Czuł, że coś jeszcze jest bardzo nie tak, ale zanim to określił, Asia przełączyła rozmowę.
Słysząc wypowiedziane słabym głosem:
– Halo? – odruchowo się przestawił.
– Piotr Karski.  – A potem był już w stanie tylko słuchać. Na początku głównie dlatego, że starsza pani miała słowotok i go najzwyczajniej w świecie nie dopuściła do głosu.
Słabość w głosie zniknęła, a kolejne zdania wybiegały z jej ust z zaskakującym tempie.

–  Piotrusiu, nareszcie… Zabiegany i zapracowany, tak nie można przecież …. Nie przyjmuję odmowy … Specjalnie przylatuję i nawet nie wiesz, jakie skandaliczne warunki … – Stwierdził, że odczeka chwilę, a potem grzecznie jej wyjaśni, że to pomyłka. Bo, że o babcię jego byłej nie chodzi był już pewien. Gdy się przedstawiał uzmysłowił sobie, że co jak co ale babcia powinna chyba pamiętać nazwisko wnuczki.
Już nabierał oddechu, gdy nagle urocza staruszka dodała:
– Już traciłam nadzieję. To ostatni szpital w Warszawie, gdzie jest chirurgia. Najpierw bałam się, że Piotrów będzie kilku i każdego z osobna będę się musiała pytać, czy to on jest tym tajemniczym chłopakiem, którego tak przed nami chowa. A tu proszę, jeden jedyny. Tak się obawiałam nawet, że może albo ja coś przekręciłam … – Nie słuchał dalej. Był pewien, że starsza pani usłyszała dokładnie to o czym teraz mówiła.

Gdyby nie doświadczenia z ostatnich miesięcy byłby przekonany, że może jednak i przekręciła. Ale to czego był nawet nie tyle świadkiem, co raczej aktywnym uczestnikiem wplątanym w idiotyczne intrygi pokazało mu, że kobiety są nieobliczalne. Kłamią, kręcą i oszukują, byleby tylko osiągnąć swój cel, a w intrygach coś takiego jak granica i przyzwitość są pojęciami abstrakcyjnymi.

Szlag go trafił, bo znowu stał się ofiarą jakiejś idiotki, która najwyraźniej w świecie wmówiła swojej rodzinie, że z nim jest.
W pierwszym odruchu chciał od razu sytuację wyprostować:
– Nie … – i nagle zmienił zdanie. Nawet gdyby powiedział prawdę, to pewnie ta intrygantka by się z tego wykręciła, a na to nie zamierzał pozwolić- … wyobrażam sobie jak mógłbym odmówić.

Odłożył powoli słuchawkę i z powrotem wylądował na kanapie.
Nie do końca wierzył w to, co się właśnie stało.
Trzymana w dłoni kartka z poznańskim adresem potwierdzała jednak, że to nie był sen i wieczór wigilijny spędzi w Poznaniu, w towarzystwie zupełnie obcych osób, z których jedną zetrze na pył.
Trochę to było nie po chrześcijański, ale jak tylko pomyślał o tym co ta Ania mogła jeszcze o nim naopowiadać to zaraz mu przeszło.

Prysznic był tym, czego potrzebował po powrocie do domu najbardziej. Odświeżony, usiadł przy kuchennym stole by nie tylko coś przekąsić, ale przede wszystkim móc przygotować się do jutrzejszego dnia.

Na kartce bowiem oprócz adresu pod którym miał się jutro zjawić, znajdowały się dodatkowe, na szybko zapisane podczas rozmowy notatki notatki. Niezwykle przydatne.
Zamierzał bowiem najpierw ostro się pobawić, bo nauczka musiała być wyjątkowo bolesna.

– Co my tu mamy? – Mruknął, usiłując dojść, co piszący miał na myśli. Sporządził jeszcze jedną listę, obliczył sobie, że ma czas do dwunastej, a potem niezależnie od tego czy zdąży wszystko ogarnąć czy nie, będzie musiał wyjeżdżać z Warszawy, po czym w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku położył się spać.

 

* * * * * * * * * * *

– Coś się stało? – Ten zbyt pozytywny ton nie dawał mi spokoju. Moja matka nie bywała miła, a już na pewno nie przy okazji takich kumulacji jak wizyta teściowej i święta w tej samej chwili. Coś naprawdę było mocno nie tak i siódmym zmysłem czułam, że mam w tym swój udział.

