Delikatnie i starając się nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, oddałam mu telefon po czym zaczęłam szykować na podłodze swoje tymczasowe posłanie.
Jeśli ostatnio wątpiłam w swój młodzieńczy gust, który kazał mi wyposażyć mój pokój w gruby futrzasto-podobny dywanik, to teraz przyszło mi za to przeprosić. Poducha, koc i od biedy mogłam tak przespać jedną noc.
Pozostawał tylko jeden drobiazg:
– Jutro wracasz bo się pokłócimy czy musisz jednak zjawić się w pracy? – Wolałam to wyjaśnić od razu. Znając mojego pecha, to zostawienie tego na później mogło mieć opłakane skutki. Wszelkim podobnym katastrofom wolałam w tej chwili zapobiegać.

Piotr nadal siedział na łóżku i patrzył z trochę dziwnym wyrazem twarzy na swój telefon. W sumie bardziej pasowałoby określenie “tępym”, a nie “dziwnym”, ale wolałam nie wnikać dlaczego zdjęcie Julci i reakcja jego rodziców wywołały aż taką reakcję.
– Piotr? – Nie odpuszczałam, ale nie przyniosło to żadnych efektów. Facet się zawiesił.

Nie pozostawało nic innego jak zostawić go w spokoju. Trochę nim to wszystko musiało wstrząsnąć, ale może rano będzie bardziej w rozmownym i przede wszystkim lepszym nastroju.
Wzruszyłam ramionami, nakryłam się kocem i ostatnią myślą, którą pamiętam było:
– Zachowuje się strasznie sztywnie. Zupełnie jakby nigdy nie był w podbramkowej sytuacji.

A zasnęłam nadspodziewanie szybko. Nic dziwnego, w końcu taka dawka adrenaliny przemieszana ze stresem robi swoje.
Z reguły miewam dziwne sny i ten nie należał do wyjątków. Uciekałam przed stadem owiec. Nie wiem dlaczego, w końcu to sympatyczne zwierzątka. Może dlatego, że było ich wyjątkowo dużo.
W pewnym momencie nie mogłam już biec dalej, bo tuż przed moją twarzą wyrósł mur. Wysoki i gładki. Nim zdążyłam podjąć decyzję, czy biec w lewo czy prawo, owce otoczyły mnie półkolem i tym samym na amen zablokowały. Patrzyłam na nie zastanawiając się co zrobią, owce podobnie – to znaczy patrzyły. Za nic w świecie nie wiedziałam co kombinują. I nagle ta cała szarańcza się rozstąpiła, a w oddali ukazał się baran. Duży, sapiący i gnający na złamanie karku w moją stronę. Gdy zbliżył się, pochylił głowę jak do ataku. Wiedziałam, że to sen i z jednej strony byłam ciekawa co się stanie jak do mnie dobiegnie, ale z drugiej czułam niepokój. Po czym to bydle z całej siły walnęło mnie w żołądek.
Krzyknęłam, bo poczułam fizyczny ból połączony z naciskiem, zupełnie jakby ktoś z całej siły przyłożył mi w brzuch. Do tego wszystkiego doszedł huk, jęk mężczyzny i w tym momencie się obudziłam.
Cokolwiek się działo w śnie, znalazło odzwierciedlenie w rzeczywistości.
Ogromny ból brzucha i jęczący obok mnie mężczyzna nie chcieli zniknąć.
Na czworakach doczołgałam się do lampy i po chwili światło rozjaśniło wnętrze pomieszczenia, a przy okazji zrozumiałam co się stało.
Piotr musiał wstać do łazienki. Nic nie widział, bo opuszczone rolety antywłamianiowe, skutecznie blokowały dostęp jakiegokolwiek światła. Tu wszystko było zgaszone, a on pewnie nie chcąc mnie budzić stwierdził, że trafi po ciemku. W końcu to nie był zamek i plus minus wiedział, gdzie są drzwi do łazienki, ale przede wszystkim gdzie powinnam leżeć ja. W tym wszystkim nie uwzględnił jednej rzeczy.

Miałam dosyć koszmarną cechę, a mianowicie wędrowałam w nocy. Dosłownie. Im większe łóżko, tym miałam większy rozmach. Budziłam się w poprzek albo w nogach łóżka i jedynym ograniczeniem były albo wąski materac, albo ludzki bloker. Tu nie było ani jednego, ani drugiego.
Przesunęłam się, a Piotr po prosty na mnie wszedł.
Tym razem nie było subtelnego pukania Julci, a dosyć konkretne walenie w drzwi. Głos Mareczka był chyba słyszany również przez sąsiadów:
– Nie możecie się powstrzymać chociaż jedną noc? Tu są dzieci!

