Tylko raz wrócił myślami do chwili, gdy podjął decyzję, by ją wyciągnąć z tego bagna.

Czy to było rozsądne? Absolutnie nie.


Najlepszym rozwiązaniem byłoby pozostawienie jej samej sobie. Niezależnie od tego kto by ją wziął w obroty, nie dowiedziałby się nic poza jedyną i oficjalną wersją. Anna Lazcanso jest wdową, która pochowała męża ponad rok temu. Z tym, że przesłuchanie przez FBI Anna przeżyje, a co do Rodrigo nie był tego taki pewien. A w tym wypadku nie liczyła się w dodatku śmierć, ale droga, która by do niej wiodła. Nie wątpił, że Meksykanin pokazałby jej czym jest prawdziwy ból. I to zrobi, bo tego, że to jednak ten kurdupel dopadnie ją szybciej, nie budziło jego wątpliwości. Działanie w majestacie prawa zawsze obniżało skuteczność i spowalniało działających w zgodzie z nim ludzi.

A on i Ramon? Ich interwencja mogła przekreślić wszystko. Cały misterny plan szlag trafiał, bo ratowali tyłek jego byłej kobiety.
Czy ta chwilowa wątpliwość spowodowała zmianę planów? Nie.
Wiedział, że jedyną osobą, która zdecyduje o tym, czy Anna ma żyć albo jak umrze, będzie on sam. Zadziwiające jak łatwo przyszło mu wcześniej zdecydować o jej losie i jednocześnie jak bardzo teraz nie chciał pozwolić tak naprawdę jej odejść.

Zawsze brał pod uwagę to, że coś może potoczyć się inaczej niż założył i dlatego był przygotowany na wiele scenariuszy – w tym na konieczność szybkiego wydostania się z Meksyku.

– Myśl! – Karty zostały bardzo mocno przetasowane, ale tylko zmienił się ich układ. Należało tylko je przełożyć i rozegrać partię tak, by ją wygrać. I zamierzał to zrobić. Celem było nadal pozbycie się Rodrigo i pokazanie innym, że z Ramonem są nieobliczalni i ich zemsta nie zna granic. A jedynym sposobem na pozostanie w jednym kawałku, było niemieszanie się w ich interesy.  

Z Ramonem skontaktował się jeszcze tylko raz, ale nie tylko po to, by potwierdzić dokładne miejsce ich spotkania. Wiedział już jak przełożyć karty.

– Jesteś chorym sukinsynem! – Przyjaciel wprost podsumował to co usłyszał. Raoul uśmiechnął się, bo rzeczywiście to co polecił było szalone. Albo takie mogło się wydawać na pierwszy, a nawet na drugi rzut oka. I o to chodziło. Nikt o zdrowych zmysłach nie urządza polowania na federalnych w ich własnym kraju, a on właśnie polecił to zrobić.

– Popieprzyło cię. – Na te słowa Raoul zaczął się śmiać. Bo czy handlarz bronią, który ratuje swój biznes zdobywa się na takie szaleństwo? Albo czy on, gdyby sfingował swoją śmierć, to nie siedziałby teraz cicho w ukryciu?

Ale głowa kartelu narkotykowego, której sypią się kanały przerzutowe i która usiłuje wgryźć się na cudze podwórko jest nieobliczalna. A Rodrigo właśnie nie tylko stracił fabrykę, ale ma motyw by dotrzeć do Anny. Nigdy nie działał subtelnie, a pośpiech i desperacja tylko pogarszały jego ocenę sytuacji. Jak najbardziej pasowała do niego próba dorwania Anny, a już na pewno taka czystka jaką właśnie polecił zrobić.
 
– Nie marudź. Będziesz się dobrze bawił. – Tego był akurat pewien. Ramon uwielbiał krwawe jatki, a właśnie dostał zielone światło, by urządzić pokazową rzeź, która pójdzie na konto Rodrigo.

– Fedsi się wściekną. Zresztą nie tylko oni, bo sam rozumiesz, że kilku lokalnych może też oberwać. Wszyscy rozpoczną polowanie. – I może zabrzmiałoby to źle, gdyby nie satysfakcja i radość, której Ramon nawet nie próbował ukryć. Zapowiadała się niezła impreza.