– Ależ skąd, wszystko w porządku. Ojciec pojechał po babcię, ja już sobie poradzę. Możecie dziewczynki zająć się sobą i przyszykować na wigilię. Dużo mi już pomogłyście, z resztą dam sobie spokojnie radę. – Wszystkie światełka alarmowe nie były zapalone na czerwono. One migały i wyły. Moja matka normalnie nigdy by tak nie powiedziała. Cokolwiek się szykowało na wieczór, miało to najprawdopodobniej siłę rażenia bomby.
Zerknęłam na Julkę i po plecach przebieg mnie dreszcz. Większość rzeczy spływała po niej jak woda po kaczce, ale tym razem wyraz jej twarzy można by było porównać do jednego wielkiego znaku zapytania. Nawet dla niej, która z reguły miała duży dystans do swojej matki i połową rzeczy się nie przejmowała, a reszty nie przyjmowała do wiadomości, takie zachowanie wykraczało poza dotychczasowe standardy.

– Oddychaj, spokojnie. Może to dotyczy Mareczka, a nie ciebie. Jesteś przewrażliwiona. Nie ma powodu, by skupiać uwagę na tobie. Masz pracę, chłopaka i wszystko jest tak jak powinno być! – Powtarzałam w myślach mantrę, która miała mnie uspokoić. Złapałam się tej myśli, jak ostatniej deski ratunku.

– To co zaprząta w tej chwili moją rodzicielkę, musi dotyczyć Mareczka. Może mu dofinansowują rozbudowanie gabinetu i oznajmią to z wielką pompą przy wszystkich? Taki prezent bożonarodzeniowy. Żeby babcia też widziała jak pięknie i hojnie wspierają swoje dzieci? Dokładnie! To jest to!

Strach i obawy mają to do siebie, że są jak hydra. Odcinasz jeden łeb, a w to miejsce wyrastają dwa kolejne.
Gdy tylko wyciszyłam obawy związane z dobrym humorem mojej matki, natychmiast prowadzenie przejęła babcia. Do wyboru miałam jej niezwykły talent w odkrywaniu przekrętów i wszelkie pytania, które może zadawać o mojego fikcyjnego gacha.
Jęknęłam, bo tego było trochę za dużo.

– Siostra, ty czy ja? – Ryk Julci wyrwał mnie z tego błędnego koła.
– Co się tak drzesz? Nie możesz normalnie? – Nie wyrobiłam. Każdy ma swój limit, a ja powoli zaczynałam zbliżać się do mojej granicy.
– To się ogarnij. Ostatnio reagujesz tylko na krzyk. – Co jak co, ale młoda nie dawała sobie w kaszę dmuchać. – Ty idziesz do łazienki teraz, czy ja? Bo co jak co, ale zamierzam dzisiaj lśnić, a do tego potrzebny jest czas. – Po czym spojrzała na mnie wymownie i dodała:
– Ty będziesz potrzebować go trochę więcej. Idę pierwsza.

Chryste! Jakim cudem, ja jej jeszcze nie zabiłam?

A to był dopiero początek.

Ze spokojem szykowałam strój na wieczór, rozmyślając jednocześnie jakim cudem nie zabijemy się wszyscy w czasie świąt.
Rodzice hołdowali tradycji, że dwa razy do roku – na Boże Narodzenie i Wielkanoc, rodzina musi być razem, a tym samym wszystkie dzieci i wnuki są pod jednym dachem. I to nie na kolację czy śniadanie świąteczne, tylko tyle ile trwają święta. Dom był potężny i każdy miał swój pokój, albo zajmował swój stary pokój – tym sposobem ja dzieliłam łazienkę o garderobę z Julką, a Mareczek zajmował swój dawny bunkier, znajdujący się vis-a-vis sypialni rodziców, a jego dzieci umieszczane były w jednym z pokoi gościnnych. Kiedyś matka ulokowała tam jego pociechy, ale chłopcy byli równie uroczy co pełni życia.
Nie powstrzymałam śmiechu, bo przypomniała mi się przypadkiem podsłucha na wtedy rozmowa rodziców:
– Kocham ich, bardzo. Ale nie zniosę tych diabłów obok nas ani minuty dłużej!

