Wcześniejsze komplikacje w Bozeman mocno przemawiały za zwiększeniem ostrożności i modyfikacją pierwotnego planu. Pojawienie się Mallroy’a przesądzało o jego zmianie. Może i te wszystkie zdarzenia były pechowym zbiegiem okoliczności, ale i tak było za duże ryzyko, że jeśli nic nie zrobią to jednak mogą na nich czekać dalsze niespodzianki. Raoul nie ignorował takich sygnałów, ale Ramon do ostatniej chwili był przekonany, że wspólnik tylko skoryguje wcześniejsze ustalenia. A potem wszystko szlag trafił.
Z jednej strony decyzja Raoula była uzasadniona – nigdy nie bywał przewidywalny i to wielokrotnie uratowało im głowy. Z drugiej, zaskakujący ruch wspólnika był mu teraz wyjątkowo nie na rękę, bo rozwalał jego plan.

Wydawane szeptem dyspozycje, były zaskakujące nawet dla niego. Nie żeby się sprzeciwiał zabiciu kolejnego policjanta, ale w końcu Raoul coś obiecał swojej żonie. Głośno i wyraźnie. Jak widać nie miał jednak wielkiego problemu, by złamać dane słowo.

– Dowiedz się jak tu trafił i pozbądź się go. – Ramon tylko skinął głową, potwierdzając tym samym, że Mallroy jest już trupem, a to że jeszcze oddycha, to czysta formalność.

Nagle wszystko przyspieszyło.

Annę wepchnięto na tylne siedzenie wozu, którym wcześniej przyjechał Raoul. Oszołomiona kobieta nie stawiała oporu.
– Co jest? Przecież dalej mieli ruszać w trójkę. Już nie mieli się rozdzielać, aż do dotarcia do domu. Ma tego dupka przesłuchać i zabić na jej oczach? A potem może usiąść jeszcze obok niej i umilać podróż konwersacją?!

Raoul go ubiegł:
– Widzimy się za cztery dni w El Paso. Spotkamy się na miejscu. Biorę Annę. Dla ciebie jest piper. Dolecisz bezpośrednio. Zaszyj się i czekaj.

Początkowo Ramon nic z tego nie zrozumiał. Wszystko – począwszy od tego jak, a skończywszy na tym, gdzie mieli dotrzeć, okazało się być iluzją. To nie była zmiana konia na popołudniową przejażdżkę, tylko decyzja równa wywołaniu wojny w innym kraju. I to podjęta dwadzieścia cztery godziny przed pierwszym atakiem.

Obecnie waliło go czy pilot wie jak bezpiecznie dolecieć. Mieli dotrzeć na Grand Cayman, samolot już czekał. A teraz nagle nie dość, że ma się chować pod meksykańską granicą w jednej z ich kryjówek, to w dodatku wspólnik z powodem tego całego zamieszania, znikał mu z oczu. I tylko demony mogły wiedzieć co teraz zamierzał.

– Puta! – Wymknęło się Ramonowi i w tej samej chwili pożałował, że nie utrzymał języka za zębami. Raoul na niego spojrzał. Gorszy był tylko wyraz twarzy, gdy przyznał się co zrobił Annie. Sprzeciwienie się mu teraz było równe samobójstwu, a Ramon nie zamierzał wybierać się jeszcze na tamten świat.

Zacisnął zęby i skinął, potwierdzając tym samym, że przyjął polecenie i nie ma więcej żadnych uwag.
Mimo, iż miał ich od cholery. Jak Raoul zamierza dotrzeć do El Paso? I po co będzie ciągnąć tam swoją żonę? Dlaczego do diabła teraz się rozdzielają? I po cholerę mają wszyscy znaleźć się tuż przy Meksyku?!

Jednak w milczeniu obserwował jak Raoul zajmuje miejsce za kierownicą i odjeżdża.

Dla znajdujących się w pobliżu ludzi, ich wcześniejsza wymiana zdań, wyglądała jak zwykła konwersacja dwóch wspólników. Mówili szeptem, więc nikt nie miał prawa usłyszeć o czym rozmawiali.
Ich ekipa była przyzwyczajona do nagłych zmian wcześniejszych ustaleń. Często tak robili, a przypadek Thomasa potwierdzał, że takie działania były uzasadnione.