– Nie pierwsze i nie ostatnie, ale najważniejsze jest jedno. Przez ten czas, którego będziemy potrzebować, ich numerem jeden będzie nasz meksykański przyjaciel. – A potem dodał.

– Tylko pamiętaj. Anna finalnie ma być w jednym kawałku. – To było ostatnie co powiedział Ramonowi. Nie musiał tego mówić. Chciał.

Rozłączył się i przestał myśleć o tym co i jak Ramon zrobi. Ten miał do dyspozycji wystarczająco ludzi i był jednocześnie bardziej niż odpowiednią osobą, która mogła z powodzeniem wdrożyć tak szalony plan.

Gdy już znalazł się na obszarze Stanów, mógł dotrzeć do umówionego miejsca w mniej niż dobę, ale potrzebował tych kilku dni na coś jeszcze.
Nigdy nie polegał na jednym rozwiązaniu, a już na pewno nigdy nie polegał w stu procentach na innej osobie. Liczenie, iż jego zmartwychwstanie nie wyjdzie wkrótce na jaw było naiwnością i tym samym nadszedł czas, by uruchomić nieruszany wcześniej kontakt. Zbyt cenny, by wykorzystywać go w sprawach błahych. Bo to co się dotychczas działo, nie wykraczało poza normalne przeszkody i niedogodności związane z prowadzonymi przez niego interesami. Dotychczas nie było takiej potrzeby, ale czuł, że może on niedługo się przydać.

Biznes, który prowadził rządził się specyficznymi prawami, podobnie jak zasady, na których współpracował z wybranymi ludźmi. Najczęstszym argumentem były pieniądze i te otwierały większość drzwi. W niektórych przypadkach to strach był używaną w obiegu walutą. Nie liczyło się bowiem co ktoś mógł zyskać, ale co mógł stracić.
W kilku lojalność, gdy ktoś miał wobec niego ogromny dług wdzięczności.

A w tym konkretnym przypadku w grę wchodziły wszystkie te czynniki.
Nie uprzedził o swoim przyjeździe. Nie tylko dlatego, że oficjalnie nadal był trupem.
Po tym w czym temu człowiekowi pomógł, a już na pewno po tym jak ten objął to stanowisko, które objął, nie było możliwe by skontaktować się z nim w zwyczajny sposób.

Niepozornie wyglądający dom na przedmieściach Denver położony przy 35 wschodniej, zamieszkany przez zwykłą i niczym niewyróżniającą się parę staruszków. Mały zadbany ogródek, kwiaty wiszące na ganku, świadczenia emerytalne, które pozwalały na skromne, ale godne życie. Byli od czasu do czasu odwiedzani przez przyjaciół i rodzinę, ale pojawiały się też osoby, które po prostu im pomagały. John w tym wieku nie mógł już tak swobodnie operować młotkiem i szaleć po drabinie, a dach wymagał niekiedy napraw, płot przemalowania, albo mała altanka odświeżenia. Nikogo z sąsiadów nie dziwiło też, że tacy pomocnicy zjawiali się nie na kilka godzin w ciągu dnia, ale zostawali na dłużej, czasem nawet na trzy-cztery dni. W końcu staruszków męczyły takie wizyty, a w ten sposób można było szybciej wykonać i tym samym skończyć konkretną pracę. Przestali zauważać nietypowych gości u Grinchów, więc i tym razem nie zwrócili baczniejszej uwagi na samochód, który podjechał pod narożny dom. Wyłamał się jeden, ale to wynikało raczej z troski o seniorów niż było spowodowane ciekawością.

– Jak się masz Patrick? Wszystko w porządku? Awaria? – Patrick zostawił na chwilę gościa i podszedł do sąsiada.

– Jaka awaria. – Staruszek ciężko westchnął. – Margot w końcu dopięła swojego i zmienimy płytki w łazience na piętrze. Tyle lat mnie męczyła, że nie może znieść tej zieleni, a teraz trafiła się taka przecena. W dodatku Antonio ma chwilę i takiego cudu nie mogłem zmarnować. Kiedyś ta kobieta mnie wykończy. Rekompensują mi to tylko ci wszyscy dobrzy ludzie, na których trafiamy. I grzechy młodości. Muszę gdzieś za to odpokutować, wolę na ziemskim padole, a nie w piekle. – Odpowiedział mu śmiech, bo charakterek jego małżonki znany był wszystkim.