Cały ten cyrk wieczorem lokowany był na piętrze, natomiast babcia miała spać w pokoju gościnnym na parterze. Teoretycznie po to, żeby miała spokój. Za dobrze jednak znałam moją matkę, żeby nie znać prawdy. Sama musiała odpocząć od teściowej i chociaż przez część doby starała się ją mieć w większej odległości.

Czekały mnie teraz prawie trzy dni, dwie noce i dwa poranki – razem z moją kochaną rodzinką plus z babcią.
Drugiego dnia świąt będę wyjeżdżać. Już oznajmiłam, że muszę być następnego dnia w pracy, a to, że miałam urlop do 7 stycznia nikt wiedzieć nie musiał.
Kochałam ich, owszem, ale jakiekolwiek wolne dni spędzone z moją rodzinką miały to do siebie, że potem musiałam brać wolne by odzyskać siły i równowagę psychiczną.

A teraz? Mógł mnie uratować spokój, z ogromną ilością szczęścia bo bez tego marnie widziałam swoje szanse.

Bunia interesowała się moim życiem towarzyskim w równym stopniu co moja matka. Nie było rozmowy telefonicznej, w której nie dopytywała się o szczegóły naszego związku, tego jaki jest Piotr – generalnie o wszystko.
A tu zdarzył się cud numer jeden.
Gdy tylko z ojcem przekroczyła próg domu, tematem naczelnym stała się jej podróż. Co, jak, gdzie, z kim rozmawiała, z kim jej się nie udało porozmawiać, jakie było zamieszanie z jej bagażem.
Zupełnie jak nie ona. Jak długo to o czym mówiła nie dotyczyło mnie, miałam to totalnie w nosie.
W dodatku matka do niej dołączyła i dwie osoby, które stanowiły największe zagrożenie zostały wyeliminowane przez Lufthansę i warunki atmosferyczne.

Cudem numer dwa była Julia. Zbiegła z piętra tylko po to, żeby się przywitać i z powrotem poleciała do łazienki robić się na bóstwo. Po dobrej godzinie, gdy już nabierałam obaw, że epopeja lotnicza w końcu się wyczerpie i obie kobiety znajdą sobie nowy temat do rozmowy, zeszła i oznajmiając głośno:
– Biorę się za Niunię, trzeba z niej zrobić księżniczkę. – przy aprobacie całego towarzystwa, porwała mnie na górę.
– Dobrze się czujesz? – Przytomnie obsztorcowałam ją dopiero w naszej łazience.
– A co? – Młoda okazała się zdecydowanie za cwana. – Chciałaś tam siedzieć na dole, aż wsiądą na swojego konika? Tak ci pilno, by tłumaczyć z tajemnic swojej sypialni?
Pokiwała głową i podsumowała:
– No właśnie! – Boże, i kto tu był młodszą z rodzeństwa? – Ogarniaj się, a ja sobie pogram. Muszę być w formie jak przyjedzie Mario.

Włosy, twarz, makijaż. Rany boskie ile to trwało, ale nie było zmiłuj się i trzeba było na to poświęcić odpowiednią ilość czasu.
W pewnym wieku to co masz na sobie zaczyna być sprawą drugorzędną, przynajmniej teoretycznie. Aczkolwiek nie powiem, żebym w sukience zasugerowanej przez matkę czuła się dobrze. Prędzej nadawałaby się na randkę, a nie kolację wigilijną, ale wolałam się nie sprzeciwiać.
Rodzicielka miała zadziwiającą umiejętność błyskawicznego wskakiwania na niewygodne dla jej rozmówcy tematy, gdy robił coś wbrew jej myśli. A tym czymś w moim przypadku byłoby niewątpliwie założenie czegokolwiek innego.
Upięłam włosy, spojrzałam w lustro żeby ogarnąć całość i jęknęłam. Wyglądałam śmiesznie i groteskowo.
Zwiewna, eteryczna sukienka i oficjalna fryzura. To był jakiś koszmar.