Zachowywał się tak, jakby jego dzieci wzięły się z próbówki.
Niespodziewany śmiech Piotra i szept:
– Całkiem możliwe.- Dał mi jasno znać, że ostatnią myśl musiałam wypowiedzieć na głos.

Tylko i wyłącznie dlatego, że szybko zasłoniłam usta dłonią, nie roześmiałam się na głos.
Coś się zmieniło.
Wróciłam na swoje poprzednie miejsce, Piotr po chwili też wrócił do łóżka i zgasił światło, ale było inaczej. Jakoś pozytywniej.
Ciszę znowu przerwał szept:
– Nie jest ci zimno? Mogę przejąć wartę podłogową. – Było mi całkiem wygodnie, poza tym cały czas czułam się zbyt winna by zgodzić się na taką zmianę.
Tym razem nic mi się nie śniło.

I oczywiście, że zaspaliśmy. Jakim cudem oboje, nie mam pojęcia, ale najgorsze że zastało nas walenie w drzwi i okrzyk Julci.
– Nie wchodzę, ale macie 10 minut na zejście na śniadanie. Potem wejdę i będziecie płacić kilka lat za moje wizyty u psychiatry.

Panika? To byłoby dużym niedopowiedzeniem. Wystrzeliliśmy jak z procy. Nie było mowy o żadnym krygowaniu się, czy dziwnych podchodach, za to koordynację mieliśmy na najwyższym poziomie. Zupełnie jakbyśmy brali wspólnie udział w takich akcjach od lat.
Jedno w łazience, drugie w tym czasie szykowało ubranie, potem szybka zmiana. Myślałam, że jeszcze zdążymy, ale ta młoda cholera dokładnie po 10 minutach otworzyła drzwi.
Byliśmy gotowi poza jednym drobiazgiem. Nie uzgodniłam z Piotrem co tak naprawdę dzisiaj ma się stać.
Wiedziałam, że muszę się go jak najszybciej pozbyć, bo im szłam dalej w las z tym kręceniem, tym była szansa, że więcej potworów znajdę. Niewinne kłamstewko zaczęło się przeradzać w mix hydry i meduzy. W miejsce jednego zażegnanego zagrożenia powstawało kilka nowych i to gorszych od poprzednika.

– Przetrwać śniadanie, nic nie mówić, nie pozwolić by Piotr mówił. A potem z nim porozmawiam, ustalimy co się stanie i wyjedzie z powrotem do Warszawy. – Aż jęknęłam, bo gdybyśmy przyjechali razem to moglibyśmy też tak samo wracać. No ale nie przyjechaliśmy.
– Bo kretynko, on nie miał prawa istnieć.

Jego wymówka nie była niestety moją. Matka mi nie odpuści, musiałam zostać i wypić chociaż trochę pianki z nawarzonego przez siebie piwa.
I tak dobrze, że w tym wszystkim nie trafiłam na jakiegoś wariata, albo że Piotr jakimś cudem się opanował i nie zrobił mi awantury. Spojrzałam na niego podejrzliwie, ale szedł obok mnie i wyglądał całkiem normalnie.
Nie. No po prostu miał pecha, że mu się tak zsynchronizowałam, ale to chyba przyzwoity facet.

Odetchnęłam, bo plan był dobry, miał ręce i nogi i to mogło się udać. Po czym weszliśmy do jadalni i powiedzieliśmy:
– Dzień dobry! – Wszystkim siedzącym przy stole, z Krzysztofem włącznie. Co on tu robił? W końcu rodzinne śniadanie świąteczne, powinno się odbywać w rodzinnym gronie.
Normalnie bym to jakoś skomentowała, ale warunki normalne nie były.
Tym razem na szczęście posadzono nas razem, ale nie do końca mieliśmy jak porozmawiać. Nawet szeptem.
Krzysztof wciągnął Piotra w rozmowę i po chwili dołączyli do nich tata i Mareczek. Ja dla odmiany zajęłam się jedzeniem uznając, że z pełnymi ustami nie powiem nic głupiego.
Mama rozmawiała z Julcią i Kamilą – żoną Marka, na temat jakiegoś obrazu. Monotonne to było, wróciłam do jedzenia.
A potem wpadło  mi w ucho o czym rozmawiali panowie i zmartwiałam.
Głównym tematem ich rozmowy byłam bowiem ja. A raczej tata z Markiem mówili, a Piotr z Krzytofem słuchali. Ten drugi z niedowierzaniem i pojawiającą się od czasu do czasu zgrozą w oczach, a Piotr z dosyć dużym zainteresowaniem.
Zamurowało mnie, nie na co dzień bowiem można usłyszeć jak rodzina wywleka przed obcymi, moje skrywane tajemnice i wpadki z dzieciństwa.
Wylewanie zupy do akwarium, żeby rybki też zjadły, czy przynoszenie do domu łupów, gdy w szkole podstawowej ogrywałam inne dzieciaki w pokera.
– Ale od kogo się tego nauczyła? – Piotr nie wytrzymał. Nie dziwię się, nikt by nie wytrzymał.
I jak grom z jasnego nieba spadł na mnie głos Buni:

– Ode mnie kochaniutki, ode mnie. – Była to szczera prawda. Rodzina do dzisiaj ze zgrozą wspominał chwile, gdy okazało się, że ich małe i niewinne dziecię nauczyło się liczyć, grając z babcią w karty. Skrzywienie było straszne, bo naprawdę dużo czasu zajęło mi ogarnięcie, że jest coś takiego jak “0” i “1”. Liczenie zaczynało się od “2” i było to tak oczywiste jak to, że słońce zachodzi na zachodzie.

Zostawiłam te wspomnienia na chwilę, bo bardziej niepokoiło mnie coś innego. Bunia słuchała wszystkiego za uważnie i o ile resztę mogłam lekceważyć, to o tyle z babcią trzeba było uważać.
– Pomożesz mi? – Nie wyjaśniając w czym, szarpnęłam Piotra za rękę i pociągnęłam go w stronę kuchni. Przez chwilę byliśmy sami, ale nie wiadomo jak długo ten stan rzeczy miał potrwać. Musiałam się streszczać.
– Kłócimy się, czy masz nagłe wezwanie? – Wysyczałam przechodząc do konkretów i chcąc mieć temat jak najszybciej z głowy. Niestety temat był innego zdania.
– Tak łatwo chcesz się wymigać? – Spokojny głos i uśmiech na twarzy mężczyzny zupełnie nie korespondował z usłyszaną treścią.
– Co?! – Nie wyrobiłam. Przecież powinien być żywo zainteresowany ewakuacją z tego cyrku. Nie wmówi mi chyba, że się tu świetnie bawi i zamierza zostać dłużej.
– Chcesz żebym zniknął? Musisz trochę bardziej się postarać. – Po czym złapał stojącą na blacie kuchennym miseczkę z sałatką i wrócił do towarzystwa.

Nie rozumiałam tego co się właśnie stało. Przecież go nie wykopię za drzwi. Niezależnie od wszystkiego to ja byłam w o wiele gorszej sytuacji i nikt inny tylko Piotr cały czas trzymał mnie w szachu.  Może i zasłużenie, ale nie zmieniało to faktu, że przecież powinien być żywo zainteresowany możliwością ewakuacji z tego domu wariatów.
– Wracaj do towarzystwa. Facet się z tobą droczy, bo zasłużyłaś na nauczkę, ale nikt nienormalny z taką rodzinką długo nie wytrzyma. – Ruszyłam śladem Piotra, chcąc ponownie usiąść przy stole. Musiałam słyszeć co on będzie mówił na mój temat, albo co jemu będą mówić.

Byłam w połowie drogi, gdy zauważyłam kilka rzeczy.
Najpierw dziwnie wesołą minę braciszka, która wyglądała trochę złowieszczo w zestawieniu ze zdziwieniem widniejącym na obliczu taty.
Piotra pochylającego się nad Bunią i nalewającego kompotu z suszu.

I Krzysztofa idącego w moją stronę. A potem ten baran powiedział:
– Jemioła! Tradycji musi stać się zadość! – I mnie pocałował. Oniemiałam, bo ostatnia rzecz której mogłam się spodziewać to całujący mnie tak namiętnie Krzysztof. Tak mnie zaskoczył, że byłam w stanie tylko zacisnąć usta i patrzeć z oburzeniem. Rzeczywiście obrona doskonała.
To była chwila, gdy pojawił się przy nas Piotr, sprawnie oderwał tego rozcałowanego erotomana ode mnie i powiedział:

– Tradycja, tradycją, ale proszę trzymać ręce z dala od mojej narzeczonej.

Zapadła cisza. Nie patrzyłam na nikogo poza Piotrem, a moje spojrzenie było jednym wielkim pytaniem krzyczącym:
– Co ci do cholery odbiło?!

Najgorszy był zaskoczony wyraz twarzy Piotra. Zupełnie jakby dopiero po fakcie dotarło do niego co zrobił i powiedział.