Nikt, kto nawet baczniej by się przyjrzał, nie rozpoznałby w fachowcu wnoszącym do domu kolejne pudła Raoula.
Nikomu nie przyszłoby do głowy, że ta para staruszków nie znalazła się tu przypadkowo, a już najmniej przypadkowy jest wybór tego domu. Okna pokoju gościnnego położonego na piętrze wychodziły na 35-tą Wschodnią Aleję. Rozpościerał się z nich piękny widok na znajdującą się po drugiej stronie łąkę i otoczony wysokim murem, szklany biurowiec. Tylko, że w tym konkretnym przypadku nie chodziło o to co mogli zobaczyć mieszkańcy domu, a co widziała z okien jedna z osób, której gabinet znajdował się na przedostatnim piętrze w północnym skrzydle biurowca i która przez najbliższych kilka dni miała w nim przebywać.

Przeróbka łazienki zajęła mu i Patrickowi cztery dni. Co jak co, ale niezależnie od tego co miało nastąpić, trzeba było zapewnić im alibi. Nawet gdyby on by wpadł, to Grinchowie pozostali by bezbronnymi i niewinnymi ofiarami, nieświadomie wykorzystanymi przez przestępcę.

Dopiero po skończeniu pracy, zrobił coś, co zamierzał powtórzyć jeszcze tylko kolejnego wieczoru. Zapalił kilka lamp, w tym jedną bardzo rzadko używaną, a dającą niesamowitą niebieską poświatę.

Tylko tak zainicjowany kontakt, był bezpieczny dla nich obu. Gdyby sytuacja była inna, światło paliłoby się już pierwszego dnia. Ale nie była. Niebieska poświata mogła pojawić się dopiero, gdy uzyskał pewność, że Ramon nie tylko już zaczął rozrabiać w imieniu ich meksykańskiego przyjaciela, ale że zaraz będzie mieć Annę.

Owszem – ryzykował, że ten kto ma zauważyć sygnał zrobi to za późno, ale z tym też się liczył. Pozostawało tylko czekać, na odpowiedź. Dostał ją następnego poranka. Nawet gdyby jej nie usłyszał, to wiedział, że mu o tym powiedzą. Niezbyt często bowiem zdarza się, żeby szycha z FBI traciła z tak głupiego powodu panowanie za kółkiem w drodze do pracy.

Zawsze był przygotowany i tak było i teraz. Zapakowanie do wozu poremontowych resztek, pożegnanie z Grinchami i przejazd do centrum Denver. Jak wszystko pójdzie zgodnie z planem, to dzisiaj zobaczy Annę.

Uwielbiał stare dzielnice. Klimatyczne budynki i multum dziwnych przejść, które nie zostały zlikwidowane nawet w wyniku przebudowy, czy kolejnych remontów.

O tym lokalu wiedział tylko on i jego człowiek w FBI. Zwykłe małe mieszkanie na wynajem, do którego można było dostać się zarówno z głównej ulicy, jak i korzystając z przejścia przez zaplecze w restauracji, znajdującej się przy sąsiedniej przecznicy.
A ten człowiek jadał w takich miejscach często i regularnie pojawiał się też i tutaj. Tak samo było dzisiaj.

Wczesny lunch z kilkoma kolegami z pracy, tylko że tym razem pod koniec posiłku zaczął się wiercić.

– Co James? – Jego zastępca zażartował. – Nadal dochodzisz do siebie po porannej przygodzie? Przynajmniej zwierzę ocalało.

Wieść o jego spektakularnym hamowaniu i parkowaniu w przydrożnych krzakach rozeszła się błyskawicznie. Część ludzi słysząc tę historię pukała się w czoło, ale większość – w tym głównie kobiety – tylko wzdychały. Ich rycerz na białym koniu, ukochany szef, znowu okazał się obiektem godnym podziwu. Prawie doprowadził do wypadku, bo przez ulicę przebiegał kot, a on przedłożył życie stworzenia nad uszkodzenie samochodu i ujmę na honorze. Przyjmował kondolencje z powodu kotów czyhających na niego na poboczu, ale tak naprawdę przejmował się tylko jedną rzeczą. To co zobaczył wczoraj pod koniec pracy, mogło być czystym przypadkiem i zbiegiem okoliczności, ale czuł, że niestety nim nie było.
Tylko jedna osoba mogła to zrobić, a ona według oficjalnych doniesień nie żyła.