Najgorsze, że nie miałam pomysły co mogę zmienić. Jedyne co mi przychodziło do głowy to suknia, ale to absolutnie nie wchodziło w grę.
– Julka!. – Rozpacz dźwięcząca w głosie była na tyle wyraźna, że młoda porzuciła konsolę bez żadnego stękania.
– Jezusiczku! – Zamknęłam oczy, sama wiedziałam, że to się nie nadaje do oglądania. Przez nikogo.
– Suknia zostaje. Co z resztą? – Ponownie spojrzałam na swoje odbicie w lustrze i jeszcze szybciej przymknęłam ponownie powieku.
– Mamusia? – Kiwnęłam tylko głową.
– Daj mi chwilę pomyśleć … – I na tym się skończyło. Silnik samochodu, krzyk, bieganie, głosy na parterze. To wszystko oznajmiło nam, że właśnie przyjechał Mareczek z rodzinką, czyli co jak co, ale czasu to nie mamy. Miałyśmy dosłownie chwilę, by coś ze mną zrobić i zejść razem na dół. Przyjazd Mareczka oznaczał, że zaraz siadamy do stołu.
– Gorzej nie będzie. – Nie wiem czy Julka chciała mnie pocieszyć, ale obawiam się że raczej podsumowała to co widziała. Rozpuściła mi włosy, zarzuciła na ramiona wydobyty z własnej szafy szal i klepnęła w pośladek.
– Chodź lalka. Będziemy siać zniszczenie i zgorszenie.

W pierwszej chwili nie ogarnęłam, że coś tych ludzi jest za dużo. Chłopcy trochę, bo trochę ale jednak wyrośli. Była babcia. Ojciec się kręcił.
I nagle w tym wszystkim objawił się stojący przy choince Mareczek z jakimś facetem. Wysoki, możliwe, że w wieku Marka, może i przystojny, ale co mnie to obchodziło? I przede wszystkim co on tu robił? Zdaje się, że to powinno być rodzinne święto.
Zanim zdążyłam się zdziwić wyraźniej, dopadła mnie matula:
– Kochanie, a pana Krzysztofa już znasz?

Jaki do cholery Krzysztof? Niby skąd? Przytomnie trzymałam język za zębami, pamiętając, że gdy byłam zbyt szczera obrywałam ostro rykoszetem.
– Nie miałam przyjemności. – Ostrożność! Za wszelką cenę ostrożność!
Przywitałam się grzecznie i nagle okazało się, że Mareczek zniknął, matka też, a ja zostałam sama z tym facetem.
Nie spodobało mi się to. Skoro braciszek z nim przyjechał to powinien sam zabawiać swojego gościa.
Zaćmiło mnie tak, że nawet nie pomyślałam jakim cudem matka się na to zgodziła.
Dobre wychowanie robi niestety swoje i zamiast po prostu odejść, tkwiłam jak ten kołek rozmawiając z mężczyzną o pogodzie, życiu w Warszawie i podobnych pierdołach.

Ulga, gdy padło hasło rozpoczęcia wieczerzy odeszła, gdy najpierw usłyszałam od obcego życzenia – w końcu jak wszyscy dzielili się opłatkiem to wszyscy.
– Szczęścia i spełnienia z bliską osobą. – No żesz, a co go to obchodzi. I jeszcze ten uśmieszek. Zaczynałam czuć się nieswojo. Miałam nieodparte wrażenie, że coś jest bardzo nie tak.
A potem mnie zatkało, bo okazało się, że miejsca przy stole są już rozdysponowane i siedzę przy tym człowieku.

Zanim zdążyłam zaprotestować, bo to już zakrawało na kpinę, wtrąciła się Bunia.
– Niunia, ale jak nie usiądziesz przy mnie? To ja po to lecę taki kawał drogi, by z wnuczką nie móc porozmawiać? Proszę już, natychmiast usiąść tutaj.

Z deszczu pod rynnę. Wiedziałam, że już nie uniknę rozmów o Piotrze. W tym całym kłamstwie jedna rzecz była dobra – powtarzałam to wszystko mojej matce tak często, że miałam każdy drobny szczegół wyryty w pamięci. Wolałabym babci nie okłamywać i z mocnym postanowieniem zachowania dyplomacji na jak najwyższym poziomie, zajęłam miejsce obok niej.
Co prawda to była szkoła babci – mówić w taki sposób, żeby nie kłamać. A to jak to zrozumie rozmówca, to już nie jest twoim problemem. Była więc spora szansa, że się zorientuje bardzo szybko, ale na to już nic nie mogłam poradzić.

