O tym co zrobię gdy się już stąd wydostanę wolałam chwilowo nie myśleć. Zresztą w obecnej sytuacji to byłoby równe rozpoczęciu wydawania pieniędzy z wygranej w lotto, gdy nawet nie kupiło się losu.
Poza tym i tak znajdowałam się na granicy wytrzymałości i chyba tylko cudem nie spanikowałam doszczętnie.
– Jeden problem na raz. – Mruknęłam do siebie. – Ogarnij się, bo co jak co, ale liczyć możesz tylko na siebie. Narzekanie jaka biedna jesteś nic nie da, podobnie jak płakanie. Tu nie ma nad czym się zastanawiać, tylko jak najszybciej stąd uciekać.

Niby wszystko było jasne, ale miałam jeden drobny problem. Jak?
Teoretycznie miałam trzy opcje, z czego dwie od razu wykreśliłam.
Wydostać się mogłam tak jak szejk, ale raczej nikt mi śmigłowca z pilotem nie użyczy. Mogłam próbować uciec na pieszo, ale szans powodzenia nie miało to żadnych, a już zwłaszcza jeśli miałam tę ucieczkę przeżyć.
Pozostawała zatem trzecia i wychodziło na to, że również jedyna możliwość: samochód.

Wiedziałam czym, ale nadal nie wiedziałam jak.
Gdzie oni te wozy trzymają? I jak można nie tylko jeden z nich uruchomić, ale w dodatku wyjechać niezauważenie. Bo taranowanie bramy było chyba złym pomysłem. I ludzie – zarówno służba, ci żołnierze, których jak na moje potrzeby w momencie przybycia zauważyłam zdecydowanie za dużo, no i sam Cień.
Gdy tylko o nim pomyślałam, natychmiast przed oczami stanęło mi nasze ostatnie spotkanie. Jego dłonie dotykające mojej skóry, skupienie gdy szukał śladów po ukąszeniu i ta dziwna bliskość, która okazała się złudzeniem gdy wydał rozkaz by mnie sprawdzić. Był niebezpieczny i to jego powinnam obawiać się najbardziej ze wszystkich ludzi obecnie przebywających w tym miejscu.
Drgnęło we mnie chyba wszystko – od duszy po serce włącznie. Niepokój i strach wróciły, ale pojawiło się coś jeszcze.
Dlaczego czułam, że coś mi ucieka, coś szalenie istotnego?

Nagle mnie olśniło.

Przecież znalazł zakrwawione akcesoria w łazience i tym samym upewnił się, że błędnie mnie podejrzewał. Że nie jestem tak sprytna i mądra jak mu się wydawało, tylko jestem  “jedną z wielu zabaweczek”. I tym samym wyszło mu, że nie próbuję odsunąć awansów jego szefa, a rzeczywiście miałam pecha. Co za tym idzie, że jestem głupia i może to spowoduje, że mnie zlekceważy, a przynajmniej nie będzie aż tak bardzo na mnie uważał.

– Nic co jest głupie i zadziała, nie jest głupie. – Te słowa jakoś same wyszły mi z ust. Paradoksalnie pomógł mi właśnie Liam i jego reakcja, na to co odkrył. Gorzej, że plan który zarysował się właśnie w mojej głowie nosił wszelkie znamiona najbardziej kretyńskiego pomysłu na jaki dane mi było wpaść, ale w sumie nic innego do głowy mi nie przychodziło, a od czegoś trzeba było zacząć. Początek był względnie bezpieczny i jedyne co mogło się stać, to że uznają mnie za bezmyślną i nadętą lalunię.

Otworzyłam drzwi, po czym złapałam tacę z resztkami śniadania i wyszłam na korytarz. Byłam przygotowana, że za drzwiami ktoś pewnie jest, ale i tak widok stojącego tuż obok nich mężczyzny lekko mną wstrząsnął.
Cholera, czyli jednak jestem pilnowana!

Odetchnęłam głębiej i otworzyłam usta, nadszedł bowiem czas by zacząć ten cyrk i tym samym wszystkich utwierdzić w przekonaniu, że jestem niegroźna. Może uciążliwa, w sumie nawet może bardziej niż trochę.
– Nie chcę tego w moim pokoju. Ktoś to sprzątnie?! – Po czym postawiłam to pod nogami zdziwionemu mężczyźnie i wróciwszy do siebie, zamknęłam drzwi.
Błyskawicznie przylgnęłam uchem do drewna usiłując wyłapać co się dzieje z jego drugiej strony.
Cisza, cisza i gdy już byłam przekonana, że albo tu jest nad wyraz dobra izolacja, albo plan spalił na panewce usłyszałam przekleństwa.
Chyba, bo nic z tego nie rozumiałam, ale wypowiadany w taki sposób potok słów, modlitwą raczej nie był.
Dobra nasza – zatkało go najpierw, a teraz dał upust swoim odczuciom w stosunku do mojej osoby.