Na początku sam nie wierzył w jego śmierć, zwłaszcza że po niej nastąpiła cisza. Bo tego, że śmierć Lazcanso odbije się na nim rykoszetem był więcej niż pewien.

Raoul nie był idiotą. Miał wielu wrogów przed którymi się umiał bronić, ale wiedział, że powinien wystrzegać się również przyjaciół. Jego śmierć byłaby wyzwoleniem dla zbyt wielu ludzi. Dlatego zadbał, żeby ewentualne konsekwencje, z którymi musieliby się zmierzyć po jego zniknięciu, były o wiele gorsze niż to co spotykało ich, za jego życia.
Tymczasem nie stało się nic. Pierwsze kilka miesięcy było gehenną. Każdy telefon, email, wiadomość o spotkaniu, widok współpracowników – to wszystko mogło oznaczać, że dowiedziano się o nim więcej niż ktokolwiek powinien.

A potem, gdy zaczął myśleć, że jest bezpieczny i gdy już był pewien, że jego koszmar się skończył, że odpokutował za to co i jak uzyskał – zadzwonił telefon. I jego stary druh, który osiadł w jakiejś dziurze w Montanie podał nazwisko, którego miał nadzieję nigdy już nie usłyszeć.

Teraz jedząc wczesny lunch z innymi agentami, zajadał się burgerem i powoli symulował narastające problemy gastryczne. Potrzebował kwadransa, w czasie którego nikt mu nie będzie przeszkadzał, a co jak co, ale żadnego faceta a już na pewnie nie szefa, którego czyści, nie odwiedza się w toalecie.
Po chwili wiercenie nabrało na intensywności i kilka minut później opuścił stolik i w pośpiechu udał się na zaplecze. Usłyszał tylko niewybredny żarcik, że może komórka by mu się przydała, bo trochę tam zabawi, ale to zignorował. Telefon zostawił celowo. Nie miał przy sobie nic co mogłoby potem utrudnić mu życie.

Tylko, że zamiast skręcić w jedną z odnóg długiego korytarza prowadzącą do męskiej toalety, przeszedł dalej i po chwili cicho wchodził po schodach sąsiedniego budynku. Miał kwadrans.

Ktoś go jednak usłyszał, bo gdy tylko zbliżył się do obdrapanych drzwi, te się uchyliły. Nie zwlekając wszedł do środka. Cokolwiek czekało na niego po drugiej stronie, nie pozwoli mu uciec.

Raoul zobaczył mężczyznę, gdy tylko ten pojawił się na podwórzu. Tych kilka minut, których ten potrzebował, by dotrzeć do niego, spożytkował na jeden, krótki telefon.

Wybranie numeru, szyfrowanie, w końcu połączenie i tylko jedno słowo:

– Teraz. – Po czym się rozłączył.

Broń miał przy sobie zawsze, ale tym razem nie musiał z niej korzystać. Jego gość nie stanowił zagrożenia, a przynajmniej jeszcze nie.
Cień uśmiechu pojawił się na twarzy Lazcanso, gdy mężczyzna go zauważył. Rzadko zdarzało się, że Webster nie panował nad sobą, ale teraz nie było czemu się dziwić.
Diabeł zmartwychwstał, a to że na niego patrzył oznaczało tylko jedno. Gigantyczne komplikacje.

Skinął głową na powitanie i przeszedł od razu do konkretów.

– Po co się nią zainteresowaliście? – Nie zamierzał przejmować się drobiazgami i tłumaczeniem kim jest kobieta, o którą właśnie zapytał. Zresztą James doskonale wiedział o kogo chodzi.

– Nie my. Nie ja. Zaczął ktoś inny, ale u nas zawsze ktoś patrzy i słucha. Nie byłem w stanie tego wyciszyć. Wiesz dobrze, że sprawdzano wszystko co wiązało się z twoją śmiercią. I było cicho, dopóki ktoś nie zainteresował się nią.