Dlatego i tym razem fakt, że odjechała dwójka, a nie trójka osób, nikogo specjalnie nie zaskoczył.

Błyskawiczna adaptacja do zmieniających się warunków nie była tylko cechą Raoula. Jeśli nie miało się na coś wpływu, to należało to zaakceptować i działać dalej w najlepszy możliwy sposób. Niepotrzebne emocje oznaczały problemy, a tego nikt nie potrzebował. Dokładnie w takiej sytuacji Ramon znalazł się teraz.

Raoul i Anna na chwilę przestali istnieć, teraz liczyło się El Paso i jedna dodatkowa robótka, którą wykona z przyjemnością.

– Dokładnie sprzątnąć dom. Sprawdzić cały teren. Potem zamieniacie się i robicie kontrolę krzyżową. – Mimo, iż wszyscy wiedzieli co mają robić wolał to potwierdzić. Nie mogli popełnić żadnych błędów.
Należało pozbyć się wszystkich śladów ich obecności. Farma miała wyglądać dokładnie tak, jak się prezentowała zanim tu dotarli.

I będzie, a jedyna różnica polegać będzie na tym, że już nikt nie zobaczy jej wcześniejszych mieszkańców. Van ze zwłokami w środku miał spłonąć w sporej odległości od zabudowań. Żelazna zasada, by nie zostawiać świadków miała mieć teraz ekstremalne zastosowanie, ale nie było wyjścia. Tak zdecydował wcześniej Raoul. Żadnych zbędnych świadków.
Genialne w swojej prostocie.

Jedyną rzeczą, która miała ulec zmianie było dołożenie dodatkowego ciała do paleniska.

Ramon skinął głową, przywołując tym samym Gabriela. To on, razem z dwójką ich żołnierzy zgarnął Annę. I tylko oni mieli wyjechać z farmy żywi, chociaż jeszcze o tym nie wiedzieli. I dowiedzą się, ale za chwilę. W tej chwili miał coś innego do załatwienia:
– Nie przenosić podpałki do vana. – Cóż za określenie na trupy, ale niczym innym już teraz nie były.
– Wsadźcie tam tylko szeryfa. Nie musicie przesadnie uważać, ale ma być w stanie mówić. Muszę z nim chwilę porozmawiać.

Za tym poleceniem przemawiał czysty pragmatyzm. Możliwe, że Mallroya trzeba będzie przekonać, a z tym związane są uszkodzenia ciała. Różne. Człowiek wtedy z reguły mocno krwawi, a chciał zminimalizować konieczność ponownego sprzątania terenu.


Poza tym było coś jeszcze.

Instrukcje Raoula były proste. Do ostatniej chwili wszyscy mają myśleć, że ich trójka oddala się sama, a oni mają się rozproszyć. Dwa samochody i van. W jednym Gabriel z ludźmi, w drugim najemnicy, a van ze zwłokami zamienia się w ognisko. Wszyscy znikają, nie ma sprawy. Nikt nic nie słyszał, nikt nic nie wie.
Ale Raoul dodał do tego jedną rzecz:

– Nikt nic nie może powiedzieć.

A jedynym sposobem, by zapewnić sobie milczenie najemników było definitywne uciszenie zbędnych ludzi. Nie pierwszy i nie ostatni raz, kiedy coś takiego musieli zrobić.

Ramon postanowił najpierw rozprawić się z szeryfem, a potem dopiero zlecić Gabrielowi likwidację najemników.
Wszystkie trupy załadują do vana i spalą. W sumie nawet dobrze to wyjdzie, bo przy tej ilości niepowiązanych na pierwszy rzut oka zwłok, osiągnie chaos doskonały. Nawet po identyfikacji części ciał, przez dłuższy czas nie dadzą rady dojść, o co tu tak naprawdę chodziło. O ile w ogóle im to się uda.

– Jak spokojnie. Niby nic się nie dzieje, ale zupełnie jakby to była cisza przed burzą – pomyślał spoglądając w niebo.

Jeszcze nie pozwalał sobie na luksus planowania kolejnych kroków.

Najpierw Mallroy i pytania, na które musiał usłyszeć satysfakcjonującą odpowiedź.

– Już. – Gabriel pojawił się jak duch. Nadszedł czas na rozrywkę.