 

 

** ** ** ** ** ** ** **

Święta z piekła rodem – część IV
Święta z piekła rodem – część VI

11 polubień
1445 Views

Poczytaj więcej

15 komentarzy

  • Agnes27 kwietnia, 2020 at 5:31 am

    Dawno się tak nie uśmiałam. Dziękuję Aniu

    Odpowiedz
  • PAT27 kwietnia, 2020 at 5:38 am

    Dużo bardziej wolę to opowiadanie niż o Szejku 🤷‍♀️ zdecydowanie dużo bardziej… tamtego jakoś w ogóle nie czuje 🙄 za to tutaj wkręcam się w Pjotera dość szybko 😬😂 trochę mi przypomina Pana Doskonałego…

    Odpowiedz
    • Anna Valetta28 kwietnia, 2020 at 8:26 pm

      Bo to jest fajna komedia omyłek 🙂
      Akurat ja lubię i to i to, ale jak najbardziej rozumiem Twoje preferencje 🙂
      Każdy lubi coś innego i to jest fajne. A cieszę się, że jestem coś tak różnorodnego w stanie zapewnić 🙂
      Dziękuję

      Odpowiedz
  • Sylwia27 kwietnia, 2020 at 7:14 am

    Cieszę się na powrót tej wariatki 🙂 Piotr też nie jest bezpłciowy i bardzo mi się podoba jego charakterek. Mam nadzieję, że już wkrótce dostaniemy więcej próbek tego tandemu 😁

    Odpowiedz
    • Anna Valetta28 kwietnia, 2020 at 8:27 pm

      Ona ma po prostu pecha, pokręcony charakter, szaloną rodzinę i za bardzo boi się matki – stąd te alpejskie kombinacje 🙂
      Nie do takich rzeczy człowiek jest zdolny …
      I tak – w maju

      Odpowiedz
  • Martirio27 kwietnia, 2020 at 1:34 pm

    Zgadzam się z PAT, choć ja czekam głównie na Montanę. Potem to. A Szejk może zaczekać.

    Odpowiedz
    • PAT28 kwietnia, 2020 at 8:13 am

      O to to ! Taka kolejność mi się podoba 😬

      Odpowiedz
  • Anna Valetta28 kwietnia, 2020 at 8:28 pm

    Będzie i Szejk i Cień i Zła decyzja i Bez przebaczenia. I Azyl 🙂

    Odpowiedz
    • PAT28 kwietnia, 2020 at 9:36 pm

      … chyba ktoś tutaj zapomniał o szalonej Dentystce 🙉🙈🙊

      Odpowiedz
      • Anna Valetta28 kwietnia, 2020 at 9:59 pm

        Nie, nie zapomniałam 🙂 Tylko za dużo tekstów jednocześnie to nie jest dobry pomysł.
        Ostro chodzi po mnie Zła decyzja, Azyl się dobija, już są te Święta (mamy więc komedię dla poprawy nastroju) i oczywiście nasza seria (Diabeł – Montana – Bez przebaczenia).

        Jak tylko skończę Święta z piekła rodem, wchodzi Pechowa Ósemka.
        W kolejce czeka Gra i Pretty Man
        Plus jeszcze Anioły i Demony. Pomijam już Córkę Gubernatora, bo na ciekawy tekst z bukanierami w tle mam ogromną ochotę? A Outlander? Dużo tego 😀

        Odpowiedz
  • Jola29 kwietnia, 2020 at 11:33 am

    Oj było zabawnie😊już się nie mogę doczekać dalszych losów😉😉wszystkie twoje opowiadania są super i warto czekać ma dalsze losy bohaterów😘Super ,że przy twoich tekstach można się odprężyć i zresetować❤❤❤

    Odpowiedz
    • Anna Valetta30 kwietnia, 2020 at 10:43 pm

      Dziękuję Jolu. Taki mix – raz komedia, raz kryminał 🙂
      Ale my kobiety, kochamy takie urozmaicenia i relaks.

      Dziękuję! Cieszę się, że mogę dać coś co sprawia Ci taką przyjemność

      Odpowiedz
  • Lexi7 maja, 2020 at 3:53 pm

    Witam.
    Świetne opowiadania. Kiedy pojawi się kolejna część Świąt z piekła rodem.
    Serdecznie pozdrawiam.

    Odpowiedz
    • Anna Valetta7 maja, 2020 at 6:42 pm

      Witaj,
      na pewno w maju, ale możliwe że jeszcze nie doprecyzowałam tego w harmonogramie.

      W maju będą rządziły następujące tytuły:
      – Bez przebaczenia
      – Azyl
      – Święta z piekła rodem
      – Zła decyzja

      Odpowiedz

Zostaw komentarz

Please enter your name. Please enter an valid email address. Please enter message.