– Kto? – Po kolejnym pytaniu zapadła cisza. A potem Webster zaczął mówić, a każde jego kolejne słowo podobało mu się coraz mniej. Było gorzej niż przypuszczał. Przypadek, pech? Cokolwiek to było nieprzemyślane działanie zbiegło się w czasie z błędnymi decyzjami. To już przebolał. Za to interesowało go bardziej coś innego.

– Zawodowo czy prywatnie? – Przedłużająca się cisza zirytowała go.

– Ten Mallroy interesuje się nią zawodowo czy prywatnie?

Widać było jak na dłoni, że James zastanawia się jak ubrać odpowiedź we właściwe słowa. W końcu się poddał.

– Wydaje mi się, że z obu tych powodów.

Nie musiał wiedzieć nic więcej. A już na pewno nie od Jamesa. Pozostało mało czasu, a miał do powiedzenia jeszcze jedną niezwykle ważną rzecz.

Webster w pierwszej chwili patrzył na niego jakby stracił rozum. Po chwili do niego dotarło czego się od niego oczekuje i że jest to szalone, ale wykonalne.

– Tylko nie mów, że tego nie da się zrobić. Dostaniesz wszystko co potrzebne, żeby pokierować śledztwem w ten sposób. A gdyby przyszło ci do głowy, że nie, to pamiętaj, że dopóki będziesz zachowywał się tak jak powinieneś, nie tylko postaram się nie narobić większych szkód, ale i nikt się nie dowie, że za umieszczeniem cię na tym stołku stoję ja.


Nie czekał, aż Webstera odblokuje. Zostawił mężczyznę w mieszkaniu i wyszedł na ulicę, wsiadając do czekającej na niego taksówki. Jazda do centrum handlowego zajęła niecałe dwadzieścia minut, a po kolejnym kwadransie siedział już w czekającym na niego na parkingu srebrnym sedanie.

Sześć godzin. Tyle zajmie mu dojechanie do miejsca, gdzie umówił się z Ramonem. I gdzie będzie już czekała na niego Anna.

Jamesa z letargu wyrwało trzaśnięcie drzwiami. Musiał się uspokoić, ale równie dobrze mógł to zrobić w restauracyjnej toalecie.

Dopiero, gdy zamknął za sobą drzwi kabiny, pozwolił sobie na luksus i zaczął analizować co się właśnie stało i czego się dowiedział.

Lazcanso żył. Jakim cudem? Nie wiedział, ale to nie miało znaczenia. Żył i nadal rozdawał karty. On zobaczył tylko kilka z nich, ale czuł, że naprawdę znaczenie ma tylko jedna, ta znajdująca się teraz w Montanie.

Pozostałych nie pojmował.

Dlaczego Raoul sfingował własną śmierć?
Po co jego wspólnik zaczął układać się z meksykańskim kartelem?
Dlaczego w taki sposób pozbyto się Anny Lazcanso?
Jakim cudem chcą spowodować, żeby cały jego zespół był nie tylko nadal przekonany, że Lazcanso nie żyje, ale w dodatku wszystko będzie w stanie przypisać Meksykanom?

I wtedy drzwi łączące się korytarz z łazienką otworzyły się z hukiem i usłyszał głos Nicka.

– Mamy czerwony kod. – Zmroziło go. To oznaczało jedno. Ktoś nie tylko zaatakował, ale i zabił jego ludzi.

Działali błyskawicznie. Nie było miejsca na szok. Jeszcze nie.
Liczyły się tylko suche fakty. Emocje zawsze przeszkadzały i skutecznie hamowały skuteczność.

W tym samym czasie nastąpiły dwa, pozornie niepowiązane ze sobą ataki.

Oberwała ekipa, która była na Kajmanach. Wylądowali w Forcie Lauderdale, ale nie dotarli do biura.

– Gdzie ich znaleźli? – Wiadomość, że większość części w jednym miejscu nie pomogła.

– Nie ma głów, a te resztki… Chyba ilość dłoni się zgadza. Badania DNA i oczywiście szukają dalej. – Janet nie wchodziła w szczegóły, ale nikt nie miał jej w tej chwili tego za złe. Osoby, z którymi rozmawiali jeszcze kilka dni temu już nie istniały. Nie tylko jako ludzie, ale i ciała w jednym kawałku. To co chce wiedzieć będzie miał w raportach.