Czekało mnie teraz najtrudniejsze, bo nie wiedziałam czy dam radę zachowywać się w ten sposób przez dłuższy czas, ale natychmiast sama ustawiłam się do pionu.
– Dasz, dasz. A jak nie dasz to albo lądujesz w ramionach Omara, albo pod jego nożem. – Dzień sprzyja nadziei i pozytywnym myślom, ale obraz tego co zobaczyłam w nocy na szczęście nie zblakł. Wściekłość szejka, gdy pokrzyżowałam jego plany i twarz wykrzywiona w gniewie, jasno mówiły co grozi osobie, która go okłamie.
Usiadłam z nadętym wyrazem twarzy na jednej z puf i czekałam na kolejną wizytę, bo że nastąpi byłam więcej niż pewna.

Plan był teoretycznie bardzo prosty: musiałam znaleźć się w jakimkolwiek samochodzie będącym na miejscu i wyjechać bez zwracania uwagi kogokolwiek z bazy.
Aby to zrobić musiałam jednak dowiedzieć gdzie znajdują się wozy i jak się do nich najprościej dostać, odkryć kiedy jest przy nich najmniej ludzi, którędy wyjechać i co najważniejsze – musiałam spowodować, by wszyscy z Cieniem włącznie rzeczywiście zaczęli mnie lekceważyć i traktować jako niewart uwagi element krajobrazu.
Takie coś co jest i po prostu się tego nie widzi, albo wręcz nawet nie chce zobaczyć.
Mogło to być trochę upokarzające, ale albo chciałam ratować swój wizerunek, albo tyłek. Innego wyjścia chwilowo nie widziałam.

Przy takich rozmyślaniach czas biegnie szybko i ani się spostrzegłam, gdy w drzwiach ponownie stanęła ta sama kobieta co o po ranku, przynosząca tym razem na tacy lunch. Widocznie te owoce i przekąski znajdujące się w pokoju za pełnowartościowe jedzenie nie były uznawane.
Machnęłam ręką w najbardziej lekceważącym geście jaki udało mi się wykonać – po czym mogłam tylko obserwować jak nie patrząc już na mnie ani razu, kładzie tacę na stolik, kłania się i wychodzi.
Cóż, ta część planu gdzie uznają mnie za nadętą flądrę chyba była realizowana, ale nadal nie wiedziałam jak mam zrobić rekonesans.
Po skończeniu posiłku tacy pozbyłam się tak samo jak poprzednio, nie tylko po to by utwierdzić pilnującą mnie osobę, że ma do czynienia z niewychowaną idiotką, ale też by sprawdzić czy jestem jeszcze pilnowana i czy w razie czego jest to ta sama osoba co rano.
Miałam szczęście w nieszczęściu- był, ale ten sam człowiek. I bardzo dobrze, bo z nowym musiałabym zaczynać całe przedstawienie od początku, a tutaj pozostawało jedynie wzmocnić przekaz. Wzruszyłam ramionami i z przesadną pretensją w głosie zapytałam:
– Mam się powtarzać?! – po czym postawiłam z rozmachem tacę u stóp oniemiałego mężczyzny i tym razem trzasnęłam drzwiami.
Posada zmanierowanej najnowszej lali szejka, została niniejszym obsadzona.

Wymyśliłam jeszcze tylko, że muszę podtrzymać iluzję, czyli skoro mam okres to kosz w łazience musi się systematycznie zapełniać, a krew z powietrza się nie bierze. Z coraz bardziej bolącą nogą, bo jednak trochę nad tym trzeba było się napracować, siedziałam jak ten głąb, nie wiedząc co mogę dalej zrobić, by wydostać się z tej złotej klatki na mały rekonesans.
Pomógł przypadek.