Na początek porozmawiałyśmy o sałatce jarzynowej. Tej, którą zrobiłam z Julką w nocy.
Przy kupnych pierogach i rozmowy o nadzieniu zaczęłam się zastanawiać o co chodzi. Poddałam się przy kapuście z grzybami. Może babcia ma fazę kulinarną?
– Weź się kobieto nie martw! Jeszcze kompot z suszu jest do przerobienia. Wszystko byleby tylko nie rozmawiać o facetach. – W dodatku cały czas czułam się w jak pod obstrzałem, bacznie obserwowana nie tylko przez moją matkę i brata, ale i dodatkowego gościa.
O co tu do cholery chodzi?

Tylko jedna osoba mogła mi pomóc wyjaśnić tę zagadkę. Musiałam tylko wpasować się w odpowiedni moment.
– Stój! – Ojciec zamarł przy wejściu do łazienki. Bezceremonialnie wepchnęłam go do środka i zamknęłam drzwi.
– Co to za Krzysztof? Po co tu się teraz zjawił? I co ja mam z tym wspólnego. – To był jedyny sposób. Pytania zadawane wprost i bez owijania w bawełnę.
– Ee… – Przestępował z nogi na nogę, nie tylko dlatego że pytanie było niewygodnie. Zdaje się, że wizyta w łazience była z gatunku pilnych i nagłych.
– Dziecko. Ja muszę. Potem ci powiem.  – Bez takich. Im pilniej musiał zostać sam, tym była większa szansa, że powie mi szybko prawdę. Wszystko bylebym się odczepiła i jak najszybciej wyszła.
– Nie ma mowy. Nie wyjdę i dobrze wiesz, że będę tu stać tak długo aż nie powiesz mi prawdy.
Współczułam mu strasznie, ale czułam, ze w grę wchodzi moja skóra i w takich momentach zabawa się kończyła.
– Dziecko, znasz swoją matkę. – Poczułam jak drobne pazurki wpijają mi się w kark.
– Mów! – Wysyczałam i z przerażeniem stwierdziłam, że zaczynam przypominać moją matulę. Ojciec chyba doszedł do takiego samego wniosku, bo wyrzucił z siebie wszystko z prędkością karabinu:
– Twoja matka doszła do wniosku, że ten twój warszawski narzeczony, mimo iż lekarz, to się nie sprawdzi. W dodatku zatrzymuje cię w stolicy, a to strasznie daleko i ona tęskni. A Marek ma kolegę, też dentystę. Rozwodnik. No widzisz. Tak samo jak twój. Ale za to nasz, znaczy się lokalny, no wiesz, ten Krzysztof. ściągnie cię z powrotem do domu. Znasz ją. Jak sobie coś wbije do głowy to papież jej nie przekona. A on przystojny. Dziecko, nic więcej nie wiem. Wyjdziesz w końcu?

– Chryste Panie. – Pozwoliłam się wypchnąć z łazienki i przez chwilę stałam w milczeniu na korytarzu. Moja matka zwariowała i wciągnęła w to rodzinę. A może babcię też? To dlatego babcia nie pyta się o Piotra. Nie jest zajęta innymi rzeczami tylko nie chce rozpraszać mojej uwagi.
Mam poznać Krzysztofa. jego walory. Może nawet zaplanowali już rewizytę u niego w pierwszy dzień świąt?
Może za długo udawało mi się funkcjonować względnie szczęśliwie, a w życiu jest równowaga. Prawie cały rok był spokojny, to teraz mam kilka dni koszmaru jak się patrzy?

Tylko oddychaj! Oni nic nie wiedzą, a ojciec się nie przyzna co mi powiedział, bo matka go żywcem ze skóry obedrze.
Wrócić, udawać i może wrócić do Warszawy już jutro?
Usiadłam z powrotem przy stole, próbując zachowywać się tak samo jak przed przesłuchaniem ojca.
A w głowie szalał mi tajfun.
Ile z tego co namieszała matka, wiedział ojciec? Na ile kolega Marka był w to wplątany? Może już sobie wszyscy uzgodnili jak ma być? Żebym tylko nie zrobiła nic głupiego. Nie mogłam tylko przeżyć, że bunia też może być w to wmieszana.
Ten jej tajemniczy uśmiech był gwoździem do trumny.