Kilkanaście minut wcześniej wszedł meldunek o innej masakrze. Dostali ci, którzy wykańczali sprawę niedawno odkrytego kanału przerzutowego narkotyków z Meksyku. Przez lata nikt nie wpadł na to, że narkotyki są przemycane w oponach samochodów produkowanych u ich sąsiadów. Durny przypadek, a raczej wypadek w meksykańskiej fabryce i wpadli na trop. Pomagali DEA, ale tylko ze względów proceduralnych, bo normalnie nie powinno ich to interesować. Oberwali wszyscy, którzy byli na miejscu – nie tylko oni, ale ekipa z DEA również.

Skończyli w taki sam sposób – pocięci piłami. Poszarpane resztki walały się po całym hangarze. Tu dostali zdjęcia.

– Boże! Przecież to rzeź. – Nick nie wytrzymał.


Na pierwszy rzut oka nie łączyło tych spraw nic poza jednym – sposobem w jaki ci wszyscy ludzie zginęli.

Webster stał w milczeniu obserwując swoją ekipę, ale co chwilę wracał w myślach do tego, co usłyszał kilkadziesiąt minut temu od Lazcanso.

„ … postaram się nie narobić większych szkód …”
„ … dopóki będziesz zachowywał się tak jak powinieneś”.

Czy to o to mu chodziło? Czy to Lazcanso stał za tymi masakrami? A może miał na myśli coś innego?

I już otwierał usta, gdy ubiegła go Janet. Nagle spokojny głos spowodował, że w gwarnym i pełnym emocji pomieszczeniu zapadła cisza.

– Te sprawy są powiązane. Popełnili błąd zabijając ludzi w ten sam sposób, ale są tak pełni arogancji, że w końcu musiało ich to zgubić. Od miesięcy wiemy, że DEA robi coraz większe postępy i przyciska Rodrigo. Zresztą nie tylko oni robią mu złe rzeczy, bo inne rodziny też postanowiły uszczknąć coś dla siebie. O pokazówce w Hermosillo nie mówię, bo ktoś mu narobił pośrodku jego własnego podwórka i prawie poprosił o papier. Z jednej strony ostro walczy o odzyskanie wpływów, ale też się rozgląda za nowym biznesem. Przecież z rok temu jak sprawdzaliśmy tego handlarza bronią, to też dlatego tak dokładnie, bo zginął w dziwny sposób. To nie był wypadek, a teraz wszystko pasuje. Przecież wiemy, że Rodrigo spotykał się z Estebezem. Nie jest dla was oczywiste, że przygotowuje się do wejścia w handel bronią? Usunął jednego, dogada się z drugim. No to mamy: naszych na Florydzie załatwił, bo może odkryli za dużo. Nieważne, że przekazali raporty, liczyło się ukaranie. Podobnie z kanałem przerzutowym. To pokazówka mająca nie tylko postraszyć, ale może i pomóc coś ugrać.

– Ale co wywołało taką reakcję teraz? Przecież Lazcanso zginął dawno. – Nick oprzytomniał i zadał pytanie, na które odpowiedzi James wolałby nie usłyszeć. Niestety ktoś jej udzielił.

– My. A raczej nasze nietypowe zainteresowanie osobą, która nic nie znaczy. Albo wydaje się nam, że nic nie znaczy. Byłą żoną Raoula Lazcanso. To dlatego Rodrigo zaatakował. Przez przypadek weszliśmy tam, gdzie nie powinno nas być i to nasze działanie było katalizatorem.

I wtedy rozpętał się chaos, bo zaczęli mówić wszyscy jednocześnie.

Webster w milczeniu obserwował to co się działo. Te masakry była bardzo bolesną lekcją. Był już pewien, że kto za tym stoi. I, że to nie Rodrigo zaatakował, ale Lazcanso rozpętał wojnę. Właśnie dowiedział się, jak wyglądają „szkody” według Raoula. Miał teraz wybór – to był właśnie ten moment, gdy musiał zdecydować, czy posłucha i zagra tak jak mu każą, czy nie.
Posłuszeństwo oznaczało, że Lazcanso wyjdzie obronną ręką i ta rzeź ujdzie mu płazem. Ale nie tylko. Posłuszeństwo oznaczało, że z jego ręki nie zginie celowo nikt więcej. Nie z jego ludzi. Nie chciał ich narażać tylko po to, by przekonać się czym dla Raoula były „większe szkody”. Wysadziłby ich w powietrze?
Przerażające było też coś innego – ten człowiek był mistrzem manipulacji i perfekcyjnie ich wszystkich ogrywał. Jego bystry zespół sam dochodził do wniosków, które przedstawił mu Lazcanso. Nie musiał nikogo naprowadzać na trop, bo wypatrzyli przynętę i połknęli ją w całości.