Zawsze należałam do osób aktywnych, a jakikolwiek przymus odbierałam zdecydowanie negatywnie. A tu miałam to wszystko plus dodatki w postaci bezsilności, braku pomysłu na dalsze kroki, a to wszystko doprawione siedzeniem w zamknięciu bez możliwości wyjścia na zewnątrz. Noga dokuczała coraz mocniej i apogeum frustracji osiągnęłam kilka godzin później, gdy dotarło do mnie że tak mogą wyglądać moje dni do przyjazdu księcia. Zrobiłam z siebie kretynkę i ta część planu została zrealizowana w 100%, ale pozostała leżała i kwiczała.
– Boże, co ja narobiłam? – Zatchnęło mnie z przerażenia, gdy dotarły do mnie konsekwencje takiego zachowania.

W ten moment wstrzelił się Liam. Nudziło mu się, że postanowił w końcu do mnie zajrzeć? Widząc go wściekłam się – w sumie więcej było w tym strachu niż jakichkolwiek innych emocji.
A gdy się boję o atakuję.
Zresztą powód podsunął mi sam, pytając się sobie czegoś życzę. To, w połączeniu z lustracją mnie i pomieszczenia było wystarczające bym wybuchnęła.
Cała frustracja i strach znalazły ujście i mnie poniosło, a chyba siła wyższa włożyła mi w usta te słowa, które z nich wybiegły.

Owszem, życzyłam sobie i mu to dobitnie oznajmiłam.

I stał się cud – bo trzymając się jednocześnie uporczywie roli znudzonej flamy Omara, nie dość że utwierdziłam Liama w przekonaniu, że jestem niegroźna, to w dodatku on sam rozwiązał mój problem.
Początkowo z niedowierzaniem słuchałam co mówi, bo takie zrządzenie losu było nieprawdopodobne, ale darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda. Zwłaszcza takiemu – umożliwił mi bowiem pętanie się po forcie tam gdzie mam ochotę.
Może na odczepnego i uznając, że nic nie jestem w stanie zrobić, ale to było nieważne. To, co uznałam już za misję niewykonalną, okazało się jak najbardziej możliwe do zrealizowania.
A potem następował cud za cudem i znowu siła wyższa pomagała mi jak dzika, chcąc najwidoczniej zrekompensować wcześniejsze atrakcje, których nie powinnam doświadczyć.
W sumie nie tylko ja, ale żadna kobieta.

Pierwszą noc spędziłam z uchem przy drzwiach.
Na początku słyszałam co jakiś czas szmer, gdy stojący przy drzwiach wartownik zmieniał pozycję.
Kolejne szurnięcie nie dające się pomylić z niczym innych – musiał usiąść. Ale po usłyszeniu chrapania odmówiłam modlitwę.
Czyli niby mnie pilnowali, ale się nie przykładali.

A potem już poszło.
Nie wybrzydzałam, bo rozwiązania same pchały mi się do ręki. Bo jak inaczej nazwać to, że widziałam gdzie służąca odkłada klucze?
Albo trafiłam na moment, gdy jakiś żołnierz sięgał do podobnej skrzynki, zlokalizowanej tuż przy dziedzińcu. Gdy go minęliśmy to nic później nie widziałam, ale zdołałam jeszcze usłyszeć dźwięk odpalanego silnika. Szansa, że tam przechowywali klucze do wozów była ogromna. Musieli je mieć w jednym miejscu, by zawsze i dla każdego kto ich akurat potrzebował, były dostępne.
No to taką osobą byłam też ja.

Z jednej strony zdziwiłam się, że przy tak zaawansowanej technologii posługują się tu staromodnymi i najzwyklejszymi zamkami czy zasuwami, ale z drugiej strony to były bardzo stare zabudowania. Gdyby Omar wywiózł mnie do jakiegoś swojego pałacu to pewnie bym miała większy problem, ale to nie było miejsce schadzek. A przynajmniej nie standardowe miejsce schadzek.
Pewnie rzadko mu się zdarzało trafić na oporny materiał to i takiego odosobnienia nie potrzebował za często.
Ciekawe kiedy ostatni raz kogoś tu ściągnął? W sumie przedostatni, bo ostatnim byłam ja.

– Weź się uspokój! Skup się! – W duchu kopnęłam się w cztery litery, bo zaczynałam się dekoncentrować. Nie mogłam marnować czasu, sił i energii na takie rozważania zwłaszcza, że czas uciekał nieubłaganie.

Druga noc przebiegła tak samo jak pierwsza – z chrapaniem w tle.
Wtedy też odważyłam się zrobić mały rekonesans. Nie miałam na co czekać.
Drzwi na szczęście nie skrzypiały i na boso przeszłam niezauważenie obok śpiącego twardo mężczyzny.