W pierwszej chwili zaśmiał się widząc siedzągo na podłodze furgonetki mężczyznę. Ci, którzy go zaciągnęli do środka, do serca wzięli sobie jego słowa i nie obeszli się z nim delikatnie. Na dobrą sprawę Mallroy wyglądał jakby stoczył kilka walk na śmierć i życie i tylko cudem wyszedł z nich zwycięsko.

Dziwne. Nie zauważył, by jego ludzie albo najemnicy mieli jakiekolwiek poważniejsze obrażenia, a ten facet nie był kimś kto nie umie się bronić. Pozwolił się bić? Nie, on nie był takim typem człowieka.

Poza tym może i był zmasakrowany, ale nie wyglądał na pokonanego. Widział już taki wyraz twarzy kilka razy. Gdy ktoś miał bardzo dobrą kartę przetargową.

Zaintrygowany przykucnął obok więźnia z odbezpieczoną bronią. Miał czas, by zacząć zadawać mu pytania, ale teraz zaciekawiło go jaki cel przyświecał szeryfowi by pozwolić tak się stłuc i przede wszystkim co mu zamierza powiedzieć.

– Ciężki dzień. – Zaczął.

– Faktycznie. I wygląda na to, że jeszcze się nie skończył. – Mallroy potwierdził, po czym przeszedł do sedna.

– Dogadajmy się – Ramon w pierwszej chwili nie zareagował, bo go zatkało. A potem zaczął się śmiać, w ten przerażający sposób, który go samego zawsze bawił, a jego ofiary przerażał. Joshua odczekał chwilę i spokojnie kontynuował:

– Każdy z nas ma to, czego chce drugi.

Czy spowodował to ton głosu, a może pewność bijąca od mężczyzny? Cokolwiek to było, Ramon spoważniał.

– Nie masz nic czego bym chciał.

Ktoś, kto nie ma niczego nie reaguje tak jak zareagował Mallroy. Lekko kpiący wyraz twarzy i słowa:

– Jesteś tego pewien? – zasiały ziarno niepewności w głowie Ramona.

Cisza nie trwała długo.

– Powiedzmy, że cię wysłucham, ale najpierw powiesz mi jedno. – Mallroy bez wahania skinął głową.

– Pytanie?

– Jak tu dotarłeś?

Joshua przez chwilę milczał. Ramon go nie popędzał – nie było takiej potrzeby, już wiedział, że usłyszy prawdę.

– Porwano Annę przy moim apartamencie i chwilę potem zabiłem w nim dwóch włamywaczy. Federalni wyłączyli nas ze sprawy. Nie mogłem działać formalnie, więc zrobiłem to co zwykle w takich przypadkach. Wziąłem sprawę w swoje ręce. Poskładałem pozyskane informacje …
Ramon przerwał monolog:

– Skąd pozyskane?

Mallroy się zaśmiał i ignorując pytanie Ramona, dalej kontynuował.

– … i zdecydowałem, które z nich mają znaczenie. A potem wybrałem jedną z możliwych opcji i tak znalazłem się tutaj. Banalnie proste prawda? I uprzedzę dalsze pytania. Nikogo nie informowałem co robię i nie uprzedziłem, gdzie jadę. Zdziwiony?

Tak, Ramon był zdziwiony, ale nie zamierzał się do tego przyznawać.

– Niby czym?

– Chociażby tym, że jestem taki szczery. W końcu teraz wiesz już wszystko, a w dodatku masz pewność, że nikt nie zbliża się z odsieczą. A może się zbliża? Nie, nie blefuję. W sumie nic nie stoi na przeszkodzie, byś mnie teraz zastrzelił. No może oprócz jednej rzeczy.

Ten sukinsyn był bezczelny i nic nie sprawiłoby mu większej przyjemności od pocięcia go na kawałki. Ale zbytnio zaintrygowało go, co mu chce zaproponować. Mimo całej tej sytuacji Mallroy nadal zachowywał się, jakby to on był wygranym w tej rozgrywce. Ciekawe co pozwalało mu tak myśleć.

– Masz rację. Cóż niby takiego mógłbym chcieć?

– Rodriguez.

Ramon nie drgnął, ale poczuł się jakby poraził go prąd.