Nie potrafił tylko zrozumieć jednego.
Jeśli ten człowiek jest takim bezwzględnym sukinsynem, to dlaczego jego żona cały czas żyje?

A potem zadziałały skojarzenia.

Anna Lazcanso
Bozeman
Joshua Mallroy

I się odezwał:

– Czy ktoś od nas w ogóle jej pilnuje?



** ** ** ** ** ** ** **
Bez przebaczenia – część V
Bez przebaczenia – część VII (premiera wkrótce)

13 polubień
2020 Views

Poczytaj więcej

22 komentarze

  • Agnes26 grudnia, 2020 at 7:21 pm

    Nienawidzę go i kocham. Wyprałaś mi mózg!!!!!!!! #teamraoul

    Odpowiedz
    • Anna Valetta28 grudnia, 2020 at 7:41 pm

      Moje serce jest rozdzielone. Jeśli kiedykolwiek uważałam, że serce nie może być rozdarte pomiędzy dwóch mężczyzn, tak musiałam zmienić poglądy.

      Odpowiedz
  • Ania26 grudnia, 2020 at 8:25 pm

    Dopiero 6 rozdział, a trzeci tom już miażdży ❤😈😈Z Raaulem nigdy nie było przelewek ale teraz…. Diabeł prosto z piekła w pełnej odsłonie, który kusi głębią mroku….. #teamreaoul na zawsze ❤

    Odpowiedz
    • Anna Valetta28 grudnia, 2020 at 7:46 pm

      Pierwszy tom zaczął powstawać ponad 8 lat temu, a finalnie napisany został sześć lat temu. Ewoluują bohaterowie, ewoluuje moje podejście i diabły w końcu wyszły z piekła. W każdym znaczeniu tego słowa.
      Diabeł jest do bólu prawdziwy, nie ma w nim ze szlachetnego rycerza na białym koniu, jest okrutny – ale i tak tu oszczędzam Wam szczegółów … a kusi, nie powiem. Kusi.
      I może skusi.

      Odpowiedz
  • Ania26 grudnia, 2020 at 8:48 pm

    Głębia mroku Raoula po prostu pochłania… Kusi, oplata niczym bluszcz i nie wypuszcza ze swych szponów. Nigdy nie chcę się uwolnić spod tego diabelskiego uroku ❤❤❤ Aniu, rozdział mega i choć to dopiero szósty rozdział trzeciego tomu, to już miażdży 😈😈Dziękuje ❤

    Odpowiedz
  • Aricca26 grudnia, 2020 at 9:15 pm

    OMG 😍 tęskniłam 😍 jak ty to zrobiłaś, że stworzyłaś postać, która może zrobić wszystko a ja i tak jej wybaczę i usprawiedliwię? #teamRaoulforever

    Odpowiedz
    • Anna Valetta28 grudnia, 2020 at 7:48 pm

      Me too!!!! I myślę, że Diabeł też się stęsknił.
      Ale uważaj co mówisz i czego sobie życzysz. Jemu naprawdę będzie co wybaczyć. Poważnie zastanawiam się nad jedną rzeczą … ale nie zrobię Wam tego tu

      Odpowiedz
  • Aricca26 grudnia, 2020 at 9:18 pm

    OMG 😍 tęskniłam 😍❤️😍
    Jak to zrobiłaś, że stworzyłaś postać której jestem w stanie wybaczyć wszystko?
    #teamRaoulforever

    Odpowiedz
  • Jola26 grudnia, 2020 at 10:57 pm

    Rozdział super 😍Wraca Diabeł w całej krasie i pokazuje na co go stać ,zaczyna
    się robić gorąco.. 😍😍😍 Tęskniliśmy za Raulem 💖💖💖już się nie mogę doczekać kolejnego rozdziału 😍😍😍