Najbardziej interesowały mnie trzy rzeczy: ile ludzi pęta się o tej godzinie po forcie, czy przejścia pomiędzy poszczególnymi częściami fortyfikacji są zamykane i ostatnie, ale też najważniejsze – jak można otworzyć te ogromne wrota, które były jedyną drogą wyjazdową z tego miejsca.
Zauważyłam dwie osoby – tylko albo aż, przechodzące jednym z korytarzy. W kilku miejscach paliło się światło, ale co najważniejsze: absolutnie nie wyglądało to jakby spodziewali się zagrożenia. Zresztą kto im zagrażał? Nikomu by do głowy nawet nie przyszło, by źle pomyśleć o osobie z rodziny królewskiej i najwidoczniej dotyczyło to również związanych i będących pod jego rozkazami osób.
Co prawda uważałam, że mimo to powinni chyba trzymać jakąś wartę, ale to ja tak uważałam.
W końcu wojsko to wojsko, a nie zabawa w żołnierzyków, a ci najwidoczniej mają zbyt wielki luz. Albo może mają luz, bo nie ma Omara, a ja nie sprawiam problemów?
– Pogięło cię chyba, żeby się nad tym zastanawiać. – Wyszeptałam, bo dotarł do mnie poziom abstrakcji. Miałam problem z tym, że mnie nie pilnują, a raczej że Cień mnie nie pilnuje? Rzeczywiście mnie pogięło, bo nie wiem dlaczego ale poczułam się z tym źle.
I nie chodziło o wszystkich, chodziło o Liama.

Okazało się, że już nie wszystkie drzwi stały otworem, ale po chwili kluczenia po dziwnie połączonych korytarzach poradziłam sobie i w końcu stanęłam przed moim największym problemem.
Brama.
Nie tak ją odebrałam, gdy zerknęłam na dziedziniec w czasie popołudniowego spaceru. Wyglądała solidnie, ale z bliska bardziej przypominała te chroniące zamki, niż takie pustynne forty.
Była ciężka, pełna okuć, ale nie to mnie martwiło.
U góry miała zamontowane coś w rodzaju cylindrów i jasne się dla mnie stało, że do jej otwarcia potrzebne jest coś więcej niż siła ludzkich mięśni.
I pewnie bym pokusiła się o dalszy rekonesans, ale na mojej drodze stanął mały problem: świtało.
Już nie tak spokojnie wróciłam do siebie, bo uzmysłowiłam sobie, że fort zaraz zacznie budzić się do życia i podobnie może zrobić znajdujący się przy moich drzwiach wartownik.
To były minuty od chwili gdy zamknęłam za sobą drzwi sypialni do momentu, gdy usłyszałam ziewnięcie.
Czy coś usłyszał i dlatego się obudził?
Czy ktoś mnie zauważył?

Nie miałam odwagi umyć stóp po wieczornej wyprawie, za bardzo bałam się, że nietypowy hałas ściągnie kogoś do mojej komnaty.
Wskoczyłam do łóżka i z niepokojem oczekiwałam na to co się stanie.
Nie stało się nic.
To znaczy owszem – znowu przyniesiono mi śniadanie i znowu mogłam wyjść na spacer. Żadnej zwiększonej aktywności strażników wobec mnie, czy innych zachowań niż zauważyłam poprzedniego dnia.
I wtedy zaniepokoiłam się na poważnie, bo dotarło do mnie, że może nie boją się bo ta koszmarna brama jest nie do sforsowania, a tylko przez nią można się stąd wydostać?
Jeśli nie dowiem się jak ją otworzyć, to po mnie – czyli czekał mnie znowu nocny rekonesans.
Martwiło mnie jedno – to był drugi dzień bez snu i powoli zaczynałam odpływać.
Na podstawie wcześniejszych doświadczeń wiedziałam, że jestem w stanie wytrzymać maksymalnie dwa dni. Tyle czasu adrenalina trzymała w pionie mój mózg i ciało. Gdy kolejnej nocy organizm nie mógł odpocząć, najpierw wyłączało mi się to pierwsze, a potem z hukiem padało drugie, a na żadną wpadkę czy pomyłkę pozwolić sobie nie mogłam.
– Może jednak nie wyjdę dziś, tylko się wyśpię? W końcu do przyjazdu Omara pozostawało nadal kilka dni. – Gdy już zaczynałam się łamać i byłam bliska rezygnacji z nocnej wyprawy, dobiegło mnie chrapnięcie.
Inny wartownik niż poprzedniej nocy, ale do obowiązków podchodził tak samo.
Nie mogłam zmarnować takiej okazji.
– Spokojnie. – Mruknęłam. – Wyskoczysz na chwilę, rozejrzysz się o jak nic nie zobaczysz, od razu wracasz. – Po czym wymknęłam się cicho i ruszyłam znaną już drogą, w stronę dziedzińca.
Na karb zmęczenia kładę to co zrobiłam.
Doszłam bowiem do samochodów, wyjrzałam przez otwartą na oścież bramę poza mury fortu i przez chwilę podziwiałam ciągnące się po horyzont wydmy, albo raczej zarys tych położonych najbliżej. Nie wygłupiałam się z patrzeniem na gwiazdy bo zawsze byłam beztalenciem astronomicznym, ale księżyc świecił wystarczająco mocno, by ciemności przestały być tak całkowite.
Po czym odwróciłam się z zamiarem wrócenia do siebie i położenia w końcu spać, gdy dotarło do mnie co przed chwilą zobaczyłam.