– I co? Mam niby uwierzyć, że za obietnicę ocalenia życia, ty w ramach wdzięczności wydasz nam człowieka, którego nikt nie jest w stanie złapać od tak dawna? Po pierwsze trochę to nierówny układ, a po drugie wątpię by to było możliwe.

Mallroy nie dał się wyprowadzić z równowagi.

– Mylisz się. Po pierwsze wychodzisz z błędnego założenia, że jestem jednym z nich. Stróżem prawa, działającym zgodnie z jego literą. Prawym i porządnym. Możemy założyć, że tak jest, ale nie trzymałbym się zbyt kurczowo tej myśli. Ale dzięki temu kim jestem i kim byłem, mogę trochę więcej niż mogłoby się to wydawać. To po pierwsze. A po drugie, mam gdzieś moje życie. Interesuje mnie zupełnie coś innego i w zamian za to, wystawię wam Rodrigueza.

– Niby co? – zapytał Ramon. I zobaczył w oczach Mallroy’a coś znajomego; uczucia, które już wcześniej widział u kogoś innego. Niedająca się opisać miłość, przysłonięta potem nienawiścią, która była w stanie zmieść wszystko z powierzchni ziemi. I obietnica, że ten, kto ośmielił się wywołać te uczucia, gorzko za to zapłaci. A żeby tego dokonać, jest w stanie podpisać cyrograf z samym diabłem. Wiedział już co usłyszy, ale i tak drgnął, gdy Mallroy powiedział:

– Anna.

Ramon nie doszedłby do niczego w swoim życiu, gdyby nie podejmował niewygodnych decyzji. Podobnie było z podejmowaniem ryzyka.

A w tej chwili stał przed jedną z najcięższych z nich i w dodatku był podstawiony pod ścianą. Miał kilka minut by zdecydować, co ma zrobić.

Nie wątpił, że wszystko to co powiedział Mallroy było prawdą. Byłby w stanie dać im tego kurdupla. Tego pragnął nie tylko on, ale i Raoul.


Jednocześnie nie obchodziło go prawo i to, że będzie musiał je złamać. Zresztą chyba już to robił. Miał gdzieś, że byli przestępcami. Złożył ofertę. Bardzo dobrą.

Z drugiej strony cena jakiej za to oczekiwał, była naprawdę wysoka. Czy Raoul jest w stanie ją zapłacić? Czy on sam będzie w stanie to zrobić?

Nagle dotarło do niego, że gdyby nie ta kobieta, to wcale nie doszłoby do tej sytuacji. Nie naraziłby na szwank wieloletniej przyjaźni z Raoulem. Nie musieliby ratować jej głowy, czym narazili na niepowodzenie całą akcję związaną z rozwaleniem Rodrigueza. Kiedy do cholery przekładali czyjeś życie nad własne interesy?!

Nadal powstrzymywała go jedno. Co się stanie, gdy Raoul dowie się, że puścił wolno człowieka, którego miał zabić?

Zabić czy pozwolić żyć? Co będzie korzystniejsze? I co w razie czego będzie można zmienić?

W takich chwilach jak ta, umysł działał na najwyższych obrotach. Musiał wiedzieć teraz tylko jedno:

– Poradzisz sobie z jednym człowiekiem? – Mallroy skinął głową i podniósł odrobinę dłonie, eksponując kajdanki.

– Wolałbym bez tego.

– Da radę, ale wylądujesz w bagażniku – Mallroy ponownie skinął głową, potwierdzając, że nadal nie widzi problemów.

– Nóż? – Tym razem szeryf się uśmiechnął.

– Nic więcej nie potrzebuję.

Wtedy Ramon podjął decyzję. Nadeszła jego pora na monolog:

– Powinienem cię zabić. I powinieneś tu spłonąć. Razem z innymi ciałami. Problemem może być to, że jesteś w niejednej bazie rządowej i diabli wiedzą jakiej jeszcze. Znajdą stos spalonych trupów, zaczną sprawdzać DNA na wszystkim co tylko znajdą i ciebie wyłowią pewnie jako pierwszego. A nie chcę byś objawił się tak daleko od domu. To może kazać niektórym myśleć, że ostatnie wydarzenia w Bozeman, twój trup i inne zwłoki, mają ze sobą coś wspólnego. Nie chcę takiego zainteresowania. Nikt nie chce. Dlatego nie zrobimy ci krzywdy tutaj. Żadnych śladów krwi w vanie … – Ramon przerwał, by przyjrzeć się uważniej Mallroy’owi. Ten tylko mruknął: – Spokojnie, nic nie zabrudziłem. Jeszcze. – Najwyraźniej Ramon też tak uważał, bo kontynuował:
– … wrzucimy cię do samochodu, którym przyjechałeś. Do bagażnika oczywiście. Jesteś ledwie przytomny, nie związujemy cię, by nie zostawić niepotrzebnych śladów… Na twoim miejscu zacząłbym już wyglądać na takiego, którego nie trzeba dodatkowo unieruchomić. Taka drobna uwaga …  jeden z moich ludzi wywiezie cię daleko stąd. Sugerowałbym jakiś rezerwat w Montanie. Nawet wiem który. Nóż jest lepszy od kulki. Jak ta zostanie w ciele to znowu mamy kłopoty, a tych nie potrzebujemy. A ty i tak będziesz ledwie oddychał, więc to powinna być czysta formalność. Potem twoje ciało trzeba będzie ukryć w lesie. Ale jeśli ktokolwiek je znajdzie to będzie taki kompetencyjny burdel, że aż chciałbym być świadkiem tego cyrku. Policja stanowa, pewnie FBI, rada plemienna i wszelkiej maści oszołomy broniące praw mniejszości etnicznych. Nie dojdą do porozumienia nigdy. Piękne! Samochód porzuci gdzieś po drodze. Może w Ashland. Mój człowiek zniknie, jak to zwykł był robić. Tak, tak właśnie zrobimy. Jeśli jednak jakimś cudem ten scenariusz będzie miał inne zakończenie, to za dwa dni może coś przekąsimy. Tak około trzeciej robię się głodny, a w Phoenix mają rewelacyjne żeberka. Nie spotkałem jeszcze nikogo, kto przebiłby te podawane w Little Miss BBQ. W sumie myślę, że ten lunch powtórzę i następnego dnia, gdyby nie udało nam się zobaczyć za pierwszym razem.

– Jeśli nie zdążę? – Odpowiedź mogła być tylko jedna.

– To znaczy, że nie żyjesz. Nie lekceważ swojego oprawcy. Muszę uwiarygodnić, że dołożyłem wszelkiej staranności, by się ciebie pozbyć. Twój wóz poprowadzi naprawdę dobry żołnierz. I innej opcji kontaktu nie będzie. W Phoenix porozmawiamy sami. Może do tego czasu będziesz już coś wiedział. I nie narzekaj, bo mnie czeka trudniejsze zadanie. Gdy zobaczę Raoula Lazcanso, muszę go przekonać by mnie nie zabił.

** ** ** ** ** ** ** **
Bez przebaczenia – część VIII
Bez przebaczenia – część X

13 polubień
1768 Views

Poczytaj więcej

5 komentarzy

  • Ania19 maja, 2021 at 10:09 pm

    Ufffff… ta część Rodziny Lazcanso dosłownie parzy ❤ Nici układów i intryg są tworzone na najwyższym poziomie. Cieszę się, że znów pojawiła się postać szeryfa, i mogę tylko domyślać się, jaką “rewoltę” dokona. Rozpoczął się pościg za Anną i pytanie, który z dwóch mrocznych charakterów wyjdzie z tego pościgu żywy. Pięknie dziękuje za kolejny świetny rozdział. Z niecierpliwością czekam na kolejne bo Aniu… mam wrażenie że tu tyka jedna wielka bomba ❤👍

    Odpowiedz
  • Ania20 maja, 2021 at 8:11 am

    ❤❤❤❤❤❤

    Odpowiedz
  • Bea20 maja, 2021 at 8:35 am

    Mroczne Konspiracje tych dwoch nie wyjda nikomu na dobre. 🤔 kosci zostaly rzucone I co dalej….? Please nie daj nam dlugo czekac 😁😈

    Odpowiedz
  • Iwona20 maja, 2021 at 10:41 am

    Chyba się zaczynam bać o tę naszą Annę

    Odpowiedz
  • Pola28 maja, 2021 at 9:20 pm

    …zaczyna się rozkręcać…ale i tak kibicuje starej parze…

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Please enter your name. Please enter an valid email address. Please enter message.