Po zakończeniu kolacji pełna obaw czekałam na ciąg dalszy.
I słusznie.
Myślałam, że sobie podarują, ale nie. W tym roku za rozdanie prezentów odpowiedzialna byłam ja.
Nie ma nic bardziej krępującego, niż bycie obserwowaną przez wszystkich, podczas gdy wydobywasz spod choinki kolejny pakunek, sprawdzasz karteczkę i z uśmiechem zanosisz obdarowanej osobie.
W dodatku mamusia doszła do wniosku, że szal mi przeszkadza i sobie jeszcze krzywdę zrobię, po czym go zgarnęła.
Latałam więc w tej kiecce i rozpuszczonych włosach jak nimfa, zaciskając zęby by nie powiedzieć czegoś dosadnego, gapiącemu się na mnie Krzysztofowi.

Rąbnięcie pioruna w środek salonu, wywołałoby mniejsze zdziwienie niż dzwonek do drzwi.
– No co tak patrzysz synku? Otwórz, otwórz. To mój prezent dla Niuni. – Dawno nie słyszałam takiej radości w głosie babci. Chryste, kogo ona zaprosiła?

Są takie chwile, kiedy człowiek myśli że osiągnął dno, a to dopiero są bramy piekieł.
– Dobry wieczór. Przepraszam za spóźnienie, ale śnieżyc sparaliżowała ruch na autostradzie. W dodatku telefon mi padł. – Facet wszedł jak do siebie. Walizka i kilka toreb. Może i wyglądał nieszkodliwie, ale kto to do cholery był? W dodatku blondyn. Nienawidzę blondynów. Striptizer z prezentami? Ale na wigilię?

Wszyscy, nie wyłączając ojca, patrzyli na gościa jak na kosmitę. A nie, przepraszam. Babcie nie była zdziwiona. Ona podeszła do mnie i powiedziała.
– Kochanie. Wszystkiego najlepszego.  Myślałam, że się nie uda, ale okazało się, że zakochany mężczyzna na głowie stanie.  Dyżur nie dyżur, wszystko dla się załatwić. W prezencie ode mnie masz na święta swojego Piotrusia.

** ** ** ** ** ** ** **

Święta z piekła rodem – część II
Święta z piekła rodem – część IV

I mimo, iż kolejne święta dopiero przed nami to kilka podsyłam fajnych pomysłów na święta Bożego Narodzenia

 

 

** ** ** ** ** ** ** **

! Chwilowe problemy – komentarze mogę akceptować, ale nie dam rady odpowiadać. Wybaczcie, nadrobię tak szybko jak to możliwe, ewentualnie zbiorę i wrzucę na fanpage.

 

 

 

7 polubień
1615 Views

Poczytaj więcej

7 komentarzy

  • MariTH24 marca, 2020 at 7:15 am

    Ale się porobiło 😁😁 świetna część

    Odpowiedz
    • Anna Valetta28 marca, 2020 at 9:07 pm

      Hej MariTH!
      Dobrze Cię widzieć.
      No jak się kombinuje to potem trzeba się liczyć, że sytuacja może trochę wymknąć się spod kontroli 😀

      Odpowiedz
  • Gorgosia24 marca, 2020 at 11:18 pm

    Oj, aż piszczałam z zachwytu. Fajna historia się zapowiada!

    Odpowiedz
    • Anna Valetta28 marca, 2020 at 9:05 pm

      Dziękuję! Dzisiaj – mam tylko nadzieję, że zdążę opublikować przed północą, kolejna część

      Odpowiedz
  • Daria26 marca, 2020 at 8:48 pm

    Rewelacyjna część, nie mogę się doczekać następnych ❤️

    Odpowiedz
  • AnNo22 maja, 2020 at 7:51 am

    O Ja nie mogę… Hahaha świetna historia i się uśmiałam Hahaha idę czytać co będzie dalej 😂😂😂

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Please enter your name. Please enter an valid email address. Please enter message.