Takiego cudu nie mogłam zlekceważyć. Nie wiem kto i czego zapomniał, ale wiedziałam jedno – coś takiego się nie powtórzy, a szansa że sama dam radę otworzyć to ustrojstwo była mała.
Czyli teraz albo pewnie nigdy!

Na chwilę mnie zamroziło. Nie byłam przygotowana, nie nastawiłam się, nawet się nie ubrałam odpowiednio!
Skalę mojego zmęczenia pokazało to, że cofnęłam się do swojej sypialni, by ubrać się w coś odpowiedniejszego.
Na szczęście mózg ocknął się częściowo w połowie drogi, gdy dotarł do mnie absurd tego co właśnie robiłam.
Niby co chciałam zrobić? Zamienić jedną luźną szatę na inną? Bo te ubrania, w których się tu zjawiłam zostały zabrane.
Bezsensownie przechodząc obok wartownika mogłam bo obudzić i tym samym stracić najprawdopodobniej jedyną możliwość by się stąd wyrwać. Ktoś mógł zobaczyć zobaczyć to karygodne niedopatrzenie i zamknąć bramę.

Rany boskie, dziewczyno! Spierniczaj stąd!
Zawróciłam akurat przy schowku z kluczami i nie zastanawiając się zbytnio zgarnęłam wszystkie do stojącego obok koszyka i zabrałam ze sobą. Jeśli ich brak mógł tych ludzi spowolnić to było to bardziej niż wskazane.
A potem zrobiłam jedną z głupszych rzeczy, bo dokładnie to samo uczyniłam z kluczykami z drugiej skrzynki – z tymi od samochodów.
Tym sposobem utknęłam pośrodku dziedzińca, wśród wozów, z wymieszanymi wszystkimi kluczami, nie mając zielonego pojęcia który klucz jest do jakiego samochodu.
Bo trochę za późno skojarzyłam, że jak nad haczykami są wymalowane farbą cyfry, podobnie jak na maskach samochodów, to może to mieć jakiś związek.
Jedynym wyróżniającym się samochodem był nietknięty farbą wóz którym mnie przywieziono. I wśród kluczyków był też jeden pilot.
Problem polegał na tym, że żeby wyjechać tym czołgiem, musiałabym przestawić kilka aut, a tu już mógł mnie ktoś zobaczyć.
Wyjścia nie miałam, wsiadłam do pierwszego samochodu stojącego najbliżej bramy, skuliłam się na miejscu kierowcy tak, by mnie nie było za bardzo widać i usiłowałam dopasować kluczyk.
Pierwszy, nie pasuje – wylądował na podłodze przy fotelu pasażera.
Podobnie było z drugim i trzecim. Przy czwartym zrobiło mi się niedobrze, piąty pasował.

