze sprzątaniem zajmowanego przeze mnie lokum i jego okolicy, które w dodatku było zajęciem wysoko brudzącym … rany boskie. Pracowałam jak szalona brudząc się przy tym koszmarnie. O prysznicu nie było mowy, więc w trakcie prac tylko obmywałam się lodowatą wodą i przebierałam w czyste rzeczy.
Moje umiłowanie do czystości połączone z intensywnością i tempem w jakim się brudziła, dało efekt w postaci wykorzystania całej dostępnej mi garderoby.

– Chryste Panie. – Odwaga z jaką przystąpiłam do segregacji ubrań poszła sobie na spacer po ujrzeniu w jakim znajdowały się stanie.
Wszystkiemu co robiłam oddawałam zawsze całą siebie. Pełne zaangażowanie i zapał. Z takim też i sprzątałam, walczyłam z łopatą i siekierą.
Poziom zabrudzenia ubrań był na to dowodem.
Usprawiedliwiało mnie tylko to, że byłam napędzana strachem. I trochę furią będącą reakcją na to w jakich warunkach mnie ulokowano.
Ale tylko trochę.

Do dyspozycji miałam małą wanienkę, która o ile nagrzałam wystarczająco wody wspomagała mnie w kąpieli.
Lodowatą wodę w dowolnych ilościach i mydło w kostce.
Gdzieś mi tam zamajaczyło, że przecież dawniej kobiety w rzecze ubrania prały.
Pominęłam resztę akcesoriów, które wtedy stosowano z wprawą ówczesnych kobiet włącznie, po czym stwierdziłam, że dam radę.

Szczęście w nieszczęściu, że do balii nie wrzuciłam wszystkiego a zaczęłam od jednej bluzki, która na oko była wcześniej biała.
Namoczyłam, namydliłam po czym zaczęłam trzeć w dłoniach.
Piana się nie robiła, kolor szary pozostawał, a po jakimś czasie miałam wrażenie, że wręcz się pogłębił. Tarłam jak głupia, aż do chwili gdy poczułam pieczenie.
Okazało się, że wybrany przeze mnie sposób prania sprawdza się idealnie jeśli zechcę się pozbyć skóry z dłoni.
– Dobra, wystarczy. Tylko opłukać, wysuszyć i jestem uratowana.

Cokolwiek sobie myślałam to na tym się skończyło. Temu co trzymałam w dłoniach bliżej było do brudnej szmaty do mycia podłogi niż części garderoby.
Zmarnowałam pół kostki mydła i dłonie.
O genialnym sposobie na pozbywanie się ubrań wolałam już nie myśleć.
Bo szansa, że po wysuszeniu to coś zacznie nadawać się do noszenia, szczerze już wątpiłam.

Tym sposobem, sama się najszybciej wykończę. Nikt mi do tego potrzebny nie będzie.
Zgniję tu w brudzie, bo zapasy konserw jednak miałam takie że na głód się nie zanosiło.

Były jakieś granice dostosowywania się do nowych warunków, a ja właśnie osiągnęłam swoje.
Popłakałam sobie i poużalałam się nad swoim losem. Ewidentnie pomogły mi w tym wspomnienie po bluzce i coraz bardziej piekące i już widoczne pęcherze na palcach.
Po czym dotarło do mnie, że ładnie ale to nie rozwiąże  moich problemów.
Mogę sobie jeszcze płakać, ale nikt mnie nie podniesie z podłogi, nie opatrzy dłoni i nie dostarczy czystych rzeczy.
I przede wszystkim nikt mnie stąd na razie nie zabierze.
Muszę jakoś poradzić sobie sama.

– Małe kroczki, nie wszystko na raz. – Co prawda małym kroczkiem było wstanie, wytarganie balii na zewnątrz i wylanie brudnej wody, ale to zawsze coś.
Przy okazji prawie załatwiłam sierściucha. Siedział na progu i strumień mydlin ominął go o centymetry.
Za to mnie nie ominęło oburzone spojrzenie.
Futro wstało i weszło do domku, postanawiając dać mi widocznie szansę na rehabilitację.
– Tak, już cię karmię ty tłusta kaczko.

Po czym mnie olśniło.
– On rzeczywiście jest tłustawy, Mały, ale dobrze odpasiony. I za czysty by musiał się przedzierać przez tysiące chaszczy.

A to znaczyło jedno:
– Niedaleko miał dom. Tam musiała być jakaś cywilizacja!

 

** ** ** ** ** ** ** **

Azyl – część IV

Azyl – część VI

Podziel się:
5 polubień
2467 Views

Poczytaj więcej

10 komentarzy

  • AriccaMarzec 4, 2020 at 8:48 am

    Jak miło znów coś przeczytać 🙂

    Odpowiedz
  • PatiMarzec 4, 2020 at 2:51 pm

    Aniu nie rób nam przerw, bo uschniemy.

    Odpowiedz
  • MariTHMarzec 9, 2020 at 1:18 pm

    Jak zawsze świetne 🤩

    Odpowiedz
  • JolaKwiecień 12, 2020 at 10:46 am

    ŚWIETNE 👏👏👏dzięki twoim opowiadaniom doświadczamy nowych przygòd chociaż w ten sposòb😊 czytajac twoje dzieło czujemy się jakbyśmy tam byli😊😊😊

    Odpowiedz
    • Anna ValettaKwiecień 12, 2020 at 12:39 pm

      Dziękuję i właśnie o to chodzi! Żeby na chwilę zostawić to co znamy i zatonąć w tym szalonym świecie.
      Bezpiecznie, w każdej chwili kiedy tylko mamy na to ochotę lub tego chcemy, możemy stać się częścią tych historii.

      Odpowiedz
  • BARBARA MARGASINSKAKwiecień 25, 2020 at 10:12 am

    Witam,parę dni temu znalazłam tę stronę. Bardzo mi się podoba. Przeczytałam Paradoks Diabła ,Montanę,niestety bez zakończenia,zaczęłam Azyl ,też nie ma ciągu dalszego,stąd pytanie,co mogę przeczytać w całości?

    Odpowiedz
    • Anna ValettaKwiecień 25, 2020 at 3:10 pm

      Polecam wrócić do Montany 30 kwietnia (lub 1 maja) – wtedy zostanie opublikowana ostatnia część II tomu sagi.

      Mogę polecić śledzenie strony na bieżąco. W tej chwili będą kontynuowane i kończone 3 teksty:
      – Azyl
      – Święta z piekła rodem
      – Zła decyzja

      Odpowiedz

Zostaw komentarz

Please enter your name. Please enter an valid email address. Please enter message.