    Odpowiedz
    • Anna Valetta28 grudnia, 2020 at 7:50 pm

      Nie da się ukryć, że zrobił niezłe wejście 🙂
      I tak właśnie próbowałam przysiąść do Świąt, ale …. 😛

      Odpowiedz
  • Ania27 grudnia, 2020 at 12:12 am

    Kochana…. Rozdział wymiata…. Ale jak Anna zobaczy Diabła, to powinna mu ogon urwać za ten cały cyrk… Najgorsze, że teraz wszyscy na nią polują…. Raul Ramon Rodrigo szeryf FBI i cholera wie kto jeszcze…. Ale zabawa w kotka i myszkę się zaczęła…. Czekam na CD.
    Buziaki 😘😘😘😘😘😘😘😘

    Odpowiedz
    • Anna Valetta28 grudnia, 2020 at 11:32 pm

      Pamiętasz jak się kończy Montana? A przynajmniej ta wersja na Skrywanych? 🙂

      Odpowiedz
  • xwifeofpablox27 grudnia, 2020 at 12:43 am

    Raoul, jak zwykle otworzył bramy piekieł. 🖤🖤🖤
    “Niech stanie się chaos.” I stał się.
    Kiedy możliwy jest powrót głównych bohaterów na Grand Cayman? I najważniejsze, kiedy Następny rozdział, w którym cokolwiek się wyjaśni….? 😈
    #raoul4life

    Odpowiedz
    • Anna Valetta28 grudnia, 2020 at 11:32 pm

      To jest genialne. Czy mogę wykorzystać to zdanie? 😀
      Z Grand Cayman to nie jest taka prosta sprawa … tam byliby na jak na świeczniku, a ostatnie co zrobiłby Diabeł to taka głupota.
      Chociaż pamiętam co zrobiłam w Paradoksie – pod latarnią jest najciemniej 🙂

      Odpowiedz
      • xwifeofpablox29 grudnia, 2020 at 9:38 pm

        Kochana, to iście biblijne zapożyczenie, bowiem Bóg powiedział: “Niech stanie się światłość”, Raoul mógł jedynie rozpętać chaos. (choć szczerze chaos wydaje mi się przepiękny, nieuporządkowany w swojej porywczości, stanowczy i infantylny.. Chaos to Missa. 🖤)
        Dlatego jeśli ma to złączyć Ankę z Diabłem, to pożyczaj wszystko, byś tylko nie złamała mi serca. 😈
        W zasadzie miałam na myśli owo nawiązanie do Paradoksu, dlatego nie wiem, czemu jeszcze się zastanawiasz. No i… Josh byłby daleko. A to już wybawienie.
        😘

        Odpowiedz
  • Teresa Karczewska27 grudnia, 2020 at 1:59 pm

    Ten facet wzbudza całą paletę uczuć ❤️😈ale czekam na niego z niecierpliwością

    Odpowiedz
    • Anna Valetta28 grudnia, 2020 at 11:30 pm

      Zdecydowanie nie można przejść obok niego obojętnie. Albo się go kocha, albo nienawidzi … w skrajnych przypadkach można podpisać się i pod jednym i drugim

      Odpowiedz
  • Maria Ptak28 grudnia, 2020 at 1:10 pm

    Gratulacje! Mega – rozwinięty związek przyczynowo – skutkowy!

    Odpowiedz
    • Anna Valetta28 grudnia, 2020 at 11:29 pm

      Kocham to jak powoli odsłaniają się karty w tej historii.
      Coś co było zwyczajne w Montanie, nagle okazuje się mieć kolosalne znaczenie … trzeba tylko na to spojrzeć jeszcze raz, w nowym świetle.

      Odpowiedz
  • Bea28 grudnia, 2020 at 1:22 pm

    Diabel Returns!! 😍 Tylko jedno mozna powiedziec…. WIECEJ!!!

    Odpowiedz
  • Gosia6 stycznia, 2021 at 12:13 am

    Diabeł diabłem a ja się nie mogę doczekać kontynuacji Świąt z Piekła Rodem…. A zima jest akurat

    Odpowiedz

Zostaw komentarz

Please enter your name. Please enter an valid email address. Please enter message.