Wyjechałam nie zapalając świateł i po prostu ruszyłam przed siebie.
Żebym jeszcze wiedziała, w którą stronę mam jechać.
Na gwiazdach się nie znałam, to że księżyc świecił to fajnie, ale nie miałam zielonego pojęcia co oznacza jego położenie, a co za tym idzie który kierunek jest tym właściwym. A nawet gdyby to i tak nic by mi to nie powiedziało, bo nie wiedziałam gdzie jestem.
O drodze nie było mowy, tu wszędzie był tylko piasek.
– Jak najdalej od fortu, a potem się coś wymyśli. – Jedyne co zrobiłam mądrze, to jechałam względnie wolno i praktycznie prawie od razu dziękowałam za to niebiosom.
Pustynia nie jest płaska – wiatr i piasek stanowią zdradliwe połączenie, malując coraz to nowe obrazy i kształtując teren wedle własnych, dzikich upodobań. Cały czas bałam się włączyć światła, nie wiedziałam bowiem kiedy przestanę być widoczna. To, że ja nie widziałam we wstecznym lusterku fortu, nie oznaczało że ktoś z fortu nie mógł zobaczyć mnie.
Czułam się jakbym ujechała wiele kilometrów, ale to mogło być złudne, zwłaszcza że mój środek transportu nie należał do najwygodniejszych. W sumie to był jeden z najbardziej spartańsko-surowo-siermiężnych samochodów, do jakiego mi było dane wsiąść.
Bolało mnie wszystko, czułam każdą nierówność terenu i doszło coś jeszcze.
Wcześniej byłam pchana przez zabójczą mieszankę adrenaliny, strachu i zaskoczenia – to spowodowało, że działałam jak w malignie.
Ale teraz organizm dotarł do granicy, za którą znajdowało się takie zmęczenie, że wszystko przestawało mieć znaczenie.
Nie liczył się ewentualny pościg, nie miało znaczenia że uciekałam, że w sumie to nie wiedziałam gdzie mam jechać, że jestem na pustyni i zagrożenie wcale nie minęło, a doszły do niego nowe niebezpieczeństwa.
I gdy zakiełkowała mi w głowie myśl, że może zatrzymam się na kilka minut, by chociaż na kilka chwil zamknąć oczy, to w tej samej sekundzie silnik zadławił się i zgasł.
Najpierw myślałam, że źle zmieniłam biegi.
Ale gdy mimo kilku prób, nie byłam w stanie odpalić samochodu znowu zrozumiałam, że do tych wszystkich problemów mogę dołożyć kolejny.
W tym koszmarnym samochodzie, skończyło się właśnie paliwo.

 

 

** ** ** ** ** ** ** **

Zła decyzja – część XV
Zła decyzja – część XIII

11 polubień
1442 Views

Poczytaj więcej

14 komentarzy

  • Lucyna6 lipca, 2020 at 2:56 pm

    Dziękuję za odcinek , super prezent na moje urodziny dzisiaj, uśmiech od ucha do ucha😍

    Odpowiedz
  • Iwona6 lipca, 2020 at 7:09 pm

    Jak zawsze super

    Odpowiedz
  • Jola7 lipca, 2020 at 12:46 pm

    Oj jak zwykle warto było tyle czekać😍😍😍super odcinek pomału wszystko zaczyna się wyjaśniać😍😍😍 cos mi podpowiada ,że Anna i Cień będą razem,że jej odnalezienie zakończy sie happy endem💖💖💖💖na twoje opowiadania zawsze warto czekać za to Cię Kochamy i uwielbiamy twoja twórczość😁😁😁

    Odpowiedz
    • Anna Valetta7 lipca, 2020 at 8:13 pm

      Dziękuję, rumienię się i pakuję się dalej na wakacje 😀

      Odpowiedz
    • Anna Valetta29 lipca, 2020 at 10:16 am

      Ups… na pewno happy end dla Omara. Tam jeszcze źle będzie się działo.
      Uwielbiam ten tekst i dziękuję. Odżałować nie mogę, że kilka lat temu dałam mu “odpocząć”.

      Miłego czytania i do przeczytania

      Odpowiedz
  • Martirio7 lipca, 2020 at 8:03 pm

    Jasne, pewnie, zostaw nas w takim momencie, niech się męczymy przez kolejne nie wiadomo ile… 😉
    Jeszcze chcę!

    Odpowiedz
    • Anna Valetta7 lipca, 2020 at 8:13 pm

      Nie będzie tak źle.
      Na 25 lipca (sobota) jest przewidziana Zła decyzja XVI, a to oznacza że XV część musi pojawić się niedługo

      Odpowiedz
    • Anna Valetta29 lipca, 2020 at 10:18 am

      Każdy moment nie jest dobry, ale zawsze mogło być gorzej. Już jest więcej, ale obawiam się, że komentarz będzie brzmiał:
      Jasne, pewnie, zostaw nas w takim momencie, niech się męczymy

      Do szybkiego ponownego przeczytania

      Odpowiedz
  • Sylvie9 lipca, 2020 at 2:26 pm

    Super 🙂 Już się nie mogę doczekać następnego odcinka🙂 Jak się sytuacja rozwinie, obstawiam jak w komentarzu do poprzedniej części 🙂 Będzie się działo 🙂🙂🙂

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Please enter your name. Please enter an valid email address. Please enter message.